Anne Rice

Krzyk w Niebiosa

Część Pierwsza

1

Guido Maffeo został wykastrowany i wysłany na nauki do najlepszych mistrzów śpiewu w Neapolu, kiedy skończył sześć lat.
Przedtem znał tylko niezmienny głód i okrucieństwo dużej wieśniaczej rodziny, której był jedenastym potomkiem. Przez całe życie Guido pamiętał, że pierwszy dobry posiłek i miękkie łóżko dali mu ci, którzy uczynili z niego eunucha.
Pokój, do którego zaprowadzono go w górskim miasteczku Caracena, był przepiękny. Miał prawdziwą podłogę, wyłożoną gładkimi kamiennymi płytami, a na ścianie Guido po raz pierwszy w życiu ujrzał tykający zegar i bardzo się go przestraszył. Mężczyźni o łagodnych głosach, którym oddała go matka, poprosili, żeby dla nich zaśpiewał. W nagrodę dostał później kielich czerwonego wina, szczodrze osłodzonego miodem.
Kiedy rozebrali go i położyli w ciepłej kąpieli, był już tak słodko senny, że niczego się nie bał. Delikatne ręce masowały mu kark. Ponownie zanurzając się w wodzie, Guido czuł, że dzieje się z nim coś cudownego i ważnego. Nikt i nigdy jeszcze tak się nim nie zajmował.
Prawie już spał, kiedy wyjęto go z kąpieli i przywiązano do stołu. Przez moment czuł, że spada. Głowę miał niżej niż nogi. W chwilę później, ciasno przymocowany, znowu zasypiał, czując gładzące go między nogami jedwabiste dłonie. Dawały mu cień grzesznej rozkoszy. Kiedy zobaczył nóż, zaczął krzyczeć, otwierając szeroko oczy.
Wyginał się. Usiłował zerwać więzy. Ale tuż obok zabrzmiał karcąco jakiś miękki, kojący głos: -Och, Guido, Guido!
Te wspomnienia nigdy go nie opuściły.
Tamtej nocy obudził się na śnieżnobiałych prześcieradłach, przesiąkniętych wonią zmiażdżonych zielonych liści. Mimo bólu między nogami wygramolił się z łóżka i stanął zdumiony przed chłopczykiem w lustrze. Szybko zorientował się, że to jego własne odbicie, które dotychczas widział tylko w spokojnej tafli wody. Przyglądał się swoim ciemnym lokom, dokładnie dotykał całej twarzy, szczególnie małego, płaskiego nosa, który wydawał mu się podobny raczej do grudki mokrej gliny niż do nosów innych ludzi.
Mężczyzna, który wszedł wtedy do pokoju, nie ukarał go, tylko nakarmił, podając zupę srebrną łyżką. Dodawał mu odwagi, przemawiając w dziwnym języku. Na ścianach wisiały małe, kolorowe wizerunki wielu twarzy. Wschodzące słońce wydobyło ich szczegóły. Na podłodze Guido zobaczył parę błyszczących, czarnych butów z cienkiej skórki, tak małych, że pasowały na jego stopę. Wiedział, że je dostanie.


Był rok 1715. Ludwik XIV, le roi soleil Francji, właśnie zmarł. Rosją władał car Piotr Wielki. W dalekiej północnoamerykańskiej kolonii Massachusetts Benjamin Franklin kończył dziewięć lat. Jerzy I wstąpił właśnie na tron angielski. Afrykańscy niewolnicy uprawiali pola Nowego Świata po obu stronach równika. W Londynie wieszano ludzi za kradzież bochenka chleba. W Portugalii palono żywcem za herezję. Wytworni panowie zakładali ogromne białe peruki, kiedy wychodzili z domu; nosili szable i zażywali tabaki z małych, zdobnych tabakierek. Ubierali się w spodnie zapinane pod kolanem na sprzączkę, pończochy, buty na wysokich obcasach. Ich płaszcze ozdabiały olbrzymie kieszenie. Damy w gorsetach z mnóstwem falbanek przyklejały do policzków zalotne muszki, tańczyły menueta w krynolinach, prowadziły salony, zakochiwały się, cudzołożyły. Ojciec Mozarta jeszcze się nie urodził. Jan Sebastian Bach miał trzydzieści lat. Galileusz nie żył od siedemdziesięciu trzech lat. Izaak Newton był starcem, Jean Jacques Rousseau dzieckiem. Opera włoska podbiła swat. Tegoż roku Neapol miał ujrzeć "Il Tigrane" Alessandra Scarlattiego, a Wenecja "Narone fatta Cesare" Vivaldiego. Najznamienitszym kompozytorem Londynu był Georg Friedrich Haendel. Duża część słonecznego Półwyspu Apenińskiego znajdowała się pod obcą dominacją. Arcyksiążę Austrii władał Mediolanem na północy i Królestwem Neapolu na południu.


Guido nie wiedział nic o wielkim świecie. Nie mówił nawet językiem swojego ojczystego kraju. Nie widział niczego, co mogłoby się równać z Neapolem, a konserwatorium, w którym go umieszczono, z widokiem na morze i miasto wydawało mu się olśniewającym pałacem. Nigdy jeszcze nie dotykał tkaniny równie delikatnej jak ta, z której uszyto podarowane mu czarne szaty i czerwoną szarfę. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę tu zostanie, aby- już zawsze- śpiewać i grać. Niemożliwe, żeby to było przeznaczone właśnie jemu. Kiedyś w końcu odeślą go do domu.
Nie zrobili tego. Kiedy w duszne popołudnia fiesty w nieskazitelnym odzieniu kroczył zatłoczonymi ulicami razem z innymi wykastrowanymi dziećmi, a jego czyste, brązowe loki lśniły w słońcu, był dumny, że jest jednym z nich. Ich hymny wznosiły się w powietrze jak szczególna woń lilii i świec. Kiedy weszli do wysokiego kościoła i ich cienkie głosy rozbrzmiały nagle potęgą wśród oszałamiającego Guida splendoru, po raz pierwszy poczuł się naprawdę szczęśliwy.
Całymi latami powodziło mu się doskonale. Obowiązująca w konserwatorium dyscyplina była dla niego niczym. Śpiewał sopranem, na którego dźwięk pękało szkło. Odkąd tylko dostał do ręki pióro, zapisywał niezdarnie melodie, ucząc się komponować, zanim jeszcze umiał czytać i pisać. Nauczyciele go uwielbiali.
Jednak wraz z upływem czasu zaczął pojmować coraz więcej. Bardzo szybko zorientował się, że nie wszyscy muzycy, z którymi się styka, zostali wykastrowani jako mali chłopcy. Niektórzy z nich byli mężczyznami, żenili się, płodzili dzieci. Jednakże nawet dla najlepszego skrzypka, najbardziej twórczego kompozytora sława, bogactwo, splendor wielkich śpiewaków-kastratów pozostawały niedosiężne.
Chóry kościelne, dworskie orkiestry i opery całego świata poszukiwały włoskich muzyków. Ale świat wielbił tylko sopranistów. To o nich wiedli spory królowie, to na ich widok publiczność wstrzymywała oddech. To śpiewak nadawał operze prawdziwy sens. Ni-colino, Cortono, Ferreri pamiętani byli jeszcze długo po tym, kiedy ci, którzy dla nich komponowali, odeszli w zapomnienie. A w małym światku konserwatorium Guido należał do grupy uprzywilejowanych wybrańców, których lepiej żywiono, ubierano, umieszczano w cieplejszych pokojach, pielęgnując ich niezwykły talent.
Obserwując wciąż powiększające się zastępy kastratów, patrząc, jak w miejsce starych pojawiają się młodsi, Guido zauważył wkrótce, że z setek idących corocznie pod nóż zaledwie garstka obdarzona jest pięknym głosem. Przybywali zewsząd: Giancarlo, wiodący śpiewak toskańskiego chóru, wykastrowany w wieku dwunastu lat dzięki uprzejmości maestra, który przywiózł go do Neapolu; Alonso, pochodzący z rodziny muzyków, którego operację zaaranżował jego wuj- eunuch; albo dumny Alfredo, mieszkający w domu swego protektora od tak dawna, że nie pamiętał już ani swoich rodziców, ani chirurga.
No i byli jeszcze niedomyci, niepiśmienni chłopcy, nie znający dialektu Neapolu- chłopcy jak on sam.
Teraz stało się dla niego jasne, że rodzice sprzedali go bez zastanowienia. Był ciekaw, czy przedtem jakiś maestro odpowiednio wsłuchał się w jego głos. Niczego takiego sobie nie przypominał. Możliwe, że złapano go w sieć zarzuconą bez namysłu, z przekonaniem, iż zawsze znajdzie się w niej coś godnego uwagi.
Wszystko to Guido zauważał tylko mimochodem. Był wiodącym śpiewakiem chóru, solistą na scenie konserwatorium, sam pisał już ćwiczenia dla młodszych uczniów. Zanim skończył dziesięć lat, miał okazję słyszeć Nicolina w operze, dostał własny klawikord, zezwolono mu ćwiczyć do późnej nocy. W nagrodę otrzymał ciepłe koce, ładny płaszcz- więcej niż kiedykolwiek miałby odwagę zażądać. Od czasu do czasu pozwalano mu śpiewać przed zachwyconą publicznością w olśniewających wnętrzach prawdziwego pałacu.
Zanim pojawiły się wątpliwości drugiej dekady życia, Guido nauką i regularnymi ćwiczeniami stworzył sobie solidne podstawy do robienia kariery. Jego wysoki, czysty, nadzwyczajnie dźwięczny i elastyczny głos był już teraz otwarcie podziwiany.
Jednak, jak to bywa z każdą ludzką istotą, krew jego przodków, mimo zmian wywołanych kastracją, nie przestawała go kształtować. Jego krewni byli smagli i przysadziści, więc on też nie wyrósł na wiotkiego i prostego niczym trzcina eunucha, jak większość jego kolegów. Jego krępa, proporcjonalna sylwetka dawała złudzenie siły. Chociaż brązowe kędziory i namiętne usta czyniły twarz Guida podobną do oblicza cherubinka, ciemny puch nad górną wargą dodawał jej męskości.
Właściwie byłby całkiem pociągający, gdyby jego nos, spłaszczony na skutek upadku w dzieciństwie, nie wyglądał jakby zgniotła go jakaś potężna pięść, a z brązowych, pełnych uczucia oczu nie wyzierała podstępna, wieśniacza brutalność jego dziadów. Ich małomówność i spryt objawiły się w nim jako pilność i stoicyzm. Podczas kiedy oni walczyli z żywiołami, on z żarem godził się poświęcić wszystko dla swojej muzyki.
W jego manierach i wyglądzie nie można było jednak wyczuć braku ogłady. Chłonął, co tylko mógł, naśladując pełen wdzięku sposób bycia swych nauczycieli, ucząc się od nich poezji, łaciny i klasycznego języka włoskiego. Wyrósł więc na młodego śpiewaka o niezłej prezencji, niepokojąco przy tym powabnego dzięki łatwo zauważalnym cechom szczególnym. Przez całe życie miał słyszeć, jak mówiono: "Jakiż on brzydki" lub "Skąd, jest uroczy!"
Nie zdawał sobie sprawy tylko z tego, jak groźne jest jego spojrzenie. Był potomkiem ludzi brutalniejszych niż zwierzęta, którymi się opiekowali, i sam też wyglądał jak ktoś, kto nie zawaha się przed niczym. W oczach, płaskim nosie, lubieżnych ustach, w całej twarzy Guida był gniew. Nie zdając sobie z tego sprawy, osłonił się nim jak tarczą ochronną. Nikt nie próbował go napastować. Był jednak powszechnie lubiany. Normalni chłopcy czuli do niego taką samą sympatię jak kastraci. Skrzypkowie przepadali za nim, bo każdy z nich go fascynował, pisał też dla nich wspaniałe utwory. Zaczął być znany jako ciche, poważne, delikatne niedźwiedziątko, którego nie można się było bać, jeśli się je znało.


Pewnego ranka, kiedy Guido miał już prawie piętnaście lat, obudzono go i kazano zejść do gabinetu Maestra. Nie zaniepokoiło go to. Nigdy nie był w tarapatach.
- Usiądź!- powiedział jego ulubiony nauczyciel, Maestro Cavalla. Pozostali otoczyli go kołem. Nigdy jeszcze nie traktowali go tak przyjacielsko, jednak ten krąg twarzy sprawiał na nim nieprzyjemne wrażenie. Od razu domyślił się, dlaczego. Odezwało się wspomnienie pokoju, w którym go wykastrowano, pomyślał sobie jednak, że to o niczym nie świadczy.
Maestro, siedzący za rzeźbionym biurkiem, zanurzył pióro w kałamarzu, wypisał na kawałku pergaminu jakieś cyfry i podał mu go. Grudzień 1727. Cóż to może znaczyć? Przez ciało Guida przebiegł dreszcz.
- To data- powiedział Maestro prostując się- twojego pierwszego występu jako primo uomo w rzymskiej operze.
A więc udało mu się.
Nie będzie śpiewał w chórze kościelnym w parafiach w głębi kraju ani w katedrach wielkich miast. Nie czekał na niego nawet chór Kaplicy Sykstyńskiej. To wszystko było poza nim, a marzenie, które rok po roku inspirowało ich wszystkich, bez względu na to, czy byli biedni czy bogaci i skąd pochodzili, miało się właśnie dla niego spełnić: opera.
- Rzym- szeptał, wychodząc samotnie na korytarz. Na zewnątrz stało dwóch uczniów. Wydawało się, że na niego czekają. Przeszedł, jakby ich nie zauważył. Wyszedł na podwórze. -Rzym- szepnął raz jeszcze i rozkoszował się tym dźwiękiem, eksplozją głosek, które od dwóch tysięcy lat ludzie wypowiadali z zachwytem i przerażeniem: Rzym. Tak, Rzym, potem Wenecja, Bolonia, Wiedeń, Drezno, Paryż, Praga- wszystkie linie frontu, które zdobywali kastraci. Londyn, Moskwa, znowu Palermo. Nieomal roześmiał się w głos.
Ktoś dotknął jego ramienia. Nie spodobało mu się to. Ciągle jeszcze widział rzędy lóż i wiwatującą publiczność. Kiedy wizja zniknęła, ujrzał wysokiego, smukłego eunucha o skośnych oczach, który pochodził z północy Włoch i zawsze był od niego lepszy. Tuż obok stał Alfredo, bogacz, który miał stale kieszenie pełne pieniędzy.
Chcieli, żeby poszedł z nimi do miasta; mówili, że Maestro dał mu cały dzień na świętowanie. Wtedy zorientował się, kim jest. Ci chłopcy byli wschodzącymi gwiazdami konserwatorium.
On stał się teraz jednym z nich.


2

Kiedy Tonio Treschi miał pięć lat, matka zepchnęła go ze schodów. Nie zrobiła tego specjalnie. Chciała go tylko uderzyć, a on ześlizgnął się w tył po marmurowej płycie i, spadając bez końca, czuł, jak ogarnia go przerażenie.
Nawet to mógłby zapomnieć, jednak jej miłość na co dzień pełna była nieprzewidywalnego okrucieństwa. Emanujące z niej szalone ciepło z minuty na minutę mogło przeistoczyć się w brutalność. Tonio żył rozdarty między przerażającą potrzebą jej obecności i nieopanowanym strachem.
Jednak tego wieczora, chcąc mu to wynagrodzić, wzięła go do Bazyliki Świętego Marka, żeby mógł ujrzeć swego ojca, idącego w procesji. Ogromny kościół, do którego się udawali, był kaplicą doży, a ojciec Tonia był Wielkim Radcą.
Wszystko to wydawało mu się później snem; ale to nie był sen. Tonio zapamiętał te chwile na całe życie.
Po upadku ukrył się przed nią na wiele godzin w czeluściach ogromnego Palazzo Treschi. Nikt nie znał lepiej od niego wszystkich czterech pięter tej wielkiej, chylącej się ku upadkowi renesansowej rezydencji. Żaden pokój czy skrzynia, w której można byłoby się schować, nie były mu obce i zawsze mógł tam się skryć, na jak długo chciał.
Mrok nie przerażał go. Nie martwił się, że może się gdzieś zgubić. Nie bał się szczurów, a nawet z pewną ciekawością śledził ich spieszne wędrówki po korytarzach. Lubił cienie na ścianach, drobne fale zamglonego światła z Canale Grande, przebiegające przez sufity zdobne w wizerunki starców. Znał te stęchłe pokoje lepiej niż świat poza nimi. To był krajobraz jego dzieciństwa, a wszystkie zagmatwane ścieżki poznaczone zostały śladami jakichś ucieczek i wypraw.
Jednak chwile spędzone bez matki były cierpieniem, więc udręczony i drżący przywlókł się w końcu do niej, jak zawsze, gdy służba przerwała już poszukiwania. Leżała szlochając, kiedy się pojawił: pięcioletni spragniony zemsty mężczyzna o twarzy czerwonej i brudnej od płaczu. Postanowił oczywiście, że nie odezwie się do niej, jak długo będzie żył. To nic, że nie mógł bez niej wytrzymać nawet chwili. Kiedy otworzyła ramiona, wskoczył jej na kolana i jedną ręką obejmując ją za szyję, a drugą ściskając ramię aż do bólu, siedział przytulony do jej piersi nieruchomo, jakby nie żył. Nie wiedział, że sama była wtedy jeszcze prawie dzieckiem. Czuł, jak go całuje po policzkach, po włosach i ta czułość rozbroiła go. Gdzieś pośród bólu błysnęła myśl, że jeśli mocno ją przytuli, jeśli ją tak zatrzyma, to pozostanie taka jak teraz, a ta druga istota nie wyłoni się już z niej, aby go zranić. Matka wyprostowała się, przygładzając niesforne loki swoich sztywnych czarnych włosów, a jej brązowe oczy, wciąż zaczerwienione od płaczu, zabłysły nagle podnieceniem. -Tonio!- powiedziała, kołysząc się jak dziecko. -Jest jeszcze trochę czasu. Sama cię ubiorę. -Zaklaskała w ręce. -Zabieram cię do Bazyliki Świętego Marka.


Chociaż piastunki Tonia powiedziały "nie", nic nie mogło jej powstrzymać. Jakaś radość wypełniła cały pokój, świece mrugały i drżały w rękach podążających za nimi służących, palce matki zręcznie zapinały jego satynowe spodenki i kamizelkę z brokatu. Śpiewając starą pieśń, zaczęła czesać grzebieniem jedwabiste, czarne loki Tonia i gwałtownie pocałowała go dwa razy.
Kiedy szli przez korytarz, a on, podekscytowany stukiem na marmurze swoich zdobnych pantofli, wysunął się do przodu, cały czas słyszał za plecami jej cichy śpiew. Była śliczna w swojej czarnej aksamitnej sukni, z rumieńcem barwiącym ciemną skórę. Kiedy usiadła w mrocznym felze gondoli, jej twarz o skośnych oczach wyglądała w świetle latarni jak oblicze Madonny na starych bizantyjskich malowidłach. Wzięła go na kolana. Zaciągnięto zasłony. -Kochasz mnie?- spytała. Drażnił się z nią. Zbliżyła swój policzek do jego twarzy, dotykała jego rzęs swoimi tak długo, aż wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem. -Kochasz mnie?- zawołała, ściskając jego ramię. A kiedy powiedział: -Tak- czuł jak gorąco go obejmuje i przez chwilę leżał nieruchomy, jakby sparaliżowany, w jej ramionach. Prawie tańczył, kiedy prowadziła go przez plac. Wszyscy tu byli! Kłaniał się i kłaniał, ręce wyciągały się do jego włosów, damy przytulały go do wonnych spódnic. Signore Lemmo, młody sekretarz ojca, podrzucił Tonia w górę siedem razy, zanim matka powiedziała, żeby przestał. A piękna kuzynka, Catrina Lisani, z dwójką własnych synów u boku, podniosła welon, wzięła Tonia na ręce i przytuliła z mocą do swych białych, pachnących piersi.


Kiedy tylko przekroczyli próg ogromnego kościoła, Tonio zamilkł. Po raz pierwszy widział coś takiego. Wszystkie marmurowe kolumny otoczone były wieńcami świec, pochodnie gorzały w lichtarzach, podsycane podmuchami powietrza z otwartych drzwi. Z olbrzymich kopuł patrzyły na niego anioły i święci, wszędzie dokoła łuki, ściany, sklepienia pulsowały niezliczoną ilością złotych iskier. Zapragnął, żeby matka wzięła go w ramiona, i bez słowa zaczął się wdrapywać na nią jak na drzewo. Pod jego ciężarem zatoczyła się ze śmiechem w tył.
Nagle tłum zaszeleścił jak liście na wietrze. Zagrzmiały trąby. Tonio obracał się desperacko we wszystkie strony, próbując je zobaczyć. -Spójrz!- szepnęła matka, ściskając go za rękę. Nad głowami ludzi, pod kołyszącym się baldachimem, pojawił się doża na swoim potężnym tronie. Powietrze wypełniła ostra, dusząca woń kadzidła. Trąby brzmiały teraz przenikliwie, wspaniale, zimno. Nadeszli odziani w olśniewające szaty członkowie Wielkiej Rady. Tonio usłyszał przepełniony dziewczęcą ekscytacją szept matki: -Twój ojciec!
Pojawiła się wysoka, koścista postać Andrei Treschiego. Rękawy jego szaty sięgały ziemi, siwe włosy wyglądały jak lwia grzywa, głęboko osadzone jasne oczy patrzyły wprost przed siebie jak oczy posągu. -Tatuś!- zabrzmiał przenikliwy szept Tonia. Ludzie odwracali głowy, rozległ się stłumiony śmiech. Kiedy spojrzenie Radcy znalazło w tłumie syna, jego stara twarz zmieniła się, rozbłysła niemalże ekstatycznym uśmiechem, ożywiły się oczy. Matka zaczerwieniła się.
Niespodziewanie i jakby znikąd wybuchnęły potężnym śpiewem wysokie, czyste głosy. Tonio poczuł, jak coś ściska go za gardło. Przez sekundę siedział sztywny, tak zaskoczony pieśnią, że nie mógł się poruszyć. Potem zaczął się wiercić, wzniósł oczy do góry, tak że przez chwilę świece oślepiły go. -Siedź grzecznie!- Matka prawie nie mogła go utrzymać. Śpiew rozbrzmiewał dźwięczniej, pełniej. Przychodził falami z obu stron ogromnej nawy. Tonio niemalże widział splatające się melodie: dużą złotą siatkę zarzuconą na pluskające morze w drgających promieniach słońca. Nawet powietrze było muzyką. I wreszcie, tuż nad sobą, ujrzał śpiewaków. Stali na wielkich galeriach po obu stronach kościoła; mieli otwarte usta, ich twarze błyszczały w świetle. Wyglądali jak anioły na mozaikach.
Tonio błyskawicznie zsunął się na ziemię. Czuł dotyk ręki matki, która próbowała go złapać. Szedł szybko pośród otaczających go spódnic i peleryn, przez woń perfum i zimowe powietrze, aż zobaczył otwarte drzwi, a za nimi schody. Kiedy piął się w górę, ściany dookoła niego wydawały się pulsować akordami muzyki organów, aż nagle stanął w cieple galerii, wśród tych wysokich śpiewaków.
Zapanowało poruszenie. Tonio był już przy samej barierce i patrzył w oczy olbrzymowi, z którego ust płynął głos tak czysty i złoty, jak dźwięk trąbki. Mężczyzna śpiewał tylko jedno słowo: "Alleluja", brzmiące niczym szczególny apel, wezwanie. Pozostali podjęli nagle jego wołanie i powtarzali je raz po raz; ich głosy nakładały się na siebie, a chór po przeciwnej stronie kościoła odpowiedział im jeszcze donośniej.
Tonio otworzył usta i wraz z wysokim chórzystą zaśpiewał "Alleluja". Ręka mężczyzny zacisnęła się przyjaźnie na jego ramieniu, a on sam kiwał głową i, nie wypowiadając ani słowa, mówił swoimi dużymi, brązowymi, jakby zaspanymi oczami: -Tak, śpiewaj!- Tonio poczuł przez szatę jego szczupły bok, a tuż potem ramię, obejmujące go w pasie i podnoszące w górę.
Pod nim, w dole, był blask, doża na swoim obciągniętym złotą materią tronie, członkowie Senatu w purpurowych szatach, radcy w szkarłacie, wszyscy patrycjusze Wenecji w białych perukach, ale on utkwił oczy w twarzy śpiewaka i słuchał własnego głosu, brzmiącego jak dzwoneczek na tle śpiewu tamtego. Ciało Tonia odpłynęło. Opuścił je, wydźwignięty w powietrze, kiedy ich głosy zlały się z sobą. Ujrzał, jak rozkosz zastępuje senność w drżących oczach chórzysty. Zadziwiał go potężny dźwięk, dobywający się z piersi mężczyzny.
Kiedy spoczywał znów w ramionach matki, ona uniosła wzrok ku kłaniającemu się głęboko rosłemu śpiewakowi i rzekła: -Dziękuję, Alessandro.

* * *

— Alessandro, Alessandro- szeptał Tonio i, tuląc się do niej w gondoli, spytał z desperacją: -Mamo, będę śpiewać tak jak on, kiedy urosnę? Będę śpiewać jak Alessandro?- Nie potrafił jej tego wyjaśnić. -Mamo, chcę być jednym z tych śpiewaków!
- Och, na Boga, Tonio, nie!- Wybuchnęła śmiechem i, czyniąc jakiś skomplikowany ruch nadgarstkiem, skierowany do jego piastunki Leny, podniosła oczy ku niebu.


W całym domu, aż po dach, coś jęczało i stukało. Kiedy Tonio spojrzał w stronę ujścia Canale Grande, oczekując nieskończonej ciemności laguny, ujrzał morze w ogniu: setki, tysiące światełek podskakujących na wodzie, zupełnie jakby wylało się na nią całe drżące światło wypełniające bazylikę. Matka powiedziała mu pełnym szacunku szeptem, że to urzędnicy państwowi płyną oddać cześć relikwiom świętego Jerzego. Przez chwilę nie było słychać nic prócz świstu wiatru, który dawno już połamał kruche kratki podpierające rośliny zniszczonego ogródka na dachu. Gdzieniegdzie leżały jeszcze przy nich uschnięte, wyrwane z korzeniami drzewka. Ich liśćmi szarpał i szeleścił wicher.
Tonio pochylił głowę i delikatną szyję ku ciepłym rękom matki. Tulił się do niej, czując niemy, obezwładniający strach.
Tej nocy leżał w łóżku przykryty po brodę i nie mógł zasnąć. Usta śpiącej obok matki były rozluźnione, twarz, jakby wbrew jej woli, stała się łagodna. Brwi miała ściągnięte, wydawało się, że coś ją dręczy, że nie śpi. Ojciec nigdy nie spędzał nocy z nimi, zawsze pozostawał w swoich apartamentach. Tonio boso wysunął się spod przykrycia na zimną podłogę. Był pewien, że gdzieś wśród nocy chodzą uliczni śpiewacy. Z trudem otworzył drewniane okiennice i słuchał z zadartą głową, dopóki nie wpadł mu w ucho daleki głos tenora. Dołączył się do niego bas, zagrzmiał dysonans strun i głośniej, wyżej poniosła się melodia. W nocnej mgle niknęły formy i kształty, poniżej lśniła tylko aureola jedynej żywicznej pochodni, której ciężka woń mieszała się ze słonym zapachem idącym od morza. Kiedy słuchał, obejmując dłońmi kolana, z głową wspartą o wilgotną ścianę, był znowu na galerii chóru w bazylice. Głos Alessandra umykał mu, ale doskonale pamiętał to uczucie, ten senny podmuch muzyki. Otworzywszy usta, zawtórował dalekim ulicznym śpiewakom i na ramieniu poczuł znów dłoń Alessandra.
Co zaczęło go tak nagle dręczyć? Co go tak niepokoiło? Przenikliwy, nie zamglony jeszcze językiem pisma umysł podsunął mu znowu obraz tej dłoni, spoczywającej tak delikatnie na jego szyi, i falujących rękawów, z których się wysuwała. Wszyscy inni znani mu wysocy mężczyźni musieli się pochylać, żeby pogłaskać chłopca tak małego jak on. Przypomniał sobie, że nawet wtedy na galerii, w czasie śpiewu, był zaskoczony, iż ta ręka spoczęła na nim bez trudności. Ramię, które uniosło go w górę, oraz dłoń, obejmująca jego pierś, jakby był lalką, i unosząca ku muzyce, wydawały się monstrualne, magiczne.
Pieśń dręczyła go, odciągała od tych myśli. Melodia zawsze tak na niego działała, sprawiała, że pragnął klawikordu, na którym grała matka, jej tamburynu lub po prostu dźwięku ich splecionych głosów. Czegokolwiek, byle tylko trwała. Niespodziewanie, drżąc z zimna na parapecie, zasnął.
Miał siedem lat, kiedy dowiedział się, że Alessandro i wszyscy wysocy śpiewacy z Bazyliki Świętego Marka są eunuchami.


3

Zanim skończył dziewięć lat, wiedział już też dokładnie, co wycięto, a co zostawiono tym podobnym do pająków istotom oraz że to z powodu tej potwornej operacji są tak wysocy, mają niezwykle długie kończyny, a ich kości nie stają się tak twarde, jak kości zdolnych do ojcostwa mężczyzn. Było ich wielu. Śpiewali we wszystkich kościołach Wenecji, a kiedy nadchodziła starość, uczyli muzyki. Guwerner Tonia, Beppo, był eunuchem.
W operze, do której go nie zabierano, gdyż był jeszcze na to zbyt mały, traktowano ich jak cud objawiony. Nazajutrz po każdym przedstawieniu służba z westchnieniem zachwytu wymawiała imiona Nicolina, Carestiniego, Senesina. Raz nawet matka zdecydowała się opuścić swoją samotnię, skuszona występem Farinellego: młodego eunucha z Neapolu, którego nazywano Chłopcem. Tonio bardzo wtedy płakał, że nie może z nią iść. Kiedy wiele godzin później obudził się, zobaczył, że wróciła już i siedzi w ciemności przy klawikordzie. Jej welon skrzył się kroplami deszczu, a ona, z twarzą białą jak buzia porcelanowej lalki, niepewnym, cichym głosem nuciła arie Farinellego.
Cóż, ubodzy robili, co mogli, żeby zarobić na strawę. Te cudowne, wysokie głosy będą brzmieć już zawsze. Jednak ilekroć Tonio zobaczył na ulicy Alessandra, zastanawiał się, czy Alessandro wtedy płakał, czy nie usiłował uciec i dlaczego matka nie próbowała go ukryć. W jego pociągłej twarzy o niemalże dziewczęcej, delikatnej skórze, obramowanej lśniącymi kasztanowymi włosami można było zauważyć tylko senne zadowolenie. Gdzieś w głębi drzemał głos, czekający na chwile na galerii chóru kościelnego, na złote opony w tle, które w oczach Tonia zrównywały Alessandra z aniołami.


W tym czasie Tonio zdawał już sobie też sprawę z tego, że nazywa się Marc Antonio Treschi i jest synem Andrei Treschiego, który kiedyś komenderował okrętami la Serenissimy na dalekich morzach, a po latach służby w Najwyższym Senacie został właśnie wybrany do Rady Trzech: budzącego strach triumwiratu sędziów, który miał prawo dokonywać aresztowań, sądzić, wydawać wyroki i wykonywać je bez względu na to, kogo dotyczyły, nawet gdyby była to kara śmierci. Innymi słowy, ojciec Tonia należał do ludzi potężniejszych od samego doży.
Nazwisko Treschich widniało w Złotej Księdze od tysiąclecia. Długo trzeba by wyliczać należących do tego rodu admirałów, ambasadorów, prokuratorów i senatorów. Również nieżyjący od dawna trzej bracia Tonia- synowie pierwszej, także spoczywającej już w mogile, żony Radcy- zajmowali wysokie stanowiska. On sam, kiedy tylko skończy dwadzieścia trzy lata, niewątpliwie będzie jednym z dostojników, przemierzających piazzettę przed Broglio mieszczącym urzędy państwowe. Przedtem czeka go nauka na uniwersytecie w Padwie, dwa lata służby na morzu, pewnie jakieś dalekie podróże po świecie. Na razie spędzał długie godziny w bibliotece palazzo pod cierpliwym, acz czujnym okiem nauczycieli.

* * *

Na ścianach wisiały portrety czarnowłosych Treschich o jasnych cerach i szerokich, wysokich czołach, zwieńczonych obfitością zaczesanych w tył włosów; mężczyzn drobnych, lecz wysokich, mężczyzn ulepionych z tej samej gliny. Już jako mały chłopiec Tonio zauważył, że przypomina niektórych z nich bardziej niż pozostałych; zmarłych wujków, kuzynów. No i braci: Leonarda, strawionego przez gruźlicę w pokoju na górze, Giambattistę, który zatonął u wybrzeży Grecji, i Philippo, zmarłego na malarię na jakimś dalekim przyczółku imperium.
Gdzieniegdzie, wśród gęstego tłumu bogato odzianych postaci, na obrazach przedstawiających młodego jeszcze Andreę w otoczeniu braci i bratanków, pojawiała się twarz łudząco podobna do twarzy Tonia, oblicze młodego człowieka o szeroko rozstawionych oczach i szerokich, pełnych ustach, zawsze gotowych do śmiechu. Trudno było jednak przypisać każdej postaci imię, odróżnić wśród tego tłumu jedną osobę od drugiej. Istniały już tylko w historii, w pięknych opowieściach o odwadze i poświęceniu.
Wszyscy trzej bracia, ojciec i jego posępna pierwsza żona spoglądali z największego obrazu w złoconych ramach, umieszczonego w długiej jadalni.
- Obserwują cię- dokuczała Toniowi jego piastunka Lena, nalewając zupę. Próbowała go w ten sposób rozbawić, bo chociaż była stara, wciąż tryskała humorem. Właściwie bardziej opiekowała się matką chłopca niż nim samym. Nie domyślała się nawet, jak cierpiał, patrząc na te rumiane, doskonale oddane twarze. Tak bardzo pragnął, żeby jego bracia żyli, byli z nim tu i teraz. Chciał, by pokoje wypełniał cichy śmiech i zgiełk głosów. Czasem próbował sobie wyobrazić, jak by to było: bracia siedzący przy długim stole, Leonardo podnoszący w górę kielich, Philippo opisujący bitwy morskie i matka Tonia rozwierająca szeroko z ekscytacji swoje wąskie oczy, które robiły się takie małe, kiedy była smutna.
Powoli zaczął sobie jednak zdawać sprawę, jak absurdalna była ta zabawa. Przeraził się. Zanim mógł docenić wagę tej wiadomości, powiedziano mu, że tylko jeden z synów znamienitych weneckich rodzin żeni się. Działo się tak w imię tradycji, która była już prawem. Przed laty w ich rodzie żonę wziął sobie Philippo. Nie mieli dzieci, więc po jego śmierci wróciła do swojej rodziny. Gdyby któryś z tych cieni zdążył spłodzić syna, noszącego nazwisko Treschich, Tonia wcale by nie było! Jego ojciec nigdy nie ożeniłby się po raz drugi. Tonio po prostu by nie istniał. Umierając bezpotomnie, darowali mu życie.
Początkowo nie mógł sobie tego uprzytomnić, wkrótce jednak przyzwyczaił się do myśli, że on i jego bracia nigdy nie mogliby się spotkać. Mimo to ciągle fantazjował, ziejące pustką pokoje zapełniał światłem, dźwiękami muzyki, ściszonymi głosami mężczyzn i kobiet- swoich krewnych, tłumem bezimiennych kuzynów. Zawsze był tam ojciec- jadł kolację, tańczył, brał w ramiona swego najmłodszego syna i pokrywał go gorącymi pocałunkami.
Tonio rzadko widywał ojca.


Kiedy Lena przychodziła po niego, szepcąc nerwowo, iż Andrea posłał po syna, nie miał jednak wątpliwości, że jak zawsze będzie wspaniale. Ubierała go w żakiecik z rdzawego lub ciemnoniebieskiego aksamitu, który szczególnie lubiła matka. Włosy, którym z tej okazji pozwolono zwisać luźno, bez podtrzymującej je zwykle wstążki, szczotkowała, dopóki nie nabrały połysku. Złościł się wtedy, że będzie wyglądał jak małe dziecko. Wyciągała potem zdobne szlachetnymi kamieniami pierścienie, pelerynkę podbitą futrem i jego małą, wysadzaną rubinami szpadę. Był gotów. Obcasy stukały rozkosznie po marmurze.
Spotkanie odbywało się zawsze w Wielkim Salonie na pierwszym piętrze. Była to największa z ogromnych komnat pałacu, ozdobiona jedynie długim, obficie rzeźbionym stołem. Mogło na nim leżeć trzech mężczyzn, jeden za drugim. Podłoga z kolorowego marmuru przedstawiała mapę świata, sufit był bezkresną niebieską przestrzenią, a zawieszone w niej anioły rozwijały długą, krętą wstęgę z łacińskim napisem. Z otwartych drzwi prowadzących do innych pokojów dochodziło przyćmione światło. Kiedy padało na wiotką, niemalże widmową postać Andrei Treschiego, pełne było jednak ciepła poranka. Tonio skłaniał się, podnosił wzrok i napotykał niezmiennie zadziwiające go przerażającą witalnością spojrzenie ojca, jego oczy tak młode, jakby nie należały do tej kościstej twarzy, płonące niepowstrzymaną dumą i miłością. Andrea schylał się, żeby ucałować syna. Długo, bezdźwięcznie dotykał jego policzka miękkimi jak pył ustami, a czasem, chociaż Tonio stawał się z każdym rokiem cięższy i wyższy, brał w ramiona, podnosił i przyciskał z mocą do piersi, szepcąc jego imię, jakby to było błogosławieństwo. W pobliżu stali służący. Uśmiechali się, mrugali. Wprowadzali do komnaty podmuch ożywienia. I nagle było już po wszystkim. Podbiegłszy szybko do okna w pokoju matki na górze, Tonio patrzył, jak gondola ojca odpływa kanałem w kierunku piazzetty.
Nikt nie musiał mu mówić, że jest ostatnim z Treschich. Śmierć doświadczyła wszystkie gałęzie ogromnego rodu tak dotkliwie, że nie żył już nawet żaden kuzyn noszący to nazwisko. Tonio "ożeni się młodo", musi być przygotowany do przyjęcia na siebie rozlicznych obowiązków. Czasem, kiedy bywał chory, drżał, widząc w nocy pojawiającą się w drzwiach twarz ojca, i zasypiał, czując, że dzieli łoże ze wszystkimi krewnymi.


Podniecało go to i przerażało. Nie mógł sobie przypomnieć chwili, kiedy dostrzegł pełne wymiary swojego kosmosu. Wydawało się, że cały świat przepływa przed jego progiem szerokimi, zielonymi wodami Canale Grande. Przez okrągły rok sunęły tędy setki czarnych, lśniących gondoli, biorących udział w regatach; w sobotnie wieczory lata odbywały się bogate parady, a peotti znamienitych rodzin przyozdobione były wtedy girlandami i złoconymi figurami bogów i bogiń; dzień w dzień można było zobaczyć pochody patrycjuszy, podążających w łodziach ozdobionych barwnymi kobiercami, aby wypełniać obowiązki państwowe. Z małego, drewnianego balkonu nad frontowymi drzwiami Tonio widział zakotwiczone w lagunie dalekie statki. Słyszał cichy odgłos wydawanych przez nie salw i dźwięk trąb przed Pałacem Dożów. Bez końca brzmiały pieśni gondolierów, rytmiczne głosy tenorów, odbijające się echem od oliwkowych i różowych ścian, głębokie, słodkie brzdąkanie pływających orkiestr. W nocy pod gwiazdami krążyli kochankowie. Bryza niosła daleko serenady. Nawet nad ranem, kiedy było mu nudno lub smutno, mógł zawsze obserwować niekończący się hałaśliwy pochód łodzi, wiozących warzywa na targi w Rialto.

Jeszcze zanim Tonio skończył trzynaście lat, miał dosyć oglądania świata przez okno. Gdyby tak znalazła się tu chociaż część tego, co widział, albo, jeszcze lepiej, gdyby on mógł się stąd wydostać!

Palazzo Treschi było dla niego nie tylko domem, było więzieniem. Nauczyciele starali się nigdy nie zostawiać go samego. Beppo, stary kastrat, który dawno już stracił głos, uczył go francuskiego, poezji i kontrapunktu, a Angelo, młody, poważny ksiądz o ciemnych włosach i drobnej sylwetce- łaciny, włoskiego i angielskiego. Dwa razy w tygodniu przychodził mistrz fechtunku. Tonio musiał wiedzieć, jak poprawnie posługiwać się szpadą, chociaż nie wydawało się, że ta umiejętność kiedykolwiek mu się przyda, i ćwiczenia traktowano raczej jako rozrywkę. Był też i ballerino, uroczy Francuz, uczący go drobnych kroczków kadryla i menueta w takt odpowiedniej, radosnej melodii, wygrywanej przez Beppa na klawikordzie. Wprowadzał on również ucznia w tajniki gentelmańskich manier- mówił, jak ucałować dłoń damy, kiedy i jak się kłaniać... Toniowi sprawiało to przyjemność. Czasem w samotności udawał, że walczy, przecinając szpadą powietrze, lub tańczy z dziewczyną podobną do tych, które widywał na wąskich calli. Jednak poza niekończącymi się świętami kościelnymi, Wielkim Tygodniem, Wielkanocą, zwykłym splendorem i muzyką niedzielnych mszy, nie było dla niego ucieczki innej niż wyprawa w głąb domu, do zaniedbanych pokoi najniższego piętra, gdzie nikt nie mógł go znaleźć. Tutaj, ze świeczką w dłoni, zagłębiał się czasem w grube tomy rodzinnych archiwów, w zadziwiające, pokryte pleśnią zapisy zagmatwanej historii rodu. Nawet suche fakty i daty, kruche kartki szeleszczące niebezpiecznie w palcach, rozpalały jego wyobraźnię: kiedy dorośnie, będzie przemierzał oceany, nosił szkarłatne szaty senatora; nawet tron doży nie był poza jego zasięgiem- był w końcu jednym z Treschich. Krew pulsowała mu w żyłach z ekscytacji. Myszkował z jeszcze większą ochotą. Mocował się z nie używanymi od lat zasuwami, wpatrywał się w obce twarze na wiekowych obrazach, wyciągniętych z wilgotnych kątów. Stare magazyny ciągle pachniały korzeniami z Orientu. Łodzie przywoziły je kiedyś wprost pod drzwi palazzo, gdzie rozładowywano majątek w postaci dywanów, drogich kamieni, cynamonu, jedwabiu. Ciągle znajdowały się tu wilgotne zwoje konopnej liny, źdźbła słomy i intensywne, różnorakie, kuszące wonie. Od czasu do czasu przystawał. Tajemniczy płomyczek tańczył niepewnie w przeciągu. Słyszał przepływającą pod domem wodę, głuche skrzypienie pali. Kiedy zamykał oczy, gdzieś z wysoka dobiegało go wołanie matki. Tutaj nikt nie mógł go odnaleźć. Pająki przebiegały lekko po krokwiach, a kiedy gwałtownie przesunął dłoń ze świeczką, ukazała się sieć: kunsztowna, złota. Połamane okiennice otworzyły się pod dotykiem ręki, przez zakratowane szkło dostało się do wnętrza szare popołudniowe światło, a Tonio zobaczył szczury, płynące statecznie przez zaśmieconą, leniwą wodę. Zrobiło mu się smutno. Wystraszył się. Niespodziewanie poczuł nieokreślony ból i strach, który odbierał wszystkiemu blask.
Jego ojciec był tak stary. Matka tak młoda. Gdzieś w głębi czyhała na niego groza. Czego się bał? Nie wiedział. Ale wydawało mu się, że samo powietrze wokół przesiąknięte jest tajemnicą. Jakieś wypowiedziane szeptem imię, którego nie chciano powtórzyć, dawne waśnie wspominane ukradkiem w rozmowach służby. Ogarnęła go niepewność. Może zresztą przyczyną był fakt, że jego mama czuła się przez całe życie tak nieszczęśliwa.

4

Odkąd wybrano Guida do robienia kariery scenicznej, pracował zacięcie i spędzał każdą noc wśród blasku opery, obserwując artystów i śpiewając w chórze, jeśli zachodziła taka potrzeba. Wychodził z głową szumiącą od oklasków oraz zapachem perfum i pudru w nozdrzach. Sam już nie komponował, zarzucił to na rzecz licznych ćwiczeń i arii autorstwa innych, przeznaczonych na ten i następny sezon. Owe lata przepojone były tak cudowną intensywnością, że nie zboczył z obranego kursu, nawet mimo budzących się w nim namiętności.
Już znacznie wcześniej Guido pogodził się z myślą, że wszelkie namiętności pozostaną dla niego obce.


Pociągało go życie w celibacie. Wierzył w to, co mówiono na kazaniach. Jako eunuch nigdy nie będzie mógł się ożenić, bo celem małżeństwa jest płodzenie potomstwa. Papież nigdy jeszcze nie dał dyspensy eunuchowi. Będzie więc wiódł życie kapłana, jedyne życie pełne dobra i łaski, jakie wolno mu było prowadzić. Ponieważ uważał eunuchów za kapłanów muzyki, całkowicie się z tym pogodził. Jeśli w ogóle zastanawiał się, co będzie musiał poświęcić w zamian, czuł niemą pewność, że nigdy nie dane mu będzie tego pojąć w pełni. -Cóż to dla mnie?- myślał, wzruszając ramionami. Jego wola była niezłomna, a śpiew znaczył wszystko.
Mimo to, pewnej nocy, po późnym powrocie z opery, miał niesamowity sen. Pieścił w nim małą pulchną śpiewaczkę, którą dostrzegł na scenie. Widział jej nagie, krągłe ramiona i miejsce, w którym z ich spadzistej pełności wyłaniała się kształtna szyja. Przebudził się spocony, nieszczęśliwy.
W ciągu następnych kilku miesięcy sen pojawił się jeszcze dwa razy. Całował tę kobietę, zginał jej ramię w łokciu i dotykał ustami tworzącej się tam delikatnej fałdki. Pewnej nocy, kiedy się ocknął, wydawało mu się, że słyszy jakieś głosy w ciemnej bursie, szepty, ciche kroki. Wokół raz po raz rozbrzmiewał stłumiony śmiech.
Wcisnął głowę w poduszkę. Przed oczyma przesuwały mu się różne obrazy: czy to byli lubieżni kastraci, czy kobiety?
W kaplicy nie mógł potem oderwać oczu od stóp stojącego obok niego Gina. Widok wrzynającego się w jego wysokie podbicie skórzanego paska sprawił, że coś dziwnego ścisnęło go za gardło. Obserwował mięśnie przesuwające się pod obcisłymi pończochami Gina. Wypukła łydka wydawała mu się piękna, zachęcająca. Pragnął jej dotknąć i patrzył zasmucony, jak chłopak odchodzi, aby przyjąć przy ołtarzu komunię.
Pewnego popołudnia, pod koniec lata, czarny żakiet, ciasno opinający sylwetkę stojącego przed nim młodego maestra, tak go rozproszył, że wcale nie mógł śpiewać. Był to człowiek żonaty, miał dzieci. Przychodził codziennie uczyć poezji i dykcji, którą każdy śpiewak musi dokładnie opanować. -No dlaczego- mruknął Guido sam do siebie- tak się gapię na ten płaszcz?- Jednak ilekroć mężczyzna odwracał się, Guido obserwował tkaninę, przylegającą ciasno do karku i opinającą mocno pas, falującą delikatnie w okolicy bioder, i znów pragnął jej dotknąć. Ilekroć przesunął po niej wzrokiem, czuł coś zbliżonego do bezgłośnego i niewidzialnego uderzenia. Zamknął oczy. Kiedy je otworzył, miał wrażenie, że maestro uśmiecha się do niego. Mężczyzna usiadł i, przesuwając się na krześle, szybkim ruchem dłoni ułożył wygodniej spoczywający między nogami ciężar. Spojrzał na Guida niewinnym wzrokiem. Niewinnym?
W czasie kolacji ich oczy ponownie się spotkały. Później, przy wieczornym posiłku, także.
Powoli, leniwie, ciemność pokryła góry, zasnuła witraże matową czernią, kiedy Guido, jakby wbrew swej woli, szedł pustym korytarzem, mijając od dawna już nie zamieszkane pokoje. Dotarł do drzwi maestra i kątem oka ujrzał niewyraźną męską sylwetkę. Srebrne światło, wlewające się przez otwarte okno z kwaterami, padało na jego kolana i założone ręce.
- Guido!- szepnął w mroku maestro.
To było jak sen, tylko wyraźniejsze i nie tak naturalne; ten ostry, skrzypiący odgłos stóp Guida, przesuwających się po kamiennej podłodze, i cicho zamykające się za nim drzwi.
Chwiejące się cienie drzew raz po raz przysłaniały światła mrugające na wzgórzu za oknem. Młody nauczyciel wstał i zatrzasnął malowane okiennice. Guido przez moment nic nie widział, oddychał chrapliwie, gwałtownie, aż nagle dostrzegł znów te jasne, skupiające w sobie całe światło ręce, rozpinające spodnie maestra.
A więc nauczyciel znał i dzielił z Guidem sny o tajemnym grzechu!
Guido wyciągnął dłoń, jakby jego własne ciało nie było mu posłuszne. Padł na kolana i natychmiast wziął w usta tę tajemnicę, ten organ grubszy i dłuższy od jego własnego, przedtem czując jeszcze przez chwilę gładką, nie owłosioną skórę brzucha maestra. Niepotrzebne mu były żadne wskazówki. Czuł, jak członek pęcznieje mu w ustach, reagując na dotyk języka i zębów. Cały był już ustami, wbijał palce w pośladki nauczyciela, naglił, żeby wysunął biodra do przodu, a jego rytmiczne desperackie jęki zagłuszały powolne westchnienia tamtego.
- Powoli- szepnął maestro- ooch, powoli!- Ale wypchnął biodra w przód i przycisnął do twarzy Guida wszystkie splątane zapachy swojego ciała, wilgotne, kręte włosy i samą skórę o smaku soli i piżma. Guido wydał gardłowy krzyk, czując suche, szarpiące spełnienie własnej namiętności.
W tej samej chwili, kiedy osłabiony i drżący od szoku, przylgnął do łona maestra, poczuł strumień nasienia mężczyzny, wypełniający jego usta. Otworzył się na tę próbującą go zdławić wyśmienitość i gorycz. Opuścił głowę, upadł bezwładnie. Nagle zdał sobie sprawę, że jeśli nie zdoła tego przełknąć, dostanie torsji.
Nie spodziewał się, że to się tak nagle i całkowicie skończy.
Wreszcie naprawdę poczuł mdłości i musiał odsunąć się, usiłując nie otwierać ust pod ich naporem.
- Chodź... -szepnął nauczyciel. Chwycił Guida za ramiona i próbował go podnieść, ale Guido położył się na podłodze. Wczołgał się pod klawikord, przycisnął czoło do zimnych kamieni. Chłód był mu potrzebny.
Wiedział, że maestro klęczy przy nim. Odwrócił twarz.
- Guido- szepnął delikatnie mężczyzna. -Guido... -powtórzył karcącym głosem. Kiedy ostatnio słyszał ten zwodniczy głos? Jęk, który Guido wydał z siebie, był tak pełen rozpaczy, że zaskoczył jego samego.
- Nie, Guido, nie... -maestro kucnął. -Posłuchaj mnie, młodzieńcze- przekonywał.
Guido zakrył uszy dłońmi.
- Słuchaj- nalegał uparcie mężczyzna, pocierając palcami włosy na jego szyi. -Sprawiasz, że wszyscy uginają przed tobą kolana- szepnął.
Odpowiedziała mu cisza. Zaśmiał się cicho, delikatnie, bez cienia drwiny.
- Jeszcze się przekonasz- powiedział. Wstał. -Przekonasz się, kiedy w uszach zabrzmią ci brawa, kiedy obsypią cię hołdami i kwiatami.

5

Mariannie rzadko zdarzało się teraz uderzyć Tonia. Miał trzynaście lat i był już prawie jej wzrostu.
Nie odziedziczył jej ciemnej skóry ani bizantyjskich oczu. Jego cera była jasna, ale miał równie gęste czarne loki i zwinną, niemalże kocią sylwetkę. Kiedy jak zwykle tańczyli razem, zaś ona kołysała biodrami i klaskała w dłonie, a Tonio zataczał wokół niej szybkie kręgi, uderzając przy tym w tamburyn, wyglądali jak bliźnięta; jak światło i ciemność. Pląsali w rytm gorączkowego ulicznego tańca furlana, którego nauczyły ich służące. Kiedy stary kościół, znajdujący się za pałacem, organizował swój doroczny targ sagra, wychylali się z tylnych okien domu, żeby obserwując dziewczęta służebne, wirujące w krótkich spódnicach, nauczyć się jeszcze lepiej tańczyć.
Cokolwiek robili wspólnie- czy był to taniec, śpiew, gra czy też czytanie książek, Tonio zawsze przewodził. Szybko zorientował się, że była bardziej dzieckiem niż on sam. Nigdy nie chciała go skrzywdzić. Kiedy była w ponurym nastroju, czuła się bezradna; cały świat walił jej się na głowę, a Tonio lgnący do niej z zapłakaną twarzą i przestraszony, przerażał ją. Wtedy wymierzała nerwowe klapsy, krzyczała przeraźliwie, czasem nawet rzucała czymś w kierunku Tonia, zasłaniając uszy dłońmi, żeby nie słyszeć jego łkania. Nauczył się ukrywać swój strach w takich chwilach, usiłował ją ukoić, odwrócić uwagę od tego, co ją dręczyło. Jeśli tylko mógł, wyciągał Mariannę na dwór i zapewniał jej rozrywki.
Jedynym niezawodnym sposobem była zawsze muzyka. Wychowała się na muzyce. Osierocona tuż po urodzeniu, została umieszczona w Ospedale delia Pietá, jednym z czterech sławnych klasztornych konserwatoriów Wenecji, którego chór i orkiestra, składające się wyłącznie z dziewcząt, zadziwiały Europę. Kiedy była małą dziewczynką, tamtejszym Maestro di Capella był nie kto inny, jak sam Antonio Vivaldi. Uczył ją śpiewać i grać na skrzypcach, gdy miała zaledwie sześć lat. Już wtedy ujawnił się niezwykły talent Marianny. W jej pokoju leżały stosy nut utworów Vivaldiego. Były tam wokalizy dla dziewczynek zapisane jego własną ręką. Zawsze posyłała po partytury jego najnowszych oper.
Od chwili, kiedy dostrzegła, że Tonio odziedziczył jej talent wokalny, obdarzyła go desperacką, gorzką miłością. To ona nauczyła go pierwszych pieśni; uczyła grać i śpiewać ze słuchu wszystko i to tak, że nauczyciele mogli się tylko dziwić. Czasem mówiła: "Gdybyś urodził się bez słuchu muzycznego, utopiłabym cię. Albo siebie". Wierzył w to, kiedy był mały.
Nawet w najgorszych chwilach, kiedy oddech matki cuchnął winem, a jej oczy były szkliste i okrutne, Tonio pojawiał się, jasny i kapryśny, aby zwabić ją do klawikordu.
- Chodź, mamo- mówił spokojnie, jakby nic się nie stało. -Chodź, mamo, zaśpiewaj ze mną.
Jej komnaty, zalane słońcem poranka, wyglądały zawsze tak ślicznie: łoże zasłane było białym jedwabiem, a w szeregu luster odbijały się tapety zdobne w wizerunki cherubinów i girlandy. Zegary, przeróżne zegary, które tak lubiła, tykały na stolikach, skrzyniach, na marmurowym kominku. Pośród tego wszystkiego była ona, z włosami w nieładzie, ze szklanką wydzielającą kwaśny zapach w dłoni. Patrzyła na niego, jakby nie poznając.
Nie czekał dłużej. Zdejmował pokrowiec z podwójnego rzędu klawiszy z kości słoniowej i zaczynał grać. Często były to utwory Vivaldiego, Scarlattiego lub łagodniejsze i melancholijne kompozycje patrycjusza Benedetta Marcello. Już po chwili czuł, jak matka miękko siada przy nim na ławce.
Dźwięk splatających się głosów przepełniał go radością. Jego mocny, jasny sopran wznosił się wyżej, lecz jej miał bogatszą, fascynującą barwę. Niecierpliwie przesuwała stare partytury w poszukiwaniu swoich ulubionych arii albo sama układała nowe melodie do fragmentów nowo poznanych przez niego poezji, które na jej życzenie recytował.
- Świetnie potrafisz naśladować!- mówiła, kiedy idealnie powtórzył po niej jakiś skomplikowany pasaż. Powoli, umiejętnie wzmacniała kolejno i przyciszała nutę, aby usłyszeć, jak Tonio bezbłędnie ją odtwarza. Nagle chwytała go ciepłymi, bardzo silnymi dłońmi i szeptała:
- Kochasz mnie?
- Oczywiście, że cię kocham. Mówiłem ci to wczoraj i przedwczoraj, a ty ciągle zapominasz- drażnił się z nią. Odpowiadała przeszywającym, pełnym uczucia okrzykiem. Przygryzała usta, jej oczy robiły się niezwykle szerokie, potem zwężały się. Zawsze wtedy dawał jej to, czego chciała, ale gdzieś w środku cierpiał.
Codziennie rano, kiedy się budził, wiedział, czy jest wesoła, czy smutna. Czuł to. Odliczał godziny nauki, myśląc, kiedy będzie mógł się wyniknąć i iść do niej. Ale nie rozumiał jej.
Zaczynał też zdawać sobie sprawę z tego, że samotność, której doświadczał jako dziecko, te ciche i puste pokoje, wielki, mroczny pałac, były takie nie tylko z powodu wieku i staroświeckiej srogości ojca, ale i jej nieśmiałości, samotnictwa. Dlaczego nie miała przyjaciół, skoro Pietá równie pełna była dam z towarzystwa, co i sierot, a wiele z nich przez małżeństwo weszło do dobrych rodzin?
Nigdy nie mówiła o tym miejscu; nigdy nie wychodziła z domu. A kiedy kuzynka Catrina Lisani przychodziła z wizytą, Tonio wiedział, że zostaje tak krótko przez uprzejmość. Marianna żyła jak zakonnica w klasztorze. Nosiła się na czarno, ręce składała na kolanach, jej ciemne włosy miały połysk i gładkość satyny. Catrina, ubrana w wesoły, wzorzysty jedwab z mnóstwem żółtych kokardek, musiała sama prowadzić rozmowę.
Czasem przychodził z nią jej towarzysz, bardzo układny i przystojny cavalier servente, będący również jakimś dalekim kuzynem, chociaż Tonio nie mógł nigdy zapamiętać dokładnego pokrewieństwa. Była to prawdziwa rozrywka, gdyż szedł on z Toniem do Wielkiego Salonu, gawędząc o tym, co pisały gazety i co działo się w teatrze. Nosił buty o czerwonych obcasach i monokl na niebieskiej wstążce. Chociaż był patrycjuszem, spędzał czas na nieróbstwie, w towarzystwie kobiet. Tonio wiedział, że Andrea nie pochwalałby obecności kogoś takiego przy jego żonie i on sam też by się na to nie zgodził. Mimo to wydawało mu się, że gdyby Marianna miała takiego kawalera, zaczęłaby wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi, którzy od czasu do czasu przychodziliby też do pałacu, a cały świat stałby się zupełnie inny.
Jednak myśl o obecności jakiegoś cavalier servente tak blisko niej, w gondoli, przy stole, na mszy, odstręczała Tonia. Czuł palącą, rozdzierającą zazdrość. Żaden mężczyzna prócz niego nie był jeszcze tak blisko niej.
- Gdybym tylko mógł być jej caualier servente... -wzdychał. Z lustra patrzył na niego wysoki młody mężczyzna z twarzą dziecka. -Dlaczego nie mogę jej bronić?- szepnął. -Dlaczego nie mogę jej uratować?

6

Cóż można zrobić z kobietą, która coraz częściej ceni butelkę wina wyżej od światła dnia? Choroba! Melancholia! Tak to nazywano. Zanim Tonio skończył czternaście lat, Marianna już zawsze wstawała z łóżka późnym popołudniem. Często była "zbyt zmęczona", by śpiewać, z czego się cieszył, bo nie mógł znieść widoku niepewnego kroku, którym poruszała się po pokoju. Przeważnie była na tyle rozsądna, że zostawała w łóżku. Leżała z wychudzoną twarzą, z wytrzeszczonymi, błyszczącymi oczami, wsparta o białe poduszki i słuchała każdego koncertu, jaki dla niej przygotował. Kiedy nadchodził zmierzch, robiła się już kłótliwa i dziwaczna. Oczywiście, że nie chce iść do Pieta. Czemu miałaby chcieć tam iść? Pewnego wieczora spytała: -Czy wiesz, że kiedy tam mieszkałam, wszyscy mnie znali? Byłam tematem rozmów w całej Wenecji. Gondolierzy twierdzili, że jestem najlepszą śpiewaczką ze wszystkich czterech szkół, że nigdy jeszcze takiej nie słyszeli. Imię "Marianna" znały salony Paryża i Londynu; słyszano o mnie w Rzymie. Pewnego lata pływaliśmy łodzią po Brencie. Śpiewaliśmy we wszystkich willach, a potem tańczyliśmy, jeśli przyszła nam ochota; piliśmy wino ze wszystkimi gośćmi...
Tonio był wstrząśnięty.
Lena umyła ją i uczesała, jakby była dzieckiem, nalała wina dla uspokojenia, a potem wzięła Tonia na stronę.
- Wszystkie dziewczęta z konserwatorium obdarzane są takimi pochwałami. To nic takiego, głuptasie- mówiła. -Tak samo jest dzisiaj. Zapytaj Bruna. Gondolierzy zachwycają się tymi dziewczętami bez względu na to, czy są wielkimi damami, które mają poślubić patrycjuszy, czy tylko bezimiennymi dziećmi. To nie to samo co być na scenie, więc czemu tak patrzysz, na Boga!
- Powinnam była robić karierę sceniczną!- odezwała się niespodziewanie Marianna. Odrzuciła przykrycia. Jej chwiejąca się głowa opadała w przód, strumyczki włosów spływały na ziemistą twarz.
- Cicho już, cicho- uspokajała ją Lena. -Tonio, wyjdź na chwilę.
- Dlaczego ma wyjść?- odezwała się Marianna. -Czemu zawsze go gdzieś odsyłasz? Śpiewaj, Tonio. Obojętne co, byłeś śpiewał, śpiewaj to, co sam wymyśliłeś. Powinnam była uciec z operą, ot co! Żyłbyś na walizkach, bawił się rekwizytami za kulisami. A tymczasem, proszę bardzo- Jego Ekscelencja Marc Antonio Treschi...
- To już czyste szaleństwo!- przerwała jej Lena.
- Tak, tylko nie wiesz- krzyknęła Marianna- że to zakłady dla obłąkanych tworzą szaleńców!
Przyszły okropne czasy. Kiedy Catrina Lisani pojawiała się z wizytą, Lena pozbywała się jej, powołując się na jakieś nie sprecyzowane diagnozy i tymi samymi wymówkami zatrzymywała Andreę Treschiego, przybywającego na poranne odwiedziny w sypialni żony rzadko, lecz regularnie. Po raz pierwszy Tonio miał ogromną ochotę wymknąć się z palazzo.
Miasto wpadło w ferwor przygotowań do największego z weneckich świąt- święta Wniebowstąpienia zwanego Senza, kiedy to doża wypływał swoją przepięknie złoconą barką Bucintoro, aby wrzucić w morze obrzędowy pierścień, symbol zaślubin z Adriatykiem i władzy Wenecji nad nim. Wenecja i morze, starodawne, święte zaślubiny. Na samą myśl o tym, Tonio czuł przebiegające po plecach przyjemne dreszcze, chociaż wiedział, że zobaczy tylko tyle, ile uda mu się dojrzeć z dachów. A kiedy wyobraził sobie następujące potem dwa tygodnie karnawału, gdy na calli i przystaniach dojrzał zamaskowane postacie- maski nawet w twarzach dzieci i kołysanych w ramionach niemowląt, wszystkich podążających na piazza- czuł przyprawiające go o mdłości oczekiwanie i złość.
Dokładniej niż zwykle zbierał drobne podarunki, które rzucał w nocy śpiewakom, aby zostali pod jego oknem. Znalazł zepsuty złoty zegarek, owinął go cienką jedwabną chusteczką i cisnął w dół. Nie wiedzieli, kim jest. Pytali o to czasem w swoich pieśniach.
Pewnej nocy, kiedy czuł się bardziej beztroski niż zwykle, a Senza miała się rozpocząć już za dwa tygodnie, zaśpiewał w odpowiedzi: "Jestem tym, który dzisiejszej nocy kocha was bardziej niż ktokolwiek w Wenecji!"
Jego głos odbijał się od kamiennych ścian. Był tak podekscytowany, że nieomal wybuchnął śmiechem, ale śpiewał dalej, wplatając w pieśń wszystkie znane mu kwieciste wiersze na cześć muzyki, dopóki nie zorientował się, że jest śmieszny. Mimo to czuł się wspaniale. Nie zauważył nawet ciszy panującej w dole. Kiedy z wąskiego chodnika podniosły się w górę burzliwe oklaski i okrzyki aplauzu, cichy śmiech i nieśmiałość pokryły jego twarz rumieńcem.
Oderwał potem zdobne w klejnoty guziki od swojego żakietu i rzucił pieśniarzom.

Czasem jednak śpiewacy przychodzili bardzo późno. A czasem wcale. Może na zamówienie śpiewali serenady dla dam lub pieśni dla kochanków nad brzegiem kanału. Nie wiedział. Siedząc przy oknie z łokciami wspartymi o wilgotny parapet, marzył, że znalazł jakieś nie znane nikomu piwniczne drzwi i odszedł ze śpiewakami. Marzył, że nie jest bogaty, nie jest patrycjuszem, a ulicznikiem, mogącym śpiewać i grać na skrzypcach do woli przez całą noc, we wszystkie cztery strony tej gęsto zabudowanej, kamiennej krainy z baśni, tego otaczającego go ciasno miasta. Narastało w nim uczucie, że coś musi się wydarzyć. Wydawało się, że nic gorszego nie może go już w życiu czekać.
Aż pewnego popołudnia Beppo z głupoty przyprowadził Alessandra, wiodącego śpiewaka z Bazyliki Świętego Marka, aby posłuchał, jak Tonio śpiewa z matką.
Już jakiś czas przedtem Beppo czuwał przy drzwiach sypialni Marianny, aby spytać, czy zezwoliłaby na taką wizytę. Był bardzo dumny z głosu Tonia, a Mariannę podziwiał niczym jakiegoś serafina.
- Ależ oczywiście, przyprowadź go, kiedy tylko będziesz chciał- odparła wesoło. Pochłaniała drugą butelkę białego hiszpańskiego wina i spacerowała w szlafroku. -Przyprowadź go. Bardzo chętnie się z nim zobaczę. Jak chcesz, to dla niego zatańczę. Tonio zagra na tamburynie. Zrobimy sobie prawdziwy karnawał.
Tonio czuł się upokorzony. Lena położyła swoją panią spać. Beppo oczywiście powinien się domyślić. Ale Beppo był stary. Jego małe niebieskie oczka migotały jak niepewne płomyki. I oto w kilka dni później w salonie stał odziany przepięknie w kremowy aksamit i kaftan z zielonej tafty Alessandro, wyraźnie zachwycony tym szczególnym zaproszeniem. Marianna spała głęboko przy zaciągniętych kotarach. Toniowi szybciej udałoby się obudzić Meduzę.
Przeczesał włosy grzebieniem, włożył swój najlepszy żakiet i poszedł sam zaprosić Alessandra na pokoje, tak jakby był panem domu.
- Nie wiem, co robić, signore- powiedział. -Moja matka jest chora, a ja krępuję się śpiewać dla pana sam. -Jednak czuł się uszczęśliwiony nawet tym małym, niespodziewanym towarzystwem. Blask słońca zalewał rzeźbiony mahoń i adamaszek, które stanowiły wystrój pokoju. Mimo wyblakłego dywanu i wysokich sufitów, było w nim coś ładnego.
- Przynieś kawę- powiedział do Beppa i otworzył klawikord.
- Proszę wybaczyć, Wasza Ekscelencjo- odezwał się cicho Alessandro. -Nie spodziewałem się, że będę przeszkadzał.
Miał delikatny i senny uśmiech. Bez szat chórzysty daleko mu było do eteryczności. Był ogromnym mężczyzną, którego gesty ratowała przed niezręcznością tylko ich płynność.
- Miałem nadzieję, że wolno mi będzie usiąść gdzieś na uboczu, gdy będziecie śpiewać z matką. Nie chciałem niepokoić- mówił. -Beppo dużo mi opowiadał o waszych duetach, no i pamiętam twój głos, Ekscelencjo. Nigdy go nie zapomniałem.
Tonio zaśmiał się. Wiedział, że jeśli ten człowiek wyjdzie, to wybuchnie płaczem, tak czuł się samotny. -Proszę siadać, signore- powiedział. Z ulgą powitał pojawienie się Leny z dymiącym czajnikiem i Beppa podążającego tuż za nią z plikiem nut. Tonio był zdesperowany. Do głowy przyszedł mu wspaniały, dojrzały pomysł zabawienia Alessandra w sposób tak doskonały, by powracał tu potem częściej. Wziął ostatnią operową partyturę Vivaldiego, "Montezuma". Arie były mu obce, ale nie mógł zaryzykować melodii starej i nużącej, więc po chwili śpiewał już żywy, dramatyczny utwór. Jego głos szybko się rozgrzewał. Nigdy jeszcze nie śpiewał w tym pokoju. Było tu więcej nagiego marmuru niż draperii i gobelinów. Śpiew brzmiał donośnie, cudownie. Kiedy nagle zamilkł, zmroziła go cisza. Nie spojrzał na Alessandra. Czuł, że wzbiera w nim dziwne uczucie, niepewne szczęście. Potem pod wpływem impulsu odwrócił się i skinął na Alessandra. Był nieomal zdziwiony, widząc, że eunuch wstaje i siada przy klawikordzie. I kiedy zaczął szybko pierwszy duet, usłyszał, jak za nim ten wspaniały głos, ta nabrzmiała siła, podnosi, unosi jego własny. Po tym był jeszcze jeden duet, i jeszcze jeden, a kiedy nie mogli już znaleźć więcej, przerabiali arie na duety. Śpiewali z partytury wszystko to, co im się podobało, kilka utworów, które nie przypadły im do gustu, potem wybierali inną muzykę. W końcu Alessandro dał się namówić na dzielenie z Toniem małej ławeczki i wypili razem kawę, którą im przyniesiono.
Śpiewali i śpiewali, aż wreszcie zniknęły wszystkie dzielące ich formalności. Byli po prostu parą ludzi. Nawet ich głosy były inne, kiedy rozmawiali. Alessandro wskazywał na poszczególne aspekty tej czy innej kompozycji. Od czasu do czasu przestawał śpiewać i nalegał, że musi usłyszeć Tonia samego, a potem obsypywał go gorącymi pochwałami, jakby chcąc przekonać, że posiada wielki dar i nie jest to czczy komplement. W końcu zamilkli obaj, kiedy postawiono przed nimi kandelabr. W domu panowała ciemność. Było późno, a oni zapomnieli o całym świecie.
Tonio milczał. Przygnębiał go widok przedmiotów wyglądających jak cienie. Pokój wydawał się otchłanią, a obraz odbijających się w szkle migotliwych świateł kanału budził w nim pragnienie rozświetlenia komnaty wszystkimi świecami, jakie udałoby się znaleźć. Głowa wciąż pulsowała muzyką i bólem. Kiedy ujrzał nikły uśmiech na twarzy Alessandra, zamyślenie, spojrzenie pełne podziwu, czuł jak ogarnia go nieodparta miłość do niego.
Chciał opowiedzieć mu o tej nocy, dawno temu, kiedy po raz pierwszy śpiewał w Bazylice Świętego Marka, jak bardzo mu się to podobało i że nigdy tego nie zapomniał. Nie potrafił ubrać w słowa pierwszego, dziecinnego marzenia, żeby być śpiewakiem. Nie mógł powiedzieć, że oczywiście nigdy nim nie zostanie, i wyjaśnić, z czego wynikała śmieszność sytuacji: z jego niewiedzy, że Alessandro jest... kim? Poczuł nagle upokorzenie, zatrzymał rozpędzone myśli.
- Słuchaj, musisz zostać na kolacji- powiedział wstając. -Beppo, proszę, powiadom Angela, że pragnę, by też z nami jadł. I zawiadom zaraz Lenę. Zjemy w głównej jadalni.
Stół został szybko nakryty odpowiednim obrusem i srebrami. Tonio zażądał więcej kandelabrów i już wkrótce, usadowiwszy się u szczytu stołu, jak zawsze to robił, kiedy był sam, zatopił się w rozmowie.
Alessandro często się śmiał. Długo odpowiadał na pytania. Chwalił wino. Zaczął też opisywać ostatni bankiet wydany przez dożę. Było to jedno z tych ogromnych przedsięwzięć, na których do stołów zasiadały setki gości, a przez otwarte drzwi wchodzili z piazzetty ludzie, aby to oglądać.
- Brakowało jednej srebrnej tacy- Alessandro uśmiechnął się, podnosząc w górę swoje gęste, ciemnobrązowe brwi. -Proszę sobie tylko wyobrazić, Wasza Ekscelencjo, tych wszystkich dostojników państwowych czekających cierpliwie, aż srebro zostanie jeszcze raz przeliczone. Ledwo powstrzymałem się od śmiechu.
Sposób, w jaki opowiadał tę historyjkę, nie wyrażał jednak braku szacunku. Szybko przeszedł do następnej. Był na swój sposób wytworny. Jego twarz lśniła w blasku świec z lekka nieziemską gładkością.
Przez cały czas Tonio nie mógł przestać myśleć o tym, że siedzący cicho u jego prawego boku Angelo i Beppo robią wszystko, czego zażąda. Kiedy zauważył, że przydałaby się druga butelka wina, Angelo natychmiast po nią posłał.
- I koniecznie jakiś deser- dodał Tonio. -Jeśli nie ma nic w domu, poślij kogoś po czekoladę albo lody.
Beppo patrzył na niego z wyraźnym podziwem, a Angelo był jakby trochę wystraszony.
- Ale powiedz mi, jak to jest, kiedy śpiewa się dla króla, dla króla Francji, króla Polski...
- Tak samo jak wtedy, gdy śpiewa się dla innych, Wasza Ekscelencjo- odparł Alessandro. -Zawsze pragnę zrobić to bezbłędnie. Cierpiałbym, słysząc fałsz. Dlatego nigdy nie śpiewam, kiedy jestem sam w domu. Nie chcę usłyszeć czegoś, co nie jest... idealne.
- A opera? Nigdy nie chciałeś śpiewać na scenie?- naciskał Tonio.
Alessandro złożył ręce, splatając palce na wzór wieżyczki. Najwyraźniej zamyślił się nad odpowiedzią.
- Śpiewanie w świetle rampy to zupełnie coś innego- odparł. -Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić. Cóż, widzieliście śpiewaków w...
- Nie, jeszcze nie- przerwał mu Tonio i poczuł, że się czerwieni. Alessandro zda sobie teraz sprawę z tego, jak młody jest Tonio i jakie dziwne jest to małe przyjęcie.
Ale jego towarzysz po prostu mówił dalej. Wyjaśniał, że na scenie trzeba się wcielić w inną osobę, grać- pokazywać się, być widzianym. W kościele sytuacja wygląda zupełnie inaczej- jest tylko unoszący się nad wszystkim głos.
Tonio pociągnął następny łyk wina i kiedy właśnie miał wyznać, jak bardzo chce iść do opery, zauważył, że Angelo i Beppo spiesznie powstali. Alessandro spojrzał nagle poza kraniec stołu. I też się podniósł. Tonio zrobił to samo, zanim jeszcze wyłuskał z niebieskawego mroku postać swego ojca.
Andrea wszedł właśnie do komnaty. W jego czerwone szaty zaplątało się światło. Za nim stała grupa ludzi: signore Lemmo, jego sekretarz i czereda młodzieńców, zawsze podążająca za Andreą w nadziei nauczenia się od szanownego starca retoryki i polityki. Tonia opanował natychmiast taki strach, że nie mógł zebrać myśli.
Kimże był, żeby zapraszać gościa na kolację? Andrea stał już tuż przed nim. Tonio pochylił się, żeby pocałować rękę ojca. Nie miał pojęcia, co może się zdarzyć. Spostrzegł, że ojciec się uśmiecha. Patrzył z absolutnym zdziwieniem, jak Andrea zajmuje krzesło obok Alessandra. Zezwolono zostać kilku z młodych ludzi. Kiedy signore Lemmo rozkazał staremu lokajowi Giuseppe zapalić świece na ścianach, boazeria z niebieskiej satyny nabrała nagle życia i rozbłysła pięknem. Andrea rozmawiał, dowcipkował. Przyniesiono kolację dla niego i jego towarzyszy, dolano wina do kieliszka Tonia, a ojciec obdarzył go spojrzeniem pełnym żywiołowego ciepła, delikatności i bezgranicznej miłości.

* * *

Jak długo to trwało? Dwie godziny, trzy? Kiedy Tonio leżał potem w łóżku, jego myśli lgnęły do każdej sylaby, każdego wybuchu śmiechu. Wrócili później do salonu i po raz pierwszy w życiu Tonio śpiewał dla swojego ojca. Alessandro śpiewał również. Pili razem kawę, dzielili się plastrami świeżego melona, przyniesiono też pięknie uformowane lody, które rozdzielono na srebrne talerzyki, a Andrea zaproponował Alessandrowi zapalenie fajki i nawet sugerował, żeby jego syn też jej spróbował.
Andrea, którego twarz opięta była przezroczystą skórą tak ciasno, że można było odgadnąć kształt czaszki, wyglądał w tym towarzystwie staro. Jego wiecznie promienne oczy jak zawsze drastycznie odbijały się od reszty oblicza. Niemniej zdarzało się, że usta drżały mu niepewnie, a kiedy wstawał, by pożegnać Alessandra, wyglądało na to, iż wysiłek sprawia mu ból.
Musiało być już po północy, kiedy goście się rozeszli. Tym samym wolnym, uważnym krokiem Andrea podążył za Toniem do jego pokoi, w których bywał tylko wtedy, kiedy syn chorował. Stanął w drzwiach niemalże ceremonialnie i oglądał wszystko z wyraźną aprobatą. Zdawał się zbyt wielki, zbyt wytworny na to miejsce, pośrodku którego wyrastał, jak snop migoczącego purpurowego światła.
W świetle świecy rzadkie siwe włosy, które unosiły się lekko wokół jego twarzy, jarzyły się jak niknący płomień.
- Jesteś prawdziwym gentlemanem, mój synu- rzekł. W jego głosie nie było wymówki.
- Wybacz mi, ojcze- szepnął Tonio. -Mama była chora, a Alessandro...
Andrea przerwał mu nieznacznym gestem.
- Jestem z ciebie zadowolony, synu- powiedział. A jeśli myślał jeszcze o czym innym, ukrył to.

Leżąc w łóżku, Tonio czuł dręczący niepokój. Nie mógł się wygodnie ułożyć, bolały go ręce i nogi.
Ta kolacja, taka zwyczajna, była jakby wyjęta ze snów, z fantazji, w których jego bracia powracali do życia. Nawet ojciec pojawił się przy stole! A teraz, kiedy już było po wszystkim, czuł w środku ból, którego nic nie mogło ukoić.
W końcu, kiedy zegary w całym domu wybijały trzecią, wstał i, wsunąwszy do kieszeni, niepotrzebnie, świeczkę i zapałkę siarkową, wyszedł. Spacerował po wyższych piętrach, po dawnych pokojach Leonarda, gdzie jak szkielet stało jego łóżko, po apartamentach, w których Philippo mieszkał ze swoją młodą żoną. Zostały po nich tylko wyblakłe ślady po obrazach na ścianach. Wszedł do małego studia, w którym na półkach wciąż stały książki Giambattisty, a potem, minąwszy pokoje służby, dotarł na dach.
Miasto widać było przez mgłę, nadającą mu szczególne piękno. Ciemne dachy lśniły wilgocią, a w oddali, na tle nieba, niezmiennie, różowo lśniły światła piazzy. Nachodziły go dziwne myśli. Kto zostanie jego żoną? Imiona i twarze zamkniętych w klasztorze kuzynek nic mu nie mówiły. Wyobraził ją sobie, wesołą i łagodną, jak odrzuca welon, by zaśmiać się tajemniczo i namiętnie. Nigdy nie będzie smutna, nie dotknie jej melancholia. Będą wydawać razem wielkie bale i tańczyć przez całą noc. Urodzą im się silni synowie. Każdego lata, wraz z innymi znamienitymi rodzinami, będą się udawali do willi nad Brentą. Pozwoli nawet jej starym ciotkom i niezamężnym kuzynkom, wujom i braciom zamieszkać w tym domu. Zrobi tu dla nich miejsce. Ściany pokryją nowe tapety, nowe draperie. Noże zedrą pleśń z fresków. Nie będzie tu już pustych i zimnych miejsc, a jego synowie będą mieli przyjaciół, setki przyjaciół przewijających się przez dom ze swoimi nauczycielami i piastunkami. Widział dziesiątki tych dzieci ustawionych do menueta, wspaniałe pastelowe jedwabie ich surducików i sukienek, dom rozbrzmiewający muzyką. Nigdy nie zostawi swoich dzieci samych. Choćby był nie wiem jak zajęty sprawami państwa, nigdy, przenigdy nie zostawi ich samych w tym pustym pałacu, nigdy...
Kiedy zszedł w dół po kamiennych schodach i zanurzył się w lodowate powietrze apartamentów matki, ciągle jeszcze chodziło mu to po głowie.
Zapalił zapałkę, gwałtownie pocierając nią po podeszwie buta, i przytknął do małej świeczki. Matka leżała tak głęboko uśpiona, że nic nie mogło jej przeszkodzić. Kiedy przysunął się bliżej, poczuł cierpki oddech, jednak jej twarz była doskonale niewinna w swej cudownej gładkości. Bardzo, bardzo długo stał, przyglądając się jej. Widział ostre zakończenie brody, blady zarys szyi. Zdmuchnąwszy świecę, wdrapał się obok niej na łóżko. Jej ciało pod przykryciem było ciepłe. Przysunęła się do niego blisko, dotykała dłonią ramienia Tonia, jakby chciała się do niego przytulić. Leżał tak, śniąc dla niej sny.
Widział modne damy na mszy, byli tam też cavalieri serventi. Wszystko na nic. Z niejasnym uczuciem przerażenia obserwował przesuwający się przed nim w wyobraźni obraz jej życia. Dostrzegł samotność bez nadziei, stopniowe chylenie się ku ruinie.
Po długiej chwili matka zajęczała cicho przez sen. Jęk stawał się coraz głośniejszy.
- Mamo- szepnął. -Jestem tutaj, z tobą.
Próbowała usiąść. Otoczył ją szkaradny welon splątanych włosów i błyszczącego światła.
- Podaj mi kielich, moje kochanie, mój skarbie- powiedziała.
Odkorkował butelkę. Patrzył, jak pije i opada na poduszki. I przez długi czas, zgarnąwszy jej włosy z czoła, wsparty na łokciu, po prostu na nią patrzył.

