Krzyk w Niebiosa
Część Druga
1
Dom przepełniony był atmosferą śmierci i obcymi ludźmi. Starszymi mężczyznami w czarnych i szkarłatnych szatach, niekończącym się szeptem.
A potem z apartamentu ojca dobiegł ten potworny dźwięk, nieludzki ryk. Słyszał, jak się zaczął, jak nabierał na sile.
Kiedy wreszcie z rozmachem otworzyły się drzwi, na korytarz wyszedł jego brat Carlo. Spojrzał mu w oczy z najbledszym, najlżejszym uśmiechem pełnym nieśmiałości i klęski, który stanowił przejrzystą zasłonę ogromnego zażenowania, mającego ukryć oburzenie.
Patrzył, jak Carlo płynie po Canale Grande. Przyglądał się, jak stoi na dziobie łodzi, a wilgotna bryza rozwiewa z tyłu jego pelerynę. Oglądał czarne włosy, znajomy kształt głowy. Obserwował, jak Carlo wychodzi na ląd. Czekał na niego na szczycie schodów.
Czarne oczy, takie same jak jego własne, i wzdrygnięcie się, jakim Carlo zareagował, gdy zauważył to podobieństwo. Jego twarz, większa i opalona, nagle zapłonęła uczuciem. Carlo podszedł, wyciągnął ręce ugięte w powitalnym geście i wziąwszy Tonia w ramiona, przytulił go tak mocno, że chłopcu wydawało się, iż czuje westchnienie brata, nim jeszcze je usłyszał.
Czego Tonio oczekiwał? Wrogości? Goryczy? Sprytu zrodzonego z namiętności? Na tej twarzy malowała się taka otwartość, takie szczere ciepło! Ręce Carla śmiało go pieściły, jego usta spoczywały na czole Tonia. W dotyku starszego brata była pełna miłości poufałość i przez sekundę, gdy stali objęci ramionami, Tonio odetchnął ze skrywaną, niewypowiedzianą ulgą.
- Przyjechałeś- szepnął.
A jego brat powiedział głosem tak cichym, że wywołało to zaledwie drobny szum w jego masywnej piersi:
- Tonio.
A potem początek tego ryku, tego przerażającego, coraz głośniejszego ryku, warczenie przez zaciśnięte zęby, pięść opadająca raz za razem na stolik ojca.
- Carlo!- powiedziała Catrina, podnosząc się za plecami Tonia z szelestem jedwabiu. Stała z odrzuconym w tył żałobnym welonem i smutną twarzą, gdy otworzyły się drzwi i wyłonił się z nich Carlo.
Ciche dźwięki, szepty. Catrina pospieszyła za nim korytarzem. Signore Lemmo bezgłośnie, spiesznie chodził tam i z powrotem. Marianna odziana w żałobny strój patrzyła wprost przed siebie.
Od czasu do czasu Tonio dostrzegał błysk przesuwających się w jej palcach paciorków różańca i blask oczu, gdy podnosiła na moment wzrok.
Nawet nie uniosła głowy, kiedy Carlo wszedł do pokoju. On w milczeniu obserwował ją kątem oka.
W końcu skłonił się aż do ziemi. -Signora Treschi- powiedział. Wyglądał tak jak na portretach i zdawało się, że palące słońce Lewantu tylko pogłębiło naturalny odcień jego karnacji. Grzbiety dłoni miał porośnięte ciemnymi włosami. Zdawał się z niego emanować nikły, piżmowy, korzenny zapach wschodnich perfum. Prawą dłoń Carla ozdabiały trzy pierścienie.
A teraz gdzieś za zamkniętymi, jeszcze jednymi drzwiami, Catrina starała się go przebłagać.
Na szczycie schodów pojawił się Beppo, za którym ukazała się wysoka postać Alessandra.
Śpiewak otoczył Tonia ramieniem. Szybko, cicho ruszyli do pokoju chłopca.
Zza murów dobiegał ich przez chwilę głos Catriny: -Jesteś w domu, rozumiesz, w domu, a przy tym wciąż jesteś młody, dookoła toczy się życie...
Potem usłyszeli przerywający jej słowa niższy, niezrozumiały grzmot złości Carla.
Kiedy zamknęły się drzwi, Alessandro zdjął swą ciemnoniebieską pelerynę. Spływały z niego krople deszczu, a duże, marzycielskie oczy śpiewaka pociemniały ze zmartwienia.
- A więc już tu jest- szepnął.
- Musisz zostać przy mnie, Alessandro. Potrzebuję cię- rzekł Tonio. -Jeszcze przez cztery lata będziesz mi potrzebny w tym domu; dopóki nie poślubię Franceski Lisani. Mój ojciec opisał to wszystko w testamencie, w instrukcjach dla opiekunów majątku.
Ale przez te cztery lata, Alessandro, będą musiał mieć nad bratem przewagę.
Alessandro przycisnął palce do ust Tonia, jak anioł składający
ostatnią pieczęć w chwili stworzenia.
- To nie ty masz zdobyć przewagę, Tonio, musi zatriumfować wola twego ojca i wola tych, którzy mają ją wykonać. Czy został wydziedziczony?
Wypowiadając ostatnie słowo, zniżył głos. Byłaby to rzecz straszna, do której mogłoby dojść tylko wówczas, gdyby Carlo kiedykolwiek podniósł ręką na ojca z zamiarem skrzywdzenia go. Coś takiego nigdy nie miało miejsca.
- Majątek nie został podzielony- mruknął Tonio. -Ale polecenia mego ojca są jasne. Mam się ożenić. Większa część majątku przeznaczona została na moją naukę, praktykę i potrzeby, jakie będę miał jako mąż stanu. Carlowi przyznano niewielką sumkę i poradzono, by poświęcił się mym dzieciom...
Alessandro skinął głową. Nie był zdziwiony.
- Alessandro, on jest oburzony! Żąda wyjaśnień, dlaczego ma się do tego stosować. Jest najstarszym synem...
- W Wenecji nie ma to znaczenia, Tonio- przypomniał mu śpiewak. -Ojciec ciebie wybrał do ożenku. Cała ta sprawa nie powinna cię przerażać. Nie ty, ale prawo i twoi opiekunowie mają na to wpływ.
- On chce wiedzieć, Alessandro, czemu los rodu ma zależeć od chłopca...
- Tonio, Tonio- szepnął Alessandro. -Nie mógłbyś mu ustąpić, nawet gdybyś chciał. Przestań o tym myśleć. Nie wiem, na ile to pomoże, ale zostanę z tobą.
Tonio wziął głęboki oddech. Patrzył tak, jakby nie dotarły do niego wszystkie te zapewnienia. -Alessandro, gdybym tylko mógł nim pogardzać... -zaczął.
Alessandro skłonił głowę na jedną stronę, a na jego twarzy malowała się niewyczerpana cierpliwość.
- Ale on nie wydaje się... jest taki...
- Nie masz na to wpływu- powiedział cicho Alessandro.
- Co o nim wiedziałeś?- naciskał Tonio. -Na pewno wiedziałeś, że istnieje.
- Owszem- odparł śpiewak i, nie zdając sobie z tego sprawy, odgarnął z czoła Tonia kosmyk włosów. Położył dłoń na ramieniu chłopca. -Ale tylko tyle, co wszyscy inni. Był porywczym młodzieńcem. Domem wstrząsnęła śmierć: śmierć jego matki, braci. Niewiele więcej mogę ci powiedzieć.
- Catrina nim nie pogardza- szepnął Tonio. -Współczuje mu!
- Współczuje mu, Tonio, ale jest twą opiekunką i poprze cię. Kiedy zrozumiesz, że nie masz na te sprawy żadnego wpływu, uspokoisz się.
- Ale powiedz mi, Alessandro... ta kobieta, której nie chciał poślubić. Całe lata temu, gdy ojciec pragnął doprowadzić do tego małżeństwa...
- Nic o tym nie wiem- rzekł Alessandro, potrząsając nieznacznie głową.
- Odmówił ożenku z dziewczyną, którą wybrał dla niego ojciec. Uciekł z jakąś panną z klasztoru, ale ta dziewczyna, której nie chciał, Alessandro- czy to była moja matka?
Alessandro miał już zaprzeczyć, ale zatrzymał się i przez chwilę wydawało się, że nie rozumie pytania.
- Jeśli była dziewczyną, której Carlo nie chciał, ta sytuacja będzie dla niej nie do wytrzymania...
Alessandro milczał przez chwilę. -Nie była dziewczyną, której poślubienia odmówił- powiedział cicho.
Ciemny, pusty dom, obce dźwięki.
Wspiął się po schodach na najwyższe piętro.
Wiedział, że Carlo jest w swym starym pokoju; widział tak rzadko tu spotykane światło dnia wymykające się spod drzwi na zakurzony korytarz.
Dziś rano przy śniadaniu brat pytał o Tonia, posłał swych tureckich służących, by zaprosili go na dół, ale Tonio siedział samotnie w łóżku i, ukrywszy twarz w dłoniach, szeptał tym obcym ludziom jakieś wymówki.
Teraz podszedł szybko na palcach do drzwi, i obserwował, jak Carlo chodzi między zniszczonymi rzeczami, patrzył na łóżko- platformę kurzu i łachmanów, na napuchniętą od deszczu książkę w ręku Carla, który przewracał jej ciężkie i wciąż wilgotne stronice. Czytał szeptem, stojąc na tle błękitu nieba zaćmionego przez brudne szyby, i zdawało się, że jego szept pasuje do tego miejsca. Wymawiając słowa monotonnie, rytmicznie, głośniej, choć do siebie, prawą ręką wykonywał delikatne ruchy.
Dostrzegł Tonia. Na jego twarzy pojawił się ten, jakże ciepły, wyraz. Oczy otoczyły wywołane uśmiechem fałdki. Zamknąwszy książkę, położył na niej otwartą dłoń.
- Wejdź, braciszku- powiedział. -Jak widzisz... cóż, nie wiem, co począć. Nie mogę zaprosić cię, byś zasiadł ze mną w mych dawnych apartamentach.
W jego głosie nie brzmiała ironia, jednak Tonio gwałtownie się zaczerwienił i nieprzytomny ze wstydu spuścił wzrok, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Czemu od razu nie kazał sługom przygotować tego pokoju? Dlaczego o tym nie pomyślał? Dobry Boże, w końcu od niedawna był panem domu! I jeśli nie on, to kto miałby wydać ten rozkaz? Spojrzał na poplamione ściany, z których łuszczyła się farba, na zniszczony dywan.
- Od razu widać, jak mnie tu kochano- westchnął Carlo. Odłożył książkę, przesuwał wzrokiem po spękanym suficie. -Jak dbano o rzeczy drogie memu sercu, ocalono przed molami me ubrania i przechowywano książki w suchym, bezpiecznym miejscu.
- Wybaczcie mi, signore!
- I za cóż?- Carlo wyciągnął dłoń, a kiedy Tonio się zbliżył, brat przyciągnął go do siebie i chłopak znów poczuł rozgrzewające ciepło, siłę. A gdzieś w dalekim, wolnym od trosk zakątku jego umysłu pojawiła się myśl: -Tak będę wyglądał jako mężczyzna. Niewiele osób może znać przyszłość w takim stopniu, jak ja ją znam.
Carlo pocałował go delikatnie w czoło.
- Cóż mogłeś na to poradzić, braciszku?
Nie czekał na odpowiedź. Znów otworzył książkę, przesuwał dłonią po literach wydrukowanych na rozpadających się stronicach: tytuł napisanej po angielsku sztuki brzmiał "Burza", pod nim widać było dwie równe kolumny druku. Carlo zaczynał znów czytać rytmicznym szeptem:
- "Ojca morskie tulą fale..."- Gdy znów podniósł wzrok, zdawało się, że widok Tonia go rozprasza.
- O co chodzi? Co widzisz? Czy mną pogardzasz?- myślał Tonio. Zniszczony pokój zaczął na niego napierać, kurz go dusił, lecz po raz pierwszy udało mu się wciągnąć w płuca odór wszystkich tych rozpadających się, gnijących rzeczy.
Ale jego brat nie odwrócił wzroku, sam nie był świadom wyrazu swych czarnych oczu.
- Pierwsze dziecko z tego związku- szepnął Carlo. -Dziecko zrodzone z wyżyn namiętności. Obdarzone wszelkimi błogosławieństwami, jak mówi przysłowie, pierwsze dziecko. -Ściągnął brwi, zesztywniały mu kąciki ust.
- Ja byłem ostatnim z potomstwa rodziców- ciągnął- a tak jesteśmy podobni. Nie ma więc żadnej reguły. Pierwsze czy ostatnie dziecko, różnica tylko w uczuciach ojca względem pierwszego dziecka!
- Nie rozumiem, o czym pan mówi, signore.
- Oczywiście, że nie. Czemu miałbyś rozumieć?- rzekł Carlo głosem tak samo spokojnym, delikatnym, pozbawionym złośliwości jak przedtem. Zastanawiając się, spojrzał na Tonia, jakby sprawiało mu to przyjemność. Tonio czuł, jak więdnie i staje się nie-szczęśliwy pod wpływem tego wzroku.
- Rozumiesz więc?- spytał Carlo. -Rozejrzyj się. -W jego głosie znów czaił się ten ryk.
- Pozwólcie, signore, że każę sługom wysprzątać pokój...
- Będziesz tak dobry? Jesteś tu w końcu panem, prawda?- Miał jeszcze bardziej napięty głos.
Tonio spojrzał mu w oczy. To nie był gniew, lecz oburzenie. Potrząsnąwszy bezradnie głową, odwrócił wzrok.
- Nie, to nie twoja wina braciszku- rzekł Carlo. -Jakież z ciebie książątko!- dodał z najdelikatniejszą szczerością. -Jak musiał cię kochać! Odważę się przypuścić, że i ja bym cię kochał, gdybym był twym ojcem.
- Powiedzcie, signore, jak mamy darzyć się wzajemną miłością!
- Ależ ja cię kocham- szepnął Carlo. -Jednak zostaw mnie tu samego, nim powiem coś, czego będę żałować. Zrozum, że nie jestem jeszcze sobą, a przybyłem do tego domu raczej po to, by odnaleźć siebie, którego tu zabito i położono na spoczynek. Snuję się więc po pałacu, jakbym sam był widmem, a gdy jest się w takim stanie ducha, niebezpiecznie blisko pojawiają się piekielne myśli i słowa.
- Niech pan więc opuści to miejsce. Proszę... Może pan zająć jego apartamenty na piętrze, signore...
- Oddajesz mi te pokoje, braciszku?
- Nie chciałem powiedzieć, że je panu daję, signore. Nie miałem zamiaru pana w ten sposób obrazić. Miałem na myśli to, że oczywiście może je pan zająć.
Carlo uśmiechnął się, podniósł wzrok i opuścił na stół książkę, którą trzymał w dłoni. Po czym znów, niemal gwałtownie, ujął głowę Tonia w obie ręce.
- Och, czemuż nie jesteś zepsutym, aroganckim chłopcem?- szepnął. -Czemu nie mogę potępić go i za to, że ci pobłażał?
- Nie powinniśmy rozmawiać o tych sprawach, signore. W przeciwnym razie nie, będziemy mogli się znieść.
- I jesteś jeszcze przy tym zmyślny, mądry i odważny, tak, odważny, braciszku. Stajesz ze mną twarzą w twarz, rozmawiasz. Czy powiedziałeś przed chwilą, że mam ci wskazać, jak winniśmy się darzyć wzajemną miłością?
Tonio skinął głową. Wiedział, że gdyby zaczął mówić, głos by mu się załamał. I stojąc tak blisko Carla, że musiał trzymać się sztywno wyprostowany, pochylił się, dotknął ustami policzka brata i usłyszał, jak Carlo wzdycha, znów obejmując go ramieniem.
