Krzyk w Niebiosa
Część Trzecia
1
Nim zapadła noc, dotarli do Ferrary, a Tonio odzyskał przytomność. Potrząsany przez powóz podążający żyzną równiną, otwierał od czasu do czasu oczy, które zdawały się nic nie widzieć.
Kiedy zatrzymali się w małej karczmie na obrzeżach miasta, Guido od razu zaniósł go do łóżka. Związał mu ręce. Dotknął palcami jego czoła.
Duże okna pokoju zasłaniał rząd drżących, zielonych topoli. Przed zachodem słońca zaczął padać deszcz.
Guido miał butelkę wina. Postawił świeczkę na stoliku stojącym przy głowie Tonia i, usadowiwszy się w nogach łóżka, czekał.
Wczesnym wieczorem zapadł w drzemkę.
Kiedy otworzył oczy, nie wiedział, dlaczego się obudził. Przez chwilę zdawało mu się, że jest w Wenecji. Po czym przypomniał sobie wszystko, co zaszło.
Zmrużył oczy, chroniąc je przed błyszczącą w mroku maleńką aureolą świecy. Wydał stłumiony okrzyk.
Tonio Treschi siedział w rogu oparty plecami o ścianę, szparki jego oczu błyszczały w ciemności. Guido nie wiedział, od jak dawna mógł nie spać.
Czuł jednak, że grozi mu niebezpieczeństwo. -Napij się trochę wina- powiedział po włosku. Ale chłopak nie odpowiedział. Guido dostrzegł wtedy, że Tonio ma już rozwiązane ręce, a sukienna szarfa, która je krępowała, leży na podłodze.
Chłopiec nawet na chwilę nie spuszczał z niego zaczerwienionych, wąskich oczu. Okalający je siniec w kolorze głębokiej purpury sprawiał, że miały absolutnie wrogi wyraz.
Guido pociągnął łyk wina ze stojącego przy nim kielicha. Następnie wyjął z walizy dokumenty i położył je przed Toniem na szorstkim białym prześcieradle.
Oczy chłopca przesunęły się po łacińskich literach. Ale Tonio nie czytał dokumentów, a tylko na nie patrzył.
Potem spojrzał na Guida.
I tak szybko wstał z łóżka, że przyparł maestra do ściany, nim ten zorientował się, co się dzieje. Ściskał rękami gardło Guida, który musiał zmobilizować wszystkie siły, by go odepchnąć. Wymierzył chłopakowi potężny cios w głowę, a ten najwyraźniej zachwiał się na nogach i, niezdolny do obrony, upadł, podpierając się rękami. Całe jego ciało drżało, a kiedy zamknął oczy, jego twarz pokryła się czerwienią.
Nie opierał się, gdy Guido ponownie umieścił go przy ścianie. Tak powoli podnosił powieki, jakby znów tracił przytomność.
Guido schwycił go obiema rękami za ramiona. Patrzył w oczy diabła; albo szaleńca.
- Słuchaj- rzekł półgłosem. -Nie miałem nic wspólnego z tym, co ci zrobiono. Lekarz, który cię wykastrował, najprawdopodobniej nie żyje. Ci, którzy go zabili i mnie by się pozbyli, gdybym odmówił wywiezienia cię z Wenecji Eugenejskiej. Ty także straciłbyś życie. Tak powiedzieli.
Usta chłopca ruszały się, jakby przeżuwał ich wnętrze, zbierał ślinę.
- