 Trudno nie odnieść wrażenia, że łódzki Teatr Wielki pracuje, jakby był pogrążony w pijanym widzie
Sobota, 21 maja 2005r.
W łódzkim Teatrze Wielkim od pewnego czasu dzieją się
rzeczy trudne do wyobrażenia. Pod wizerunkiem jeszcze do niedawna
poważnej, twórczej opery, kryje się konglomerat niekompetencji i
nieudolności. Najbardziej żal, że cierpią na tym widzowie i teatralna
kasa. Teraz pod znakiem zapytania stanęła premiera "Kandyda".
Choć nominalnie dyrektorem naczelnym wciąż pozostaje
Wojciech Skupieński, to jest tajemnicą poliszynela, że faktycznie
władzę przejął tam holenderski impresario. To pod jego dyktando ustawia
się repertuar, czego konsekwencją jest organizacyjny chaos i
artystyczne porażki.
Po serii koszmarnych realizacji (ukoronowała je
"Wesoła wdówka") przygotowanych przez twórców z zagranicy i długich
okresach nieobecności teatru w Łodzi, widmo kolejnych holenderskich
produkcji ponownie zawisło nad operą. W planach jest bowiem
przygotowanie "Toski" i "Cyrulika sewilskiego". I choć podobno umowy
nie zostały jeszcze podpisane, to na internetowych stronach
holenderskiej agencji już widnieje nazwisko Tadeusza Kozłowskiego,
dyrektora artystycznego TW, jako dyrygenta mających odbyć się w
Holandii przedstawień.
Mało tego: Teatr Wielki już służy agencji jako miejsce
spotkań i przesłuchań solistów mających wziąć udział w tych
realizacjach. I nie są to bynajmniej soliści łódzkiej sceny, bo
zdecydowana większość nie chce mieć z ową agencją nic wspólnego. W
Łodzi byli już nawet twórcy tych premier. Czy to oznacza kolejny wyjazd
do Holandii i kolejne miesiące niegrania na miejscu?
Sukces, który jest klęską
Jak się jednak wydaje, dyrekcji Teatru Wielkiego
bardzo taki układ odpowiada. Tylko czy widzom również? Dyrektorzy na
swoją obronę argumentują, że w mijającym sezonie teatr odniósł poważne
sukcesy artystyczne. Ale czy na pewno teatr?
Na listę znakomitych dokonań należy wpisać "Adrianę
Lecouvreur", przygotowaną przez Tomasza Koninę (reżyseria) i
Kozłowskiego (kierownictwo muzyczne). Od dnia premiery 23 października
2004 spektakl ten udało się zagrać jedynie pięć razy, co podważa
umiejętności dyskontowania sukcesu.
Zupełną kompromitacją okazał się los "Lukrecji
Borgii", doskonałego przedstawienia wyreżyserowanego przez Macieja
Prusa. Sił i możliwości wystarczyło teatrowi jedynie na zagranie 18 i
19 grudnia pierwszej i drugiej premiery. Od tamtej pory nie znaleziono
pretekstu, by odciąć kupony od sukcesu. "Lukrecji..." nie ma też w
planach do końca sezonu ani w miesiącach powakacyjnych. Nawet amator
wie, że aby wznowić spektakl po tak długiej przerwie, pracę trzeba
zaczynać od nowa.
Wytłumaczenie, dlaczego tak się dzieje, jest jeszcze
bardziej kompromitujące. Otóż dyrekcja fakt niegrania opery
Donizettiego tłumaczy koniecznością dwudniowego montażu dekoracji. To
jawna kpina. Czy realizując "Lukrecję..." dyrektorzy nie wiedzieli, że
spektakl powstaje w Teatrze Wielkim? Najwyraźniej górę nad rozumem
wzięło przyzwyczajenie do objazdowego straganu, jakim stał się ten
teatr na potrzeby holenderskiego marketu. Tam dekoracje muszą być
proste i łatwe w montażu, a kostiumy najlepiej z lumpeksu.
Lawina zwolnień
Kolejnym kłopotem, z którym dyrekcja nie potrafi sobie
radzić, jest przygotowanie polskiej prapremiery "Kandyda" Leonarda
Bernsteina. Premiera zapowiedziana jest na 18 czerwca, skład obsady
ogłoszono w połowie kwietnia, tymczasem na pierwszą próbę reżyserską
nie przyszło sześcioro solistów. Jak się okazało, dyrekcja udzieliła im
zwolnień z udziału w premierze. Tomasz Konina mimo wszystko prowadzi
próby, ale ubolewa, że kilku wykonawców nie znajdzie się w premierowej
obsadzie.
Krzysztof Bednarek, cieszący się opinią pierwszego
tenora łódzkiej sceny, napisał, że rezygnuje z partii w trosce o poziom
artystyczny spektaklu. Wykształcenie artysty (Wydział Wokalno-Aktorski
łódzkiej Akademii Muzycznej) jakoby nie predestynuje go do śpiewania
takiego repertuaru.
Z obowiązku udziału w premierze zwolniono też Jolantę
Bibel, która ma "wejść" w spektakl w terminie późniejszym. Na próbach
jednak już nie bywa. Rafał Songan także zrezygnował z "Kandyda", jednak
nikt nie potrafi domyślić się dlaczego. Agnieszka Makówka wytłumaczyła
reżyserowi rezygnację z roli brakiem czasu, Katarzyna Nowak - zajęciami
w Akademii Muzycznej. Wszyscy uzyskali akceptację swych postanowień od
dyrektora artystycznego.
Kilka dni temu na "Kandyda" spadł kolejny cios.