- To takie skomplikowane, takie skomplikowane- powiedziała Catrina. Minęła już
północ i w całym domu, prócz pokoju, po którym chodził Carlo, panowała ciemność. Tonio wyczuwał w jego gwałtownych słowach wpływ wina. Nie ściszał głosu.
- Ale przecież wróciłeś bogaty, jesteś jeszcze młody... Na Boga, czy to miasto nie ma do zaoferowania dosyć, by uszczęśliwić cię bez żony i dzieci? Jesteś wolny...!
- Skończyłem z wolnością, signora. Wiem, co można kupić. Wiem, co można mieć. Tak, przez piętnaście lat byłem bogaty, młody i wolny! Kiedy on żył, cierpiałem męki czyśćca, ale teraz, kiedy nie żyje, przeżywam piekło! Proszę nie mówić mi nic o wolności! Odbyłem wystarczającą pokutę, by móc się ożenić i...
- Carlo, nie możesz wystąpić przeciw niemu!
Służący o ciemnych twarzach zamiatali korytarz. Przy drzwiach do dawnych komnat Andrei zatrzymywali się młodzieńcy; wczesnym rankiem przybył Marcello Lisani, by przy długim stole w jadalni zjeść z Carlem śniadanie.
- Wejdź, Tonio!- Dojrzawszy przez otwarte drzwi przechodzącego korytarzem brata, Carlo przywołał go gestem dłoni, wstając natychmiast. Krzesło odsunęło się w tył po płytkach.
Tonio ukłonił się szybko i uciekł. A gdy znalazł się we własnym pokoju, stanął cicho przy drzwiach, jakby znalazł sobie tu jakąś kryjówkę.
- Nie, nie jest zrezygnowany- Catrina potrząsnęła głową. Sprawdzając lekcje Tonia, na sekundę zmrużyła bystre, niebieskie oczy, po czym oddała kartkę Alessandrowi. Miała przy sobie w skórzanych okładkach plik papierów dotyczących tego, ile zapłacić kucharzowi, lokajowi, nauczycielom, ile zrobić zapasów jedzenia i czego jeszcze potrzeba.
- Ale musisz to znosić w milczeniu- dodała, ujmując dłonie Tonia. -Nie wolno ci go sprowokować.
Tonio skinął głową. Siedzący w rogu pokoju Angelo, wymizerowany i niespokojny, zerkał znad brewiarza.
- Pozwól mu więc zebrać starych przyjaciół, zorientować się, kto ma wpływy, kto piastuje wysokie stanowiska- Catrina nachyliła się bliżej, spojrzała mu w oczy, a jej głos przycichł. -I pozwól, by wydawał pieniądze na cokolwiek zechce. Przywiózł do domu fortunę. Narzeka na te ciemne draperie. Tęskni za weneckimi luksusami, francuskimi świecidełkami i ładnymi tapetami. Pozwól mu...
- Dobrze, dobrze... -odparł Tonio.
Tonio co rano patrzył, jak wychodzi z domu, zbiega po schodach, dzwoniąc kluczami i pobrzękując szablą u boku. Głośny dźwięk jego kroków na marmurze był tu czymś tak dziwnym, że zdawał się on żyć własnym życiem. A przez uchylone drzwi do swojego pokoju Tonio widział rząd białych peruk, spoczywających na wypolerowanych, drewnianych głowach, i słyszał szept Andrei: "strojniś".
- Braciszku, zjedz dziś ze mną kolację. -Czasem wydawał się wyłaniać z cienia, jakby tam na niego czyhał.
- Wybaczcie mi, proszę, signore, ale nie jestem w nastroju. Mój ojciec... Tonio był pewien, że skądś dolatuje śpiew jego matki.
Alessandro późnym popołudniem siedział w bibliotece nieruchomo jak posąg. Odgłosy kroków na schodach. A przez otwarte drzwi dobiegał jej głos śpiewający meloncholijną pieśń podobną do hymnu. Kiedy jednak Tonio podniósł się, by ją odnaleźć, okazało się, że właśnie wychodzi.
W ręku trzymała książeczkę do nabożeństwa. Opuściła welon, chyba nie chciała na niego patrzeć. -Lena ze mną pójdzie- odparła. Dziś Alessandro nie był jej potrzebny.
- Mamo!- Tonio pospieszył za nią do drzwi. Nuciła coś. -Czy jest ci teraz dobrze? Powiedz.
- Czemu o to pytasz?- Powiedziała to tak lekko. Błyskawicznie wyciągnęła dłoń spod cienkiej, czarnej siateczki i uszczypnęła go w nadgarstek. Był zaskoczony. Przez chwilę czuł ból; rozzłościł się.
- Jeśli nie jest ci tu dobrze, mogłabyś przenieść się do Catriny- odparł, obawiając się, że odejdzie i jej pokoje także staną się obce, puste.
- Jestem w domu swego syna- odrzekła. -Otwórz drzwi- zwróciła się do odźwiernego.
* * *
W bezsenne noce leżał wsłuchując się w ciszę. Cały świat, znajdujący się poza drzwiami jego pokoju, zdawał się obcym terytorium- korytarze, znajome przestrzenie, nawet wilgotne i zaniedbane miejsca. Z dołu dochodziły wybuchy śmiechu. Słyszał- chociaż właściwie nikt nie powinien być w stanie tego usłyszeć- nikły, niemal niezauważalny dźwięk poruszających się po domu ludzi.
Z daleka słychać było ostry, niepowstrzymany kobiecy krzyk. Przewrócił się na drugi bok i zamknął oczy, po czym zdał sobie sprawę, że głos ten dobiega z wnętrza domu.
Spał. Śnił. Otworzywszy drzwi usłyszał na nowo tę samą rozmowę. Catrina mówiła piskliwie, cienko. Czyżby łkała?
Był wczesny wieczór. Wśród dźwięków nocy rozbrzmiewał również nikły, daleki zgiełk październikowego karnawału. Zaledwie o kilka metrów dalej, w Pałacu Trimani, odbywał się wielki bal, a Tonio stał samotnie w długiej jadalni i złożywszy dłoń na dra-powanej kotarze patrzył w dół na przypływające i odpływające łodzie.
Pod oknem, na przystani, tuż przed Leną i Alessandrem stała jego matka. Długi, czarny welon sięgał rąbka sukni, a wiatr sprawiał, że gaza, z której był zrobiony, opinała jej twarz, czyniąc z niej rzeźbę. Marianna czekała na gondolę.
A czy on był w domu?
Wielki Salon wyglądał jak morze smolistej czerni.
Kiedy zaczął rozkoszować się jego ciszą i spokojem, usłyszał pierwszy dźwięk. Ktoś poruszał się w ciemności, pojawiła się woń wschodnich perfum o zapachu piżma, skrzypnęły drzwi, czyjaś stopa delikatnie dotknęła podłogi tuż za Toniem.
- Złapany na pełnym morzu- pomyślał, spoglądając na migocący kanał. Nad dalekim Placem Świętego Marka płonęło niebo.
Włosy porastające kark Tonia zjeżyły się. Poczuł nikły nacisk ciała stojącego za nim mężczyzny.
- W dawnych czasach- szepnął Carlo- wszystkie kobiety nosiły takie welony. Dodawało im to piękna. Nosiły ze sobą po ulicach jakąś tajemnicę, coś wschodniego...
Kiedy Tonio wolno podniósł wzrok, zobaczył go tak blisko, że mogliby się dotknąć. Czerń płaszcza Carla przecinała ozdobna, lśniąca, biała koronka, która wydawała się raczej mirażem niż kawałkiem materiału. Jego peruka o doskonale skręconych lokach nad uchem, o włosach nad czołem wymodelowanych tak naturalnie, że wyglądały jak prawdziwe, lekko pobłyskiwała.
Podszedł do szyby i wyjrzał. Niezwykłe podobieństwo między nimi irytowało Tonia jak zwykle, gdy je zauważał. Przy skąpym blasku świecy skóra Carla wydawała się bez skazy. Jedyną wskazówką wieku były te, tak widoczne, gdy zaczynał się szeroko uśmiechać, zmarszczki w kącikach oczu.
Teraz właśnie jego twarz złagodniała pod wpływem jednego z tych uśmiechów, wyrażających niepohamowaną tkliwość, która zaprzeczała panującej między nimi wrogości.
- Unikasz mnie, Tonio. Noc po nocy- rzekł. -Zjedzmy teraz wspólnie kolację. Stół jest nakryty. Dania są gotowe.
Tonio ponownie odwrócił się w stronę kanału. Matka odpłynęła. Noc, mimo poruszających się mozolnie łódek, zdawała się tchnąć pustką.
- Myślami jestem przy ojcu, signore.
- Ach, twój ojciec!- Ale Carlo nie odwrócił się. W ciemności poruszali się tureccy słudzy, zapalający niewielkimi świeczkami wszystkie wieloramienne kandelabry: na stole i na skrzyniach pod tym prześladującym go obrazem.
- Siadaj, braciszku.
- Chcę cię pokochać- myślał Tonio- bez względu na to, co zrobiłeś. Myślałem, że da się to jakoś naprawić.
I opuściwszy głowę, Tonio usiadł, jak często mu się to zdarzało, u szczytu stołu. Natychmiast zorientował się, co zrobił, i zaraz podniósł wzrok, by spojrzeć na brata.
Serce zabiło mu szybciej. Przyglądał się przyjaźnie promiennemu uśmiechowi Carla. Przy śnieżnej bieli peruki jego skóra zdawała się jeszcze ciemniejsza, a gdy siedział tak, patrząc na Tonia bez urazy czy potępienia, wyraźniej dostrzegało się piękno jego wysoko umieszczonych brwi.
- Jesteśmy ze sobą skłóceni- rzekł Carlo, a jego uśmiech ustąpił powoli spokojniejszemu, naturalniejszemu wyrazowi twarzy. -Choćbyśmy dokładali jak największych starań, by udawać, że tak nie jest, jesteśmy ze sobą skłóceni i, chociaż minął już prawie miesiąc, nie możemy nawet podzielić się chlebem.
Tonio ze łzami w oczach skinął głową.
- A podobieństwo między nami- ciągnął Carlo- jest po prostu niesamowite.
Tonio zastanawiał się, czy można wyczuć miłość wyrażaną bez słów? Czy Carlo dostrzegał ją w jego oczach? Po raz pierwszy, siedząc niezwykle nieruchomo i nie będąc w stanie wykrztusić nawet najprostszych słów, zdał sobie sprawę, jak bardzo pragnął zaufać bratu. Zaufać mu, wierzyć w niego, zwracać się po pomoc. Było to jednak niemożliwe. Skłóceni. Chciał wyjść z komnaty, lecz obawiał się brawurowej, dziwnej elokwencji brata.
- Mój przystojny braciszek- szepnął Carlo. -Francuskie stroje- zauważył z niemalże niewinnym błyskiem w dużych, ciemnych oczach. -Taka delikatna sylwetka, po matce, jak przypuszczam, i jeszcze jej głos, ten prześliczny sopran.
Tonio rozmyślnie odwrócił wzrok. Czuł rozdzierający ból. Ale jeśli nie porozmawiają teraz, cierpienie tylko się pogłębi.
- Kiedy była dziewczyną- rzekł Carlo- i śpiewała w kaplicy, wzruszała nas do łez. Nigdy ci o tym nie mówiła? Ach, jakież składano jej hołdy, gondolierzy ją uwielbiali!
Tonio powoli znów skierował na niego wzrok.
- Była z niej prawdziwa syrena- dodał Carlo. -Nikt ci o tym nie opowiadał?
- Nie- odparł niepewnie Tonio. Czuł, że brat obserwuje, jak wierci się na krześle i znów pospiesznie odwraca wzrok.
- A była przy tym także piękna, piękniejsza nawet, niż jest teraz... -Carlo ściszył głos do szeptu.
- Lepiej niech pan tak o niej nie mówi, signore!- wyrwało się Toniowi, nim jeszcze zdążył pomyśleć.
- Czemu? Co się stanie- głos Carla był wciąż spokojny- jeśli będę o niej tak mówił?
Tonio spojrzał na niego. Uśmiech Carla zmieniał się, był coraz szerszy, chłodniejszy. Tonio pomyślał, że wśród wyrazów ludzkiej twarzy niewiele jest straszniejszych od takiego uśmiechu.
Kryło się za nim to cierpienie, podniecenie i wściekłość, którą wyrażał najpełniej ryk dochodzący zza zamkniętych drzwi. Uśmiech nie był więc w rzeczywistości zimny, a tylko pełen rozpaczy i wrażliwości.
- Nie ja do tego doprowadziłem!- szepnął nagle Tonio.
- Więc ustąp mi!- odparł Carlo.
A więc doszło do tego!
Co dzień obawiał się tej chwili. Odszedłby, gdyby nie to, że na jego dłoni spoczywała ręka Carla i miał wrażenie, iż jest niemalże przywiązany do stołu. Czuł, jak oblewa go pot, a pokój wydał mu się nagle niezmiernie zimny. Wpatrywał się w płomienie świec, które, być może, oślepiały go, i wiedział, że nie może zrobić nic, by zapobiec tej sytuacji.
- Nie pragniesz usłyszeć, jak ja to przeżyłem?- szepnął Carlo. Dzieci są ciekawe. Czy w tobie nie ma tej naturalnej chęci?- Twarz nabrzmiała mu od gniewu, ale nie znikał z niej uśmiech, a głos opadł na ostatniej sylabie, jakby obawiał się własnej siły.
- Signore, nie ze mną prowadzi pan spór. Niech się pan do mnie nie zwraca.
- Zadziwiasz mnie, braciszku. Niczym nie można cię zastraszyć, prawda? Jest chyba w tobie żelazo, które było w nim, i jej pełna irytacji niecierpliwość. Ale wysłuchasz mnie.
- Myli się pan, signore! Nie wysłucham pana! Proszę się zwrócić ze swoją sprawą do tych, których wyznaczono do rządzenia nami, naszym majątkiem, naszymi decyzjami.
I czując przemożny wstręt do brata, Tonio wyjął dłoń z jego uścisku.
Ale twarz Carla magnetyzowała go. Była jakby młodsza niż być powinna, pełna porywczości i strapienia. Rzucała Toniowi wyzwanie, błagała go, nie było w niej śladu tego, jak powiedział Carlo- żelaza, które rzeczywiście Tonio dostrzegał u ojca.
- Czego pan ode mnie chce, signore?- rzekł. Wyprostował się i wciągnął powoli powietrze. -Proszę mi wyjaśnić, signore, co mam robić?
- Powiedziałem, byś mi ustąpił!- Carlo znów podniósł głos. -Nie widzisz, co on mi zrobił? Okradł mnie, ot co, a teraz stara się uczynić to po raz drugi, ale mu się nie uda, zapewniam cię!
- Jakim cudem?- spytał Tonio. Czuł, że drży, lecz była w nim też radość, która opanowuje wszystkich wzbraniających się przed czymś. -Czy mam wymyślać przeszkody, kłamstwa? Sprzeciwiać się woli ojca, dlatego że pan mnie o to poprosił? Nie wiem, czy jest we mnie żelazo, signore, ale z pewnością płynie we mnie krew Treschich, a pan tak źle mnie ocenił, że nie wiem nawet, jak mogę panu ten błąd udowodnić.
- Czyżbyś w żadnym calu nie był dzieckiem?
- Jestem dzieckiem, signore i dlatego muszę to wszystko teraz znosić- odparł Tonio. -Ale pan jest mężczyzną i wie z pewnością, że nie ja jestem sędzią, do którego powinien pan skierować swą prośbę. Nie ja powiadomiłem pana o wyroku.
- Wyrok, tak wyrok!- rzekł Carlo niepewnym głosem. -Jak świetnie dobierasz słowa, jakże dumny byłby z ciebie ojciec: jesteś taki młody, bystry i tak odważny...