Następnego ranka nie mógł uwierzyć w wiadomość, którą oznajmił mu Angelo: mieli odtąd codziennie spacerować przez godzinę po piazzy. -Oczywiście oprócz dni karnawału!- dodał ze złością. A potem powiedział jeszcze wojowniczo i niepewnie, jakby tego nie pochwalał: -Twój ojciec uważa, że jesteś już na to wystarczająco dorosły.

7

Po krótkich chwilach spędzonych z młodym maestro, świat zaczął pulsować pokusą, jakby Guido posiadł nagle widoczny dla wszystkich znak lub opadły mu łuski z oczu. Co noc, leżąc w łóżku, słyszał w ciemności odgłosy miłości. A w operze kobiety otwarcie się do niego uśmiechały.
Wreszcie pewnego wieczora, kiedy inni przygotowywali się do snu, skrył się w samym końcu prowadzącej na poddasze sieni. Noc ukrywała go, kiedy siedział tak, w ubraniu, z nogą na szerokim parapecie. Po godzinie, może niecałej, z ciemności zaczęły się wyłaniać niewyraźne postacie, drzwi otwierały się i zamykały, a światło księżyca ukazało Gina, kiwającego zapraszająco palcem.
W przytulnej, czystej wnęce, w której trzymano pościel, Gino obdarzył go najdłuższym, najbardziej namiętnym uściskiem. Prawie całą noc leżeli na posłaniu ze złożonych prześcieradeł, pozwalając niknąć oszałamiającym falom rozkoszy, aby potem je wskrzesić i przedłużać w nieskończoność. Skóra Gina była gładka, piękna. Miał mocne usta i nie lękające się niczego palce. Delikatnie pieścił uszy Guida, ściskał do bólu sutki, całował włosy pomiędzy jego nogami, z największą cierpliwością dążąc do brutalniejszych oznak namiętności.
Przez następne noce Guido dzielił się swoim nowym towarzyszem z Alfredo, później z Alonso. Czasem w ciemności leżeli spleceni we dwóch lub we trzech. Nierzadko Guido spoczywał w objęciach chłopców leżących pod nim i na nim, a kiedy ostre pchnęcia Alfreda doprowadzały go do krawędzi bólu, twarde, chciwe usta Alonsa wiodły go ku ekstazie.
Nadszedł jednak dzień, kiedy Guido zarzucił te doskonale opracowane schadzki na rzecz gwałtowniejszych, nieczułych pchnięć "normalnych" uczniów. Nie bał się nieokaleczonych mężczyzn, nie zdając sobie zresztą sprawy, że jego groźne spojrzenie zawsze trzymało ich na odległość.
Jednak tych włochatych, chrząkających młodzieńców również nie bardzo lubił. Było w nich coś brutalnego i prostego, co czyniło ich w końcu mało interesującymi. Chciał eunuchów, apetycznych, doskonałych ekspertów od spraw cielesnych. Eunuchów albo kobiet.
Może miało tak być, może nie, w każdym razie to z kobietami zbliżył się najbardziej do spełnienia. Zbliżał się tylko, bo nie kochał. Poza tym było ono obezwładniające. Jego ulubienicami były uliczne dziewczyny, biedne, zawsze głupie, usatysfakcjonowane złotą monetą, zachwycone jego chłopięcym wyglądem, podziwiające jego ubranie i maniery. Rozbierał je szybko w wynajętym w tym celu pokoju nad tawerną, a im nigdy nie przeszkadzało, że jest eunuchem, liczyły może na trochę czułości. Nawet jeśli miały jakieś obiekcje, to i tak więcej ich nie spotykał, zawsze były jakieś inne. W miarę jak rosła sława Guida, wszystkie drzwi stawały przed nim otworem. Po wieczerzach, na których śpiewał, piękne damy prowadziły go ukradkiem do sekretnych komnat.
Przyzwyczaił się do jedwabnych prześcieradeł, złoconych cherubów, hasających nad owalnymi lustrami, i pienistych baldachimów. Zanim skończył siedemnaście lat, jego kochanką- czasem tylko, tajemnie- bywała śliczna, dwukrotnie zamężna i bardzo bogata hrabina. Jej powóz często zabierał go sprzed tylnych drzwi opery. Zdarzało się, że po godzinach ćwiczeń otwierał okno swojego pokoju na poddaszu i widział, jak pojazd toczy się pod ciężkimi gałęziami drzew.
Wydawała mu się wtedy stara, już nie w kwiecie wieku, ale wciąż pełna namiętności i dręczącej natarczywości. Kiedy w jego ramionach pokrywała się aż po sutki piersi szkarłatnym rumieńcem i przymykała oczy, ogarniało go uniesienie. To były wspaniałe, radosne chwile. Guido był już niemalże gotów wyruszyć do Rzymu, by zagrać tam swą pierwszą główną rolę. W wieku osiemnastu lat mierzył pięć stóp dziesięć cali i dysponował głosem zdolnym bez akompaniamentu wypełnić z niewyobrażalną czystością ogromną salę. W tymże roku stracił głos na zawsze.

8

Chociaż pozwolenie na spacer do piazzy nie było dużym zwycięstwem, Tonio przez kilka następnych dni szalał z radości. Niebo wydawało się bezkresnym błękitem, wszędzie wzdłuż kanału ciepły wiaterek szarpał prążkowanymi markizami, a kwietniki na oknach pełne były świeżych wiosennych kwiatów. Nawet Angelo najwyraźniej dobrze się bawił, chociaż wyglądał w swojej cienkiej, czarnej sutannie wątło i jakby niepewnie. Nie omieszkał powiedzieć Toniowi, że na zbliżającą się Senzę przybywali tu ludzie z całej Europy. Wszędzie rozbrzmiewała obca mowa.
Kawiarnie, zajmujące już nie tylko małe, zaniedbane wnętrza, ale i arkady, pełne były biednych i bogatych gości, wśród których biegały panny służebne z obnażonymi rozkosznie ramionami, ubrane w krótkie spódnice i jaskrawoczerwone staniki. Jedno spojrzenie na nie wystarczyło, by Tonio poczuł wzbierającą żądzę. Wyglądały niewypowiedzianie pięknie ze swoimi wstążkami i lokami, z obciągniętymi w pończochy kostkami, które tak doskonale było widać. Pomyślał, że gdyby zaczęły się tak ubierać damy, oznaczałoby to koniec cywilizacji.
Co dzień zmuszał Angela do trochę dłuższej, nieco dalszej przechadzki.
Piazza oferowała widowisko, z którym nic nie mogło się równać: pod łukami kościołów bajarze gromadzili wokół siebie zasłuchanych ludzi, dokoła spacerowali patrycjusze w galowych strojach, a damy, wolne od czarnych vesti, w których chodziły do kościoła w dni świąteczne, prezentowały strojne kreacje z wzorzystego jedwabiu. Nawet w żebrakach było coś interesującego. A przecież była jeszcze Merceria. Ciągnąc za sobą Angela koło wieży zegarowej i spoglądającego z niej lwa świętego Marka, Tonio szedł spiesznie po tej brukowanej marmurem ulicy, na której można było spotkać wszystkich rzemieślników Wenecji. Byli tu złotnicy, aptekarze, były koronkarki i modystki, eksponujące ekstrawaganckie kapelusze pełne ptaków i owoców oraz najnowszy paryski model kapelusza, w który wystrojona została wielka francuska lalka.
Nawet te proste rzeczy sprawiały mu rozkosz, przepychał się więc dalej do Panetterii z mnóstwem wypieków, do targów rybnych Pescherii, a dotarłszy do mostu Rialto, spacerował wśród sprzedawców warzyw.
Tonio odkrył, że pragnie tanich mięs i złego wina, dlatego po prostu, iż tak egzotycznie wyglądają, ale Angelo oczywiście nie chciał nawet słyszeć o wstąpieniu do kawiarni lub tawerny. Tonio usiłował jednak być rozumny.
Na wszystko przyjdzie czas. Teraz, gdy zapalczywy podopieczny Angela przerósł go i z łatwością nakłaniał wciąż do jakiegoś nowego łobuzerstwa, staruszek bardziej niż kiedykolwiek wyglądał jak sucha łupinka człowieka, którym był w młodości. Wyrwawszy przekupniowi gazetę, Tonio zdołał przeczytać sporo ploteczek, nim Angelo zorientował się, co robi.
Największą pokusę stanowili jednak dla Tonia sprzedawcy książek. Widział zebranych w ich sklepach gentlemanów, pijących kawę i wino, słyszał raz po raz wybuchy śmiechu. Tutaj dyskutowano o teatrze lub o zaletach kompozytorów oper, które miały wkrótce zostać wystawione. Tu można było kupić zagraniczne gazety, rozprawy polityczne, tomiki poezji.
Angelo ciągnął go za sobą. Czasem wędrowali na sam środek placu i Tonio, obracając się dookoła, miał wspaniałe uczucie, że unosi go przesuwający się tłum. Od czasu do czasu zaskakiwał go trzepot skrzydeł podrywających się do lotu gołębi. Gdyby pomyślał o Mariannie, siedzącej w domu za zasłoniętymi drapowanymi kotarami, rozpłakałby się.

Chodzili tak od czterech dni, z których każdy był bardziej zajmujący i ekscytujący niż poprzedni, gdy dostrzegli Alessandra i zdarzył się drobny incydent, który wprawił Tonia w konsternację.
Był zachwycony widokiem Alessandra, a gdy ujrzał, że zmierza on w kierunku sklepu z książkami, dostrzegł w tym szansę dla siebie. Angelo nie mógł go nawet dogonić, więc już po chwili Tonio znalazł się w zapchanym różnościami sklepiku, pośród dymu tytoniowego oraz aromatu kawy, i lekko dotykał rękawa Alessandra, by zwrócić na siebie uwagę.
- O, Wasza Ekscelencja!- objął go szybko Alessandro. -Jak miło was widzieć. Dokąd idziecie?
- Za panem, signore- odparł Tonio, czując nagle, że jest bardzo młody i zabawny. Lecz Alessandro, z gładką uprzejmością natychmiast powiedział, jak wielką przyjemność sprawiła mu kolacja, którą niedawno razem jedli. Wydawało się też, że wokół nich wszyscy zajęci są ożywioną rozmową, Tonio miał więc przyjemne uczucie anonimowości. Ktoś mówił o operze i tym neapolitańskim śpiewaku, Caffarellim. -Najlepszy na świecie- powtarzali. -Nieprawdaż?
Ktoś wyraźnie wymienił nazwisko "Treschi", potem wspomniał je raz jeszcze wraz z imieniem "Carlo".
- Nie przedstawisz nas?- zabrzmiał znów głos tego samego mężczyzny. -To musi być Marc Antonio Treschi.
- Całkiem podobny do Carla- powiedział ktoś inny i Alessandro, odwróciwszy Tonia delikatnie w stronę grupy młodych mężczyzn, zaczął wymieniać ich nazwiska, na które reagowali skinieniem głowy, po czym ktoś spytał Alessandra, czy uważa, że Caffarelli jest najlepszym śpiewakiem w Europie.
Wszystko to wydawało się Toniowi cudowne. Alessandro obdarzał go uprzejmościami, więc chłopak, w nagłym przypływie wylewności, zaproponował mu kielich wina.
- Z przyjemnością- odparł od razu śpiewak. Wziął dwie londyńskie gazety i szybko za nie zapłacił. -Caffarelli- powiedział przez ramię. -Cóż, dopiero gdy go usłyszę, będę wiedział, czy jest świetny.
- Czy to jakaś nowa opera? Czy ten Caffarelli ma tu przyjechać?- pytał Tonio. Niezmiernie podobało mu się to miejsce, a nawet to, że wszyscy chcieli go poznać.
Lecz Alessandro prowadził go w stronę drzwi. Kilka osób uniosło się ze skinieniem głowy. Wtedy nastąpiło spotkanie, które zmieniło kolor nieba, wygląd śnieżnobiałych chmur i sprawiło, że cały ten dzień rozbrzmiał tajemnicą.
Jeden z młodych patrycjuszy szedł za nimi pod arkady. Był to wysoki blondyn o włosach przyprószonych siwizną i ciemnej, opalonej skórze, jakby przebywał w jakimś tropikalnym kraju i był z tego powodu wyczerpany. Nie miał na sobie odświętnych szat, a tylko luźne, przybrudzone tabarro i wydawał się niemal groźny, czego Tonio, podniósłszy ku niemu wzrok, nie mógł sobie niczym wytłumaczyć.
- Czy ty mógłbyś wybrać kawiarnię?- pytał właśnie Alessandra. Trzeba to było zrobić w odpowiedni sposób. Alessandro onieśmielał Angela. Onieśmielał go też zresztą ostatnio i Tonio. Życie stawało się coraz przyjemniejsze.
Ale nagle ten mężczyzna dotknął ramienia Tonia.
- Nie pamiętasz mnie, prawda, Tonio?- spytał.
- Nie, signore. Muszę wyznać, że nie. -Uśmiechnął się. -Proszę wybaczyć.
Ogarnęło go jednak dziwne uczucie. Ten człowiek mówił uprzejmym tonem, ale jego wyblakłe, niebieskie oczy, łzawiące jakby z powodu choroby, były zimne.
- Ciekaw jestem- odezwał się mężczyzna- czy miałeś ostatnio jakieś wiadomości od swego brata Carla?
Tonio długo się w niego wpatrywał. Miał wrażenie, jakby wszystkie dźwięki piazzy zlały się w jeden brzmiący dysonansami szum, a pulsowanie, które czuł w uszach, nagle wszystko zniekształciło. Chciał powiedzieć spiesznie: -Musiał się pan pomylić... -Jednak miał wrażenie, że traci oddech i robi mu się słabo w sposób tak dziwny, iż poczuł zawrót głowy.
- Brata, signore?- spytał.
Carlo. Imię to rozbrzmiewało echem w jego głowie i jeśli umysł może mieć jakiś kształt, to umysł Tonia stał się w tej chwili ogromnym, niekończącym się korytarzem. Od jego ścian odbijał się szept: Carlo, Carlo, Carlo. -Całkiem podobny do Carla- powiedział ktoś przed chwilą, a wydawało się, jakby słowa te zabrzmiały całe lata temu.
- Nie mam brata, signore.
Zdawało się, że minął wiek. Mężczyzna wyprostował się, a jego załzawione oczy zwęziły się z zastanowieniem. Cała postać świadomie i dramatycznie wyrażała oburzenie. Nie był jednak zdziwiony, choć pragnął na takiego wyglądać. Nie, był gorzko usatysfakcjonowany. Najbardziej zadziwił jednak Tonia Alessandro, który nagląco mówił, że muszą już iść. -Wybaczy pan, Ekscelencjo- powiedział, a uścisk jego dłoni na ramieniu chłopca stał się nieco nieprzyjemny.
- Chcesz powiedzieć, że nie wiesz nic o swym bracie?- powiedział mężczyzna z pogardliwym uśmiechem, zniżając głos, co sprawiło, że znów wydawał się groźny.
- Pomylił się pan- rzekł Tonio, albo tylko wydawało mu się, że mówi. Odczuwał wszystkie nieprzyjemne symptomy obezwładniającego bólu głowy, prócz samego bólu, i zaczęło w nim rodzić się jakieś instynktowne poczucie lojalności. Ten człowiek chciał go skrzywdzić. Wiedział o tym. -Moim ojcem jest Andrea Treschi, signore. Nie mam brata. Gdyby raczył się pan przedstawić...
- Przecież znasz mnie, Tonio. Przypomnij sobie. A jeśli chodzi o twego brata, to właśnie niedawno byłem z nim w Stambule. Z niecierpliwością oczekuje na wiadomości o tobie. Pyta, czy jesteś zdrowy, czy wyrosłeś na wysokiego chłopca. Jesteś do niego zadziwiająco podobny.
- Musicie nam wybaczyć, Ekscelencjo- odezwał się niemal grubiańsko Alessandro. Wydawało się, że gdyby mógł, stanąłby między Toniem a tym człowiekiem.
- Jestem twoim kuzynem, Tonio- odezwał się mężczyzna z tą samą ponurą wzgardą. -Nazywam się Marcello Lisani. I przykro mi, że będę zmuszony powiedzieć Carlowi, że nic o nim nie wiesz.
Zawrócił w stronę sklepu, spoglądając przez ramię na Alessandra. -Te cholerne, nieznośne eunuchy- mruknął.
Tonio wzdrygnął się. Słowa te pełne były takiej pogardy, z jaką mówiło się "flądry" albo "suki".
Alessandro tylko spuścił wzrok. Zamarł w bezruchu, po czym jego usta rozciągnęły się w cierpliwym półuśmiechu. Dotknął ramienia Tonia, wskazując na kawiarnię pod arkadami.
W chwilę potem siedzieli na grubo ciosanych ławach na skraju piazzy, ogrzewani promieniami przedzierającego się pod głęboki łuk słońca, a Tonio tylko mgliście zdawał sobie sprawę z tego, że jego marzeniem było pić wino w kawiarni, w której wielcy panowie bratali się z bandytami.
W innej sytuacji poczułby rozkoszny dreszcz na widok zbliżającej się do nich ślicznej dziewczyny. Miała piękne brązowe włosy, przeplatane złotymi kosmykami, które niewypowiedzianie mu się podobały, a jej oczy wydawały się łączyć te same jasne i ciemne odcienie. Tym razem ledwo ją zauważył. Angelo mówił, że ten człowiek był szalony. Angelo najwyraźniej nigdy o nim nie słyszał. Alessandro zaczął już uprzejmą rozmowę na temat pięknej pogody.
- Znasz ten stary dowcip- mówił do Tonia poufnym tonem, tak swobodnie, jakby ten mężczyzna wcale go nie obraził. -Jeśli będzie brzydka pogoda, a Bucintoro zatonie, doża może spaść wprost do łóżka żony, by wreszcie skonsumować małżeństwo.
- Ale kim był ten człowiek i o czym mówił?- szeptał Angelo. Mamrotał coś o patrycjuszach, ubierających się w nieodpowiednie szaty.
Tonio patrzył wprost przed siebie. Przed oczyma pojawiła mu się śliczna dziewczyna. Szła w jego kierunku, niosąc wino na tacy i żując irysa w tym samym rytmie, w jakim poruszały się jej biodra. Cały czas uśmiechała się ze szczerym zadowoleniem. Kiedy stawiała kielich, pochyliła się tak nisko, że pod jej miękko marszczącą się, głęboko wyciętą bluzką zobaczył oba różowe sutki! Rozszalały się w nim namiętności. W innej chwili, innego dnia... wszystko wydawało się nierealne; jej biodra, wspaniała nagość ramion i te piękne, piękne oczy. Wydawało mu się, że jest w jego wieku, a coś w jej zachowaniu sugerowało, że może- mimo całej swej uwodzicielskości- zacząć chichotać.
- I czemu miałby zmyślać takie bzdury!- mówił dalej Angelo.
- Nie uważasz, że powinniśmy przestać o tym mówić?- rzekł miękko Alessandro. Rozłożył angielskie gazety i spytał Angela, czy kiedykolwiek pociągała go opera.
- Rozpusta- mruknął Angelo. -Tonio- rzekł, zapominając, jak zawsze, gdy byli sami, zwracać się do niego oficjalnie- nie znasz tego człowieka, prawda?
Tonio wbił wzrok w wino. Chciał się napić, ale nie mógł się ruszyć.
I po raz pierwszy podniósł wzrok na Alessandra. Jego głos zabrzmiał cicho i chłodno, gdy pytał:
- Czy mam brata w Stambule?

9

Minęła północ. Tonio stał w ogromnym, wilgotnym wnętrzu Wielkiego Salonu, a ponieważ zamknął drzwi, którymi wszedł, nic nie widział. W oddali dzwony kościelne wybiły pełną godzinę. Trzymał w dłoni dużą zapałkę siarkową i świecę. Jednak czekał. Na co? Żeby ucichły dzwony? Nie był pewien. Cały wieczór był dla niego cierpieniem, aż do tego momentu. Większości z tego, co się zdarzyło, nie mógł sobie nawet przypomnieć. W pamięci utkwiły mu tylko dwie, zupełnie ze sobą nie związane rzeczy:
Po pierwsze to, że gdy wstawał, dziewczyna z kawiarni otarła się o niego i szepnęła ochoczo: -Proszę o mnie pamiętać, Wasza Ekscelencjo. Mam na imię Bettina. -Przenikliwy śmiech, ładny śmiech. Dziewczęcy, zakłopotany i całkowicie szczery. Miał ochotę ją podszczypnąć i ucałować.
Po drugie, Alessandro nie odpowiedział na jego pytanie. Alessandro nie powiedział, że to nieprawda! Alessandro tylko odwrócił wzrok.
A jeśli chodzi o mężczyznę, którego Angelo zlekceważył, kilkanaście razy nazywając go niebezpiecznym młodym szaleńcem, to rzeczywiście był on kuzynem Tonia. Pamiętał go. Niemożliwe, by on właśnie popełnił taki błąd!
Ale co przede wszystkim tak go niepokoiło? Czyżby złudne, mroczne uczucie, że i on coś sobie przypomina? Carlo. Słyszał już przedtem to imię. Carlo! Ktoś wypowiadający dokładnie te same słowa: "Całkiem podobny do Carla". Ale czyj to był głos, skąd dobiegał i jak on sam mógł dożyć czternastu lat, nie wiedząc, że ma brata? Czemu nikt mu o tym nie powiedział? Czemu nawet jego nauczyciele o tym nie wiedzieli? Ale Alessandro wiedział.
Alessandro wiedział, inni też wiedzieli. Ludzie ze sklepu z książkami wiedzieli! Może nawet Lena. Może dlatego tak się nagle rozzłościła, gdy ją o to zapytał. Miał zamiar zrobić to podstępnie. Powiedział, że przyszedł tylko zobaczyć się z matką. Marianna wyglądała jak śmierć. Delikatna skóra pod jej oczami przybrała niebieski odcień, a twarz powlekała przerażająca bladość. A potem Lena kazała mu odejść i powiedziała, że później spróbuje na chwilę postawić panią na nogi. A co on rzekł? W jakie ubrał to słowa? Czuł się tak poniżony, tak głęboko nieszczęśliwy. -Jeden z nas... słyszał... imię Carlo.
- Mieszkały tu setki Treschich, nim zaczęłam służyć. -Byłaby to całkiem zwyczajna odpowiedź, gdyby Lena nie poszła za nim. -I nie denerwuj matki, wypytując o nich- powiedziała, mając oczywiście na myśli tych, którzy już nie żyli. Matka nigdy nie patrzyła na ich portrety. -I nie zadawaj głupich pytań nikomu innemu.
To był jej największy błąd. Wiedziała. Na pewno wiedziała.

Teraz wszyscy byli już w łóżkach. Dom, jak zawsze o tej porze, należał do niego i tylko do niego. W ciemności czuł się niewidzialny i lekki. Nie chciał zapalać świecy. Ledwie mógł znieść echo swych najcichszych kroków.
Przez długą chwilę stał nieruchomo, próbując sobie wyobrazić, co by było, gdyby ściągnął na siebie gniew ojca. Ojciec nigdy jeszcze nie był na niego zły. Nigdy.
Nie mógł wytrzymać tego nawet chwili dłużej. Krzywiąc się na dźwięk zapalanej zapałki, stał bez tchu, patrząc jak płomień świecy rośnie i blade światło zalewa całą ogromną komnatę. Była tak rozległa, że w rogach czaiły się jeszcze resztki mrocznych cieni. Ale widać było obrazy. Od razu ruszył, by się im dokładnie przyjrzeć.
Jego brat Leonardo, tak, i Giambattista w mundurze, tak, i Philippo ze swą młodą żoną Theresą. Znał ich wszystkich, teraz jednak spojrzał znów na twarz, której szukał. Podobieństwo było przerażające.
"Całkiem podobny do Carla...". Słowa te rozbrzmiewały mu hałaśliwie w uszach. Przysunął świecę do płótna i przesuwał nią, póki nie zniknęły denerwujące refleksy. Młodzieniec miał takie same gęste, czarne włosy jak on, to samo wysokie, szerokie i całkowicie płaskie czoło, nieco zbyt szerokie usta, te same wystające kości policzkowe. Spośród wszystkich podobnych mężczyzn wyróżniały go oczy osadzone tak daleko od siebie, jak oczy Tonia. Były duże i czarne, patrząc w nie, miało się wrażenie płynięcia. Oczywiście Tonio nigdy o tym nie wiedział, ale inni odczuwali to samo, patrząc na niego. Teraz zdał sobie z tego sprawę, wpatrując się w małą replikę samego siebie, zagubioną pośród tuzina podobnych, ubranych na czarno i patrzących na niego łagodnie mężczyzn.
- Ale kimże jesteś?- szepnął. Spoglądał na wszystkie twarze po kolei; byli tu kuzyni, których nie znał. -To niczego nie dowodzi. -Nie mógł jednak nie zauważyć, że jego dziwaczny sobowtór stoi tuż przy Andrei. Właściwie między nim a Leonardem, a ręka Andrei spoczywa na jego ramieniu!
- Nie, niemożliwe- szepnął. Był to jednak dowód, którego szukał. Poszedł do innych obrazów. Była tu Chiara, pierwsza żona Andrei, a mały "Tonio" siedział wraz z braćmi u jej stóp. Dowodów było jednak więcej.
Zdał sobie z tego sprawę, kiedy stał tam jak przykuty do jednego miejsca. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające tylko matkę i ojca z synami; żadnych kuzynów, żadnych obcych.
Najszybciej i najciszej jak mógł otworzył drzwi do jadalni.
Tuż za stołem wisiało duże płótno rodzinne, które zawsze go dręczyło. Nawet z miejsca, w którym stał, mógł dojrzeć, że nie było na nim Carla, i zrobiło mu się słabo. Nie wiedział, czy powodem tego była ulga czy zawód, bo być może nie miał jeszcze podstaw, by czuć jedno czy drugie.
Coś jednak zastanowiło go w tym obrazie. Po jednej stronie stojącego Andrei i siedzącej postaci jego zmarłej żony byli Leonardo i Giambattista. Po drugiej stał tylko Philippo.
- To przecież normalne- szepnął. -W końcu było tylko trzech braci; cóż można by zrobić, jeśli nie postawić dwóch po jednej stronie... -Ale rozmieszczenie postaci wydawało się dziwne. Philippo nie stał tuż za ojcem. Obok niego była mroczna otchłań, w którą niezgrabnie spływała szata Andrei, powodując, że lewa część postaci wydawała się szersza niż prawa.
- To niemożliwe. Nieprawdopodobne- szepnął Tonio. Jednak im bliżej podchodził, tym silniejsze stawało się wrażenie asymetrii. Lewa część szaty Andrei miała inny kolor! Zaś ciemność między jego ramieniem, a ręką Philippa była jakby niejednolita. Ostrożnie, niemalże niechętnie Tonio uniósł świecę i wspiął się na palce, by spojrzeć wprost na obraz. Przez czerń bez wątpienia prześwitywała, jakby zerkając przez zasłonę, postać młodzieńca, który wyglądał dokładnie tak jak on. Niemalże krzyknął. Drżenie nóg zmusiło go do przykucnięcia, musiał się nawet oprzeć o ścianę palcami lewej dłoni. Potem znów zmrużył oczy i dojrzał postać przezierającą przez farbę, jak często zdarza się w obrazach olejnych, które zamalowano. Przez całe lata nic nie widać. Potem sylwetka, wyglądająca niemalże jak upiór, zaczyna ukazywać się na powierzchni.
Tak stało się i w tym przypadku. Oto pojawił się młodzieniec z sympatyczną twarzą, a w mrocznym świecie, który zamieszkiwał, ojciec obejmował go ramieniem.