Zbigniew Macias, potencjalny wykonawca jednej z głównych ról,
dostarczył do teatru zwolnienie lekarskie i zapewnił, że do spektaklu
wróci... po wakacjach. Stało się to po tym, kiedy Opera Narodowa
umówiła się z artystą na rozpoczynający się 12 czerwca wyjazd do
Japonii z "Salome" Ryszarda Straussa.
Są pieniądze, tylko chęci brak
Trudno nie odnieść wrażenia, że teatr pracuje jakby
był pogrążony w pijanym widzie. Z jednej strony mamy sytuację
poszukiwania (?!) etatowych artystów chętnych do udziału w nowej
realizacji, z drugiej - prezentowania przedstawień bez prób, bo nie ma
czasu, by je przeprowadzać. Wznowienia "puszcza się na żywioł", innych
pozycji nie gra wcale (,Halka" od dnia premiery w czerwcu 2002 r.
pokazana była sześć razy; "Purytanie" - premiera kwiecień 2002 - pięć
razy; "Giselle" - premiera marzec 2003 - pięć razy), jeszcze inne
zdejmuje z afisza (,Echnaton", "Dialogi karmelitanek"), uzasadniając
decyzje wysokimi kosztami eksploatacji.
Tymczasem uchwalając budżet dla teatru radni sejmiku
wojewódzkiego (jemu podlega Teatr Wielki) stanęli na wysokości zadania
i przyznali dotację przekraczającą 15,5 mln zł. Dodając wpływy własne,
a odliczając koszty stałe (pensje, utrzymanie budynku), teatrowi na
produkcję pozostaje ponad 1,5 mln zł. To nie są kokosy, ale sytuacja, w
jakiej TW nie był od lat kilkunastu.
Przyglądając się tokowi produkcji "Impresaria w
opałach" i "Kandyda", trudno oprzeć się wrażeniu, że koszty mają dla
dyrekcji jakiekolwiek znaczenie.
Lekkomyślność
W teatrze nie tylko obserwujemy decyzyjny paraliż,
wynikający z powtarzającej się niedyspozycji dyrektora, ale i finansową
niefrasobliwość. Do dziś na przykład nie wszyscy realizatorzy "Kandyda"
mają zawarte umowy: nieobecność dyrektora i brak jego podpisu na
dokumentach uniemożliwia rozpoczęcie prac związanych z szyciem
kostiumów i budową dekoracji!
A po co było wydawać pieniądze na gniot w postaci
"Impresaria w opałach"? Decyzję o produkcji tej premiery podjęto tak
błyskawicznie, jakby chodziło o łapanie pcheł. Nikt nawet wcześniej nie
zajrzał do partytury. Gdy sprowadzono ją z Wrocławia, okazało się, że
nie jest zgodna z koncepcją kierownika muzycznego spektaklu. W Łańcucie
odnaleziono inną, ale jej rozpisanie pochłonęło kilka tysięcy złotych.
Tylko po to, by "Impresaria..." zagrać raz. W dniu premiery 7 maja.
Zaskakująca jest także niefrasobliwość dyrekcji,
dopuszczająca korzystanie z pirackich programów komputerowych. Od kilku
lat nie zdobyto się na zakup legalnego oprogramowania, zezwalając na
korzystanie z pirackich kopii. Po naszej czwartkowej publikacji w
popłochu zaczęto kontrolować zawartość komputerów w całym teatrze.
Pracownicy teatru tkwią w okowach strachu: boją się,
że gdy coś powiedzą, stracą pracę. Szeptem opowiadają o tym, że zamiast
remontować znajdujące się w opłakanym stanie garderoby i natryski,
remontuje się pokoje księgowych i kadrowych. A już legendy krążą o
gabinecie, który urządziła dla siebie Mariola Materka, pełnomocnik
dyrektora. Faktem natomiast pozostaje, że pani Materka wynajęła na trzy
dni salę teatru w tygodniu przedpremierowym "Kandyda". A to oznacza, że
najnowsza premiera może dostać scenę do prób na dwa dni: 14 i 15
czerwca. Kłopot w tym, że pani pełnomocnik wynajęła salę na ten termin
rok wcześniej, o czym dyrekcja TW, ustalając termin premiery,
najwyraźniej nie pamiętała.
Gra pozorów
Dziwią też inne fakty. Dyrektor Skupieński w tygodniu
inauguracji XVIII Łódzkich Spotkań Baletowych w pracy zjawiał się
sporadycznie. W przeddzień pojawił się jedynie na chwilę i, podobno,
wziął urlop. "Podobno", bo już w poniedziałek 16 maja sekretariat
informował, że dyrektor jest w podróży. A 17 maja (tego dnia miał być z
wizytą w Urzędzie Marszałkowskim), że jest na zwolnieniu lekarskim.
"Podobno" do dziś.
Czasu w ubiegłą sobotę na obejrzenie premiery "Koloru
żółtego" - pierwszej od dwóch lat (!) realizacji baletowej TW - nie
znalazł też szef artystyczny teatru. W poniedziałek dyrektor bardzo
poważnie zachorował i znalazł się w szpitalu. Tak więc na największej w
Polsce międzynarodowej imprezie baletowej nie ma dyrekcji teatru, która
może miałaby okazję do nawiązania innych niż holenderskie kontaktów.
Dyrektor spotkań - Stanisław Dyzbardis - dwoi się i troi, ale żeby nie
wiem jak się starał, to i tak nie uda mu się być wszędzie jednocześnie.
Jak długo w Teatrze Wielkim trwać będzie indolencja,
tak długo królować będzie mistyfikacja i gra pozorów. Gołym okiem
widać, że król jest nagi. Chyba nadeszła już pora rozwiązać zagadkę:
ubrać króla czy powołać nowego?
Michał Lenarciński
- Dziennik Łódzki
|