- Odwaga!- powiedział łagodniej Tonio. -Zmusza mnie pan do mnożenia słów. Nie chcę się kłócić! Proszę pozwolić mi odejść, to dla mnie piekło! Brat przeciwko bratu!
- Tak, brat przeciwko bratu- odparł Carlo. -A co z resztą rodziny? Co z twoją matką? Gdzie jest jej miejsce w tym wszystkim?- szeptał, przysuwając się tak blisko, że Tonio wzdrygnął się, wciąż nie mogąc oderwać od niego oczu.
- Powiedz!- zażądał Carlo. -Jak to jest z twoją matką? Tonio był zbyt zaskoczony, by odpowiedzieć. Został przyciśnięty do oparcia krzesła. Wpatrywał się w swego sobowtóra. Powróciło mgliste uczucie obrzydzenia.
- Pana słowa wydają mi się zbyt dziwne, signore.
- Czyżby? Wytęż umysł, jesteś przecież mądry, wodzisz swych nauczycieli za nos. Powiedz, czy jest zadowolona, że przeżyje swe dni w domu syna jako wdowa w żałobie?
- Cóż innego mogłaby robić?- szepnął Tonio.
Powrócił znów ten uśmiech, niemalże słodki, a tak kruchy. -W tym człowieku nie ma prawdziwego zła- powiedział sobie Tonio z rozpaczą. -Nie ma go nawet teraz. Jest tylko ogromne niezadowolenie. Niezadowolenie tak straszne, że Carlo nie dopuścił jeszcze do siebie myśli o porażce czy goryczy.
- Ile ma lat?- spytał Carlo. -Dwa razy tyle co ty? A czymże więcej było do tej pory jej życie niż więzieniem? Wkroczyła do tego domu jako dziewczyna, prawda? Nie musisz mi odpowiadać, pamiętam ją.
- Proszę nic nie mówić o mojej matce.
- Ty nie pozwalasz mnie mówić o twej matce?- Carlo pochylił się w przód. -Czy nie należy do tej samej rodziny co my obaj? Czyż nie żyła w tym domu przez piętnaście lat z moim ojcem jak w grobie?
- To obrzydliwe, co pan mówi!- szepnął Tonio. -Jeszcze jedno słowo na jej temat...
- Czyżbyś mi groził? Twe szpady są dla mnie zabawkami, chłopcze. Na twej przystojnej twarzy nie pojawił się jeszcze nawet cień zarostu, a głos masz równie słodki jak ona. Przynajmniej tak mi powiedziano. Nie groź mi. Będę o niej mówił, co mi się spodoba. I zastanawiam się też, jak długo trzeba by z nią rozmawiać, aby zaczęła przeklinać wszystkie te lata!
- Na Boga, jest przecież żoną twego ojca!- wydusił Tonio przez zaciśnięte zęby. -Możesz wywierać presję na mnie, nie boję się ciebie. Ale ją zostaw w spokoju, rozumiesz, albo- choć jestem dzieckiem- wezwę na pomoc wszystkich, którzy zechcą mnie wesprzeć! To było piekło, piekło takie, jak przedstawiali je poeci i malarze.
- Presję?- Carlo zaśmiał się cicho, jakby szczerze. Twarz mu się wygładziła, oczy lekko rozszerzyły. Komu byłaby potrzebna presja? Jest wciąż kobietą, braciszku. I to samotną, pozbawioną męskich pieszczot, jeśli w ogóle jeszcze je pamięta. Kiedy odchodziła od zmysłów, dał jej eunucha na kochanka. Ja nie jestem eunuchem. Jestem mężczyzną, braciszku.
Tonio wstał. Ale Carlo był tuż obok.
- Jesteś diabłem z piekła rodem, tak jak mówił!- szepnął Tonio.
- A więc tak powiedział!- krzyknął Carlo. Chwycił go za łokieć. Jego twarz ściągnęło cierpienie, rozdzierał go ból, gdy zwrócił się do Tonia. -Mówił, że jestem diabłem, tak? A czy powiedział ci, co on mi zrobił? Czy powiedział, co mi odebrał? Piętnaście lat na wygnaniu! Ile może znieść człowiek? Gdybym był diabłem, znosiłbym to piekło z szatańską siłą!
- Żal mi pana!- Tonio uwolnił się, gwałtownie wyszarpnąwszy ramię. -Żal mi pana. -Stali twarzą w twarz. Z tyłu mieli stół. Słudzy opuścili pokój; wszędzie płonęły świece. -Przysięgam przed Bogiem, że żal mi pana, ale nic nie mogę zrobić, a ona jest równie bezsilna jak ja.
- Bezsilna? Doprawdy? Jak długo wytrzymasz w domu, w którym wszyscy zwrócą się przeciwko tobie?
- Jest moją matką, nigdy nie wystąpi przeciwko mnie.
- Nie bądź tego taki pewien. Zadaj sobie najpierw pytanie, jakim przestępstwem zasłużyła sobie na piętnaście lat wygnania?- Zbliżał się, w miarę jak Tonio się od niego odsuwał.
- Ja zawiniłem tym, że urodziłem się pod inną gwiazdą, z innym usposobieniem. Nie znosił mnie od dnia mych narodzin i nikt nie mógł go przekonać, że mam jakiekolwiek przymioty. Oto mój grzech. Ale czym ona zawiniła, że raczył uczynić z niej swą żonę, gdy była jeszcze dziewczynką, i zamurować żywcem w tym domu, dając jej do towarzystwa jedynie dziecko?
- Odejdź- powiedział Tonio. Za drzwiami widział ciemną studnię Wielkiego Salonu. A jednak nie potrafił się uwolnić, mimo że Carlo nawet go nie dotykał.
- Powiem ci, czym zgrzeszyła- rzekł Carlo. -Czy jesteś gotów tego wysłuchać? Potem zobaczymy, czy możesz zabronić mi o niej z tobą rozmawiać! Jej grzechem było to, że mnie kochała i poszła ze mną, gdy przyszedłem po nią do Piety!
- Kłamiesz!
- Nie...
- Nie ma w tym słowa prawdy...
- Nie, mówię szczerą prawdę. Wiesz o tym. Odgadłeś. A jeśli nie, to idź pytać o prawdę twojego eunucha, idź do swej ukochanej kuzynki Catriny. Idź na ulice, gdzie wszyscy to pamiętają. Wziąłem ją z tego klasztoru, bo jej pragnąłem, a ona pragnęła mnie. On nawet nie chciał na nią spojrzeć.
- Nie wierzę ci!
Tonio uniósł dłoń, jakby chciał uderzyć Carla, ale teraz nawet nie widział go wyraźnie. Miał przed sobą tylko zamazany kształt, który zbliżał się, mijał girlandy świec, stawał się to ciemniejszy, to zupełnie bez wyrazu.
- Błagałem, by pozwolił mi ją poślubić! Błagałem na kolanach! Wiesz, co odpowiedział? Drwił, że pochodzi ze szlachty ze stałego lądu, nie ma posagu, jest sierotą. On wybierze mi żonę! I wybrał przeżytą sekutnicę, ze względu na jej bogactwo, majątek; dlatego że mnie nienawidził! "Ojcze", błagałem, "idź do Piety, popatrz na nią". Tutaj klęczałem, zaklinając go.
A gdy stało się najgorsze, gdy mnie odesłał, sam, wybrał ją za żonę! Tę szlachciankę ze stałego lądu, bez posagu, sierotę- i ożenił się z nią! Kupił jej miejsce w Złotej Księdze! Mógł to zrobić dla mnie! Dla mnie! Ale odmówił! I wygnawszy mnie, wziął ją dla siebie, słyszysz? Płacz, tak, płacz, braciszku! Płacz nad nią i nade mną! Nad naszą nierozważną miłością, nad niemiłymi przygodami, które tak szybko nas spotkały, nad tym, jak za to obydwoje zapłaciliśmy!
- Przestań, nie będę tego słuchał!- Tonio zasłonił uszy dłońmi. Miał zamknięte oczy. -Jeśli nie przestaniesz, to jak Bóg mi miły... -Wyciągnął rękę, a gdy odnalazł framugę drzwi, złożył na niej głowę, niezdolny wydobyć z siebie ani słowa więcej, niezdolny powstrzymać bezsilnego łkania.
- Przyjdź dziś w nocy pod jej drzwi- mówił za nim cicho Carlo. -Jeśli chcesz, podsłuchuj przez dziurkę od klucza. Należała do mnie wtedy i będzie należała teraz. Jeśli mi nie wierzysz, spytaj ją!
Nie miał maski, nie miał tabarro. Przepychał się przez wilgotny, rozkrzyczany tłum, czując czasem fale zaciekłego deszczu zacinające po twarzy, póki nie dotarł do kawiarni, w której otoczyło go gorące, lepkie powietrze. -Bettina!- szepnął. Przez chwilę była jakby niepewna, po czym podążyła ku niemu, torując sobie drogę wśród gości, ich wilgotnych peleryn, wśród ludzi o twarzach zasłoniętych przerażającymi maskami, wśród klaunów i potworów. Miała na głowie spiczasty, czarny kapturek. Wyciągnęła ręce do Tonia, szybko go złapała. -Tędy, Wasza Ekscelencjo!- rzekła, prowadząc go do schodów, wiodących na pobliską przystań.
Kiedy tylko gondola odbiła od nabrzeża, Bettina znalazła się w jego ramionach na podłodze w felze, szarpała jego kamizelkę i koszulę, podnosiła spódnice, oplatając Tonia nogami.
Dokoła, na wodzie, słychać było szum obfitego deszczu; od czasu do czasu krople uderzały w wygięty most nad nimi, czasem strumienie deszczu pędziły szybko niewidzialnymi rynsztokami. Łódź zdawała się kołysać niebezpiecznie pod ciężarem Tonia: felze pachniało kurzem, rozgrzaną skórą i wonią dymu, dolatującą spomiędzy nagich nóg dziewczyny, z miejsca pełnego gorących, wilgotnych włosów. Kiedy wtulał tam głowę, zacisnął zęby, gdy doleciał go ten zapach. Czuł jedwabistą skórę jej ud na policzkach, potem szarpiące go z zapałem małe dłonie. Dźwięk niepowstrzymanego śmiechu w uszach, jej piersi tak duże, że zdawały się wylewać w jego dłonie. Rozpięła mu spodnie; wypłynęła, jasna i śliczna, z bluzki i spódnicy. Gładziła go palcami, chciała, by stwardniał, prowadziła go.
Obawiał się, że będzie się śmiała, gdy spostrzeże, iż jest tylko chłopcem, że to jest suche, ale ona tylko popędzała go, by ją pokrył. Wdarł się do niej, do jej wnętrza, eksplozje w głowie wymazywały czas, stratę, przerażenie. Nawet jedna myśl mogłaby go zniszczyć.
Szukał więc dłońmi gorącej skóry pod kolanami Bettiny, wilgoci i ciepła pod jej piersiami, jej zaokrąglonych łydek i ust, otwartych, pożądliwych ust, tak śmiałych, dyszących, pełnych cichego, porywczego chichotu. Mnóstwa maleńkich szparek, fałd, sekretów. Woda pluskała o łódkę, od czasu do czasu dolatywała skądś muzyka, to cicha, to głośniejsza. Czasem leżał pod Bettina, rozkoszując się jej ciężarem, czasem znów kładł ją na ziemię, unosząc za tę gorącą fałdkę i liżąc jej gładki brzuch.
A kiedy wreszcie leżał wyczerpany, czuł, że nawet morskozielony zapach wody jest tu ważny, nawet stęchła woń porośniętych mchem fundamentów, sięgających dna kanału i miękkiej ziemi, która była Wenecją. Wszystko to wiązało się ze słodyczą, solą, drogim mu śmiechem Bettiny i zacinającym, srebrnym deszczem wpadającym przez maleńkie okienka, padającym mu na twarz, gdy leżał tak przytulony do niej.
Gdyby mogło to trwać wiecznie, gdyby mogło wymazać wszystkie myśli, cały ból i tragedię, gdyby mógł ją brać wciąż na nowo, a świat nie wracałby do niego, Tonio nie musiałby przebywać w domu, w tych pokojach, słuchać tego głosu. Wtulił się w ciemność i położył dłonie na tył głowy, by nie słyszała, że płacze.
Dręczyły go głosy.
Zdawały się płynąć tymi maleńkimi, zatłoczonymi kanałami, nad którymi widać było niewielkie okna, a w dzień zwisała na sznurach bielizna; na nabrzeżach leżały kupy śmieci, a gdy podniosło się wzrok, można było dojrzeć biegające przy murach szczury, przykucnięte, żwawe, jakby latały. Koty miauczały przeciągle, głośno w ciemności. Słyszał pluskanie i bulgotanie wody. Czuł się lekki i cudownie spokojny, chociaż Bettina wciąż go nagabywała.
- Kocham, kocham, kocham...
I znowu te głosy. Uniósł głowę. Ten tenor, poznałby go wszędzie i, tak, bas, ten flet i skrzypce. Wsparł się na łokciu, czując jak łódź kołysze się i przesuwa. To jego śpiewacy!
- Co się stało, Wasza Ekscelencjo?- szepnęła. Była naga, na kolanach trzymała swoje rzeczy: bezkształtny kopczyk ciemności. Miała doskonale ukształtowane ramiona, jej oczy wyglądały w białej twarzy jak dwa nieistniejące punkty.
Usiadł wyprostowany, delikatnie uwolnił się z jej uścisku. -Miałem ją- myślał. -Kochałem się z nią, miałem ją, poznałem ją. -Ale nie było w tym żadnego smaku, żadnego cudownego dreszczyku, przylgnął więc do niej na chwilę, wdychając woń włosów i całując jej twarde, okrągłe czoło. Głosy zbliżały się. Tak, to byli jego śpiewacy! Najprawdopodobniej wracali do domu. Gdyby mógł ich prześcignąć... Wcisnął koszulę do spodni, związał włosy.
- Nie odchodźcie, Ekscelencjo!- błagała.
- Najdroższa- rzekł, wkładając w dłoń złote monety i zaciskając na nich jej paluszki. -Czekaj na mnie jutro w nocy, tuż po zmroku. -Wciągnął jej spódnicę przez głowę, obciągnął miękką, zmiętą bluzkę i ciasno zawiązał gorset, czując ostatni dreszcz rozkoszy na widok tego, jak ją otulał i przylegał do ciała.
Śpiewacy znajdowali się już niemalże nad kanałem i był z nimi Ernestino- ileż razy słyszał to imię pod swym oknem? Basem śpiewał Pietro. Śpiewał lekko, jego głos, mimo iż głęboki, był doskonale czysty. A skrzypkiem był dzisiaj Felix.
Łódź odpłynęła spiesznie, zostawiając go pod pobliskim mostem, i zniknęła w mroku. Żałował przez chwilę, że nie jest pijany i nie miał na tyle przytomności umysłu, by kupić dzban wina na piazzy. Ostrożnie przeszedł przy ścianie do schodów. Kamienie były tak śliskie, iż z łatwością mógłby zsunąć się do wody.
Jak wyglądają? Tak źle ich widział w ciemności. Czy go poznają?
W świetle płynącym z otwartych drzwi od razu dostrzegł niewielką grupę. Ernestino, potężny, przysadzisty, niedbale odziany brodacz śpiewał serenadę kobiecie o szerokich ramionach, która siedziała przygarbiona na schodku i cicho śmiała się z niego. Skrzypek podskakiwał to tu, to tam, zawzięcie pracując smyczkiem. Muzyka była przenikliwa i słodka.
Tonio podniósł głos o oktawę wyżej niż Ernestino i wraz z nim odśpiewał tę samą pieśń. Ernestino wzmacniał lub przyciszał nutę; Tonio widział, jak zmienia się wyraz jego twarzy.
- To niemożliwe!- krzyknął Ernestino. -To mój serafin, moje książątko z Palazzo Treschi!
I otworzył ramiona, podniósł Tonia w górę, podrzucając go i okręcając, nim w końcu znów postawił na ziemię. -Ale co wy tutaj robicie, Ekscelencjo?