10

Kiedy nazajutrz po południu wrócił do domu, okazało się, że pytała o niego matka.
- Obudziła się, kiedy cię nie było- szeptała mu Lena tuż przy drzwiach. -Wpadła w furię. Tłukła flakoniki z perfumami, rzucała różnymi przedmiotami. We mnie. Chciała, żebyś był tu z nią, a ty spacerowałeś sobie po piazzy. Słuchał jej, niemalże nie rozumiejąc, co mówi, niezdolny się tym przejąć. Dopiero co widział się na piazzy z Alessandrem, który szybko, czule wymówił się i odszedł, nim Tonio zdążył zacząć ponownie go wypytywać.
A Tonio nie wiedział, czy zaryzykowałby jeszcze raz zadanie tego pytania, nawet gdyby miał po temu okazję.
Prześladowała go jedna myśl: jego brat żyje. Jest teraz w Stambule, żywy. I cokolwiek spowodowało, że został wygnany z domu, musiała być to rzecz tak okropna, iż jego obraz i nazwisko zostały wyklęte. Nie jestem ostatnim z rodu. On tam jest; dzieli tę odpowiedzialność ze mną. Ale dlaczego się nie ożenił? Cóż za okropną zbrodnię musiał popełnić, że ród Treschich zmuszony był czekać na niemowlę?
- Idź, porozmawiaj z nią. Dzisiaj czuje się lepiej- powiedziała Lena. -Mów do niej, spróbuj nakłonić, żeby się nie kładła, żeby się wykąpała i ubrała.
- Tak, tak- mruknął. -Dobrze, za chwilę.
- Nie, Tonio. Idź do niej teraz.
- Daj mi spokój, Leno- rzekł półgłosem. Po czym spostrzegł, że wpatruje się w otwarte drzwi, w pokój otulony draperiami cieni.
- Dobrze... zaczekaj- szepnęła nagle Lena.
- O co tym razem chodzi?- chciał wiedzieć Tonio.
- Nie pytaj jej o tego... tego, o którym wspominałeś wczoraj, słyszysz?
Zupełnie jakby czytała w jego myślach. Przez dłuższą chwilę nie odrywał od niej oczu. Wpatrywał się w jej prostą, pomarszczoną twarz, którą wiek wyprał z kolorów. Patrzył w jej małe oczy bez wyrazu, w których nie było otwartości, jaką zauważał w oczach Beppa. Wręcz przeciwnie: wydawały się zimne i twarde jak zaokrąglone kamyki.
Zaczęło go ogarniać dziwaczne uczucie. Towarzyszyło mu już właściwie od dwóch dni, ale teraz znacznie przybierało na sile. Związane było ze strachem, z tajemnicami, z niewyraźnym dziecięcym przeczuciem spraw, o których nie wspomina się w domu, z wolno narastającą świadomością, że matka jest tak młoda, a ojciec tak stary, z przeświadczeniem, że Marianna jest nieszczęśliwa. Nie wiedział, co to wszystko ma znaczyć. Bał się, naprawdę bał się, że wszystkie te sprawy mogą być jakoś powiązane. A może najstraszniejszy był fakt, iż nie istniał między nimi żaden związek, że wszystko, co działo się w tym domu, to po prostu życie. Może tak wyglądał ludzki żywot, może wszyscy czuli się samotni i od czasu do czasu obawiali się rzeczy nienazwanych, a za oknem widzieli innych, zaplątanych w iluzję trosk i szaleńczych zajęć. Ale dla każdego z nas życie jest tym ciemnym domem.
Nie powiedział sobie tego wyraźnie. Czuł to. Czuł, że wzbiera w nim zniecierpliwienie i gniew na matkę. Nie potrafi sobie sama poradzić. Tłucze różne przedmioty. Miota się po swej komnacie. Cóż, on musi sobie radzić. Musi znaleźć odpowiedź. Jakieś proste wyjaśnienie tego, że przez całe życie myślał, iż nie ma brata. Obcował z duchami, podczas gdy w Stambule żył ten uciekinier.
- Co ci jest?- szepnęła Lena. -Czemu tak na mnie patrzysz?
- Idź już. Chcę zostać z matką.
- Doprowadź ją do porządku, ubierz ją- naciskała. -Jeśli tego nie zrobisz, Tonio, to nie wiem, jak długo jeszcze uda mi się nie wpuszczać tu twego ojca. Był dzisiaj przy drzwiach komnaty. Jest zmęczony moimi wymówkami. Ale jakże mogę pozwolić, żeby ją zobaczył w takim stanie!
- Czemu by nie?!- powiedział Tonio z nagłym gniewem.
- Nie wiesz, co mówisz, biedne dziecko- odparła. A kiedy wkroczył do sypialni, zamknęła za nim drzwi.

* * *

Marianna siedziała przy klawikordzie. Wspierała się na łokciu, tuż obok stał kielich wina i butelka, a drugą ręką wygrywała szybkie, dźwięczne nuty. Kotary zasłaniały popołudniową jasność, a światła dostarczały trzy świece.
Trzy cienie matki tańczyły na podłodze i klawiaturze, trzy przejrzyste zasłony ciemności przesuwały się godnie, gdy się poruszała.
- Kochasz mnie?- spytała.
- Tak- odparł.
- To czemu wyszedłeś? Czemu mnie zostawiłeś?
- Wezmę cię ze sobą. Od dzisiaj będziemy wychodzić na spacer każdego popołudnia.
- Spacerować?- szepnęła. Jeszcze raz zagrała te same nuty. -Powinieneś był mi powiedzieć, że wychodzisz.
- Nie usłyszałabyś...
- Nie mów takich wstrętnych rzeczy!- krzyknęła.
Usiadł obok na wykładanej miękko ławeczce. Jej ciało wydało mu się zimne. Czuć było od niej stęchlizną, zapachem tak niepotrzebnym, tak sprzecznym z pięknem jej woskowej twarzy. Miała wyszczotkowane włosy. Przywodziły mu na myśl przytulającego się do niej wielkiego, czarnego kota.
- Pamiętasz tę arię?- szepnęła. -Tę z Gryzeldy? Zaśpiewasz mi ją?
- Możemy śpiewać razem...
- Nie, nie teraz- odparła. Wiedział, że ma rację. Pod wpływem wina głos całkowicie wymykał jej się spod kontroli.
Znał tę pieśń na pamięć i zaczął nucić półgłosem, jakby była przeznaczona tylko dla jej uszu. Czuł, jak się o niego opiera. Jęknęła cichutko, tak jak to robiła w czasie snu.
- Mamo- powiedział nagle. Przestał grać. Odwróciwszy się, objął ją i spojrzał na jej niewyraźny profil. Przez chwilę rozpraszał go potrójny cień, który leżał tuż przy niej na podłodze. -Mamo, muszę cię prosić, żebyś wysłuchała pewnej historii i powiedziała mi, co o niej wiesz.
- Jeśli są w niej wróżki, duchy i czarownice, to może mi się spodoba- odparła.
- Być może są- rzekł.
Wciąż odwracała wzrok, a Tonio opowiadał jej dokładnie o Marcello Lisanim, jego słowach i swych własnych poszukiwaniach obrazu. Opisał dokładnie portret w jadalni i upiorną sylwetkę, która wyłaniała się spod farby.
Mówił, a ona bardzo wolno odwracała w jego stronę twarz. Początkowo nie zauważył w tym nic dziwnego, prócz faktu, że naprawdę go słuchała. Stopniowo oblicze Marianny zaczęło się zmieniać. Wydawało się, że z jej twarzy opadła, odmieniając ją w nieokreślony sposób, ciężka zasłona znużenia i słabnącego zamroczenia alkoholem.
W ostrości, jakiej nabrała jej twarz, kiedy go słuchała, w jej głębokiej fascynacji było coś nienormalnego.
Zaczął się bać. Zamilkł. Patrzył na nią, nie wierząc własnym oczom, i czuł, że matka staje się innym człowiekiem.
Zmiana ta zaszła subtelnie, powoli, ale była całkowita, co na długą chwilę odebrało mu głos.
Ujrzał ją całą: koronkowy szlafrok, nagie stopy, kanciastą twarz o skośnych, bizantyjskich oczach i małe, bezbarwne usta, które drżały teraz jak całe jej ciało.
- Mamo?- szepnął.
Dotknęła jego nadgarstka gorącą dłonią.
- W tym domu są jego portrety?- spytała. Na jej twarzy nie malował się żaden wyraz. Wyglądała dzięki temu młodo, dziwnie niewinnie, jakby ta sprawa całkowicie ją pochłaniała. -Gdzie?
Kiedy tylko się podniósł, ona też natychmiast wstała. Wyciągnęła swą żółtą narzutkę i stała obok czekając, aż Tonio wyjmie świecę z lichtarza, po czym pospieszyła za nim.
- Gdzie?- pytała. Otworzył drzwi i wskazał na wielki portret rodzinny.
Wpatrzyła się w niego, a potem zdezorientowana spojrzała na Tonia.
- Pokażę ci- zapewnił ją szybko. -Kiedy spojrzy się z bliska, niezwykle wyraźnie można dostrzec jego postać. Chodź. -Podprowadził ją do obrazu.
Świeca okazała się niepotrzebna. Przez gotyckie okna dzielone słupkami wpływało popołudniowe światło, a oparcia krzeseł były ciepłe w dotyku.
Podprowadził ją pod obraz i powiedział: -Patrz, patrz przez czerń.
Potem podniósł ją, zdziwiony, że jest tak lekka i że jej ciałem wstrząsają niewidoczne dreszcze. Zawieszona w powietrzu, położyła dłoń na obrazie, zaciskając palce na ukrytym kształcie, i natychmiast go dojrzała. Czuł jej zdziwienie, z którym wolno chłonęła wszystkie szczegóły, jakby ta wynurzająca się z mroku postać naprawdę wychodziła z ram. Marianna wydała najpierw cichy, potem głośniejszy, szybko zdławiony jęk. Zacisnęła usta i wykonała nagle tak gwałtowny ruch, że Tonio postawił ją na podłogę. Zatoczyła się w tył.
Znów jęknęła, rozszerzając oczy.
- Mamo?- Nagle zaczął jej się bać. Powoli zdał sobie sprawę, że twarz Marianny przeobraziła się w tę doskonałą maskę wściekłości, którą tyle razy widywał w dzieciństwie.
Uniósł ręce, nim zdążył sobie zdać sprawę, że powinien to zrobić, mimo to pięść matki trafiła go prosto w policzek. Niespodziewany ból nagle go rozwścieczył.
- Przestań!- krzyknął. Uderzyła jeszcze raz, dosięgła go jej lewa ręka. Marianna raz po raz wydawała ciche jęki przez ściśnięte zęby.
- Przestań, mamo, przestań!- krzyczał, chroniąc twarz skrzyżowanymi dłońmi. Narastała w nim wściekłość. -Nie będę tego znosił. Przestań.
Ale ciągle dosięgały go ciosy, a Marianna krzyczała. Nigdy jeszcze tak jej nie nienawidził. Kiedy chwycił ją za nadgarstek, odpychając od siebie, zaczęła okrutnie ciągnąć go lewą ręką za włosy. -Nie rób tak!- krzyczał. -Nie rób! Objął ją, przycisnął do piersi, jakby chciał zmiażdżyć, i trzymał tak, bezbronną. Łkała; przedtem podrapała go do krwi. Poczuł palący wstyd zauważywszy, że ktoś otwiera drzwi do Wielkiego Salonu.
Nim Marianna zdążyła się zorientować, co się dzieje, Tonio ujrzał już swego ojca wraz z sekretarzem, signore Lemmo, który wycofał się i zniknął. A kiedy znów uderzyła Tonia i zaczęła na niego krzyczeć, Andrea podszedł bliżej. Musiała najpierw dojrzeć jego szatę, tę wielką kolorową plamę, i od razu osłabła, zwiotczała. Andrea wziął ją w ramiona; rozłożył ręce i powoli ją objął.
Tonio obserwował to bezradnie, z płonącą twarzą. Nigdy przedtem nie widział jeszcze, jak ojciec obejmuje matkę. Marianna nie odwzajemniała jego uścisku, jakby nie chciała zbrukać szat. Histerycznie płacząc, pragnęła ukryć się we własnych ramionach.
- Moje dzieci- szepnął Andrea. Łagodnymi, piwnymi oczami oglądał jej luźny szlafrok, bose stopy, po czym powoli, ze smutkiem spojrzał na syna.
- Chcę umrzeć. -Wstrząsnął nią dreszcz. -Chcę umrzeć... -Głos wydobywał się z głębi jej gardła. Andrea delikatnie dotknął jej włosów dłonią. Potem rozsunął białe palce, położył na głowie Marianny i przycisnął ją do piersi.
Tonio otarł łzy grzbietem dłoni. Podniósł głowę i cicho powiedział:
- To moja wina, ojcze.
- Ekscelencjo, pozwólcie mi umrzeć- szepnęła.
- Odejdź, synu- odrzekł delikatnie Andrea. Jednak skinięciem dał Toniowi znak, by do niego podszedł, i mocno ścisnął jego dłonie. Miał zimne, suche ręce, ale ich uścisk był niewypowiedzianie czuły. -Odejdź i zostaw mnie z matką.
Tonio stał nieruchomo. Wpatrywał się w nią, w szczupłe, wstrząsane łkaniem plecy, lśniącą falę włosów spływającą na ramię ojca. Błagał Andreę milczeniem.
- Idź, synu- powtórzył ojciec z niezwykłą cierpliwością. Nim puścił rękę Tonia, ścisnął ją delikatnie swymi miękkimi, suchymi palcami, jakby chciał dodać mu otuchy, i wskazał na otwarte drzwi.

11

Gdyby Guido był normalnym chłopcem, w tym właśnie okresie życia jego głos zmieniłby się, z chłopięcego sopranu stałby się niższym tenorem lub basem. Dla eunuchów był to zawsze niebezpieczny okres. Nie wiadomo czemu, ciało jakby starało się dokonać cudu, którego nie jest już w stanie wyczarować. Próżny wysiłek zagraża głosowi, więc wielu nauczycieli śpiewu nie pozwala kastratom używać go przez te miesiące. Jest nadzieja, że dzięki temu szybciej się zregeneruje. I na ogół tak się dzieje. Ale czasem eunuch traci głos. I właśnie Guidowi przydarzyła się ta tragedia.

Minęło pół roku, nim ktokolwiek mógł być tego pewien. Dla Guida były to miesiące niewypowiedzianych cierpień. Raz po raz był w stanie wydobyć z siebie tylko zachrypłe, kalekie dźwięki. Jego mistrzowie byli w rozpaczy. Gino i Alfredo nie mogli spojrzeć mu w oczy. Nawet ci, którzy mu zazdrościli, zamarli z przerażenia.
Ale rzecz jasna nikt, nawet Maestro Cavalla, który szkolił Guida, nie odczuł tej straty tak jak on.

Pewnego popołudnia, zebrawszy wszystkie pieniądze z uroczystości i kolacji, na których śpiewał, złoto, którego nie miał czasu roztrwonić, zarzuciwszy na plecy węzełek z ubraniami, Guido zniknął bez słowa.
Szedł bez przewodnika. Nie miał mapy. Od czasu do czasu pytał kogoś o drogę w czasie swej dziesięciodniowej podróży po stromych, zakurzonych drogach wiodących w głąb Kalabrii. W końcu dotarł do wioski Caracena. Wyruszył stamtąd o świcie, w żakiecie ubrudzonym słomą, na której spał w karczmie. Wspiąwszy się na wzniesienie, ujrzał dom, w którym się urodził. Był w dokładnie takim samym stanie, jak dwanaście lat przedtem, gdy go opuszczał.
Przy ogniu stała przysadzista, krępa kobieta o zapadniętych z braku zębów okrągłych policzkach i zamglonych oczach. Jej skóra błyszczała od tłuszczu, którego używała do gotowania. Przez chwilę nie był pewien. Potem dokładnie ją poznał.
- Guido- szepnęła.
Ale bała się go dotknąć. I schyliwszy się nisko, wytarła miejsce, gdzie miał usiąść.
Weszli jego bracia. Mijały godziny. W kącie tłoczyły się brudne dzieci. W końcu pojawił się ojciec, tak samo niezgrabny jak zawsze, i stanął nad nim, by podać obiema dłońmi prosty kielich pełen wina. Matka położyła przed nim obfitą kolację. Wszyscy wpatrywali się w jego luksusowy żakiet, skórzane buty i szablę w srebrnej pochwie, którą nosił u boku. Guido siedział, patrząc w ogień, jakby nikogo wokół nie było. Od czasu do czasu jego oczy przesuwały się, jak za pociągnięciem sznurka. Spoglądał na tę grupę krzepkich mężczyzn o czarnych dłoniach porośniętych włosami, pokrytych brudem, mężczyzn ubranych w baranie kożuchy, w niewyprawione skóry.
- Co ja tu robię? Po co przyszedłem? Podniósł się do wyjścia.
- Guido- powiedziała znów matka. Szybko wytarłszy dłonie podeszła, jakby chciała dotknąć jego twarzy. Dopiero po raz drugi ktoś się tu do niego odezwał. Coś uderzyło go w jej głosie. Brzmiał w nim ten sam ton, co w słowach młodego maestra w ciemnej sali ćwiczeń; ten sam, co w słowach człowieka, który trzymał mu głowę w czasie kastracji.
Wbił w nią wzrok. Zaczął przeszukiwać kieszenie. Wyjął prezenty, które dostał za wszystkie koncerty. Broszę, złoty zegarek, tabakierki wykładane perłami, a w końcu złote monety, które rozdał całej rodzinie. Ich ręce wydawały się takie suche, zupełnie jak glina zaschnięta na skale! Matka płakała.
O zmroku był już z powrotem w karczmie w Caracenie.

Kiedy tylko Guido dotarł do kipiącego życiem centrum Neapolu, sprzedał pistolet. Dostał za niego tyle, że starczyło na wynajęcie pokoju nad tawerną. Zamówił butelkę wina i podciął sobie żyły, a gdy z nadgarstków płynęła krew, siedział pijąc alkohol, póki nie stracił przytomności.
Ale znaleziono go, nim umarł. Zaniesiono do konserwatorium. Tam obudził się we własnym łóżku z owiniętymi opatrunkiem rękoma i ujrzał płaczącego nad nim Maestra Cavallę, swego nauczyciela.

12

Co się działo? Co naprawdę się zmieniało? Tonio przez tak długi czas żył z przerażającym przekonaniem, iż nic nigdy nie ulegnie zmianie, że nie mógł się teraz odnaleźć.
Ojciec od dwóch dni przychodził co jakiś czas do pokoju matki. Odwiedził ją lekarz. A każdego ranka Angelo zamykał drzwi do biblioteki i mówił: -Ucz się. -Nie wychodzili już na piazzę. Był też pewien, że w nocy słyszał płacz Marianny. Alessandro przebywał w pałacu. Tonio widział go przez moment. Z pewnością słyszał też głos swej kuzynki, Catriny Lisani. Przychodzili, wychodzili, a jednak ojciec nie posłał po niego. Nie zażądał wyjaśnień. A kiedy Tonio podchodził do drzwi matki, nie wpuszczano go, jak kiedyś nie wpuszczano ojca. Potem Angelo zabierał go z powrotem do biblioteki.
Później przyszła wiadomość, że Andrea potknął się na nabrzeżu, wchodząc do gondoli. Nigdy jeszcze nie opuścił obrad Senatu lub Wielkiej Rady, a tego ranka upadł i, chociaż było to tylko zwichnięcie, nie mógł iść za dożą w czasie Senzy.
Tonio zastanawiał się, czemu o tym mówią, skoro Andrea był niezniszczalny i potężny jak sama Wenecja? Nie mógł myśleć o nikim prócz Marianny.
Najgorsze było to, że podczas godzin oczekiwania przepełniała go niezaprzeczalna radość. Powróciło uczucie, że coś musi się zdarzyć! A kiedy pomyślał o tym, jak krzyczała i biła go w jadalni, czuł się jak zdrajca!
Chciał, żeby została przyłapana. Żeby ojciec pojął źródło jej choroby. Niech odbierze jej wino, każe jej przestać pić, wyciągnie z ciemności, w której marniała jak śpiąca księżniczka z francuskiej bajki.
Ale przecież nie po to zaprowadził ją do jadalni! Nie miał zamiaru jej zdradzić. Czemu nikt się na niego nie złościł? Po co ją tam wziął? Nie mógł znieść myśli, że jest teraz z lekarzami, z kuzynkami, które nie są jej prawdziwą rodziną. Twarz mu płonęła. Miał łzy w oczach. To było najgorsze.
Gdzieś w głębi, poza jego zasięgiem, tkwiła tajemnica wyjaśniająca, czemu tak się zmieniła, krzyczała, biła go. Kim był tajemniczy brat ze Stambułu?


Druga noc po tym zdarzeniu przyniosła odpowiedź na wszystkie jego pytania.
Nie miał o tym pojęcia, gdy jadł samotnie kolację w swoim pokoju. Śliczne niebo koloru głębokiego błękitu rozświetlał księżyc, wiała wiosenna bryza i zdawało się, że nad całym kanałem rozlegają się pieśni wioślarzy. Podchwytywali jeden po drugim fragmenty melodii; brzmiały głębokie basy, wysokie tenory, a gdzieś z daleka dochodziły dźwięki skrzypiec i fletów ulicznych śpiewaków.
Kiedy leżał w odzieniu na łóżku, zbyt zmęczony, by zadzwonić na służącego, wydawało mu się, że usłyszał w labiryncie domu śpiew matki. Zdecydował, że to głupia myśl i wtedy do jego uszu doszedł wysoki i wyjątkowo potężny sopran Alessandra. Kiedy zamknął oczy i wstrzymał oddech, zdołał usłyszeć gwałtowne dźwięki klawikordu. Właśnie gdy wydało mu się to wszystko realne, rozległo się pukanie do drzwi i stary sługa ojca, Giuseppe, kazał mu podążać za sobą. Ojciec pragnął go widzieć.
Od razu dojrzał go wśród zebranych. Andrea leżał w łóżku wsparty na poduszkach. Miał królewski wygląd. Był ubrany w ciemnozielony aksamitny szlafrok, przypominający krojem patrycjuszowskie szaty. Wydawał się jednak słaby, odległy. Pozostali znajdowali się w pewnej odległości od niego, a kiedy Tonio wszedł, matka wstała od klawikordu. Miała na sobie różową jedwabną sukienkę, jej talia była przerażająco szczupła, a twarz pokrywała bladość. Wróciła już jednak do siebie i żywe oczy zdradzały, że zna jakiś wspaniały sekret. Dotknęła jego policzka ciepłymi ustami; wydawało się, że chciałaby mówić, ale wiedziała, iż musi zaczekać.
Stała bardzo blisko Tonia, gdy ten schylił się, by pocałować rękę ojca.
- Usiądź tu, synu- odezwał się Andrea, po czym od razu zaczął opowiadać, a jego głos miał w sobie coś z bezczasowości tak charakterystycznej dla tej żywej twarzy. Dzięki temu wiek ojca wydawał się po prostu drobną niesprawiedliwością losu.
- Ci, którzy kochają prawdę bardziej niż mnie, nieraz powtarzali, że nie należę do tej epoki.
- Jeśli to prawda, to nasza epoka jest stracona, signore- odparł natychmiast Lemmo.
- Pochlebstwo i bzdura- powiedział Andrea. -Obawiam się jednak, że to prawda. Nasza epoka rzeczywiście jest stracona, ale nie ma między tymi faktami żadnego związku. Jak zacząłem mówić, nim mój sekretarz pospieszył z niepotrzebnymi słowami otuchy, nie jestem z tych czasów i nie poddawałem się im.
Nie będę cię jednak zanudzał litanią mych błędów, gdyż uważam, że okazałaby się ona daleko bardziej nużąca niż pouczająca. Doszedłem do wniosku, że twoja matka, a ty z nią, musicie zobaczyć więcej świata. Alessandro, który od dawna pragnął opuścić kaplicę doży, zgodził się zamieszkać z nami. Od dzisiaj, synu, będzie ci udzielał lekcji muzyki, jako że masz duży talent, a perfekcja osiągnięta w tej sferze może nauczyć się wiele o pozostałych dziedzinach życia, jeśli tylko będziesz tego chciał. Alessandro będzie też jednak towarzyszył twojej matce poza domem i chciałbym, byś ty na ten czas także oderwał się od nauki i wychodził z nimi. Matka jest aż blada od samotniczego życia; nie pozwól, aby była wciąż tak niepoprawnie nieśmiała. Musisz przypilnować, by w tym roku cieszyła się karnawałem i chodziła do opery. Dopilnuj, aby przyjmowała zaproszenia, które wkrótce zacznie dostawać i żeby pozwoliła Alessandrowi zabierać was wszędzie, gdzie zechce.
Tonio zerknął na Mariannę. Nie mógł się oprzeć. Dostrzegł jej niepowstrzymaną radość. Alessandro z podziwem patrzył na Andreę.
- Zaczyna się dla ciebie nowe życie- stwierdził ojciec. -Ufam, że z niejaką radością dostosujesz się do jego wymagań. Zaczniesz pojutrze: udasz się na Senzę. Ja nie mogę iść. Ty będziesz reprezentował rodzinę.
Tonio usiłował ukryć ekscytację. Starał się nie wyglądać na zbyt uradowanego, ale jego usta same rozciągały się w uśmiechu, mimo że je przygryzał i nisko schylał głowę, szepcząc pełne szacunku słowa zgody.
Kiedy uniósł wzrok, ojciec się uśmiechał. Przez chwilę wydawało się, że Andrea z zadowoleniem patrzy na pokój i znajdujących się w nim ludzi z jakiegoś specjalnego punktu obserwacyjnego. A może tylko zagłębił się we wspomnieniach. Potem radość powoli zniknęła z jego twarzy i ojciec Tonia z pewną rezygnacją dał zebranym znak, by odeszli.
- Muszę zostać sam na sam z synem- powiedział, ujmując dłoń Alessandra. -Nim go stąd wypuszczę, z pewnością zrobi się późno. Musisz mu więc rankiem pozwolić się wyspać. Ach, i jeszcze coś, żebym nie zapomniał. Pomyśl o ważnych pytaniach, które mógłbyś zadać jego stałym nauczycielom. Niech poczują się potrzebni; zapewnij ich, nie mówiąc o tym otwarcie, że nie zostaną zwolnieni.
W uśmiechu Alessandra, w skinięciu, którym bez najmniejszego zdziwienia odpowiedział na tę prośbę, był jakiś spokojny wdzięk.
- Zabierz świece do mojego gabinetu- powiedział Andrea do sekretarza.
Z trudnością podniósł się z łóżka. Drzwi były pozamykane, pokoje prawie puste.
- Ekscelencjo, proszę, zostańcie tutaj- odezwał się signore Lemmo.
- Odejdź- odparł Andrea z uśmiechem. -A kiedy umrę, nie mów nikomu, jaki byłem na ciebie zły.
- Wasza Ekscelencjo!
- Dobranoc- powiedział Andrea. Signore Lemmo wyszedł.
Andrea ruszył w kierunku otwartych drzwi, ale Toniowi dał ręką znak, że ma zaczekać. Chłopiec patrzył, jak wchodzi do dużego, prostokątnego pokoju, którego on sam nigdy jeszcze nie widział. Tego, w którym stał, też zresztą przedtem nie odwiedzał, ale ten drugi fascynował go o wiele bardziej. Między wychodzącymi na kanał oknami o wielu szybach od podłogi do sufitu umocowane były półki pełne książek. Na ścianach dostrzegł mapy przedstawiające ogromne ziemie weneckiego imperium. Jednak nawet z miejsca, w którym stał, widział, że jest to Wenecja z dawnych czasów. Czyż nie stracono wielu z tych posiadłości? Lecz na tej ścianie Wenecja Eugenejska była wciąż potężnym mocarstwem.
Zorientował się, że ojciec stoi za progiem i spogląda na niego, niemalże zagubiony we własnych myślach.
Tonio ruszył przed siebie.
- Nie, czekaj- powstrzymał go Andrea. Jego szept był tak cichy, jakby mówił sam do siebie. -Nie spiesz się, by tu wkroczyć. Teraz wciąż jeszcze jesteś chłopcem. Kiedy opuścisz ten pokój, musisz być przygotowany do objęcia roli pana domu, gdy ja odejdę. Pomyśl jeszcze przez chwilę o złudach, w które wierzysz. Delektuj się swą niewinnością. Można ją docenić, dopiero gdy się ją straci. Przyjdź, gdy będziesz gotów.
Tonio milczał. Spuścił oczy i świadomie podporządkował się temu rozkazowi, przebiegając myślami całe swe życie. W wyobraźni stał w archiwum piętro niżej; słyszał szczury, ruch w wodzie. Sam dom, zakotwiczony od dwóch wieków w rozciągającym się pod nim bagnie, wydawał się poruszać. Kiedy podniósł wzrok, odezwał się szybko, cicho: -Ojcze, pozwól mi wejść. Andrea przywołał go skinieniem dłoni.