- Chcę z wami śpiewać- odparł Tonio. Przyjął zaproponowany mu dzban wina. Pił, alkohol ściekał mu po brodzie. -Gdziekolwiek się wybieracie, chcę z wami śpiewać.
Odrzucił głowę w tył. Deszcz zacinał go w powieki, a Tonio wyśpiewywał wznoszące się bez końca nuty pełne czystej, wspaniałej koloratury. Słyszał, jak odbijają się od murów; zdawało się, że wznoszą się aż do nieba. W ciemności migotały światła zdradzające kształt małych okienek. Rozległ się głębszy śpiew Ernestina, wspierający głos Tonia i znów opadający, by śpiew młodego Treschiego mógł szybować. Ernestino czekał na ostatnią frazę, by dołączyć do Tonia i zakończyć pieśń w pełnej uniesienia harmonii.
Ktoś krzyknął ostro- Brawo!- i zdawało się, że same mury rozbrzmiały komplementami, niknącymi, gdy tylko przebrzmiały. Felix rzucił się do zbierania monet spadających na kamienie.
Aż do świtu błąkali się, śpiewając na wszystkich wietrznych przystaniach, które udało im się znaleźć. Ramię w ramię przemierzali sieć schodów. Czasem ściany tak mocno ich otulały, że musieli iść szeregiem, ale głosy zyskiwały wtedy nadprzyrodzone brzmienie. Tonio znał wszystkie ich ulubione pieśni; uczył ich innych. Raz po raz zaglądał do dzbana, a gdy ten był już pusty, kupował następny.
Gdziekolwiek by nie zawędrowali, otwierały się nad nimi okna spiżarń. Czasem zatrzymywali się na dłużej, by śpiewać serenady jakiejś niewyraźnej postaci. Spacerowali pod wielkimi pałacami, odciągając bogato ubranych panów i panie od trwających długo w noc gier hazardowych i kolacji. Krew pulsowała Toniowi w głowie. Chodził nieuważnie, ślizgał się na gładkich kamieniach, ale jego głos nigdy jeszcze nie tchnął tak niepowstrzymaną siłą. Ernestino i Pietro szaleli za nim, a gdy spuszczał z tonu, śmiechem zmuszali go do jeszcze niezwyklejszych wyczynów, oklaskując przenikliwe, wysokie nuty, długie, czułe ściszanie i wzmacnianie nut, gdy dźwięki stawały się coraz wolniejsze, pełne słodkiego, pieszczotliwego smutku. Przypominał sobie, że raz kołysał się, skrzyżowawszy ręce na piersi, Ernestino prowadził go, śpiewając jakąś kołysankę, a noc zdawała się nie mieć kształtu ani końca. Księżyc od czasu do czasu uwalniał się z zasłony ciężkich chmur, by oświetlić ciche, srebrzyste strumienie deszczu.
Smutek był ponętnym uczuciem. Można było niemalże przekonać samego siebie, że ma jakąś zrozumiałą przyczynę.
Był dzień.
Na piazzy poniewierały się śmieci. Spod arkad dochodziły jakieś krzyki. Niewielkie grupki masek tańczyły ramię w ramię, cała populacja czarno ubranych ludzi o twarzach koloru czaszki. Nawet ogromny kościół zdawał się migotać i drgać w porannym deszczu, jakby został namalowany jak teatralne dekoracje na jedwabiu zwieszającym się z nieba.
Bettina miała twarz napuchniętą od snu, spinała włosy i spieszyła, by go obsłużyć.
Położyła przed nim gorący chleb, masło, mocną turecką kawę. Na kolanach złożyła mu serwetkę, a gdy nie podnosił głowy, zrobiła to za niego.
Przesunął palcami po jej bladej szyi i spytał:
- Kochasz mnie?
2
Dopiero po tygodniu zdobył się na to, by podejść do drzwi matki, ale powiedziano mu, że wyszła do kościoła. Potem spała.
A gdy przyszedł następnym razem, wyszła do Palazzo Lisani.
Kiedy przychodził ją odwiedzić, była wszędzie, tylko nie na miejscu.
Piątego z kolei ranka śmiał się głośno, odchodząc od jej drzwi.
Po czym ogarnęła go paraliżująca cisza, w której nie mógł i nie chciał jej szukać.
Bez względu na to, jak mocno z braku snu bolała go głowa, mył się, połykał śniadanie i udawał się w końcu do biblioteki.
Catrina Lisani przyszła mu powiedzieć, że Carlo, dzięki wielkiej fortunie, jaką zdobył w Lewancie, spłacił wszystkie długi obciążające majątek, a teraz zamierza odrestaurować willę Treschich nad Brentą.
Tonio był tak zmęczony swymi całonocnymi serenadami, że prawie jej nie słuchał.
- Dobrze się sprawuje, nie uważasz?- spytała. -Wypełnia swój obowiązek. Twój ojciec nie mógłby liczyć na nic lepszego.
Tymczasem Carlowi towarzyszyli wszędzie trzej siepacze: silni, milczący strażnicy, którzy włóczyli się po domu, usiłując rozpłynąć się w mroku. Podążali za nim każdego ranka, gdy w swych nowych patrycjuszowskich szatach wychodził, by kłaniać się senatorom i radcom na Broglio.
Przymilał się wszystkim dokoła, stało się więc jasne, że zamierza znów wkroczyć w życie publiczne.
Tonio nabrał zwyczaju udawania się na piazzettę co rano po nocnych wędrówkach. Z daleka obserwował brata. Mógł sobie tylko wyobrażać treść tych szybkich rozmów. Uściski dłoni, ukłony, stłumiony śmiech. Pojawił się Marcello Lisani; spacerowali razem na tle masztów i przyćmionego blasku wody, zagłębiając się w tłum.
A Tonio, przekonany, że Carlo nie wróci jeszcze przez długi czas, wślizgiwał się do domu, przemierzał nie kończący się stary korytarz, póki nie dotarł do apartamentów matki. Nikt nie odpowiadał na jego pukanie. Zbywano go dobrze mu znanymi wymówkami.
Catrina wkrótce zorientowała się, co robi Tonio. Żył oczekiwaniem na ciemność, która tak szybko spadała na dom z zimowego nieba. Wtedy wychodził. Stał na schodach, czekając na Ernestino i całą grupę, która miała po niego przyjść.
Catrina szalała. -Więc to ty jesteś śpiewakiem, o którym wszyscy mówią! Tak dłużej nie może trwać. Tonio, wysłuchaj mnie. Pozwalasz, by zżerała cię jego zawiść...
- Tak, ale czemu mi nic nie powiedziałaś- myślał, jednak nie zdobył się na wyszeptanie tego. Nauczyciele go ganili. Odwracał wzrok. Na twarzy Alessandra bez wątpienia malował się strach.
Nadchodził wieczór. Nie był w stanie dłużej tego znieść. Dom był ponury i niechętnie ulegał delikatnemu, wiosennemu zmrokowi. Wsparł się o drzwi. Początkowo czuł słabość, lecz później, ogarnięty gniewem napierał na te podwójne drzwi, póki nie wyłamał zasuwy i nie ujrzał pustych apartamentów.
Przez chwilę nie był w stanie rozróżnić w ciemności nawet najbardziej znajomych kształtów. Wkrótce przed jego oczyma zaczęła powoli rysować się sylwetka matki, siedzącej nieruchomo przy toaletce.
Gdzieniegdzie światło tańczyło na jej srebrnych szczotkach i grzebieniach. Nagle zabłysł naszyjnik z pereł i Tonio zdał sobie sprawę, że siedziała samotnie w ciemności, ubrana nie w swój czarny, żałobny strój, ale w coś strojnego, jaskrawego, zdobnego małymi klejnotami, które rozbłyskiwały i gasły jak małe światełka, gdy podnosiła dłonie, by zakryć nimi twarz.
- Czemu zniszczyłeś drzwi?
- Dlaczego nie odpowiadałaś na pukanie?
Dostrzegł jej białe palce wplecione we włosy. Skrzyżowała ramiona na piersiach jak święta i pochyliła głowę, jakby się kłaniała. Ujrzał jej biały kark, włosy zsuwające się dwiema falami w przód i zwisające przed nią jak zasłona.
- Co masz zamiar zrobić?- spytała nagle.
- Co mam zamiar zrobić? A cóż ja mogę zrobić?- odparł z gniewem. -Czemu o to pytasz? Spytaj mych opiekunów, prawników ojca. Nie mam na to żadnego wpływu, nigdy nie miałem. Ale ty, co ty robisz?
- Czego ode mnie chcesz?- szepnęła.
- Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?!- Zbliżył się do jej twarzy, usta wykrzywiał mu grymas. -Czemu, czemu musiałem usłyszeć z jego ust, że byłaś tą dziewczyną, że ty i on...
- Przestań, na Boga, przestań!- krzyknęła. -Zamknij drzwi, zamknij drzwi!- I podniósłszy się gwałtownie, przebiegła obok niego, zatrzasnęła drzwi, które siłą otworzył, po czym rzuciła się do okna i zaciągnęła ciężkie, aksamitne zasłony. Otoczyła ich teraz całkowita ciemność.
- Czemu mnie dręczysz?- pytała. -Co ja mam wspólnego z waszą rywalizacją? Na Boga, Tonio, spędziłam w tym domu pół życia, czytając ci bajki! Byłam wtedy dzieckiem. Nie byłam starsza niż ty teraz! Nie wiedziałem, czym jest świat, więc poszłam z Carlem, kiedy po mnie przyszedł!
Ale powiedzieć o tym tobie? Jakże miałam to zrobić? Kiedy odesłano Carla, Jego Ekscelencja mógł mnie z powrotem zamknąć w Piecie albo w jeszcze gorszym miejscu. Umarłabym tam! Straciłam honor, a nic ponad to nie miałam, póki mnie tu nie przyprowadził, nie pojął za żonę, nie dał swojego nazwiska. Przez piętnaście lat próbowałam być signorą Treschi, twą matką, chciałam być taką, jak tego pragnął. Ale jakże miałam ci o tym, na Boga, powiedzieć? Błagałam Carla, żeby ci niczego nie zdradzał! Prócz tych kilku nocy, które spędziłam z nim, gdy byłam dziewczyną, żyłam jak zakonnica, a czymże sobie zasłużyłam na tę pobożną profesję? Czy widzisz przed sobą twarz i postawę świętej? Jestem kobietą, Tonio!
- Ale mamo, teraz, z nim, pod dachem mego ojca...
Poczuł dotknięcie jej dłoni, nim jeszcze usłyszał szmer towarzyszący jej ruchom. Próbowała naprędce zakryć mu rękami twarz i oczy, chociaż i tak nic nie widział. Złożyła wilgotne, drżące palce na powiekach Tonia, czoło gładkie jak kamień przytknęła do jego ust, jej ciało to się do niego zbliżało, to oddalało.
- Proszę, Tonio... -łkała cicho. -To, co robię z nim teraz, nie ma znaczenia. Nie jestem w stanie zapobiec waszej rywalizacji. Ty jesteś bezsilny. Ja też. Och, proszę, proszę...
- Wesprzyj mnie, mamo- szepnął. -Bez względu na to, co wydarzyło się w przeszłości, teraz wesprzyj mnie. Jestem twoim synem. Potrzebuję cię.
- Wspieram cię. Naprawdę. Ale jak zawsze jestem bezsilna.
Wtuliła się głową w jego ramię, jej piersi falowały miękko. Podniósłszy wolno rękę, odnalazł jedwabistą masę jej włosów i pogładził je.
- To musi minąć- rzekł.
Pod koniec miesiąca Carlo przegrał swoje pierwsze wybory. Starsi członkowie Wielkiej Rady zaczęli znowu mówić o wysłaniu go na zagraniczną placówkę. Jego młodzi zwolennicy sprzeciwiali się temu.
A długie paragrafy testamentu Andrei miały najwyraźniej pozostać raz na zawsze niezmienne.
Pod zdecydowanymi, złowieszczymi ostrzeżeniami, że starszy syn nie powinien się żenić, znajdowała się nie pozostawiająca wątpliwości klauzula, której nie można było złamać:
Andrea ustanowił swój majątek majoratem. Znaczyło to, że nigdy nie będzie on mógł zostać podzielony lub sprzedany. Dziedziczyć go mieli tylko synowie Marca Antonia Treschiego. Cokolwiek więc nie zrobiłby Carlo, przyszłość rodziny należała do Tonia.
Tylko jeśli Tonio umarłby bezpotomnie lub okazał się niezdolny do płodzenia dzieci, istniała możliwość uznania potomstwa Carla dziedzicami majątku.
Carlo nie robił teraz nic, co można by uznać za porywcze lub niegodziwe. Wydawało się, że wziął sobie do serca napomnienie starszych wiekiem przyjaciół Andrei, iż skandalem byłoby sprzeciwiać się woli zmarłego ojca. Dalej wydawał duże sumy pieniędzy na dom, wliczając w to podwyżkę pensji dla nauczycieli brata.
Przyjął wszystkie służalcze obowiązki, jakimi obciążyło go państwo, zajął się dogadzaniem wszystkim znaczniejszym ludziom i wkrótce stał się wzorowym patrycjuszem.
Jeśli ktoś tego nie zauważył, to inni spieszyli wyjaśnić, że otrzymanie ważnego stanowiska w Wenecji wymagało pieniędzy, pieniądze potrzebne były do wychowania synów, tak by w przyszłości mogli służyć krajowi, a Carlo był- o ironio!- tym Treschim, który je miał. Stąd więc osoby, chcące wyrobić sobie wpływy, zaczęły zwracać się do niego. Było to naturalne w świecie polityki.
Tymczasem Carlo świetnie się bawił. Nie robił nic nieprzystojnego, ale odwiedzając kogo się dało, jedząc obiady dosłownie wszędzie, poświęcając każdą wolną chwilę hazardowi, chodząc do teatrów, pozwalał się wszystkim poznać jako prawdziwy syn swego rodzinnego miasta.
Tonia nigdy nie było w domu. Często sypiał z Bettiną nad małą, należącą do jej ojca tawerną niedaleko piazzy. Dwa razy kuzyn Lisani wezwał go na dywanik z powodu tego zachowania i groził gniewem Wielkiej Rady, jeśli Tonio nie zacznie postępować jak patrycjusz.
Ale jego życie toczyło się na wąskich uliczkach. W ramionach Bettiny.
A gdy w wielkanocną niedzielę rozbrzmiały dzwony kościołów, jego głos był już na ulicach Wenecji legendą.
Na schodach za Canale Grande ludzie zaczęli go słuchać, oczekiwać. Ernestino nigdy jeszcze nie widział takiego deszczu złotych monet. A Tonio wszystkie je mu oddawał.
Doskonała przyjemność, jaką te noce dawały Toniowi, była wszystkim, czego pragnął, ale sam jeszcze nie rozumiał w pełni jej znaczenia.
Wiedział tylko, że gdy spojrzy w usiane gwiazdami niebo i poczuje delikatną, słoną, morską bryzę, będzie mógł pełnym gardłem śpiewać najdziksze miłosne pieśni. Być może tylko ten głos został mu z tego, co było do niedawna ojcem, matką, synem, rodziną Treschich. Może to dlatego, że śpiewał sam, a nie z nią. Ona go odrzuciła, więc zwrócił się ku światu i zdawało się, że może wyśpiewać każdą nutę, utrzymać ją bez końca. Czasem śpiewając marzył o Caffarellim, wyobrażał sobie siebie na scenie, ale jednocześnie wszystko to było słodsze, ważniejsze, bardziej zabarwione luksusem, smutkiem, patosem.
Ludzie płakali w oknach. Opróżniając trzosy, zapewniali o swej miłości. Chcieli znać imię młodzieńca śpiewającego niebiańskim sopranem, posyłali lokai z zaproszeniami na posiłki do modnych domów dla niego i jego towarzyszy. Nigdy ich nie przyjmował.
Ale aż do samego ranka, gdy niebo stawało się bledsze, podążał za Ernestinem do jego ulubionych miejsc.
- Jeszcze nigdy w życiu- rzekł Ernestino- nie słyszałem takiego głosu. Bóg was naznaczył, signore. Śpiewajcie, póki możecie, bo niedługo na zawsze utracicie te wysokie tony.
Jego słowa przedarły się przez delikatne opary alkoholu, zyskując swe prawdziwe znaczenie. Męskość, strata głosu wraz z tyloma innymi rzeczami.
- Czy dzieje się to niespodziewanie?- szepnął. Opierał głowę o ścianę. Podniósł dzban i poczuł, że rozlewa wino. Zbyt często mu się to zdarzało. Musiał jednak usunąć z ust tę gorycz.
- Na Boga, Wasza Ekscelencjo, czy nigdy nie znaliście chłopca, którego głos się zmienia?
- Nikogo nie znałem oprócz starszego mężczyzny i bardzo młodej kobiety- odparł. -Nic nie wiem o chłopcach, niewiele o mężczyznach. A jeśli już o tym mówimy, to niewiele też wiem o śpiewaniu.
Jakaś postać zasłoniła kwadrat nieba na końcu schodów, na których stali. Zdawała się dotykać otaczających ją murów i Tonia ogarnął nagle niepokój.
- Czasem przebiega to szybko- mówił Ernestino. -Czasem ciągnie się długo, głos się łamie. Różnie to bywa. Ale wy, Ekscelencjo, jesteście wysocy jak na swój wiek, a przy tym... przy tym... -Uśmiechnął się, biorąc dzban. Tonio wiedział, że myśli o Bettinie. -...Cóż, wam może się to przydarzyć wcześniej niż innym. -Na tym zakończył i, objąwszy Tonia ciężkim ramieniem, poprowadził go naprzód.
Postać odeszła.
Tonio uśmiechnął się, ale nikt tego nie zauważył. Myślał o słowach, które skierował do niego ojciec, o jego niemalże ostatnich słowach i nagle obezwładnił go taki ból, że nawet w swej niewielkiej kompanii poczuł się samotny.
"Kiedy uznasz, że jesteś mężczyzną, staniesz się nim." Czy umysł mógł rozkazywać ciału? Potrząsnął głową, pogrążony w myślach. Poczuł nagły, straszliwy gniew na Andreę.
Wydało mu się to równie niewybaczalne jak to, że włóczy się z prostymi śpiewakami po tej plugawej, pokracznej ulicy. Szedł jednak dalej, jeszcze mocniej wspierając się na Ernestinie.
Dotarli do kanału. Przed nimi, pod mostem, pod którym zebrali się gondolierzy, płonęły latarnie.
Znów pojawiła się tam ta postać; poznał to po mocnej budowie ciała i po wzroście. Mężczyzna najwyraźniej im się przyglądał.
Tonio sięgnął po szablę i przez chwilę stał, jak przykuty do miejsca.
- Co się stało, Wasza Ekscelencjo?- pytał Ernestino. Od tawerny Bettiny dzieliło ich tylko kilka kroków.
- Ten tam- szepnął Tonio. Uginał się pod wagą własnych podejrzeń, brzydził się nimi. -Posyłać do mnie śmierć, ot tak, w osobie jakiegoś płatnego mordercy?- Czuł się, jakby już wymierzono mu cios, jakby ta scena nie rozgrywała się już w świecie żywych, w jakimś koszmarnym miejscu, gdzie na moście stały straże, a ci obcy popędzali go, by wszedł pod jakiś portal.
- Nie przejmujcie się, Wasza Ekscelencjo- rzekł Ernestino. -To tylko pewien maestro z Neapolu. Nauczyciel śpiewu, który szuka tu małych chłopców. Nie zauważyliście go przedtem? Podąża za wami jak cień.
Był już świt, gdy Tonio przebudził się z pijackiego snu na stole tawerny i uniósł głowę. Siedząca obok Bettina trzymała rękę pod jego płaszczem i ogrzewała mu plecy, jakby chciała ochronić przed budzącym się słońcem, a Ernestino, nie wiadomo czemu, prowadził gniewną kłótnię z jej ojcem. O ścianę opierał się przysadzisty mężczyzna o brązowych włosach i dużych, groźnych oczach; miał nos spłaszczony jakby na skutek uderzenia. Był młody. Miał na sobie postrzępiony płaszcz, u boku szablę z mosiężną rękojeścią. I unosząc kufel, patrzył impertynencko na Tonia.
3
W Bazylice Świętego Marka panował niemal całkowity mrok; w ogromnym kościele pulsowało tylko kilka rozproszonych świateł, zapalających w złotych mozaikach blade iskry. Stary Beppo, nauczyciel Tonia, trzymał w ręku świecę i patrzył z niepokojem na młodego maestra z Neapolu, Guida Maffeo.
Tonio stał samotnie na lewym chórze. Właśnie skończył śpiewać i w kościele wciąż słychać było wyraźne echo ostatniej nuty, jakby nic nie mogło jej przerwać.
Alessandro stał bez słowa z dłońmi splecionymi za plecami i spoglądał w dół na stojące obok mniejsze postacie Beppa i Guida Maffeo. On pierwszy dostrzegł grymas na twarzy Maffea. Beppo nie zauważył tego i, nie licząc pierwszych gwałtownych słów wypowiedzianych z gardłowym południowowłoskim akcentem, najwyraźniej był oszołomiony.
- Z najpotężniejszego weneckiego rodu!- Guido powtórzył ostatnie słowa Beppa. Pochylił się nieco, by spojrzeć ze złością w twarz starego eunucha. -Przyprowadziłeś mnie tutaj, żebym wysłuchał weneckiego patrycjusza!
- Ależ, signore, to najwspanialszy głos Wenecji!
- Wenecki patrycjusz!
- Ale signore...
- Signore... -odważył się delikatnie wtrącić Alessandro. -Beppo być może nie zdawał sobie sprawy, że szukacie uczniów do konserwatorium. -Alessandro wyczuł to nieporozumienie niemalże od samego początku.
Beppo ciągle nic nie pojmował. -Ależ signore- naciskał- chciałem... Chciałem, by wysłuchał pan tego głosu dla własnej przyjemności.
- Dla własnej przyjemności mogłem zostać w Neapolu- warknął Guido.
Alessandro odwrócił się do Beppa i, najwyraźniej ignorując niemożliwy, południowowłoski akcent mistrza, rzekł miękkim, weneckim dialektem: -Beppo, maestro szuka małych kastratów.
Beppo był niepocieszony.
Tonio zszedł z chóru; jego szczupła, ciemno odziana sylwetka wyłoniła się z mroku w ślad za odgłosem kroków.
Śpiewał bez akompaniamentu, wypełniając głosem kościół, co wywarło na Guidzie niesamowite wrażenie.
Chłopiec wkroczył niemalże w wiek męski, jego głos stracił więc już niewinność. Do lekkości brzmienia niewątpliwie przyczyniły się lata ćwiczeń. Miał jednak wrodzone zdolności i z łatwością osiągał doskonałą wysokość tonu. A chociaż był to młodzieńczy sopran, który jeszcze nie zaczął się zmieniać, była w nim już nuta męskości.
Jego śpiew miał też i inne zalety, których zły i wyczerpany Guido nie chciał już nawet się doszukiwać.
Patrzył na młodzieńca, który niemalże dorównywał mu wzrostem. Zdał sobie sprawę, że prawdą było przypuszczenie, które zrodziło się w nim, gdy tylko usłyszał głos dochodzący z chóru: to był ten arystokrata-wagabunda przemierzający nocą ulice; ciemnooki chłopak o jasnej cerze i twarzy wyrzeźbionej z najczystszego marmuru. Był szczupły, elegancki, przypominał ciemne postacie Botticellego. Bez wyniosłości, której Guido spodziewał się po wszystkich arystokratach, kłaniał się swym nauczycielom- jakby nie byli jego podwładnymi.
Nie wiadomo, czego można się spodziewać po tych weneckich patrycjuszach. Guido nie znał jeszcze ludzi traktujących zwyczajowo swe otoczenie z taką uprzejmością. Może było to związane z faktem, że w tym mieście wszyscy chodzili pieszo. Nie był pewien. Nie obchodziło go to. Kipiał wściekłością.
Zauważył jednak, że mimo całej uprzejmości na twarzy chłopca maluje się roztargnienie. Zostawiał całe zgromadzenie ze słowami pokornych, lecz obojętnych przeprosin na ustach.
Kiedy opuszczał kościół i wzburzonych nauczycieli, przez drzwi wpadł do wnętrza oślepiający blask słońca.
- Musicie przyjąć me przeprosiny, signore- rzekł Alessandro. -Beppo nie miał zamiaru marnować waszego czasu.
- Och, nie. Nie, nie, nie... nienienie!- szepnął Beppo, nadając temu zaprzeczeniu zróżnicowaną intonację prawdziwego zdania.
- A kimże jest ten arogancki młodzieniec?- spytał władczo Guido. -Ten patrycjuszowski syn o krtani godnej bogów, którego nie obchodzi nawet, czy jego śpiew zrobił dobre wrażenie?
Dla Beppa było już tego za wiele i Alessandro też zdecydował się odprawić Guida. Chociaż grubiańskość nie leżała w naturze Alessandra, również i on zaczął tracić cierpliwość. Ponadto krył głęboko w sercu sekretną nienawiść do tych, którzy wyruszali z konserwatoriów Neapolu na poszukiwanie młodych kastratów. Szkolenie, jakiemu w dzieciństwie poddano go w tym odległym, południowym mieście, było tak okrutne i bezlitosne, że usunęło z jego pamięci wszelkie wspomnienia czasów wcześniejszych. Kiedy Alessandro miał dwadzieścia lat, spotkał na Placu Świętego Marka jednego ze swych braci, ale nawet wtedy nie poznał mężczyzny, który rzekł: -Widzisz? To krzyżyk, który nosiłeś jako dziecko. Matka ci go przesyła. -Pamiętał krzyżyk, ale matki nie.
- Wybaczcie, maestro- powiedział, pochylając się, by spojrzeć w srogą twarz Guida. Wziął od Beppa świeczkę. -Chociaż chłopak nigdy nie byłby na tyle grubiański, by to powiedzieć, nie ma on najmniejszej wątpliwości, że jego głos podoba się każdemu, kto go usłyszy. Weźcie też, proszę, pod uwagę, że przyszedł tu dzisiaj tylko z uprzejmości dla swego nauczyciela.
Ten gbur był jednak nie tylko niewychowany, ale i odporny na wszelkie zniewagi. Nawet nie słuchał tego, co mówił Alessandro. Pocierał za to dłońmi skronie, jakby dokuczał mu ból głowy. W jego oczach, zbyt dużych, by przypominały oczy zwierza, płonęła jednak zwierzęca złośliwość.
Wtedy dopiero, kiedy stanął blisko niego ze świecą w ręku, Alessandro zdał sobie sprawę, że ma przed sobą wyjątkowo dobrze zbudowanego kastrata. Przyjrzał się jego gładkiej twarzy. Nie, nigdy nie wyrosła na niej broda. A więc to jeszcze jeden eunuch.
O mało nie wybuchnął śmiechem. Miał go za prawdziwego mężczyznę z nożem za pasem. Opanowały go dziwne uczucia. Nieco łagodniej patrzył teraz na Guida. I to nie dlatego, że było mu go żal, ale ponieważ należał do wielkiego bractwa, którego członkowie lepiej niż inni byli zdolni docenić nieskazitelne piękno głosu Tonia.
- Jeśli pozwolicie, signore, mogę wam zarekomendować kilku innych chłopców. W San Giorgio jest pewien eunuch...
- Słyszałem go- szepnął Guido, bardziej do siebie niż do Alessandra. -Czy jest najmniejsza szansa, by ten chłopak... Ile znaczy dla niego jego talent?- Ale nim jeszcze spojrzał na Alessandra, wiedział, że to po prostu śmieszne.
Alessandro nawet nie zaszczycił tego pytania odpowiedzią.
Zapadła cisza. Guido odwrócił się i postąpił kilka kroków po nierównej, kamiennej podłodze. Trzymana przez Alessandra świeca migotała i zdawało mu się, że w jej złudnym świetle jeszcze wyraźniej słyszy westchnienie, które wymknęło się nauczycielowi śpiewu.
Alessandro widział jego zgarbione ramiona. Czuł emanujące z niego jakieś uczucie, niemalże smutek. Niemalże smutek. W tym eunuchu była pewna gwałtowność, z którą Alessandro nieczęsto się spotykał. Nawiedziło go krótkie, ale wyraźne wspomnienie okrucieństwa i poświęceń, jakie sam musiał wycierpieć w Neapolu. Z niechęcią poczuł, że budzi się w nim szacunek dla Guida Maffeo.
- Podziękujesz w moim imieniu twojemu patrycjuszowi, dobrze?- mruknął pokonany Guido. Ruszyli do drzwi. Ale Alessandro zatrzymał się z ręką na klamce.
- Powiedzcie mi- rzekł poufnym tonem- co naprawdę o nim myślicie?
Od razu pożałował tego pytania. Ten ciemny, niski mężczyzna był zdolny do wszystkiego.
Jednak, ku jego zdziwieniu, Guido nie powiedział nic. Stał wpatrując się w migoczącą świecę ze spokojnym, filozoficznym wyrazem twarzy. Alessandro powtórnie wyczuł emocje Guida, emocje zbyt gwałtowne i zastanawiające.
Następnie maestro uśmiechnął się do niego ze smutkiem.
- Oto co myślę: żałuję, że usłyszałem ten śpiew. Alessandro odpowiedział uśmiechem. Byli muzykami, eunuchami; rozumieli się.
Nim dotarł do pałacu, zaczęło padać. Liczył na to, że Tonio będzie na niego czekał przed kościołem, ale zawiódł się. I kiedy Alessandro wkroczył do Wielkiego Salonu przylegającego do biblioteki, zauważył, że Beppo wciąż jest wzburzony. Wyłuszczył całą tę upokarzającą historię Angelowi, który słuchał jej, jakby na jego oczach w potworny sposób znieważano nazwisko Treschich.
- To wina Tonia- powiedział w końcu. -Powinien dać sobie spokój z tym śpiewaniem. Czy rozmawiałeś z signorą? Jeśli tego nie zrobisz, to ja się tym zajmę.
- To nie ma nic wspólnego z Toniem- odparł Beppo. -Skądże ja miałem wiedzieć, że szuka małych kastratów? Pytał mnie o głosy, wzorowe głosy. Powiedział: "Powiedz, gdzie mogę znaleźć..." Och, to okropne, okropne!
- Już po wszystkim- rzekł Alessandro.
Właśnie słyszał, jak zamykają się frontowe drzwi pałacu. Doskonale rozpoznawał też kroki Carla.
- Tonio powinien być teraz w bibliotece- stwierdził stanowczo Angelo- i uczyć się.
- No skąd ja mogłem wiedzieć? Prosił: "Powiedz, gdzie mogę znaleźć najwspanialsze głosy!" Odparłem: "Signore, przybyliście do miasta, w którym wszędzie można znaleźć najwspanialsze głosy, ale jeśli... jeśli..."
- Porozmawiasz z signorą?- spytał Angelo, patrząc na Alessandra.
- A Tonio był doskonały, sam wiesz Alessandro...
- Porozmawiasz z signorą?- Angelo uderzył pięścią w stół.
- O czym ma rozmawiać z signorą?
Angelo wstał. Pytanie pochodziło od Carla, który właśnie wszedł do pokoju.