13

Minęło dziesięć godzin, nim Tonio ponownie otworzył drzwi gabinetu ojca. Szedł przez Wielki Salon, w kierunku drzwi wejściowych pałacu, otoczony sączącym się zewsząd czystym, porannym blaskiem słońca.
Andrea kazał mu wyjść i stanąć samotnie na piazzy, by obejrzeć codzienne widowisko spieszących po Broglio wielkich mężów stanu. Tonio pragnął tego teraz bardziej niż czegokolwiek innego. Miał wrażenie, że otacza go błoga cisza, której żaden obcy nie może zakłócić.
Zszedłszy na małą przystań przed domem, pozdrowił przepływającego obok gondoliera i ruszył na piazzettę.
Nazajutrz miała zacząć się Senza, tłum był więc nie mniejszy niż zawsze. Mężowie stanu ustawili się długim szeregiem przed Pałacem Dożów, odbierając pełne szacunku pocałunki składane na szerokich rękawach szat i kłaniając się ceremonialnie sobie nawzajem.
Tonio nie myślał wiele o tym, że był sam, wolny. Nie miało to już takiego znaczenia.
Opowieść ojca obfitowała w zaskoczenia i przesiąknięta była głębokim smutkiem. A historia rodu Treschich okazała się tylko częścią. Przez całą młodość Tonio był przekonany, że Wenecja odgrywa w Europie poważną rolę. Wpojono w niego głęboką wiarę, że Serenissima ma najstarszy, najsilniejszy rząd we Włoszech. Słowa: imperium, Kandia, Morea przywodziły mu na myśl niewyraźne wspomnienie sławetnych bitew. Jednak w czasie tej jednej nocy państwo weneckie zestarzało się, stało się dekadenckie. Zachwiało się w posadach, zaczęło się chylić ku świetnej, wspaniałej ruinie. Kandię stracono w 1645 roku, a wojny, w których Andrea walczył z synami, nie zdołały przywrócić jej państwu. W 1718 Wenecję raz na zawsze wypędzono z Morei. Właściwie, prócz samego miasta i posiadłości na stałym lądzie, w jego okolicy nic nie zostało z imperium. Ocalała Padwa, Werona, inne małe miasteczka i długi ciąg wspaniałych willi nad Brentą. Ambasadorowie weneccy nie mieli już dużych wpływów na zagranicznych dworach, a dyplomaci, którzy przyjeżdżali do miasta, zainteresowani byli raczej rozrywką niż polityką. Przyciągał ich ogromny prostokąt piazzy i bachanalia towarzyszące odbywającemu się trzy razy w roku karnawałowi. Kusił ich widok czarnych jak węgiel gondoli sunących zalanymi wodą ulicami, niewyobrażalne bogactwo i piękno Bazyliki Świętego Marka, sieroty śpiewające w Piecie. Opera, malarstwo, wierszowane pieśni gondolierów i kandelabry z hut szkła w Murano. To była współczesna Wenecja, w tym tkwił jej powab i siła. Wszystko, co Tonio znał i kochał, odkąd tylko pamiętał; i nic więcej.
Jednak było to jego miasto, jego kraj. Ojciec mu je przekazał. Wśród ginących w mrokach przeszłości bohaterów heroicznych dziejów, którzy po raz pierwszy wkroczyli na te zamglone mokradła, byli jego przodkowie. Źródłem fortuny Treschich, jak i wielu innych weneckich majątków, był handel ze Wschodem. Bez względu na to, czy Serenissima rządziła światem, czy tylko nad nim triumfowała, była ona przeznaczeniem Tonia. Jej niepodległość leżała w jego rękach, tak jak w rękach tych wszystkich patrycjuszy, którzy jeszcze byli u steru państwa.
- Do ostatniego tchnienia będziesz starał się utrzymywać wrogów z dala od granic Wenecji Eugenejskiej- rzekł później Andrea głosem tak młodym i energicznym jak jego błyszczące oczy.
Był to ciężki obowiązek dla patrycjusza w wieku, gdy większość fortun zrobionych na handlu ze Wschodem została roztrwoniona na hazard, przepych i ceremonie. Ród Treschich ponosił za to odpowiedzialność.

W końcu nadeszła chwila, w której Andrea musiał wyjawić własną historię.
- Wiem, że dowiedziałeś się o istnieniu twego brata Carla- powiedział, odchodząc od spraw ogólnych, a w jego spokojnym głosie po raz pierwszy dało się wyczuć drżenie emocji. -Kiedy tylko wyszedłeś za próg domu, świat pospieszył, by obedrzeć cię ze złudzeń opowieścią o tym skandalu sprzed lat. Alessandro opowiedział mi o przyjacielu twego brata, jedynym z jego licznych sprzymierzeńców, który wciąż walczy ze mną w Wielkiej Radzie, na forum Senatu i wszędzie, gdzie mają oni wpływy. A matka powiedziała mi o tym, co odkryłeś na portrecie w jadalni. Nie przerywaj mi, synu. Nie jestem na ciebie zły. Muszę ci powiedzieć to, co inni przekręcą i użyją do swych własnych celów. Słuchaj i staraj się to pojąć:
Cóż mi zostało, gdy w końcu, po tylu porażkach, wróciłem z morza do domu? Straciłem trzech synów, żona zmarła po długiej, bolesnej chorobie. Czemuż Bóg sprawił, że przetrwała tylko najmłodsza latorośl, syn tak buntowniczy i gwałtowny, że największą przyjemność czerpał z przeciwstawiania się ojcu?
Widziałeś jego portret, zauważyłeś, jak jesteś do niego podobny. Wasze podobieństwo kończy się jednak na cechach zewnętrznych, ty bowiem bez wątpienia masz charakter. Twój brat Carlo uosabiał wszystko, co było najgorsze w tamtych czasach. Pławił się w rozkoszach życia, zakochiwał w primadonnach, był próżniakiem, wielbicielem poezji, hazardu i alkoholu, wiecznym dzieckiem, które odrzuca zaszczyt służby państwowej i nie gustuje w cichej odwadze.
Andrea zamilkł, jakby nie był pewien, co mówić. Potem ciągnął znużonym głosem: -Wiesz tak samo jak ja, że małżeństwo bez pozwolenia Wielkiej Rady oznacza wygaśnięcie patrycjuszowskiego rodu. Jeśli weźmiesz sobie żonę nie pochodzącą ze znanej rodziny, bez majątku, imię Treschich zostanie wykreślone ze Złotej Księgi, a wasze dzieci będą niczym więcej niż normalnymi obywatelami Serenissimy. A jednak, chociaż od namiętności Carla zależała przyszłość rodu, spędzał on czas w towarzystwie utracjuszy, odrzucając ze wzgardą wszystkie małżeńskie partie, jakie starałem się dla niego zdobyć!
W końcu sam wybrał sobie żonę, tak jakby brał kochankę. Dziewczę bez nazwiska i majątku, córkę arystokraty spoza Wenecji, której jedyną zaletą była uroda. Powiedział: "Kocham ją. Nie poślubię żadnej innej!" Kiedy odmówiłem jego prośbie, usiłując pokierować nim tak, jak było to moim obowiązkiem, wyszedł z domu oszołomiony alkoholem i udawszy się do klasztoru, w którym przebywała, wydostał ją stamtąd kłamstwem i podstępem!
Andrea tak się zdenerwował, że musiał przerwać.
Tonio miał ochotę wyciągnąć rękę i uspokoić ojca. Jego cierpienia sprawiały chłopcu fizyczny ból, a cała opowieść przerażała go.
Andrea westchnął. -Czy nie jesteś zbyt młody, by pojąć ten skandal? Znamienitsi od niego ludzie skazywani byli za taki czyn na banicję, ścigani w całej Wenecji Eugenejskiej, więzieni.
Andrea znów przerwał. Nawet w złości nie stać go było na opowiadanie tej historii. -To właśnie zrobił mój syn- rzekł. -Był z niego diabeł z piekła rodem, wierz mi. Tylko nasze nazwisko i pozycja powstrzymały rękę sprawiedliwości, błagałem bowiem, by dano mu czas na opamiętanie.
Ale twój brat stanął przede mną w samo południe na środku Broglio. Był pijany, miał dzikie oczy, mamrotał przekleństwa i przysiągł swą wieczną miłość tej zrujnowanej dziewczynie. "Kup jej miejsce w Złotej Księdze!"- zażądał. "Jesteś bogaty. Uda ci się to osiągnąć!" Po czym, przy spoglądających na nas kanclerzach i senatorach, oświadczył: "Daj mi swą zgodę albo ożenię się z nią bez twego pozwolenia."
- Pojmujesz, Tonio?- Andrea nie posiadał się teraz ze złości. -Był moim jedynym spadkobiercą. I starał się wymusić na mnie zgodę na ten skandaliczny związek! Musiałbym kupić jej miejsce w Złotej Księdze, uczynić z niej patrycjuszkę, dać pozwolenie na małżeństwo lub patrzeć jak idą na marne moje wysiłki, obserwować koniec rodu starego jak sama Wenecja!
- Ojcze!- Tonio nie był w stanie zachować milczenia. Andrea nie dał sobie jednak przerwać.
- Patrzyła na mnie cała Wenecja- mówił drżącym głosem. -Czy miałem dać się wyprowadzić w pole najmłodszemu synowi? Moi rodacy, mężowie stanu... wszyscy czekali w pełnym zaskoczenia milczeniu.
A jego ukochana... co z nią się stanie? Postanowiłem w złości doprowadzić do spotkania z dziewczyną, która sprawiła, że mój syn zapomniał o obowiązkach...
Po raz pierwszy od godziny Andrea spojrzał na Tonia. Przez chwilę zdawało się, że stracił wątek i pogrążył się w myślach o tym, na co się wtedy przygotował. Za chwilę jednak zaczął mówić dalej:
- Kogo ujrzałem?- westchnął. -Salome, która rzuciła diabelski urok na zamroczone zmysły mego syna? Nie. Nie, to było niewinne dziewczątko! Dziecko w twoim wieku, o chłopięcej budowie ciała, słodkie, śniade, pełne nieokiełznanej niewinności, jaka charakteryzuje mieszkańców lasu. Dziewczynę, która wiedziała o sprawach świata zaledwie tyle, ile Carlo zechciał jej powiedzieć. Och, nie oczekiwałem, że poczuję współczucie dla tej kruchej dziewczynki, dla jej utraconej czci.
Czy możesz sobie wyobrazić gniew, jakim zapałałem do człowieka, który tak bezmyślnie ją zdeprawował?
Tonia opanowała bezgłośna panika. Nie mógł się już dłużej powstrzymywać: -Proszę, ojcze, uwierz, że we mnie masz posłusznego syna- szepnął.
Andrea skinął głową. Znów skierował wzrok na Tonia. -Przez wszystkie te lata obserwowałem cię uważniej, niż zdawałeś sobie z tego sprawę, i nie wyobrażasz sobie nawet, w jakim stopniu jesteś spełnieniem mych modlitw.
Widać jednak było, że nic nie jest go w stanie w tej chwili ukoić. Parł naprzód, jakby opowiadanie było najlepszym wyjściem z sytuacji, jakby nie miał innego wyboru.
- Nie aresztowano twego brata. Nie został wygnany. To ja kazałem go pojmać i umieścić na statku do Stambułu. To ja zdobyłem tam dla niego posadę, dając do zrozumienia, że póki żyję, nigdy nie ujrzy rodzinnego miasta.
To ja skonfiskowałem jego bogactwa, odmawiając jakiegokolwiek finansowego wsparcia, póki nie ugiął karku i nie przyjął proponowanego stanowiska. I to ja, ja pojąłem na starość żonę, a ona dała mi dziecko, od którego zależy teraz przetrwanie rodu.
Przerwał. Był zmęczony, ale nie skończył jeszcze swej opowieści.
- Mogła go dosięgnąć o wiele sroższa kara!- oświadczył, patrząc znów wprost na Tonia. -Może powstrzymała mnie miłość do jego matki. Wszyscy wiedzieli, że od urodzenia był jej największą radością. -Oczy Andrei zamgliły się, jakby po raz pierwszy nie był pewien swych myśli. -Bracia tak go kochali! Nie drażniła ich jego frywolność. Uwielbiali jego dowcipy, wiersze, które pisał, błahe opowiastki. Świata poza nim nie widzieli! "Carlo, Carlo!" Łaska boska sprawiła, że żaden z nich nie dożył chwili, gdy ten nieodparty urok uwiódł niewinne dziewczę, gdy porywczość zmieniła się w nieposłuszeństwo.
Dobry Boże, cóż mogłem zrobić? Wybrałem jedyne honorowe wyjście, jakie mi pozostało.
Zmarszczył brwi. Zmęczenie sprawiło, że mówił ciszej. Na chwilę pogrążył się w myślach. Wkrótce odzyskał siły.
- Potraktowałem go łagodnie- stwierdził z uporem. -Tak, łagodnie. Wkrótce przyzwyczaił się do swych obowiązków. Dobrze sobie żyje z pensji, jaką mu przyznałem. Jednak, pracując posłusznie w służbie interesów Republiki na Wschodzie, raz po raz prosił, by pozwolono mu wrócić. Błagał o moje przebaczenie. Ale nigdy nie pozwolę mu wrócić do domu!
Taki stan rzeczy nie będzie jednak trwał wiecznie. Ma przyjaciół w Wielkiej Radzie, w Senacie- chłopców, którzy wzrastali wraz z nim. Kiedy umrę, powróci do tego domu, którego własności nigdy go nie pozbawiłem. Ale ty, Tonio, będziesz tu panem. Pojmiesz w przyszłości żonę, którą już dla ciebie wybrałem. Twoje dzieci odziedziczą fortunę i nazwisko Treschich.

Poranne słońce rozświetliło złotego lwa świętego Marka. Skąpało potokiem białego, migocącego światła wysokie, pełne wdzięku arkady, ginące w różnobarwnym, ruchliwym tłumie ludzi, i wzlatującą jak włócznia ku niebu ogromną dzwonnicę.
Tonio stał przed mieniącymi się mozaikami nad wejściem do bazyliki. Patrzył na cztery wielkie brązowe konie na piedestałach. Pozwolił, by potrącał go przesuwający się wokół tłum, czasem nieświadomie poruszał się z nim, ale nie spuszczał oczu ze wznoszących się wokół portyków i kopuł.
Nigdy przedtem nie czuł do Wenecji takiej miłości, takiego oczyszczonego i bolesnego oddania. Zdawał sobie jednak sprawę, że jest zbyt młody, by w pełni pojąć tragedię, która jej dosięgła. Wydawała się niezmienna, bogata, wspaniała.
Jednak zaledwie godzinę temu opuścił go zmizerowany, wyczerpany człowiek, na którego starej twarzy malowała się rezygnacja, napełniająca Tonia przerażeniem. Przypomniał sobie ostatnie słowa ojca:
- Wróci, kiedy umrę. Znów zmieni ten dom w pole bitwy.
Nie rzadziej niż co pół roku dostaję list pisany jego ręką, w którym przysięga, że poślubi kobietę, którą mu wybiorę, bylebym tylko pozwolił mu ponownie zobaczyć ukochaną Wenecję. Nigdy się nie ożeni!
Pragnąłbym widzieć na własne oczy, jak prowadzisz swą oblubienicę do ołtarza, ujrzeć twych synów, patrzeć, jak po raz pierwszy wkładasz patrycjuszowskie szaty i zajmujesz należne ci miejsce w Radzie.
Nie starczy mi jednak na to czasu, a Bóg dał wyraźne znaki, że muszę cię przygotować na to, co cię czeka.
Czy wiesz, czemu posyłam cię w świat i dlaczego odbieram ci dzieciństwo opowiastką, że masz pilnować matki? Wysyłam cię, abyś był gotowy, gdy przyjdzie na to czas. Musisz znać świat, jego pokusy i wulgarność.
Pamiętaj, że chociaż mnie tu już nie będzie, gdy twój brat ponownie zagości pod tym dachem, będziesz miał po swojej stronie Wielką Radę i prawo. Podtrzyma cię moja niezłomna wola. A twój brat, jak przedtem, przegra bitwę. Ty jesteś moją nieśmiertelnością.

14

Nad dachami wyginał się łuk błękitnego nieba bez skazy, po którym płynęło w kierunku lądu zaledwie kilka chmurek. Służący oznajmiali w całym domu, że morze jest spokojne i Bucintoro z pewnością bezpiecznie zawiezie dożę do San Nicolo del Lido. Przez pootwierane okna wychodzące na kanał wpadała balsamiczna bryza, z parapetów spływały dywany w olśniewających kolorach, nad nimi zaś trzepotały sztandary. Wszystkie domy wzdłuż brzegu przystrojone były w ten sposób, tworząc widowisko wspanialsze, niż kiedykolwiek zdarzyło się Toniowi oglądać.
Kiedy wraz z Marianną i Alessandrem schodzili do małej przystani, ubrani w stroje o wesołych barwach, złapał się na tym, że szepce: -Jestem tu, to wszystko dzieje się naprawdę. -Wydawało mu się niemożliwe, że stał się częścią krajobrazu, który tak często obserwował z daleka.
Ojciec machał im z balkonu nad głównym wejściem. Gondola była wyłożona niebieskim aksamitem i ozdobiona girlandami kwiatów. Pojedyncze długie wiosło zostało ozłocone. Bruno, ubrany w jaskrawy błękitny mundur, skierował łódź na wodę, między gondole innych znamienitych rodzin, podążających w tym samym kierunku. Podskakując na falach za płynącymi przed nimi setkami ludzi, kierowali się z prądem do ujścia kanału, w stronę piazzetty.
Gondole kołysały się w przód i w tył, starając się utrzymać swe miejsce w kolejce czekających. -Jest tam- szepnął Alessandro i wskazał na zakotwiczone, błyszczące i lśniące Bucintoro. Ta wspaniała, złoto-purpurowa galera dźwigała tron doży i mnóstwo złoconych posągów. Tonio podniósł matkę, obejmując jej wiotką kibić, by mogła lepiej widzieć i, podniósłszy wzrok, uśmiechnął się na widok bezgłośnego zdziwienia Alessandra.
Sam nie mógł powstrzymać ekscytacji. Pomyślał, że do końca życia zapamięta chwilę, kiedy w powietrze wzleciał przenikliwy, wspaniały dźwięk trąb i piszczałek oznajmiających, iż doża jest przenoszony z pałacu.
Morze było pełne kwiatów; dokoła, na załamujących się falach, unosiły się płatki, sprawiające wrażenie, że woda zmieniła się w ląd. Najpotężniejsi sędziowie odpływali w złoconych łodziach, za nimi podążali ambasadorowie i nuncjusz papieski. Wielkie okręty wojenne i kupieckie, pokrywające całą lagunę, oddały salwę honorową i rozwinęły flagi.
Wreszcie cała patrycjuszowska flota ruszyła w kierunku latarni morskiej na Lido.
Okrzyki, machanie, rozmowy, śmiech: wszystko to zlewało się w uszach Tonia w jeden wspaniały ryk. Nic jednak nie mogło się równać z okrzykiem, który rozległ się, gdy doża wrzucił w morze pierścień. Biły wszystkie dzwony wyspy, grzmiały trąby, tysiące ludzi wiwatowało pełną piersią.
Całe miasto zdawało się unosić na wodzie i wydawać jeden zbiorowy krzyk, po czym wszystko zamilkło, a łodzie powracały do miasta wybranymi trasami, ciągnąc za sobą kanałami długie treny jedwabiu i atłasu. Chaotyczny, szalony, olśniewający odwrót. Słońce oślepiało Tonia, podniósł więc dłoń, by osłonić oczy, a Alessandro go podtrzymywał. Tuż obok płynęli Lisani. Ich gondolierzy ubrani byli na różowo, służba rzucała za łódź białe kwiaty, a Catrina, w wydymanej przez wiatr sukni ze srebrzystego adamaszku, przesyłała obiema dłońmi pocałunki.
Już to starczało, by go zachwycić. Czuł się wyczerpany, niemal oszołomiony i pragnął ukryć się w jakimś małym, zacienionym miejscu tylko po to, by delektować się swymi przeżyciami.
Cóż jeszcze mogło się zdarzyć? Kiedy Alessandro oznajmił, że udają się na ucztę do Pałacu Dożów, Tonio niemalże wybuchnął śmiechem.

Setki gości siedziały przy długich stołach ozdobionych białą materią. W bogato rzeźbionych srebrnych kandelabrach płonęły świece, na które wydano majątek, a przez drzwi przesuwał się korowód sług, niosących na ogromnych tacach wymyślne dania- owoce, lody, dymiące talerze mięsa. Pod ścianami ustawiały się tłumy prostych ludzi, by obserwować to niekończące się przedstawienie. Tonio prawie niczego nie spróbował. Marianna wciąż szeptała mu do ucha o tym, co zauważyła, kim jest ta czy inna osoba, a Alessandro ściszonym głosem przekazywał jej ploteczki ze świata, który był wspaniały, bezpieczny i zadziwiający. Toniowi wino od razu uderzyło do głowy. Po drugiej stronie jasnej, zadymionej przepaści widział Catrinę, obfitość jej blond włosów poskręcanych w drobne, idealne w kształcie loczki i bujną pierś ozdobioną diamentami. Na jej policzkach rozkwitały rumieńce, które nagle przywiodły mu na myśl wszystkie idealne piękności z portretów. Była niezwykle wyraźna, wspaniała. Alessandro zachowywał się tak swobodnie! Kroił Mariannie mięso na talerzu, przestawiał świeczniki, jeśli ją oślepiały, i nigdy całkowicie się od niej nie odwracał. -Doskonały cavalier servente- myślał Tonio.
Jednak kiedy na niego patrzył, znów zaczynała go intrygować zagadka eunuchów. Od lat o tym nie myślał. Co odczuwał Alessandro? Jak żył, będąc taką istotą? I chociaż magnetyzowały go leniwe dłonie śpiewaka, jego na wpół opuszczone powieki, ten cudowny wdzięk, z jakim wykonywał każdy gest, czuł, że wstrząsa nim dreszcz. Czy nigdy nie buntuje się? Nigdy nie trawi go gorycz?
Ponownie rozbrzmiewały dźwięki skrzypiec. Na początku stołu rozległ się gromki wybuch śmiechu. Obok przeszedł signore Lemmo, skinąwszy szybko głową.

Zaczynał się karnawał. Wszyscy wybierali się na piazzę. Na widok publiczny zostały wystawione wspaniałe obrazy, a wyroby ze złota i szkła skrzyły się i migotały w świetle płynącym z kawiarni pełnych ludzi, którzy wybrali się tu na czekoladę, wino czy lody. Sklepy jaśniały blaskiem pienistych żyrandoli oraz wystawionych na sprzedaż wspaniałych materii i nawet sam tłum wydawał się błyszczącą masą olśniewającego atłasu, jedwabiu i adamaszku.
Ogromny plac rozciągał się w nieskończoność. Dzięki blaskowi świateł było jasno jak w samo południe, a nad całą tą przestrzenią królowały półkoliste mozaiki Bazyliki Świętego Marka, które wydawały przyćmione błyski, jakby żyły i obserwowały wszystko.
Alessandro pilnował, by jego podopieczni trzymali się blisko niego. To on zaprowadził Tonia i Mariannę do sklepiku, w którym od razu przyodziano ich w domina i maski.
Tonio nigdy przedtem nie miał na sobie zrobionej z kredowo-białej tkaniny maski o kształcie ptasiego dzioba, która zakrywała nie tylko twarz, ale i głowę ozdobioną czarnym welonem. Zapach przylegającego do oczu i nosa materiału wydawał mu się dziwny. Drgnął, ujrzawszy w lustrze swą odmienioną twarz obcego człowieka. Ale domino, sięgająca ziemi czarna szata, dawała im wszystkim prawdziwą anonimowość. Nie można było teraz odróżnić, kto jest mężczyzną, kto kobietą. Spod domina nie widać było ani skrawka sukni Marianny: wyglądała jak słodko, dźwięcznie śmiejący się skrzat. Alessandro robił przy niej wrażenie upiora.
Wstąpiwszy ponownie w krąg oślepiającego światła, stali się po prostu trójką osób pośród setek tak samo bezimiennych, zagubionych w tłumie ludzi bez oblicza. Trzymali się mocno, podczas gdy w powietrzu rozbrzmiewała muzyka i krzyki, a coraz to nowe osoby pojawiały się w szalonych, fantastycznych kostiumach.
Ponad rzeszą ludzi wyrosły ogromne postacie bohaterów commedii del'arte. Kukły wyglądały tak, jakby rozdymała je monstrualna siła życia, ich malowane twarze błyskały groteskowo w świetle pochodni. Tonio zauważył nagle, że Marianna aż zgięła się w pół ze śmiechu. Alessandro szepnął jej najwyraźniej coś do ucha, podtrzymując ramieniem. Drugą ręką matka trzymała się Tonia. Ktoś krzyknął: -Tonio, Marianno!
- Ćććć, skąd możesz wiedzieć, kim jesteśmy!- powiedziała matka. Ale Tonio rozpoznał już kuzynkę Catrinę. Jej maska zakrywała tylko górną część twarzy, więc pod nią widać było usta Catriny: mały, czerwony półksiężyc, obnażony i rozkoszny. Poczuł przypływ namiętności. Wprawiło go to w zakłopotanie. Przyszła mu na myśl Bettina, słodka kelnereczka. Czy udałoby mu się ją odnaleźć?
- Mój drogi!- Catrina przyciągnęła go do siebie. -To ty, nieprawdaż?- Po pocałunku, jakim go obdarzyła, niemalże zakręciło mu się w głowie.
Odsunął się. Rozwścieczał go twardy organ, który nagle poczuł między nogami, wolałby umrzeć, niż pozwolić, by to zauważyła, ale kiedy dłoń Catriny zsunęła się na jego szyję i znalazła jedyne odsłonięte miejsce, czuł, że jest na krawędzi jakiegoś poniżającego wstrząsu, którego nie będzie w stanie ukryć. Przyciskała się do niego, kontakt z jej ciałem zmuszał Tonia do kapitulacji.
- Cóż się stało waszemu ojcu, że was opuścił?- spytała Catrina. Po czym, dzięki Bogu, zaczęła obdarzać wyrazami swego głębokiego uczucia Mariannę.
Przed oczyma Tonia pojawił się nagle ich dom: ciemne pokoje, mroczne korytarze. Ujrzał ojca stojącego samotnie na środku słabo oświetlonego gabinetu; poranne słońce sprawiało, że płomienie świec wyglądały jakby były z czegoś zrobione, a na kościstych barkach Andrei spoczywało brzemię historii.