Alessandro szybkim gestem poprosił o dyskrecję. Nie patrzył na Carla. Nie chciał dawać mu nawet cienia władzy większej niż ta, którą miał jego brat. Powiedział cicho: -Tonio był ze mną na piazzy w czasie, kiedy powinien się uczyć. To moja wina. Ekscelencjo, wybaczcie. Dopilnuję, by się to więcej nie powtórzyło.
Tak jak oczekiwał, pan domu pozostał na to obojętny.
- Ale o czym tu rozmawialiście- spytał niemalże uparcie.
- Och, o ohydnej, głupiej pomyłce- odrzekł Beppo. -Ten człowiek jest teraz na mnie zły. Obraził mnie. I był tak niegrzeczny dla młodego pana. Co ja mam mu teraz powiedzieć?
Tego już było za wiele,dla Alessandra. Podniósł w górę ręce, przeprosił i wyszedł, a Beppo opowiadał całą historię, włącznie z tytułem hymnu, który odśpiewał w kościele Tonio i o tym, jak doskonale to zrobił.
Carlo zaśmiał się krótko i ruszył w kierunku schodów.
Nagle stanął. Jego dłoń spoczywała na marmurowej balustradzie. Znieruchomiał. Wyglądał jak ktoś, kto niespodziewanie poczuł przenikliwy ból w boku i nie może się poruszyć, nie czyniąc go jeszcze dotkliwszym.
Potem bardzo wolno odwrócił głowę i spojrzał na starego kastrata.
Oburzony Angelo czytał już książkę, wsparty łokciami o stół. A stary eunuch potrząsał głową.
Carlo zrobił kilka kroków w stronę drzwi pokoju.
- Opowiedz mi to jeszcze raz- rzekł cicho.
4
Niebo było perłowe. Przez długą chwilę na wodzie nie błyszczały żadne światła, po czym nagle, rozproszone wśród mauretańskich łuków i zakratowanych okien, zamigotały pochodnie, oświetlające bramy i wejścia do domów. Tonio siedział przy stole w jadalni i patrzył na czterdzieści szybek, z których składało się najbliższe okno, widoczne dzięki związaniu po bokach błękitnych jak niebo kotar. Spływały po nim krople deszczu, rozbłyskujące złotem, gdy czasem rozświetliła je latarnia niesiona przez przechodnia. Wtedy świat za szybami ginął w ciemności. Kiedy światło znikało, po drugiej stronie kanału pojawiały się znów mroczne, potężne kontury, a niebo błyszczało i perliło się jak zawsze.
Tworzył głośno wiersz przy nieznacznym akompaniamencie muzyki, coś o wcześnie zapadającej ciemności, która otwiera drzwi i ulice, tak by mógł na nie wyjść. Był zmęczony, przepełniał go wstyd i myślał, że jeśli Ernestino z towarzyszami nie wyruszą w ten deszcz, to on sam go pokona, sam znajdzie miejsce do śpiewania, w którym- anonimowy i obezwładniony alkoholem- będzie mógł wznosić pieśń, póki nie zapomni o wszystkim.
Tego popołudnia wyszedł z Bazyliki San Marco pełen rozpaczy. Przypomniał sobie wszystkie procesje, które widział tu w dzieciństwie, ojca idącego za baldachimem doży, woń kadzidła, te niekończące się, przejrzyste fale eterycznego śpiewu.
Później udał się z kuzynką Catriną odwiedzić jej córkę Franceskę w klasztorze, w którym miała ona przebywać do dnia, gdy zostanie jego żoną. Następnie wrócili w deszczu do domu, gdzie został sam na sam z Catriną.
Nie mieli zamiaru się kochać; on i ta starsza od jego matki kobieta. Ale zrobili to. Ciepły pokój był przepełniony blaskiem ognia na kominku i wonią perfum. Zadziwiło ją doświadczenie Tonia, wigor, z jakim wdarł się między jej nogi. Jej ciało było tak soczyste i pełne, jak to sobie wyobrażał. Czuł później przerażający wstyd. Załamała się cała konstrukcja jego życia.
- Czemu tak się zachowujesz?- pytała. Musi zrezygnować z nocy poza domem; czy kiedykolwiek wzorowe zachowanie mogło być ważniejsze? Leżąc wśród wonnych poduszek powiedział, że dosyć dziwne wydają mu się te napomnienia. -Jak możesz pozwolić, by tak cię niszczyła jego zła wola?- naciskała.
Nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi. Cóż mógł rzec? "Dlaczego nie ostrzegłaś mnie, że to ona była tą dziewczyną? Czemu nikt mnie nie ostrzegł?"
Nie potrafił nic powiedzieć, gdyż z dnia na dzień rósł w nim strach, obawa zbyt straszna, by mógł zdobyć się na wyartykułowanie jej sam przed sobą, a cóż dopiero na podzielenie się nią z innymi. Odwrócił się od Catriny.
- Już dobrze, mój trubadurze- szepnęła. -Śpiewaj póki możesz; młodzi ludzie robili już gorsze rzeczy. Przez jakiś czas możemy to wytrzymać. Mimo całej swej absurdalności, twoje śpiewanie jest nieszkodliwe. -Po czym, drażniąc go delikatnie między nogami, rzekła. -Bóg świadkiem, że niedługo już będziesz cieszył się tym pięknym sopranem.
Głos, odbijający się od złotych ścian pustego kościoła, wrócił, by z niego kpić.
Powrócił do domu. I po co? Żeby dowiedzieć się od Leny, że brat odesłał z pałacu Alessandra, twierdząc, iż jego usługi jako nauczyciela Tonia są zbędne? Alessandro odszedł. Matka przebywała gdzieś za zamkniętymi drzwiami, niedostępna.
Siedział teraz samotnie przy stole w jadalni, przy którym już całymi miesiącami nie spożywał posiłków, i nawet nie drgnął na odgłos kroków rozbrzmiewających w tym wielkim ciemnym domu; nie zareagował słysząc, że ktoś wkracza do pokoju, nie poruszył się też na skrzyp dwojga zamykanych masywnych drzwi.
Światło chyba jakoś się zmieniło.
Nie mógł go bez końca unikać.
Niebo ciemniało. Ze swojego miejsca widział jeszcze linię, na której kończyła się woda. Nie odrywał od niej oczu, chociaż, jak mu się zdawało, podeszły do niego dwie osoby. Niemalże z rozpaczą opróżnił butelkę wina, przelewając je do swego kielicha. -A więc i ona przyszła- pomyślał. -Zadają mi katusze.
Jakaś ręka sięgnęła, by nalać wina do butli.
- Zostaw nas teraz samych- odezwał się brat Tonia.
Mówił do sługi, który postawił butelkę na stół i odszedł szurając sucho po kamieniach. Jak szczur biegnący zakurzonym korytarzem.
Tonio odwrócił się powoli, by spojrzeć na tę parę. A tak, i ona była tu z nim. Oślepiły go świece. Uniósł dłoń, by osłonić oczy i wtedy upewnił się, że- jak zauważył wcześniej- miała czerwoną, napuchniętą twarz.
Carlo zachowywał się w niezwykle nieokrzesany sposób, jakby jakaś kłótnia doprowadziła go do granic wytrzymałości. Kiedy pochylił się, wsparłszy mocno dłonie o stół przed Toniem, jego młodszy brat pomyślał: -Pogardzam tobą! Tak, teraz naprawdę tobą pogardzam!
Tym razem nie było uśmiechu. Nie było udawania. Rysy jego twarzy stały się ostrzejsze, jakby na skutek świadomości czegoś nowego.
Tonio podniósł srebrny kielich, wyczuł pod palcami ozdabiający go kamień. Powoli znów przeniósł wzrok na wodę. Na ostatni srebrny błysk na niebie.
- Powiedz mu- zażądał jego brat.
Tonio wolno podniósł oczy.
Matka wpatrywała się w Carla z przerażeniem.
- Powiedz mu!- powtórzył Carlo. Odwróciła się, by wyjść z komnaty, ale Carlo był szybszy i chwycił ją za nadgarstek. -Powiedz mu.
Potrząsnęła głową. Patrzyła na niego, jakby nie wierzyła, że robi jej coś takiego.
Tonio powoli wstał od stołu, odsunął się od oślepiającego blasku świec, by uważniej przyjrzeć się jej twarzy, na którą powoli wypełzał gniew.
- Powiedz mu teraz, przy mnie!- ryknął Carlo.
Ale ona, jakby zaraził ją własną wściekłością, krzyknęła:
- Niczego takiego nie zrobię, ani teraz, ani nigdy!- Zaczęła drżeć. Twarz zmarszczyła jej się jak buzia małego dziecka. Carlo chwycił nagle Mariannę obiema rękami i zaczął nią potrząsać.
Tonio nie ruszał się. Wiedział, że jeśli się poruszy, nie będzie w stanie panować nad tym, co się wydarzy. Nie ulegało teraz wątpliwości, że jego matka należy do tego mężczyzny.
Carlo powstrzymał się.
Marianna stała zakrywając uszy dłońmi. Po czym spojrzała na Carla i raz jeszcze poruszyła ustami, jakby mówiła "nie". Miała tak wykrzywioną twarz, że ledwie można było ją rozpoznać.
Z ust Carla zaczął znów wydobywać się ten ryk, ten potworny ryk, jakby opłakiwał śmierć, z którą nigdy nie będzie w stanie się pogodzić. Podniósł prawą rękę i z całej siły uderzył Mariannę.
Zatoczyła się w tył.
- Jeśli jeszcze raz ją uderzysz, Carlo, to rozwiążemy tę sprawę między sobą raz na zawsze- rzekł Tonio.
Po raz pierwszy użył jego imienia, ale trudno było powiedzieć, czy Carlo to zauważył.
Patrzył przed siebie. Wydawało się, że nie słyszy płaczu Marianny. Drżała coraz gwałtowniej, nagle zaczęła krzyczeć:
- Nie, nie będę wybierać między wami!
- Powiedz mu teraz przede mną i przed Bogiem prawdę!- ryknął Carlo.
- Dosyć tego!- rzekł Tonio. -Przestań ją dręczyć. Jest równie bezsilna jak ja. Cóż mogłaby mi powiedzieć, by to cokolwiek zmieniło? Że jesteś jej kochankiem?
Tonio spojrzał na matkę. Nie mógł znieść jej bólu. Wydawał się on o wiele dotkliwszy niż długie lata przerażającej samotności.
Pragnął dać jej jakoś znać, bezgłośnie, wyrazem oczu, barwą głosu, że ją kocha. I że teraz nie oczekuje od niej niczego więcej.
Odwrócił wzrok, po czym spojrzał na zwróconego w jego stronę mężczyznę.
- To nie ma sensu- powiedział Tonio. -Nawet pod wpływem was obojga nie mógłbym zwrócić się przeciw memu ojcu.
- Twemu ojcu?- szepnął Carlo. -Twemu ojcu!- Wypluł z siebie te słowa, zdawał się być na krawędzi histerii.
- Spójrz na mnie, Marcu Antonio. -Zbliżył się gwałtownie do Tonia. -Spójrz na mnie. Ja jestem twoim ojcem!
Tonio zamknął oczy.
Ale słyszał nadal ten głos, coraz ostrzejszy, cieńszy, niemalże załamujący się:
- Nosiła cię w swym łonie, gdy weszła do tego domu, jesteś owocem mej miłości do niej! Ja jestem twoim ojcem i stoję tu w obliczu bastarda, którego postawiono ponad mnie. Słyszysz? Czy Bóg mnie słyszy? Jesteś moim synem, a postawiono cię ponad mnie. Oto co ona może i musi ci powiedzieć!
Zamilkł ze ściśniętym gardłem.
A kiedy Tonio otworzył oczy, ujrzał przez migotanie łez, że twarz Carla zmieniła się w maskę bólu i że tuż przy nim stoi Marianna, zasłaniając mu gwałtownie usta dłonią. Carlo z mocą odepchnął ją w tył.
- Ukradł mi żonę- krzyknął. -Ukradł mi syna, ten dom, wziął Wenecję i moją młodość, ale przysięgam ci, że nie będzie dłużej triumfował! Spójrz na mnie, Tonio, spójrz na mnie! Ustąp mi! Albo przysięgam na Boga, że nie będę odpowiedzialny za to, co ci się przydarzy!
Toniem wstrząsnął dreszcz.
Czuł się tak, jakby te słowa fizycznie go raniły, a przecież tak szybko przebrzmiały, że prawie nie pamiętał ich dźwięku, znaczenia. Były tylko bezlitosne, stłumione uderzenia.
Dookoła niego, w całym pokoju zdawał się narastać smutek. Jak wielka chmura zbierająca się w morderczym pędzie. Otulała go. Zakryła ich i oddzieliła od niego. I zostawiła go samego w tym ciemnym miejscu. Wpatrywał się milcząc w rozmazane światła, przesuwające się wolno niewidocznym strumieniem za oknami.
Wiedział o tym. Wiedział o tym, gdy ten człowiek po raz pierwszy wziął go w ramiona, coś szeptało mu o tym w snach, zdawał sobie z tego sprawę, gdy matka biegała po ciemnym pokoju szepcząc: -Zamknijcie drzwi, zamknijcie drzwi. -Tak, wiedział o tym.
Jednak zawsze była jeszcze szansa, że to nieprawda, że to tylko jakiś nie oparty na niczym koszmar, jakiś obrzydliwy, nierealny wytwór wyobraźni.
Ale to była prawda, a jeśli to była prawda, Andrea także o tym wiedział.
To, co zdarzy się teraz, nie miało znaczenia. Nie było ważne, czy wyjdzie, ani co powie. Zdawało się, że nie ma własnej woli, jakiegokolwiek celu. Nie miało znaczenia, że obok ktoś wyraził ten smutek. To matka łkała.
- Zapamiętaj moje słowa- szepnął Carlo.
Jego mroczna postać znów zmaterializowała się przed Toniem.
- Ach, jakież to twoje słowa mam zapamiętać?- westchnął Tonio. Mój ojciec. Ten człowiek. Ten człowiek!- Groźbę śmierci?- szepnął. Wyprostował się, patrząc prosto przed siebie. -To pierwsza rada, jakiej mi udzieliłeś. Jakże szybko pojednaliśmy się jako ojciec i syn!
- Posłuchaj tej rady!- krzyknął Carlo. -Powiedz, że nie możesz się żenić. Powiedz, że przyjmiesz święcenia kapłańskie. Albo że lekarze znaleźli u ciebie jakiś niedorozwój. Obojętne co. Ale powiedz to i ustąp mi!
- To kłamstwa- odparł Tonio. -Nie mogę ich użyć. -Był tak znużony. -Mój ojciec. -Ta myśl przegnała wszelki rozsądek, a gdzieś daleko, daleko poza jego zasięgiem stał Andrea, osuwający się w chaos. Czuł pełne goryczy, najstraszniejsze, okropne rozczarowanie, że nie jest synem Andrei. I jeszcze ten stojący przed nim oszalały, zrozpaczony człowiek, który zwracał się do niego z błaganiem.
- Nie urodziłem się twoim bastardem- rzekł z wysiłkiem Tonio. Jakież katusze sprawiło mu wypowiedzenie tych słów!- Urodziłem się pod tym dachem i zgodnie z prawem jako syn Andrei. I nie jestem w stanie tego zmienić, chociaż rozpowszechniasz swe obrzydliwości po całej Wenecji Eugenejskiej. Nazywam się Marc Antonio Treschi. Andrea obarczył mnie pewnym obowiązkiem i nie zniosę jego przekleństwa z nieba ani przekleństwa tych, którzy nas otaczają i nie znają nawet połowy ciężaru, który dźwigam!
- Sprzeciwiasz się ojcu!- ryknął Carlo.
- Niech i tak będzie!- Tonio podniósł głos. Toczył najcięższą walkę swego życia, by tu pozostać, ciągnąć dalej tę rozmowę, odpowiedzieć na wszystko raz na zawsze. -Nie mogę sprzeciwiać się temu rodowi, tej rodzinie, człowiekowi, który wiedział o wszystkim i zdecydował się wyznaczyć nam obojgu drogę życia!