Otworzył okna. Raz po raz padały wonne fale deszczu, nie na tyle jednak ulewnego, by spłoszyć ludzi z placu. Był jeszcze pełen, gdy w końcu wymknęli się z tłumu w ślad za Alessandrem, który poprowadził ich wąskimi schodkami do kanału i ruchem dłoni wezwał gondolę. Teraz Tonio ściągał z siebie wilgotne, zmięte rzeczy i wsparty łokciem na parapecie patrzył ponad ścianę pobliskiego budynku, w zadymione niebo, na którym nie było gwiazd. Ujrzał tylko cienkie, srebrne strużki padającego cicho deszczu.
- Gdzie się podziali ci śpiewacy?- szepnął. Chciał pogrążyć się w smutku. Pragnął odczuć utratę niewinności, ciężar życia, ale jeśli to, co czuł, było strapieniem, to miało ono w sobie niezwykłą słodycz. Bez chwili zastanowienia podniósł głos i wezwał śpiewaków długim okrzykiem. Czuł, jak jego śpiew przeszywa ciemność. Czuł, jak rozwiera mu się gardło. Nuty wyrywały się na wolność, niby coś dotykalnego, a gdzieś z roztaczającego się poniżej mrocznego, pogmatwanego świata odezwał się lżejszy, delikatniejszy głos, głos wzywającej go kobiety.
Wyśpiewywał jej jakieś bzdury. Śpiewał o wiośnie, kwiatach i deszczu, a jego słowa pełne były bogatych obrazów. Głos Tonia stawał się coraz głośniejszy, aż wreszcie chłopak zamilkł i wstrzymał oddech do chwili, gdy przebrzmiało echo. Wszędzie dokoła, w ciemności, byli śpiewacy. Tenory podchwyciły melodię, którą zaczął, jakiś głos dobiegł z okolic kanału, rozległ się brzęk tamburynów i brzdąkanie gitar. Osunąwszy się na kolana, Tonio położył ręce na parapecie i śmiał się cicho, czując jak otula go sen. Przed oczyma pojawił mu się zbłąkany obraz. Ubrany w szkarłatną szatę Carlo w uścisku ojca. I nagle wydało mu się, że jest w jakimś innym miejscu, zagubiony w niekończącym się zgiełku. Słyszał krzyk matki.
- Czemu krzyczy?- Uszu Tonia dobiegł gwałtowny, serdeczny głos ojca, umknęły mu jednak jego słowa. Tak naprawdę nigdy jeszcze nie odważył się zadać tego pytania:
- Czy była dziewczyną, której nie chciał poślubić Carlo? Czy o to chodzi? Czy to z nią Carlo nie chciał stanąć przed ołtarzem? Ale dlaczego? Dlaczego? Kochała go? Czy wydano ją potem za tak starego człowieka...
Wzdrygnął się i przebudził. Choć było ciepło i wilgotno, wstrząsnął nim dreszcz. Pomyślał, że nigdy, nigdy więcej nie wolno mu wspominać jej o tym. Ponownie zagłębiwszy się w sen, ujrzał twarz brata ukazującą się powoli na powierzchni obrazu w jadalni.

15

Angelo i Beppo byli skonfundowani. Lena robiła zamieszanie wokół sukni matki, chociaż ta powtarzała: -Nikt jej nawet nie zobaczy, Leno! Będę miała na sobie domino. Alessandro w beznamiętny sposób opanował jednak sytuację. Czy Angelo i Beppo nie mogliby iść się zabawić? Nie minęło pięć minut, gdy skłonili się i zniknęli.

* * *

Piazza była teraz tak zatłoczona, że ledwo mogli się ruszyć. Dookoła powyrastały platformy, na których pokazywali swoje sztuczki kuglarze i mimowie, w klatkach warczały dzikie zwierzęta, a poskramiacze strzelali z batów.
Tonio miał wrażenie, że raz po raz wpadają w żywy strumień, który niesie ich bezwolnie w stronę przepełnionych kawiarni lub unosi poza portyki. Gdzieniegdzie łapczywie pili brandy i kawę; czasem siadali ciężko na jakimś stole, żeby odpocząć. Własne głosy, dobiegające spoza masek, wydawały im się dziwne. Wszędzie pojawiali się ludzie w ekstrawaganckich kostiumach. Hiszpanie, Cyganki, Indianie z dzikich ostępów Ameryki Północnej, żebracy w aksamitnych łachmanach, młodzi mężczyźni przebrani za kobiety o pomalowanych twarzach, z dużymi perukami na głowach, kobiety w męskich strojach, niezwykle ponętne w jedwabnych spodniach i obcisłych pończochach.
Mieli tyle rozrywek do wyboru, że nie mogli się na żadną z nich zdecydować. Marianna pragnęła poznać swoje przeznaczenie, ale nie chciała stać w kolejce do stołu, przy którym wróżka szeptała tajemnice przez długą tubę wprost do ucha zainteresowanej osoby tak, by nikt inny nie słyszał, jaki czeka ją los. Przybywało dzikich zwierząt. Ryk lwów był emocjonujący. Jakaś kobieta złapała Tonia w pasie, zawirowała z nim dwa, trzy razy w dzikim tańcu i puściła. Mogła być równie dobrze pomywaczką, jak goszczącą w mieście księżniczką. W pewnej chwili wsparł się o filary bazyliki. Z jego umysłu, jak rzadko kiedy, zniknęła wszelka myśl i pozwolił, by tłum przeobraził się we wspaniały, różnobarwny obraz. Na odległej scenie odgrywano komedię, krzyki aktorów przebijały się przez zgiełk, a Tonio całkiem niespodziewanie zapragnął rozpłynąć się i wypoczywać w ciszy pałacu.
Poczuł, że dłoń Marianny wysuwa się z uścisku jego ręki, a gdy się odwrócił, nie mógł jej odnaleźć. Przenosił wzrok z miejsca na miejsce. Gdzie się podział Alessandro?
Wydawało się, że wysoka postać na wprost Tonia to na pewno on, ale postać oddalała się. Krzyknął głośno, lecz nawet sam nie usłyszał swego głosu. Spojrzawszy w tył, ujrzał niewielką osóbkę w masce i dominie w ramionach innego przebierańca. Całowali się albo szeptali coś do siebie, bo peleryna obcego zasłaniała im obojgu twarze. -Mamo!- Ruszył w kierunku małej postaci, ale nim zdołał do niej dotrzeć, rozdzielił ich tłum.
Wreszcie tuż za sobą usłyszał wołanie Alessandra. -Tonio!- Już od jakiegoś czasu krzyczał do niego, używając właściwego tytułu "Ekscelencjo!", ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi.
- Zniknęła!- powiedział Tonio z rozpaczą.
- Jest tutaj- odparł Alessandro i znów tuż przed Toniem pojawiła się mała, dziwaczna, patrząca wprost na niego postać o ptasiej twarzy. Zdarł własną maskę, by otrzeć pot i na chwilę zamknął oczy.

Wrócili do domu dopiero na dwie godziny przed początkiem przedstawienia. Marianna rozpuściła swe długie, czarne włosy i stała jak zaczarowana, patrząc gdzieś w bok szklistymi oczami. Ujrzawszy poważną minę Tonia, wspięła się na palce, by go pocałować.
- Słuchaj, mamo... -Odsunął się gwałtownie. -Czy kiedy staliśmy przy drzwiach bazyliki, ktoś... czy ktoś...?- Przerwał, nie był w stanie mówić dalej.
- Czy ktoś co? O co ci chodzi?- spytała ciepło. Potrząsnęła włosami. Rysy jej twarzy były ostre, rozciągała usta w zaskoczonym uśmiechu. -Nie pamiętam nic, co wydarzyłoby się przy drzwiach bazyliki. Kiedy tam byliśmy? Całe godziny temu. Poza tym- zaśmiała się- ty i Alessandro strzeżecie mojego honoru.
Patrzył na nią z uczuciem niezwykle bliskim przerażeniu. Siadła przed lustrem, a Lena zajęła się odpinaniem zatrzasek jej sukni. Wykonywała szybkie, pewne ruchy. Marianna podniosła zatyczkę butelki wody kolońskiej i trzymała ją przy ustach.
- Cóż ja na siebie włożę? Cóż ja włożę? A ty? Ty, który od lat błagałeś o pójście do opery? Nie wiesz, kto dzisiaj śpiewa?- Odwróciła się wsparta rękami o brzegi miękkiej ławy, podniosła na niego wzrok. Suknia zsunęła się z ramion tak nisko, że niemal odsłoniła całe jej piersi, lecz Marianna wydawała się tego nie zauważać. Wyglądała jak dziecko.
- Ale mamo, wydaje mi się, że widziałem, jak...
- Przestaniesz wreszcie?!- krzyknęła nagle. Zaskoczona Lena odsunęła się, ale Tonio nie zrobił ani kroku.
- Przestań tak na mnie patrzeć- powiedziała piskliwym głosem, zakrywając uszy dłońmi, jakby chciała go stłumić. Zaczęła dyszeć, zdawało się, że jej twarz o napiętej skórze skręcają okrutne skurcze.
- Nie... nie- szepnął Tonio. Gładził ją po włosach, głaskał, póki nie wypuściła głośno powietrza i nie zwiotczała. Spojrzawszy na niego, uśmiechnęła się znów tym olśniewającym, pięknym uśmiechem, który tak go przerażał. Jednak uśmiech trwał tylko przez chwilę. Miała wilgotne oczy.
- Tonio, nie zrobiłam nic złego- mówiła błagalnie, jakby była tylko jego młodszą siostrą. -Nie waż się wszystkiego zepsuć, nie możesz tego zrobić. Przez te wszystkie lata tylko raz brałam wcześniej udział w karnawale. Nie próbuj... nie...
- Mamo!- Przytulił ją do siebie. -Przepraszam.

Kiedy tylko weszli do loży, Tonio wiedział, że nie będzie w stanie nic usłyszeć.
Nie zaskoczyło go to. Słyszał wystarczająco dużo opowieści na temat tego, co działo się w operze, i wiedział, że ponieważ dziś odbywały się trzy przedstawienia, ludzie będą bez końca chodzić z jednego budynku do drugiego. Catrina Lisani, w atłasowej masce, siedziała już tyłem do sceny i grała w karty ze swym siostrzeńcem imieniem Vincenzo. Dzieci Lisanich machaniem i sykiem usiłowały zwrócić uwagę osób siedzących pod nimi. Stary senator, mąż Catriny, drzemał w złoconym fotelu, budząc się niespodziewanie, by ponarzekać, że chciałby dostać kolację.
- Chodź tu, Alessandro- rzekła Catrina- i powiedz mi, czy to wszystko prawda o Cafarellim. -Wybuchnęła śmiechem, nim Alessandro zdążył pocałować jej rękę. Ale ruchem dłoni poprosiła Mariannę, by usiadła przy niej.
- Czy wiesz, ile znaczy dla mnie, moja droga, wreszcie cię tu widzieć, patrzeć jak się bawisz i zachowujesz jak człowiek?
- Jestem człowiekiem w każdym calu- szepnęła Marianna. Niemal przytuliła się do Catriny; było w tym coś nieodparcie dziewczęcego. Toniowi wydawało się niemożliwe, by ktokolwiek, nawet on sam, był dla niej niedobry. Nagle zachciało mu się płakać. I śpiewać.
- Graj, graj- ponaglał Vincenzo.
- Nie rozumiem, czemu- odezwał się stary senator, który był jednak o wiele młodszy od Andrei- muszę czekać, aż zacznie się ta cała muzyka, zanim będę mógł zjeść kolację.
Służący w liberiach wchodzili i wychodzili, roznosząc wino w kryształowych kieliszkach. Stary senator wylał wino na swą krezę i bezradnie patrzył na czerwoną plamę. Był kiedyś przystojnym mężczyzną i nadal robił wspaniałe wrażenie. Jego siwe włosy od skroni układały się w schludne fale, miał czarne jak węgiel oczy i haczykowaty nos, który wydawał się wyrażać dumę senatora, gdy ten podniósł głowę. Teraz jednak wyglądał jak dziecko.
Tonio przesunął się do przodu. Parter, tak jak i trzy rzędy balkonów nad nim, był już zapełniony.
Wszędzie siedziały maski, od gondolierów na samym dole do poważnych kupców i ich małżonek- odzianych w tak stosowną czerń- na górze. Wznoszący się falami szum rozmów i brzęk kieliszków wydawały się nie mieć żadnego dostrzegalnego rytmu.
- Jesteś na to co prawda zbyt młody, Tonio- powiedziała Catrina przez ramię- ale pozwól, że opowiem ci o Cafarellim... -Nie patrzył na nią, bo chciał uniknąć widoku tej rozkosznie zwierzęcej szczeliny ust, nagich i czerwonych, które widać było pod maską. Dzięki niej oczy wydawały się kocie. Ramiona Catriny, otoczone ciemnoczerwonym atłasem, zdawały się tak miękkie, że aż zacisnął zęby, wyobrażając sobie, jak je bezlitośnie ściska.
Słuchał jednak uważnie jej błahych plotek dotyczących wielkiego kastrata, który miał dzisiaj śpiewać, i tego, że w Rzymie mąż jego kochanki przyłapał go z nią w łóżku. Catrina powiedziała ,,w łóżku". Twarz zaczęła go palić na myśl, że słuchają tego matka i Alessandro! Zmuszony do ucieczki, Cafarelli spędził mokrą noc w zbiorniku na wodę. Jeszcze długo potem siepacze męża tej damy podążali za nim wszędzie, ale ona dała mu z kolei do obrony własnych siepaczy, którzy mu towarzyszyli, aż wreszcie śpiewak rzucił wszystko i opuścił miasto.
Tonio przypomniał sobie niewyraźnie słowa Andrei, coś o świecie; o tym, że świat wystawia nas na próbę. Świat... Nie mógł teraz jednak myśleć o nikim prócz Cafarellego. Za chwilę po raz pierwszy w życiu miał usłyszeć wielkiego kastrata i wszystko inne mogło poczekać, zresztą i tak nie mógł mieć na to żadnego wpływu.
- Podobno każdemu jest w stanie stawić czoła, a żadnej pięknej primadonny nawet na chwilę nie zostawiłby samej. Czy to wszystko prawda, Alessandro?
- Wie pani o wiele więcej niż ja, signora- roześmiał się Alessandro.
- Dam mu pięć minut- oświadczył Vincenzo. -Jeśli nie zdoła w tym czasie zdobyć mego serca lub ucha, idę do San Moise.
- Nie bądź śmieszny, dzisiaj wszyscy są tutaj- odparła Catrina. -To najważniejsze miejsce w mieście, a poza tym pada deszcz.
Tonio usiadł okrakiem na krześle, odwrócił je w tył i patrzył na daleką, zasłoniętą kurtyną scenę. Słyszał śmiech matki. Stary senator oświadczył właśnie, że powinni wszyscy iść do domu i posłuchać jakiejś piosenki w wykonaniu Marianny i Tonia. Potem mógłby zjeść kolację. -Niedługo zaśpiewasz dla mnie, moja droga, prawda?
- Czasem wydaje mi się, że wyszłam za mąż za żołądek- powiedziała Catrina. -W takim razie graj o wszystkie części swej garderoby, jedną po drugiej- zwróciła się do Vincenza.
- Zacznij od kamizelki; albo nie, od koszuli. Podoba mi się twoja koszula.
W tym czasie poniżej, z tyłu widowni, wybuchła walka. Słychać było krzyki, ciężkie odgłosy stóp, ale szybko przywrócono porządek. Między siedzeniami chodziły śliczne dziewczęta, sprzedając wino oraz inne napoje i przekąski.
Alessandro wyrósł jak cień za Toniem, przy ścianie loży.
Właśnie wtedy zaczęli ukazywać się muzycy. Zagłębiali się w miękkich krzesłach, ruszając latarenkami i szeleszcząc kartkami papieru. Wszyscy przeglądali libretta, które przedtem sprzedawano spiesznie w hallu.
Kiedy ukazał się młody, nieznany kompozytor opery, z góry rozległy się okrzyki na jego cześć i szmer oklasków.
Ściemniono światła, wciąż było jednak zbyt jasno. Kompozytor miał źle dobraną perukę i ciężki płaszcz z brokatu, był przy tym niezmiernie zdenerwowany.
Alessandro chrząknął z dezaprobatą.
Kompozytor usiadł ciężko i niezgrabnie do klawikordu. Muzycy unieśli smyczki i nagle cały budynek przeniknęła radosna melodia.
Była piękna, lekka, uroczysta, bez śladu tragedii czy złych przeczuć i natychmiast oczarowała Tonia. Pochylił się w przód, a tłum za nim rozbrzmiewał dźwiękiem rozmów i śmiechu. W miejscu, gdzie zakręcał balkon, siedziała rodzina Lemmo i zajadała już kolację. Z ustawionych przed nimi srebrnych talerzy unosiła się para. Jakiś Anglik bezskutecznie syczał, usiłując uciszyć widownię.
Kiedy jednak podniosła się kurtyna, z wszystkich ust wyrwały się okrzyki. Na tle bezkresnego błękitu nieba, usianego migoczącymi czarodziejsko gwiazdami, stały złocone portyki i łuki. Chmury zasłoniły gwiazdy, a wznosząca się w nagłej ciszy muzyka, wydawała się sięgać sufitu. Kompozytor uderzał w klawisze, jego upudrowane loki powiewały, a tymczasem na scenie pojawiły się wspaniale ubrane kobiety i mężczyźni, którzy rozpoczęli sztywny, lecz konieczny recytatyw, stanowiący wprowadzenie do znanej dobrze i całkowicie niedorzecznej treści opery. Ktoś był w przebraniu, kogoś innego porwano, pobito. Ktoś oszaleje. Odbędzie się bitwa między niedźwiedziem a potworem morskim, po czym bohaterka znajdzie sposób, by wrócić do męża, który myśli, że jest martwa.
Czyjś brat bliźniak zostanie obdarzony łaską bogów za pokonanie wroga.
Tonio później nauczy się na pamięć libretta. Teraz nie zwracał na to uwagi. Denerwował go śmiech matki i nagłe okrzyki rodziny Lemmo, której podano właśnie bogato ozdobioną rybę, pieczoną na ruszcie.
- Przepraszam. -Wepchnął się za Alessandra.
- Dokąd idziesz?- Potężna dłoń śpiewaka z łatwością zamknęła nadgarstek Tonia w swym ciepłym uścisku.
- Na dół. Muszę słyszeć Caffarellego. Zostań z matką, nie spuszczaj jej z oka.
- Ależ, Wasza Ekscelencjo...
- Tonio- poprawił go z uśmiechem. -Błagam, Alessandro! Przysięgam, że pójdę tylko na parter, będziesz mnie stąd widział. Muszę słyszeć Caffarellego!

Nie wszystkie miejsca były zajęte. W połowie przedstawienia pojawi się o wiele więcej gondolierów, jako że zostaną wpuszczeni za darmo, i wtedy dopiero zrobi się zamieszanie. Teraz jednak Tonio bez trudu dotarł w pobliże sceny, przepychając się przez tłum nieokrzesanych, prostych ludzi, dopóki nie usiadł o kilka stóp od huczącej, grzmiącej orkiestry. Czuł się jak w ekstazie, bo słyszał tylko muzykę.
W tym momencie pojawiła się na scenie wysoka, majestatyczna postać wielkiego Caffarellego.
Niektórzy twierdzili z przekonaniem, że ten uczeń Porpory był największym śpiewakiem na świecie. Kiedy podchodził do rampy w swej ogromnej peruce i powiewającej, karminowej pelerynie, wyglądał raczej jak bóg niż król, którego grał. Pozwalał wszystkim sycić się widokiem swej delikatnej, przystojnej postaci. Potem odrzucił głowę w tył. Zaczął śpiewać, a na dźwięk potężnej, kolejno wzmacnianej i przyciszanej nuty, w operze zapadła cisza. Toniowi zaparło dech w piersiach. Siedzący obok niego gondolierzy wydawali ciche jęki i okrzyki przyjemnego zaskoczenia.
Nuta stawała się to głośniejsza, to cichsza, wzlatywała ku niebu, jakby nawet sam kastrat nie mógł jej zatrzymać. Kiedy tego dokonał, od razu zaczął arię, sprawiając wrażenie, jakby nie musiał zaczerpnąć przedtem oddechu, a orkiestra spieszyła się, by za nim nadążyć.
Miał niewiarygodny głos, który wprawdzie nie był przenikliwy, lecz miał w sobie jakąś gwałtowność. Zdawało się, że nim skończył, niemalże doskonałe rysy jego twarzy wykrzywiła wściekłość.
Chociaż otoczone białymi lokami oblicze Caffarellego zostało pomalowane i upudrowane, choć nadano mu jak najbardziej cywilizowany wygląd, oczy śpiewaka płonęły, gdy kroczył po scenie, kłaniając się obojętnie tym, którzy klaskali i kiwali głowami z lóż. Spoglądał na parter i raz po raz, jakby z cieniem wyrachowania, rzucał spojrzenia na wyższe rzędy.
Kiedy zaczęła śpiewać primadonna, zdawało się, że cała opera rozpada się, a może po prostu Tonio dopiero teraz dostrzegł całe to zamieszanie: damy ze szczotkami i grzebieniami oraz sługę, który spieszył właśnie, by pokryć perukę Caffarellego grubszą warstwą pudru. Cienki głosik primadonny brzmiał dzielnie nad akompaniamentem klawesynu. Caffarelli stał tyłem do niej, jakby nie istniała; udał ziewanie, a w operze ponownie rozległ się szmer rozmów, głucha fala, która przytępiła ostrze muzyki.
Tymczasem otaczający Tonia prawdziwi sędziowie przedstawienia wyrażali wulgarne, lecz niezwykle trafne opinie. Wysokie dźwięki produkowane dziś przez Caffarellego nie były najlepsze; primadonna okropna. Jakaś dziewczyna zaproponowała Toniowi kieliszek czerwonego wina. Kiedy szukając monet rzucił okiem na jej ukrytą za maską twarz, poczuł, że to z pewnością Bettina! Jednak przypomniał sobie ojca i zaufanie, jakim niedawno został przez niego obdarzony; opuścił oczy, czerwieniąc się mocno.
Caffarelli znów podszedł do rampy. Odrzucił w tył czerwoną pelerynę. Wbijał pełen złości wzrok w rząd krzeseł. Po czym ponownie zabrzmiała ta wspaniała, raz mocniejsza, raz cichsza, pulsująca nuta. Tonio widział pot błyszczący na twarzy śpiewaka, jego olbrzymią pierś nadymającą się pod lśniącym metalem greckiej zbroi. Klawesyn zaczął grać niepewnie. Powstało jakieś zamieszanie.
Caffarelli nie śpiewał właściwej melodii, tylko coś, co natychmiast wydało się znajome. Nagle Tonio- jak i wszyscy inni- zdał sobie sprawę, że kastrat odtwarza dopiero co przebrzmiałą arię primadonny, bezlitośnie przy tym kpiąc ze śpiewaczki. Struny usiłowały dopasować się do jego śpiewu, kompozytor wpadł w osłupienie. Tymczasem Caffarelli śpiewał zawodzącym głosem, z taką przerażającą łatwością odtwarzając wszystkie tryle swej poprzedniczki, że jej talent wydawał się całkowicie bez znaczenia. Wyśmiewał jej długie, kolejno wzmacniane i przyciszane nuty. Dziewczyna wybuchnęła płaczem, ale nie zeszła ze sceny, a pozostali śpiewacy z zażenowania pokryli się purpurą.
Z balkonów zaczęły dochodzić gwizdy. Wielbiciele primadonny tupali nogami i potrząsali zawzięcie pięściami, a zwolennicy Caffarellego trzęśli się ze śmiechu.
Skupiwszy wreszcie na sobie uwagę każdego mężczyzny, kobiety i dziecka w operze, Caffarelli zakończył tę farsę bezbarwną, nosową parodią delikatnej końcówki roli primadonny, po czym z obezwładniającą siłą głosu rozpoczął swą aria di bravura. Tonio osunął się na krzesło i uśmiechnął się szeroko.
A więc wszystkie pochwały były uzasadnione. Głos Caffarellego brzmiał jak żywy instrument, tak potężny i wspaniale nastrojony, że nic nie wytrzymywało porównania z nim. Kiedy śpiewak zamilkł, z każdego zakątka opery rozległy się oklaski. Lojalni obrońcy primadonny usiłowali stłumić ten wybuch entuzjazmu, ale zmuszeni byli mu ulec. Dookoła Tonia rozlegały się okrzyki pochwały:
- Evviva il coltello!
- Evviva il coltello!- wołał z nimi. -Niech żyje nóż!- nóż, który uczynił tego człowieka kastratem, usuwając jego męskość po to, by zachować na zawsze ten wspaniały sopran.

Po przedstawieniu czuł się oszołomiony. Nawet to, że Marianna była zbyt zmęczona, by iść do pałacu Lisanich, nie miało większego znaczenia. Niechże zaszczyty spadają na niego pojedynczo. Na zawsze zapamięta tę noc; Caffarelli będzie częstym gościem w jego snach.
Wszystko to byłoby wspaniałe, gdyby przepychając się z matką przez drzwi nie usłyszał słów wypowiedzianych tuż przy nim, krótko i wyraźnie- ...zupełnie jak Carlo. -Odwrócił się. Ujrzał wiele twarzy, ale nagle zdał sobie sprawę, że to Catrina rozmawia ze starym senatorem, który rzekł właśnie: -Tak, tak, drogi bratanku, mówimy o tym, że jesteś bardzo podobny do brata.