- Cóż za lojalność!- Carlo zdawał się wzdychać i drżeć, rozciągał usta w uśmiechu. -Bez względu na to jak mnie nienawidzisz, jak bardzo pragniesz mnie zniszczyć, nie uczynisz nic niezgodnego z interesami rodu!
- Nie nienawidzę cię!- oświadczył Tonio.
Zdawało się, że Carlo zaskoczony brzmieniem tego okrzyku uniósł wzrok, który przez moment przepełniało rozpaczliwe uczucie.
- Ja też nigdy nie żywiłem do ciebie nienawiści- rzekł, wciągając powietrze, jakby po raz pierwszy zdał sobie z tego sprawę. -Marcu Antonio- powiedział i, nim Tonio zdołał go zatrzymać, ujął obie jego dłonie. Byli tak blisko siebie, że mogliby się objąć, pocałować.
Na twarzy Carla malowało się zdziwienie, niemalże przerażenie. -Marcu Antonio- powtórzył łamiącym się głosem. -Nigdy nie żywiłem do ciebie nienawiści...
5
Padał deszcz. Być może ostatni wiosenny deszcz. Był tak ciepły, że nikomu nie przeszkadzał. Pokrywał piazzę srebrem, potem srebrzystym błękitem, a od czasu do czasu zmieniał wielki kamienny plac w płachtę skrzącej się wody. Gdzieniegdzie pod pięcioma łukami bazyliki przechodziły spiesznie postacie owinięte fałdzistymi szatami. Światła otwartych kawiarni były zamglone.
Guido nie był tak pijany, jakby tego pragnął. Nie podobała mu się hałaśliwość i jasność tego miejsca, lecz jednocześnie czuł sią tu bezpieczny. Właśnie otrzymał z Neapolu kolejną ratę swego stypendium i zastanawiał się, czy nie powinien wyjechać do Werony lub Padwy. Wenecja była wspaniałym miastem, jedynym, jakie napotkał w czasie swej wędrówki, które spełniało wszystkie oczekiwania. A jednak zdawało się zbyt ciasne, ciemne, ograniczające. Co noc wracał na piazzę tylko po to, by ujrzeć tę ogromną połać ziemi i nieba, aby poczuć, że może swobodnie oddychać.
Patrzył na strumienie deszczu załamujące się na łukach arkad. W drzwiach pojawiła się ciemna postać, weszła do wnętrza. Po czym znów widać było gnany wiatrem deszcz. Niemalże czuł jego krople na swej ciepłej twarzy i grzbietach splecionych dłoni. Opróżnił kielich. Zamknął oczy.
Gwałtownie je otworzył, gdyż ktoś usadowił się tuż przy nim.
Odwrócił się powoli i ujrzał mężczyznę o pospolitej, brutalnej twarzy, tak niedbałe ogolonej, że pozostała na niej niebieskawa szczecina.
- Czy maestro z Neapolu znalazł, czego szukał?- spytał mężczyzna ściszonym głosem.
Guido nie spieszył się z odpowiedzią. Napił się białego wina. Następnie wypił łyk kawy tak gorącej, że aż parzyła. Lubił, kiedy smak kawy wzmacniał poczucie ukojenia wywołane przez wino.
- Nie znam cię- rzekł, patrząc na otwarte drzwi. -Jak to się dzieje, że ja jestem ci znajomy?
- Mam ucznia, który by cię zainteresował. Chciałby, abyś od razu zabrał go do Neapolu.
- Nie bądź taki pewien, że mnie ten twój uczeń zainteresuje- odparł Guido. -I kimże on jest, że każe się zabrać do Neapolu?
- Tylko głupca by to nie zainteresowało- powiedział mężczyzna. Przysunął się tak blisko, że maestro czuł ciepło jego oddechu. I jego zapach.
Guido mechanicznie spojrzał w bok na swego rozmówcę. -Przejdź do rzeczy- rzekł- albo zostaw mnie w spokoju.
Twarz mężczyzny wykrzywił nikły uśmiech. -Też mi eunuch- mruknął.
Guido bardzo powoli, ale znacząco wsunął dłoń pod pelerynę i zacisnął palce na rękojeści sztyletu. I uśmiechnął się, nie zdając sobie sprawy z tego, jak przerażające mogą się wydawać części jego twarzy kontrastujące ze sobą: zmysłowe usta, spłaszczony nos i oczy, które stawały się czasem zamglone i piękne.
- Wysłuchaj mnie- szepnął powoli mężczyzna. -A jeśli kiedykolwiek powtórzysz komuś to, co powiem, lepiej byłoby dla ciebie, by twoja stopa nigdy nie postała w tym mieście.
Rzucił spojrzenie w stronę drzwi, po czym mówił dalej: -Chłopak pochodzi z wysokiego rodu. Pragnie poświęcić wiele dla swego głosu. Są jednak tacy, którzy będą próbowali go od tego odwieść. Całą sprawę należy załatwić delikatnie i bardzo szybko. Pragnie wyjechać, jak tylko to się dokona, rozumiesz? Na południe od Wenecji leży miasto zwane Flovigo. Udaj się tam dziś wieczorem, idź do zajazdu. Chłopak do ciebie przyjdzie.
- Jaki chłopak? Kto?- Guido zmrużył oczy. -Rodzice muszą się na to zgodzić. Sędziowie...
- Jestem Wenecjaninem. -Na twarzy obcego człowieka trwał niezmącony uśmiech. -Ty nie. Weź chłopaka do Neapolu, to wystarczy.
- Powiedz mi teraz, kto to jest!- W głosie Guida zabrzmiała nuta groźby.
- Znasz go. Słyszałeś go dziś po południu w bazylice. Słyszałeś go ze śpiewakami na ulicach.
- Nie wierzę ci!- szepnął Guido.
Mężczyzna pokazał mu skórzaną sakiewkę. -Wracaj do karczmy- rzekł. -Przygotuj się do natychmiastowego wyjazdu.
Guido stał chwilę przed drzwiami w strumieniach deszczu, jakby mogło mu to przywrócić zdrowe zmysły. Ożywiły się ośrodki mózgu, których nie używał przez całe życie; czerpał niezwykłą radość z przebiegłości. Część jego osobowości kazała mu natychmiast znaleźć jakiś statek i uciekać z tego miasta. Inna część podpowiadała, że i tak zdarzy się, co ma się zdarzyć, czy on będzie tu, by na tym skorzystać, czy nie. Ale co właściwie kryła przyszłość? Przestraszył się, gdy poczuł, że jakaś dłoń spoczęła na jego łokciu. Nawet nie zauważył, że ktoś się zbliża. Przez cienką, lodowatą zasłonę deszczu nie mógł dostrzec wyrazu twarzy tego człowieka. Czuł tylko na ramieniu dłoń sprawiającą mu ból, gdy mężczyzna powiedział: -Proszę ze mną, maestro.
Tonio po raz pierwszy dostrzegł całą tę trójkę w tawernie.
Był niezwykle pijany. Spędził jakiś czas na górze z Bettiną i kiedy zszedł na dół do zadymionej sali, opadł na ławkę przy ścianie i nie mógł dalej się ruszyć. Musiał porozmawiać z Ernestino, wyjaśnić, że dzisiaj nie będzie mógł iść z nim i pozostałymi. Nic nie mogło wyrazić tych wszystkich potworności. Nie napisano jeszcze odpowiedniej muzyki.
Kiedy wytężał oczy w zakopcony mrok, przyszła mu do głowy dziwna myśl: już dawno powinien był stracić przytomność. Nigdy jeszcze po wypiciu takiej ilości alkoholu nie udało mu się przetrwać, by obserwować własną dezintegrację.
Cała sala drgała, pod ciemnymi od sadzy lampami przesuwały się ciężkie postacie, na stół przed nim opadł kufel.
Miał właśnie wypić, gdy ujrzał twarze tych ludzi, wyłuskał je z tłumu jedna po drugiej, wszystkie przekrzywione pod takim kątem, że zdawało mu się, iż obserwują go tylko jednym okiem.
W tym momencie, gdy skojarzył sobie tę trójkę i poznał kim są, przez pijackie otępienie poczuł ukłucie paniki, która niemalże wywołała desperację.
Sala nie zmieniła się. Walczył z opadającymi powiekami. Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, podniósł nawet kufel i wypił wino. Poczuł, że rzuca się w przód, patrząc wyzywająco na tę trójkę. Potem uderzył tyłem głowy o ścianę.
W myślach rozpaczliwie zaczynał mu się rysować jakiś plan. Nie był jednak w stanie go sprecyzować. W jego skład wchodziło ustalenie, jak daleko znajdował się od Palazzo Lisani i jaka trasa była najpewniejsza. Uniósł dłoń, jakby usiłował schwycić nitki prowadzące go przez schodki i kanały, po czym wszystko zniknęło. Ujrzał, że zbliża się do niego jeden z trzech mężczyzn.
Formował ustami słowa, ale w tym hałasie nie było słychać zdania, które wypowiedział. Brzmiało ono: "Mój brat nasłał na mnie morderców". Słychać w nim było nutę zdziwienia. Zdziwienia tym, że to naprawdę się działo i że dotychczas nie sądził, by było to możliwe!
Carlo! Carlo, który tak rozpaczliwie pragnął, by Tonio zrozumiał! To niepojęte! Ale prawdziwe! Musiał uciekać z tego miejsca.
Wielki siepacz usadowił się naprzeciwko niego, olbrzymie ramiona zasłaniały całą karczmę, gdy przysuwał do Tonia swą dużą twarz: -Wracajcie do domu, signore... -szepnął. -Wasz brat musi z wami rozmawiać.
- Oooo, nie. -Tonio potrząsnął głową.
Wyciągnął rękę, by skinąć na Bettinę, i poczuł, że unosi się, jakby był lekki niczym piórko. Miał wrażenie, że jego stopy obijają się o jakieś splątane kończyny i nagle został wywleczony na schody. Łapczywie łykał powietrze. Deszcz delikatnie uderzał go w policzki. Usiłując stać, wsparł się o wilgotną ścianę.
Odwracając ostrożnie głowę, zdał sobie sprawę, że jest wolny.
Zaczął biec.
Od czasu do czasu czuł ból w stopach, ale wiedział, że porusza się szybko i pędzi w kierunku mgły wiszącej nad kanałem. Rzucił się w przód i nim pociągnięto go, opierającego się, w tył, w mrok, przez moment widział latarnie na przystani. Wyjął sztylet i wbił go w coś miękkiego. Potem coś zadźwięczało na ziemi. Siłą otwarto mu usta, trzymano go.
Z całej siły konwulsyjnie wyginał ciało. Potem krztusząc się i walcząc o oddech, gdy wciskano mu w usta knebel, poczuł pierwszy łyk wina.
Raz udało mu się wyrzucić je z siebie ruchem, który pozostawił po sobie ból w żebrach. Ale potem wlano następną porcję. Czuł, że jeśli nie uda mu się zamknąć ust lub uwolnić się, to zwariuje. Albo utonie.
Guido nie spał. Trwał w stanie, który czasem daje więcej odpoczynku niż sen, gdyż można się nim delektować. Leżąc na plecach w niedużym klasztornym pokoju, w maleńkim miasteczku Flovigo, patrzył na drewniane, opatrzone okiennicami okno, które otworzył na oścież przed wiosennym deszczem.
Niebo stawało się coraz jaśniejsze. Do świtania pozostała może godzina. I chociaż normalnie byłoby mu zimno, bo choć był kompletnie ubrany, to wraz z wiatrem do pokoju wlatywał deszcz- tym razem nie czuł chłodu. Powietrze mroziło mu skórę, ale nie przenikało głębiej.
Już od kilku godzin myślał, a jednocześnie nic nie rozumiał. Jeszcze nigdy w życiu nie miał takiej pustki w głowie i nie czuł przy tym takiego ożywienia umysłu.
Znał fakty. Ale nie myślał o nich, chociaż raz po raz pojawiały się one w jego rozważaniach.
Zdawał sobie na przykład sprawę z tego, że w Wenecji szpiedzy sędziów są wszędzie; wiedzą, kto jadł mięso w piątek i kto bije swoją żonę. A przedstawiciele sędziów mogą w każdej chwili aresztować, kogo zechcą, i wziąć do więzienia, w którym mogła go czekać egzekucja przez otrucie, uduszenie czy utopienie w środku nocy.
Wiedział, że ród Treschich jest potężny, a Tonio jest ulubionym synem.
Zdawał sobie sprawę, że w wielu częściach Italii kastracja dla powodów innych niż medyczne była zabroniona, jeśli nie wyrazili na nią zgody rodzice chłopca i on sam.
Wiedział, że jeśli chodziło o biedaków, nie miało to żadnego znaczenia.
Wiedział, iż wśród bogatych taka operacja była rzeczą niesłychaną.
Zdawał sobie sprawę, że ta odległa wioska leży wciąż w obrębie Państwa Weneckiego.
Pragnął się z niego wydostać. Znał korupcję południowych Włoch. Nie wiedział, jak skorumpowane jest to państwo.
Pamiętał, że każdy eunuch, którego znał, został wykastrowany jako mały chłopiec, gdy tylko jądra stały się ciężkie. Nie wiedział, jakie były tego powody, czy działo się tak ze względu na głos, czy ze względu na bezpieczeństwo operacji.
Wiedział, że Tonio Treschi ma piętnaście lat. Zdawał sobie sprawę z tego, że głos zazwyczaj załamuje się w trzy lata później. I że sopran, który słyszał w bazylice, był wciąż nie zmieniony, całkowicie czysty.
Zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. I nie myślał o tym. Nie rozmyślał też o przyszłości, o tym, co może mu się przytrafić za godzinę czy nazajutrz.
Jednak od czasu do czasu cała ta wiedza gdzieś ulatywała. I Guido zagłębiał się, nie analizując we wspomnieniach chwili, w której po raz pierwszy usłyszał głos Tonia Treschi.
Było to pewnej mglistej nocy, leżał wtedy w łóżku jak teraz w pokoju we Flovigo, kompletnie ubrany, przy otwartym oknie. Minęły już najgorsze zimowe mrozy i wkrótce miało się zrobić na tyle ciepło, by podróż nie stwarzała wielkich niedogodności.
Będzie mu żal opuszczać Wenecję, która go zauroczyła, a jednocześnie wydawała mu się odpychająca. Przerażało go jej bogate kupiectwo i tajemniczy, zawiły system rządów. Codziennie spacerował po Broglio i piazzy, przyglądając się całemu widowisku i ceremoniom związanym z urzędami państwowymi. A tamtejsi amatorzy, ci bogaci muzycy, którzy dysponowali wspaniałymi umiejętnościami i talentem, byli dla niego niezwykle uprzejmi.
Nadszedł jednak czas, by opuścić miasto. Czas wracać do Neapolu z dwoma chłopcami, którzy czekali na niego we Florencji. Nie mógł znieść myśli o nich; żaden z nich nie był wyjątkowy. Obawiał się ewentualnych wymówek ze strony zwierzchników.
Nie przejmował się tym jednak. Był już wszystkim zbyt zmęczony. Dobrze będzie znów zacząć uczyć, bez względu na przeszkody. Pragnął znaleźć się w Neapolu, w komnatach konserwatorium, w którym spędził całe życie.
Potem usłyszał ten śpiew.
Początkowo nie widział w nim nic ponad zwyczajną, uliczną rozrywkę. Był dobry, dosyć ciekawy. W Neapolu słyszał dużo podobnych rzeczy.
Wreszcie ponad inne głosy wzniósł się sopran, który zaskoczył go wspaniałym tonem i godną podziwu elastycznością.
Wyszedł z łóżka i zbliżył się do okna.
Wyrastające przed nim mury zasłaniały niebo. Poniżej ujrzał wzduż kanału krążącą wokół pochodni i latarni, wijącą się i unoszącą mgłę. Wyglądała jak coś żywego, podążała wodną ścieżką, szukała światła swoimi mackami. Nie podobał mu się ten widok.
Nagle poczuł się w tym labiryncie jak w pułapce, zapragnął otwartej przestrzeni, widowiska gwiazd ześlizgujących się po łuku nieba do Zatoki Neapolitańskiej.
Ale ten głos, ten głos, który zdawał się unosić wraz z mgłą, sprawiał mu ból! Po raz pierwszy w życiu słyszał głos, którego nie potrafił zidentyfikować. Należał do mężczyzny, kobiety czy dziecka?
Koloratura była tak lekka, zmienna, że mógł wydobywać się z kobiecego gardła. Ale nie. Było w nim coś ostrego, niesprecyzowanego, charakterystycznego dla męskich głosów. I był młody, bardzo młody. Ale komu chciałoby się tak wyćwiczyć jakiegoś chłopca? Kto wyjawiłby mu tyle sekretów?
Bezbłędnie ciągnął nutę, wplatając ją w akompaniament skrzypiec, wznosząc ponad ich dźwięk, obniżając i z łatwością wyposażając ją w ozdobniki.
Nie brzmiały w nim instrumenty dęte, a raczej drewniane, przypominał bardziej ciemne brzmienie skrzypiec niż płaski dźwięk trąbki.
Kastrat, to musiał być kastrat!
Przez chwilę wahał się między pragnieniem odszukania go, a chęcią wsłuchania się po prostu w jego głos. Nie wchodziło w grę, by młoda osoba śpiewała z takim uczuciem. A jednak uszy go nie myliły. Ten głos zatrzymywał go i zachwycał akrobatyczną giętkością, zabarwioną głębokim smutkiem.
Tak, smutek. Wciągnął buty, zarzucił ciężką pelerynę i wyruszył na poszukiwanie tego śpiewaka.
To, co ujrzał, zaskoczyło go, ale nie całkowicie.
Podążając za grupą muzyków do tawerny, zauważył wkrótce, że jest to chłopiec, prawie mężczyzna. Wysokie, giętkie dziecko o twarzy anioła i ruchach dorosłego człowieka. Był bogaty: jego szyję otaczały najwspanialsze weneckie koronki, palce zdobiły granaty osadzone w srebrze misternej roboty. Jego towarzysze nazywali go z czułością i uczuciem "ekscelencją".
- Żyję- myślał Tonio. -Jestem w jakimś pokoju. -Dookoła chodzili i rozmawiali ludzie. Jeśli żył, to może ma szansę wyjść z tego cało. I nie mylił się; Carlo by mu tego nie zrobił, nie Carlo. Z ogromnym wysiłkiem udało mu się otworzyć oczy. Ponownie otoczyła go ciemność, ale znów rozwarł powieki i ujrzał cienie rozmawiających ludzi, prześlizgujące się po ścianach i niskim suficie.
Znał ten głos; należał do Giovanniego, siepacza Carla, który stał wciąż przy jego drzwiach, a teraz mówił coś cicho i groźnie.
Czemu jeszcze go nie zabili? Co się działo? Nie odważył się ruszyć, póki się do tego nie przygotował, a przez zmrużone oczy dostrzegł wychudzonego, brudnego człowieczka trzymającego w rękach jakąś walizę i powtarzającego:
- Nie zrobię tego. Chłopak jest za duży.
- Jest wystarczająco młody. -Siepacz Giovanni zaczynał tracić cierpliwość. -Rób, co ci kazano, i zrób to dobrze.
O czym mówili? Co zrobić? Po jego lewej stronie stał siepacz imieniem Alonso. Drzwi znajdowały się za plecami mężczyzny o zapadniętych policzkach, który oświadczył właśnie:
- Nie wezmę w tym udziału- i zaczął cofać się w kierunku wyjścia. -Nie jestem rzeźnikiem, tylko lekarzem...
Ale Giovanni chwycił go brutalnie i popchnął w przód, póki jego oczy nie spoczęły na Toniu. -Nieee...
Tonio uniósł się właśnie, gdy Alonso usiłował go przytrzymać, i z rozpędem potoczył się w przód, przewracając stojącego mu na drodze wychudzonego mężczyznę. Walczył, a cały pokój płonął mu przed oczami, kopał, kiedy unoszono go z podłogi. Ujrzał, jak otwiera się waliza, wypadają noże, słyszał, że człowieczek mamrocze jakąś szaleńczą modlitwę. Potem schwycił dłonią czyjąś twarz, orał ją paznokciami, a prawą pięścią uderzał w brzuch, odpychając mężczyznę w tył. Coś się tłukło, łamało się drewno i nagle Tonio uwolnił się tak niespodziewanie, że aż upadł.
Wilgotna ziemia uginała się pod jego stopami, kamienie przecinały buty i przez chwilę zdawało się, że zwycięży, że go pochłonie i ukryje noc. Ale nawet wtedy czuł ich uderzenia.
Ponownie go złapano; ryczał, wrzeszczał. Zanieśli go z powrotem do pokoju, jakiś mężczyzna całym swym ciężarem przygniótł go do nędznego posłania.
Wbił zęby w jego mięśnie i włosy, walczył z całej mocy, czując, jak rozwierają mu nogi. Słyszał rozdzieraną materię, nim jeszcze zimne powietrze dotknęło jego nagiego ciała.
- Nieeee!- ryczał przez zaciśnięte zęby, po czym ryk uwolnił się od wszelkich słów, stał się nieludzki, potężny, oślepiający, ogłuszający.
Wraz z pierwszym ciosem noża zrozumiał, że bitwa została przegrana i dokładnie zdawał sobie sprawę z tego, co mu robią.
Guido dostrzegł, że niebo nad miasteczkiem Flovigo staje się bladożółte. Leżał niczym zabity, obserwując, jak deszcz jaśnieje od tego światła, na tyle by zmienić się w zasłonę spływającą z jego okna na pola.
Rozległo się pukanie do drzwi. Nie był przygotowany na ekscytację, z jaką wstał, by je otworzyć.
Stał za nimi mężczyzna, z którym wcześniej rozmawiał w weneckiej kawiarni. Wepchnął się do pokoju i bez słowa otworzył owiniętą w skórę paczuszkę, zawierającą kilka dokumentów.
Obracając się w prawo i lewo, westchnął raptownie z irytacją widząc, że nie pali się żadna świeca, po czym zbliżył się do wilgotnego okna i przejrzał papiery z uwagą kogoś, kto nie umie ani czytać, ani pisać. Następnie przekazał je Guidowi wraz z jeszcze jedną paczuszką.
Maestro od razu ją rozpoznał. Zawierała wszystkie jego listy polecające z Neapolu; nawet nie wiedział, że zginęła. Był wściekły.
Skierował jednak uwagę na dokumenty. Wszystkie napisane były po łacinie i podpisane przez Marca Antonio Treschiego, wyrażały zaś jego wolę poddania się kastracji dla zachowania głosu, zwalniając kogokolwiek ze współudziału w tej decyzji. Nazwiska lekarza nie wymieniano dla jego własnego bezpieczeństwa.
Ostatni z nich był kopią listu zaadresowanego do rodziny chłopca, w którym jasno wyrażał on chęć zapisania się do Conservatorio San Angelo w Neapolu i studiowania pod opieką maestra Guida Maffeo.
Guido wpatrywał się w to z osłupieniem.
- Ja do tego nie podżegałem!- rzekł.
Siepacz tylko się uśmiechnął. -Czeka już powóz, który zawiezie was na południe, jest też wystarczająca ilość pieniędzy na zmianę koni i woźnicy, gdzie tylko będziesz chciał to zrobić, aż do Neapolu- powiedział. -A oto sakwa chłopca. Jak już mówiłem, jest bogaty. Ale nie zobaczy grosza więcej, nim nie zapisze się do twojego konserwatorium.
- Rodzina musi wiedzieć, że nie miałem z tym nic wspólnego!- wyjąkał Guido. -Rząd wenecki musi wiedzieć, że nie maczałem w tym palców.
Siepacz zaśmiał się krótko. -Któż w to uwierzy, maestro?
Guido gwałtownie odwrócił się do niego tyłem. Ze złością patrzył na dokumenty.
Siepacz stanął przy nim jak zły anioł.
- Gdybym był w twojej skórze, maestro- powiedział- nie czekałbym, aż ten chłopak się przebudzi. Podano mu bardzo silne opium. Wziąłbym go teraz i uciekał stąd. Oddaliłbym się od granic tego państwa tak daleko i tak szybko, jak to tylko możliwe. I proszę się opiekować chłopcem. Tylko on jeden może cię oczyścić z zarzutów.
Guido wszedł do domku, w którym spał Tonio. Ujrzał jego pomazaną krwią twarz, usta i szyję niebieską od siniaków. Dostrzegł wreszcie ręce i nogi chłopca związane szorstkim konopnym sznurem. Na twarzy nie było śladu życia.
Guido cofnął się z długim, niskim jękiem. Podniósł w górę oczy, obnażył zęby. Jęk trwał, jakby nie był w stanie go przerwać. Potem zamarł mu w gardle, zdławiony falą mdłości. Wbił wzrok w zakrwawiony materac. Wpatrywał się w noże leżące wśród słomy i brudu na ziemi i drżąc na całym ciele czuł, jak znowu wzbiera w nim jęk.
Kiedy wreszcie zamilkł, siepacz już wyszedł i pozostawił go z Toniem w tym pokoju. Przez otwarte drzwi widział miasto tak spokojne, jakby było niezamieszkane.
Podszedł do łóżka. Chłopak wyglądał jak trup i Guido przez długi czas nie mógł zdobyć się na to, by zbliżyć dłoń do jego otwartych ust i spróbować wyczuć najlżejsze tchnienie.
Chłopak żył. Miał wilgotną, rozpaloną od gorączki skórę.
Guido odgarnął podarte ubranie Tonia i przyjrzał się okaleczeniom.
Woreczek mosznowy został rozcięty, jego zawartość wyrżnięto, a ranę niedbale wypalono. Z czasem moszna skurczy się i zniknie.
Kiedy jednak Guido przestał dotykać blizny, jego ciałem wstrząsnęły konwulsje wywołane jeszcze jednym, oczywistym odkryciem.
Patrzył na leżący bezwładnie członek chłopca i zauważył, że zaczynał on już zyskiwać męskie wymiary.
Na ten widok, mimo kłującej w oczy okropności pokoju, skrwawionego, posiniaczonego chłopca i łypiącego spoza otwartych drzwi siepacza, ogarnęło go dzikie przerażenie.
Maestro nie znał się na funkcjonowaniu ludzkiego ciała. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie tajemnicze siły pokonały go, odbierając mu głos, gdy był już na progu wielkości. Wiedział tylko, że tej okropnej przemocy towarzyszyła jeszcze być może bardziej przerażająca niesprawiedliwość.
Powoli dotknął białej twarzy śpiącego chłopca, usiłując wyczuć najdrobniejszą szorstkość męskiego zarostu.
Nie udało mu się jej znaleźć.
Pierś Tonia również nie była porośnięta włosami. Zamknąwszy oczy, Guido bezbłędnie przywołał z pamięci brzmienie tego wysokiego, czystego głosu, który ze zwielokrotnioną siłą niósł się pod kopułami Bazyliki Świętego Marka.
Był bez skazy, doskonały.
A jednak Guido dostrzegał przed sobą pierwsze oznaki męskości.
W drzwiach pojawił się siepacz. Jego masywne ramiona wypełniły je i zasłoniły światło, więc nie można było dostrzec rysów twarzy, gdy odezwał się niskim, przepełnionym groźbą głosem:
- Zabierz go do Neapolu, maestro. Naucz go śpiewać. Powiedz mu, że jeśli tam nie zostanie, to umrze z głodu, gdyż nie dostanie nic od rodziny. Naucz go poza tym dziękować losowi za to, że uszedł z życiem, które niechybnie straci, jeśli kiedykolwiek wróci do Wenecji Eugenejskiej.
6
O tej samej porze w Wenecji Carlo Treschi został zbudzony przez oszalałą Catrinę Lisani, ściskająca w ręku długi i zawiły list od Tonia, w którym zdradzał on swój zamiar pójścia pod nóż, by zachować głos i chęć zapisania się do neapolitańskiego Conservatorio San Angelo.
Od razu wyprawiono posłańców do budynku rządowego i nim minęło południe, wszyscy szpiedzy w całym państwie szukali Tonia Treschi.
Aresztowano Ernestina i jego grupę śpiewaków.
Angelo, Beppo i Alessandro zostali wezwani na przesłuchanie.
Tymczasem aż siedmioro patrycjuszy, tak panów jak i dam, wyznało, że ugościli napitkiem i jadłem młodego maestra z konserwatorium San Angelo w Neapolu, który wielokrotnie pytał o szlachetnie urodzonego ulicznego śpiewaka.
Wreszcie zalany łzami Beppo przyznał się, że doprowadził do spotkania tej dwójki w bazylice. Natychmiast został uwięziony.
Carlo, ze szczerymi łzami i nieprzystojną elokwencją, oskarżał siebie o doprowadzenie do tej przerażającej sytuacji, jako że nie ukrócił nierozsądnego i przesadnego upojenia brata muzyką. Nie dostrzegł czającego się w tym niebezpieczeństwa. Słyszał nawet o spotkaniu Tonia z maestrem z Neapolu i bezmyślnie je zlekceważył.
Wyglądał na niepocieszonego, szepcząc z zapuchniętą od płaczu twarzą i drżącymi dłońmi te skierowane przeciw samemu sobie oskarżenia przy osobach, które go przesłuchiwały.
Wszystko to było absolutnie szczere, jako że wtedy właśnie zaczął się zastanawiać, czy plan się powiedzie, i był obłędnie przerażony.
Tymczasem Marianna Treschi usiłowała rzucić się z okna pałacu. Powstrzymali ją słudzy.
A mała Bettina płakała opowiadając o tym, jak nic- ani sen, ani uciechy z kobietami, nie były w stanie zniechęcić Tonia do śpiewania.
O północy nie znaleziono jeszcze ani maestra z Neapolu, ani Tonia, a we wszystkich otaczających Wenecję miasteczkach policja wyciągała z łóżek lekarzy, którzy kiedykolwiek mogli mieć coś wspólnego z kastracją śpiewaków.
Uwolniono Ernestina, który opowiadał teraz wszystkim, jak bardzo gnębiła Tonia nieuchronna strata głosu. W kawiarniach i tawernach nie rozmawiano o niczym innym niż o tej sprawie oraz o talencie, urodzie i lekkomyślności chłopca.
Kiedy senator Carlo Lisani wrócił wreszcie nad ranem do domu, zastał tam swą małżonkę, Catrinę, niemalże w histerii.
- Całe miasto chyba oszalało, żeby dawać temu wszystkiemu wiarę!- krzyczała. -Dlaczego nie aresztowałeś Carla i nie oskarżyłeś go o zamardowanie brata? Dlaczego Carlo wciąż pozostaje przy życiu?!
- Signora... -Jej mąż ze znużeniem zagłębił się w fotelu. -Żyjemy w osiemnastym wieku i daleko nam do Borgiów. Nie ma dowodów na morderstwo ani żadne inne przestępstwo, jeśli już o tym mowa.
Catrina zaczęła krzyczeć bez opamiętania. Zdołała w końcu wyjąkać, że jeśli Tonio nie zostanie do południa odnaleziony żywy, Carlo umrze. Sama natychmiast tego dopilnuje.
- Signora- odezwał się ponownie jej małżonek. -To prawda, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa chłopak nie żyje albo został owałaszony. Ale jeśli zajmiesz się pozbawieniem Carla Treschiego życia, to jednocześnie na wieczność weźmiesz na siebie odpowiedzialność, której nie będzie z tobą dzielił żaden z polityków: odpowiedzialność za wygaśnięcie rodu Treschich.
| ||||