16

Wszystkie następne noce karnawału Tonio spędzał na występach Caffarellego, zapominając o wszelkich innych pokusach.
Każda z weneckich oper dawała jedno przedstawienie przez cały sezon, ale nic nie mogło skłonić go do obejrzenia chociażby części tego, co działo się gdzie indziej. Większość ludzi powracała tu wiele razy, by obserwować czary, w których mocy pozostawał też Tonio. Caffarelli nigdy nie wykonał żadnej arii dwa razy w ten sam sposób, a znudzenie, które opanowywało go między tymi wspaniałymi momentami, wydawało się czymś o wiele bardziej rozpaczliwym niż zwykłą pozą, która miała zirytować innych.
W jego wiecznym niepokoju było coś ponurego. Źródłem ciągłej pomysłowości wydawała się rozpacz. Raz za razem, wyłącznie za sprawą jego osobistej mocy, stawał się cud:
Caffarelli podchodził do rampy, wyrzucał w przód ramiona, brał w posiadanie całą publiczność i niszczył partyturę kompozytora, wprawiając w popłoch muzyków, którzy usiłowali spieszyć za nim. Sam, bez czyjejkolwiek pomocy tworzył muzykę, która była właściwie duszą opery. I chociaż potępiano go, to wiadomo było, że gdyby nie on, wszystko mogłoby pójść na marne.
Kompozytor nierzadko szalał z wściekłości, gdy opadła kurtyna. Tonio często ukrywał się w cieniu, by usłyszeć, jak klnie: -Nie śpiewasz tego, co napisałem. W ogóle nie zwracasz na to uwagi.
- Więc pisz to, co śpiewam!- warczał w odpowiedzi neapolitańczyk. Raz Caffarelli wyciągnął nawet szablę i popędził za kompozytorem do drzwi.
- Zatrzymajcie go, zatrzymajcie go, albo zginie z mojej ręki!- krzyczał kompozytor, biegnąc tyłem między rzędami. Dla wszystkich było jednak jasne, że jest przerażony. Caffarelli ryczał pogardliwym śmiechem.
Znieważył kompozytora wbijając czubek rapiera w jego guziki. W tym momencie tylko twarz, na której brakowało zarostu, wskazywała na to, że jest eunuchem. Jednak wszyscy, nawet Tonio, wiedzieli, że to Caffarelli czyni operę tym, czym jest.
Neapolitańczyk uganiał się za kobietami po całej Wenecji. Bez względu na porę wchodził lub wychodził z pałacu Lisanich, by pogawędzić z patrycjuszami, którzy spieszyli nalać mu wina czy podać krzesło. Tonio, zawsze pozostający w pobliżu, obdarzał go uwielbieniem. Uśmiechał się, widząc rumieniec na twarzy matki, która także podążała wzrokiem za Caffarellim. Tak wspaniale się bawiła, że Tonio lubił patrzeć i na nią. Nie chowała się już po kątach, jej oczy jarzyły się ciekawością. Teraz nawet tańczyła z Alessandrem.
Tonio zajął miejsce wśród przepięknie ubranych mężczyzn i kobiet tworzących majestatyczny szereg, który rozciągał się wzdłuż Wielkiego Salonu Palazzo Lisani. Wykonywał dokładnie wymierzone kroki menuetów, podekscytowany widokiem tonących w krezach piersi, wspaniałych ramion i policzków, które musiały być miękkie jak kocie futerka. W powietrzu żeglowały na srebrnych tacach kieliszki szampana. Francuskie wino, francuskie perfumy, francuska moda. Wszyscy oczywiście podziwiali Alessandra. Wyglądał w swym eleganckim ubraniu jak uosobienie prostoty, a jednak wydawał się tak wielki i pełen gracji, że Tonio czuł do niego ogromną miłość.
Późno w nocy rozmawiali w cztery oczy.
- Obawiam się, że po jakimś czasie nasz dom wyda ci się ponury- powiedział kiedyś Tonio.
- Wasza Ekscelencjo!- odparł ze śmiechem Alessandro. -Ja nie dorastałem we wspaniałym pałacu. -Przebiegł wzrokiem po wysokim suficie swego nowego pokoju, ciężkich, zielonych zasłonach przy łóżku, po rzeźbionym biurku i nowym klawikordzie. -Jeśli pomieszkam tu ze sto lat, to być może dom zacznie mi się wydawać ponury.
- Chcę, żebyś pozostał tu na zawsze, Alessandro- rzekł Tonio.
Przez chwilę w jakiś niewypowiedziany, cudowny sposób wyobraził sobie, jak ten człowiek spędza życie wśród kutych w złocie ozdób Bazyliki Świętego Marka, dążąc do doskonałości. Nic dziwnego, że był tak dyskretnie poważny i w subtelny sposób pewny siebie. Wyrażał bogactwo, wykwintne maniery i piękno, które zawsze go otaczały. Czemu nie miałby iść przez salon Catriny z tak naturalną elegancją? Tonio zastanawiał się jednak, co ludzie naprawdę myśleli o Alessandrze. Co myśleli o Caffarellim? I czemu z taką udręką Tonio wyobrażał sobie neapolitańczyka w łóżku z którąkolwiek z kręcących się koło niego dam? Zdawało się, że wystarczyłoby skinienie dłoni, by za nim poszły. Tonio zaczął rozważać, co on sam robiłby z nimi, nie brakowało bowiem pań posyłających mu zachęcające spojrzenia ponad koronkowymi wachlarzami. Na parterze teatru czuł słodki zapach tysiąca Bettin.
- Masz czas, Tonio. Masz czas- powtarzał sobie. Wolałby umrzeć, niż zawieść ojca. Cała jego przyszłość błyszczała i migotała w magicznym świetle tego nowego obowiązku, świeżych faktów. W nocy klękał w swym pokoju przed Madonną i modlił się: -Błagam, nie pozwól, by to się skończyło. Niech trwa na zawsze. Ale nadchodziło już lato. Było duszno. Wkrótce karnawał rozpadnie się jak domek z kart, a zacznie się villeggiatura- letnisko i wszystkie wielkie rody udadzą się do swych willi nad Brentą. Nikt nie chciał znosić smrodu kanałów i nieprzeliczonych stad komarów. - A my zostaniemy tu sami; nie, proszę, niee!

Kiedy dni pozostające do końca karnawału można już było policzyć na palcach jednej ręki, pewnego ranka, wraz ze sługami, przynoszącymi czekoladę i kawę, przyszedł Alessandro i usiadł przy łóżku Tonia.
- Ojciec jest z ciebie bardzo zadowolony- rzekł. -Wszyscy mówią mu, że zachowujesz się jak wzór gentlemana.
Tonio uśmiechnął się. Pragnął zobaczyć się z ojcem. Ale już dwa razy signore Lemmo powiedział mu, że to wykluczone. Wydawało się, iż przez jego apartament przewija się niezwykle wielu ludzi. Tonio wiedział, że niektórzy z nich byli prawnikami, inni starymi przyjaciółmi. Nie podobało mu się to.
Ale na jakiej podstawie przypuszczał, że po tej długiej nocy intymności nastąpi coś tak nowego jak częste rozmowy? Ojciec należał do państwa, teraz tak samo jak przedtem. Skoro więc kostka nie zagoiła się i nie mógł wychodzić, kiedy zechce, państwo musi przyjść do niego. Oto wyjaśnienie tego, co się dzieje.
Alessandro myślał jednak o czymś innym.
- Widziałeś kiedyś willę Lisanich niedaleko Padwy?- spytał. Tonio wstrzymał oddech.
- Spakuj się. Jeśli nie masz stroju do jazdy konnej, to poślij Giuseppe po krawca. Ojciec pragnie, żebyś pojechał tam na całe lato, a twoja kuzynka z rozkoszą będzie cię gościła. Ale, Tonio- ciągnął (dawno przestał już, na prośbę Tonia, tytułować go w oficjalny sposób)- pomyśl nad pytaniami, które mógłbyś zadać nauczycielom. Wydaje im się, że są tu zbędni; obawiają się, że zostaną zwolnieni. Oczywiście nic takiego się nie stanie. Jadą z nami. Jednak pilnuj, żeby czuli się ważni.
- Jedziemy do willi Lisanich!- Tonio podskoczył i otoczył Alessandra ramionami.
Śpiewak musiał zrobić krok w tył, ale dużymi, leniwymi dłońmi przesunął delikatnie po włosach Tonia, odgarniając je z czoła.
- Nikomu o tym nie mów- szepnął- ale jestem równie podekscytowany jak ty.

17

Kiedy zagoiły się rany na nadgarstkach, Guido pozostał w konserwatorium, w którym wyrósł, oddając się nauczaniu i stosując przy tym dyscyplinę, jaką niewielu z jego uczniów było w stanie znieść. Mimo geniuszu, który posiadał, brak mu było współczucia. Nim skończył dwadzieścia lat, wykształcił kilku wspaniałych uczniów, którzy zaczęli śpiewać w Kaplicy Sykstyńskiej. Byli to kastraci, których głosy, bez szkolenia i instynktu Guida, mogły się okazać bezwartościowe. Chociaż byli oni wdzięczni za nauki, które ich wywyższyły, bali się jednak panicznie tego młodego eunucha i cieszyli się z rozstania z nim.
Właściwie wszyscy uczniowie Guida czasem, jeśli nie ciągle, nienawidzili go. Jednak mistrzowie z konserwatorium darzyli go miłością.
Jeśli w ogóle było w ludzkiej mocy "stworzenie" głosu tam, gdzie nie był on dany przez Boga, Guido mógł sobie z tym poradzić. Raz po raz obserwowali ze zdziwieniem, jak wpaja rzemiosło muzyczne tym, którym brakowało oryginalności i talentu. Przysyłali do Guida tępaków i tych nieszczęsnych chłopczyków, których owałaszono na długo przedtem, nim ich głos okazał się nic nie wart. Robił z nich niezłych, wykwalifikowanych i całkiem przyjemnie brzmiących sopranistów. Nie znosił tych uczniów. Ich mizerne osiągnięcia nie dawały mu żadnej trwałej satysfakcji. Muzyka była dla niego nieskończenie cenniejsza niż on sam, nie znał więc dumy.
Ból i monotonia życia zmusiły go do zagłębienia się w tajniki kompozycji. Zaniedbał je przez wszystkie dawne lata, kiedy marzył o życiu śpiewaka, i inni prześcignęli go, a ich oratoria lub nawet opery doczekały się już premier. Mistrzowie nie spodziewali się od niego żadnych osiągnięć w tej dziedzinie i obciążając od rana do wieczora nauczaniem, udzielali mu reprymendy za samotną pracę długo w noc. W bólu, który odczuwał Guido, nie było jednak cienia wahania. Ustępował innym umiejętnościami kompozytorskimi. Nigdy się jednak nie zawahał. Wolał obywać się bez snu, pracować bez końca. Spod jego ręki wychodziły oratoria, kantaty, serenady, całe opery. Gdyby miał choć jednego ucznia o wspaniałym głosie, mógłby się nie spieszyć i komponując dla niego odzyskać przychylność tych, którzy teraz nie chcieli go już słuchać. Ten głos byłby inspiracją i bodźcem, którego tak potrzebował. Wtedy przyszliby następni, gotowi, chętni śpiewać to, co dla nich napisał.
Na razie jednak nieszczęśni, mali podopieczni Guida usiłowali śpiewać jego pieśni, nie wkładając w to ani zrozumienia, ani wdzięku.

W długie, letnie popołudnia, gdy miał już dosyć duszącej kakofonii pokoju ćwiczeń, przypasywał do boku szablę, wkładał swą jedyną porządną parę ozdobionych sprzączką butów i bez wyjaśnień ruszał do kipiącego życiem miasta.
W niewielu europejskich miastach wrzał taki ruch i rozbrzmiewało tyle głosów, co w rozciągającym się na ogromnej przestrzeni portowym Neapolu. Ulicami miasta, pełnego przepychu i świetności nowego dworu Burbonów, płynęły prawdziwe rzeki ludzi różnego stanu, którzy przybyli, by obejrzeć wspaniałe wybrzeże, przepiękne kościoły, pałace, zamki, olśniewające piękno okolicy, wyspy. Nad wszystkim tym królowała widoczna na tle zamglonego nieba potężna sylwetka Wezuwiusza i ogromne, sięgające horyzontu morze.
Ulicami mknęły z hukiem i stukotem złocone powozy, słudzy w liberiach trzymali się ich malowanych drzwi, biegali lokaje. Po promenadach spacerowały kurtyzany przyozdobione wspaniale klejnotami i koronkami.
Po delikatnych wzniesieniach pędziły kolaski, przebijając się przez wzbierający tłum, a kierujący pojedynczymi końmi woźnice krzyczeli: -Przejście dla mego pana!- Na każdym rogu stali sprzedawcy świeżych owoców i mrożonej wody. Jednak w tym raju, w którym z każdej szczeliny wyrastał kwiat, a na wzgórzach rozciągały się winnice, panowała zgnilizna biedy. Niespokojni lozzaroni- wieśniacy, wałkonie, złodzieje- włóczyli się bez celu pośród prawników, urzędników, wielkich panów, dam i mnichów w brązowych sutannach, albo rozkładali się na schodach katedr.
Guido, popychany przez tłum, przyglądał się temu wszystkiemu z niemą fascynacją. Czuł morską bryzę. Bywało, że ledwo co udawało mu się uniknąć kół powozu. Ten mocno zbudowany mężczyzna, pod którego czarnym płaszczem rysowały się masywne ramiona, ubrany w spodnie oraz w zabłocone i pokryte kurzem pończochy, nie wyglądał na muzyka, młodego kompozytora, a już najmniej na eunucha. Mógł być jednym z tych zaniedbanych gentlemanów o dłoniach czystych, jak ręce zakonnic, którego stać było na wypicie wina w ogródkach winiarń, do których wchodził. Usiadłszy przy zatłuszczonym stole, opierał się o plątaninę winorośli pokrywającej mur, niemalże nieświadom brzęku pszczół i woni kwiecia. Słuchał dźwięków mandoliny spacerującego w pobliżu śpiewaka. I obserwując jak morski błękit nieba ustępuje miękko różowej mgle, czuł, że wino koi jego ból. A jednak właśnie wino pozwalało temu cierpieniu rozkwitać. Łzy błyszczące w oczach Guida nadawały im groźny połysk. Rwała mu się dusza, cierpienie wydawało się nieznośne. Nie rozumiał jednak w pełni jego istoty. Czuł tylko, jak każdy inny nauczyciel śpiewu, że pragnie zapalonych, utalentowanych uczniów, przed którymi mógłby odkryć cały swój geniusz. Słyszał już, jak tym nieznanym śpiewakom udaje się tchnąć życie w jego arie. To oni muszą pokazać jego muzykę na scenie, dać ją całemu światu, tylko oni mogą pozwolić Guidowi Maffeo wykorzystać jedyną szansę zyskania nieśmiertelności, jaka została mu dana. Ale czuł też nieznośną samotność. Czuł się tak, jakby jego własny głos był kochankiem, który go porzucił.
Wyobrażając sobie młodzieńca, który potrafiłby śpiewać tak, jak on sam już nie mógł, ucznia, któremu zdradziłby wszystkie tajniki swej sztuki, przeczuwał, że tym samym skończyłaby się jego samotność. Wreszcie ktoś by go rozumiał, zdawał sobie sprawę, do czego dąży! W takich chwilach znikała wszelka, różnica między potrzebami duszy i serca Guida.
Na niebie rozbłysły gwiazdy, przeświecające przez chmury, które wyglądały jak morska mgła. Gdzieś bardzo daleko, w ciemności, zamigotała nagle błyskawica wydobywająca się z wulkanu.

Guidowi nie dane było jednak zetknąć się z obiecującymi głosami. Był zbyt młodym maestrem, by je przyciągnąć. Wspaniali uczniowie podążali do takich sław jak Porpora, który uczył Cafarellego i Farinellego. A chociaż mistrzowie Guida byli zadowoleni z oper, które pisał, ciągle ginęły one w bagnisku konkursów. Jego kompozycje określano jako "zbyt specyficzne" albo jako "imitacje bez wyobraźni".
Czasem wydawało się, że zmoże go mozolna praca. Z każdą chwilą uświadamiał sobie coraz wyraźniej, że jeden wspaniały uczeń zmieniłby wszystko.
Ale by przyciągnąć dobrych uczniów, musi najpierw wykształcić na sławę jedną z miernot, które mu przysyłano.
Czas mijał. Zadanie okazało się niemożliwe do wykonania. Guido nie był przecież czarodziejem, a zaledwie geniuszem.

Kiedy skończył dwadzieścia sześć lat, uzyskał od przełożonych niewielką sumą pieniędzy i urlop, po czym ruszył szukać w całej Italii nowych głosów, licząc rozpaczliwie na to, że kogoś znajdzie.
- Może mu się uda. -Maestro Cavalla wzruszył ramionami. -Zobaczcie, ile już osiągnął!- Więc chociaż smutno im było, że odchodzi na tak długo, dali mu swe błogosławieństwo.

18

Tonio przez całe życie słyszał opowieści o tym wspaniałym letnim wypoczynku zwanym villeggiatura, o długich kolacjach przy stołach nakrywanych koronkami i srebrem do każdego dania, o następujących później leniwych przejażdżkach po Brencie. Cały czas będą im grali muzykanci, a może nawet od czasu do czasu, kiedy nie będzie profesjonalistów, Tonio zagra z Marianną. Wszystkie rodziny stworzą swe własne małe orkiestry- ktoś będzie umiał grać na skrzypcach, ktoś inny na kontrabasie, jakiś senator będzie grał na klawesynie z równym talentem jak płatny muzyk. Zaprosi się dziewczęta z konserwatorium; będą zabawy na świeżym powietrzu, pikniki na trawie, jazda konna, fechtunek dla rozrywki i wspaniałe, wielkie ogrody oświetlone latarenkami.
Tonio zapakował wszystkie stare nuty, zastanawiając się mgliście, jak będzie się czuł, śpiewając w pokoju pełnym ludzi. A Marianna z nerwowym śmiechem przypominała mu o obawach, jakie żywił w związku z nią ("Moje niewłaściwe zachowanie!"). Niemniej zdziwił go widok matki spacerującej po pokoju w gorsecie i koszulce, podczas gdy obok siedział Alessandro z filiżanką herbaty. Rankiem, gdy mieli już wyjeżdżać, do drzwi Tonia zapukał gwałtownie signore Lemmo. -Ojciec... -wyjąkał. -Czy jest z tobą?
- Ze mną? Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?- spytał Tonio.
- Nie mogę go znaleźć- szepnął signore Lemmo. Nikt nie może go znaleźć.
- Ależ to absurdalne!- odparł Tonio.
Jednak wkrótce zorientował się, że w domu panuje zamieszanie. Wszyscy zostali zaangażowani w poszukiwania. Marianna i Alessandro, którzy czekali z kuframi przy drzwiach, podnieśli się, gdy tylko im to oznajmił.
- Czy ktoś zaglądał do archiwów na dole?- spytał Tonio. Signore Lemmo natychmiast udał się tam, lecz powrócił z wiadomością, że na niższym piętrze nikogo, jak zwykle, nie ma. -A strych?- rzekł Tonio. Tym razem nie czekał jednak na nikogo, miał bowiem silne przeczucie, że właśnie tam znajdzie ojca. Nie wiedział czemu, ale w czasie całej drogi po schodach był tego pewien.
Kiedy jednak dotarł na strych, zatrzymał się, bowiem z drzwi na końcu korytarza sączyło się światło. Tonio znał te pokoje. Wiedział, gdzie spała służba, gdzie spędzali noce Angelo i Beppo, ale ta komnata zawsze była zamknięta. Kiedy był jeszcze małym chłopcem, udało mu się dostrzec przez dziurkę od klucza meble. Próbował otworzyć zamek. Nigdy jednak nie zdołał dostać się do środka. Nagle pojawił się cień podejrzenia. Tonio ruszył szybko przez korytarz, niejasno zdając sobie sprawę z tego, że podąża za nim signore Lemmo.
Andrea był w tym pokoju. Stał przy frontowych oknach wychodzących na wodę, ubrany tylko we flanelową koszulę nocną. Łopatki tworzyły wybrzuszenia w cienkiej tkaninie. Słychać było jakieś ciche dźwięki, jakby mówił do siebie. Albo się modlił.
Tonio czekał przez dłuższą chwilę, przesuwając wzrokiem po ścianach, po obrazach i lustrach, które wciąż jeszcze tu wisiały. Dawno temu musiał pęknąć dach i podłogę pokryły ciemne plamy. Nad tym wszystkim unosił się zapach stęchlizny i zaniedbania. Tonio zauważył, że łóżko wciąż jeszcze było nakryte wilgotną, zniszczoną kołderką. Nie zdjęto zasłon. Brakowało jednego kasetonu. A na stoliku przy krześle obitym adamaszkiem stała pokryta ciemnym osadem szklanka. Leżała tam też jakaś rozłożona książka, a pozostałe, stojące na półkach, wzdęły się, rozrywając skórzane oprawy.
Nikt nie musiał mu mówić, że był to pokój Carla. Nie potrzebował niczyjego potwierdzenia na to, że opuścił on go spiesznie i nigdy już tu nie wrócił.
Zaszokował go widok stojących przy łóżku kapci. Zauważył zjedzone przez szczury świece w lichtarzach. A przy skrzyni stał krzywo, jakby go tam ktoś rzucił, obraz. Był oprawiony w znajomy owal i kwadrat ze złota, których ciąg ozdabiał znajdującą się poniżej galerię i Wielki Salon. Najwyraźniej stamtąd zabrano to malowidło.
Przedstawiał, oddaną doskonalej niż na innych obrazach, twarz brata, który z całkowitym spokojem patrzył szeroko rozstawionymi, czarnymi oczami na tę zniszczoną komnatę.
- Proszę zaczekać na zewnątrz- cicho odezwał się Tonio do signore Lemmo.
Z szeroko otwartego okna rozciągał się widok na czerwone, spadziste dachy, których monotonię rozpraszały gdzieniegdzie ogródki, wieżyczki i odległe kopuły Bazyliki Świętego Marka.
Z ust Andrei wydobył się gwiżdżący dźwięk. Tonio poczuł przenikliwy ból w skroniach.
- Ojcze?- rzekł podchodząc.
Andrea niechętnie odwrócił głowę. W piwnych oczach nie pojawił się nawet znak, że poznaje Tonia. Jego twarz wyglądała na bardziej wychudzoną niż zwykle i błyszczała gorączką. Oczy, zawsze tak bystre, jeśli nie surowe, były teraz mętne, jakby pokrywało je bielmo.
Jego oblicze zaczęło się powoli rozjaśniać. -Chcę powiedzieć, że... że nie cierpię tego- szepnął.
- Czego, ojcze?- spytał Tonio. Był przerażony. Działo się coś okropnego.
- Karnawał, karnawał- wyjąkał Andrea drżącymi ustami. Położył dłoń na ramieniu Tonia. -Jestem... jestem... muszę...
- Czy zejdziesz na dół, ojcze?- spytał ostrożnie młody Treschi. Nagle, na jego oczach, twarz ojca zaczęła się w straszliwy sposób zmieniać. Widział, jak rozszerzają mu się oczy, wykrzywiają usta.
- Co ty tutaj robisz?!- szepnął. -Jak dostałeś się do tego domu bez mojego pozwolenia?- Wyprostował się z ogromnym, miażdżącym gniewem.
- Ojcze!- szepnął jego syn. -To ja... Tonio.
- Ach!- Uniesiona dłoń ojca zawisła w powietrzu.
Nastąpił niekończący się moment zawieszenia, w czasie którego wszystko stało się nagle jasne.
Andrea patrzył na syna ze wstydem i zażenowaniem. Ogromna troska sprawiła, że zaczęły mu się trząść ręce, drżały usta. -Ach, Tonio- powiedział. -Mój Tonio!
Przez długą chwilę obaj milczeli. Z korytarza dochodziły szepty innych. Wkrótce zamilkły.
- Ojcze, chodź do łóżka- rzekł Tonio. Po raz pierwszy czuł przez materię kości starca.
Wydawał się taki lekki, tak pozbawiony witalności czy siły, jakby został całkowicie pokonany.
- Nie, nie teraz. Wszystko ze mną w porządku- odparł Andrea. I z niejakim brakiem delikatności zdjął dłoń Tonia ze swego ramienia, po czym znów podszedł do otwartego okna.
Daleko w dole gondole sunęły po zielonej wodzie jak strąki grochu. Barka posuwała się wolno ku lagunie. Na jej pokładzie grała pogodnie niewielka orkiestra, a poręcze oplatały róże i lilie. Małe postacie migały i obracały się, wchodząc pod baldachim z białego jedwabiu, i wydawało się, że w górę wzlatuje stłumiony śmiech.
- Czasem wydaje mi się, że starzeć się i umierać w Wenecji jest wbrew dobremu smakowi!- powiedział Andrea. -Dobry smak, jakby całe życie nie było niczym więcej- mówił z wściekłością. Zaschło mu w gardle, niemalże rzęził. -Ty wielka dziwko!- sapał, wpatrując się w dalekie, srebrne kopuły.
- Tato- szepnął Tonio.
Dotknęła go szponiasta ręka. -Mój synu, nie masz czasu na powolne dorastanie. Już raz ci to mówiłem. Bacz na moje słowa. Musisz sobie uświadomić, że jesteś już mężczyzną i nie zważając na chemiczne cuda boskie powinieneś zachowywać się tak, jakby była to całkowita prawda. Wtedy wszystko ułoży się właściwie, słyszysz?
Wbijał w Tonia wyblakłe oczy, których spojrzenie stawało się ostre, po czym znów wzrok zachodził mu mgłą. -Kiedyś mógłbym ci dać imperium, dalekie morza, świat. Dziś jestem w stanie darować ci tylko tę prawdę: kiedy uznasz, że jesteś mężczyzną, staniesz się nim. Wszystko inne samo się ułoży. Pamiętaj!

Dopiero po dwóch godzinach udało się przekonać Tonia, by pojechał nad Brentę. Alessandro dwa razy wchodził do pokoju ojca, by oznajmić po powrocie, że nie ma odwołania od tego rozkazu. Mieli udać się do willi Lisanich. Andrea martwił się, że już są spóźnieni. Chciał, by natychmiast wyjechali.
W końcu signore Lemmo kazał wszystkim zająć miejsca w gondolach i wziął Tonia na stronę.
- On cierpi, Tonio- rzekł. -Nie chce, byście ty i twoja matka widzieli go w takim stanie. Posłuchaj mnie. Nie daj mu poznać, że się martwisz. Poślą po ciebie, jeśli zajdzie jakakolwiek większa zmiana.

Kiedy wypływali z małej przystani, Tonio tłumił płacz.
- Wytrzyj oczy- szepnął Alessandro, pomagając mu wejść do łodzi. -Stoi na balkonie, by nas pożegnać.
Tonio spojrzał w górę. Ujrzał podtrzymywaną z obu stron widmową postać. Andrea miał na sobie szkarłatne szaty, przygładzone włosy i sztywny uśmiech, jakby wyrzeźbiony z białego marmuru.
- Nie zobaczę go więcej- szepnął Tonio.
Dzięki Bogu, mała łódka była szybka, a kanały kręte. Kiedy Tonio usiadł w końcu w falze, wybuchnął cichym, ale niemożliwym do opanowania płaczem. Cały czas czuł ciężar dłoni Alessandra. A kiedy podniósł wreszcie wzrok, zauważył, że Marianna wygląda przez okno z niezmiernie tęsknym wyrazem twarzy.
- Brenta. -Niemalże śpiewała. -Nie widziałam stałego lądu od czasu, gdy byłam małą dziewczynką.

19

W królestwie Neapolu i Sycylii Guido nie znalazł uczniów, dla których warto byłoby wrócić do domu. Od czasu do czasu prezentowano mu jakiegoś obiecującego chłopca, ale nie miał odwagi powiedzieć jego rodzicom, że radzi dokonanie "operacji". Natomiast wśród już wykastrowanych młodzieńców nie trafił na ani jednego, którego warto byłoby zachęcać do dalszej nauki.
Pospieszył więc w głąb Państwa Kościelnego, do samego Rzymu, a później dalej na pomoc, do Toskanii.
Noce spędzał w hałaśliwych gospodach, dni w wynajętych powozach, czasem jadał obiady w towarzystwie interesownych przyjaciół bogatych rodzin. Cały jego ubogi dobytek mieścił się w sfatygowanej skórzanej walizie; w ręku ściskał sztylet, który miał go obronić przed bandytami czyhającymi wszędzie na podróżnych.
Odwiedzał kościoły niewielkich miasteczek. Obejrzał opery we wszystkich wioskach i miastach.
Nim opuścił Florencję, znalazł dwóch dosyć utalentowanych chłopców, których umieścił w klasztorze, skąd miał ich później wziąć do Neapolu. Nie byli cudownymi dziećmi, ale los obdarzył ich szczodrzej niż tych, których Guido słyszał dotychczas, a poza tym młody maestro obawiał się wyruszyć w drogę powrotną z niczym.
W Bolonii przesiadywał w kawiarniach, spotykał się ze znamienitymi agentami teatralnymi. Spędzał całe godziny ze śpiewakami, którzy zbierali się w nadziei otrzymania jakiejś oferty na nadchodzący sezon, i ciągle liczył na to, że usłyszy o jakimś chłopcu obdarzonym wspaniałym głosem, który marzyłby o scenie i doceniłby szansę studiowania w wielkich konserwatoriach Neapolu.
Od czasu do czasu starzy przyjaciele, którzy byli z nim w klasie, stawiali mu coś do picia. Zadowoleni ze spotkania, pewni swej obecnej przewagi nad Guidem, z dumą opowiadali o swych przygodach.
Nie znalazł nic.
Kiedy jednak nadeszła wiosna, powietrze stało się cieplejsze i słodsze, a gałęzie topól znów pokryły się liśćmi, Guido ruszył dalej na północ, w kierunku największej zagadki Italii: wspaniałej i starej Republiki Wenecji.

20

Andrea Treschi zmarł w czasie najstraszniejszych sierpniowych upałów. Signore Lemmo natychmiast przesłał Toniowi wiadomość, że jego opiekunami są teraz Catrina i jej mąż, a Carlo Treschi, wezwany przez ojca do domu, gdy tylko śmierć starca zaczęła wydawać się pewną, już wypłynął ze Stambułu.

 

  Anne Rice- "Krzyk w Niebiosa" - następna część (2) >>>
Anne Rice- "Krzyk w Niebiosa" - Spis treści

 

 

początek strony

poprzednia strona

*strona startowa*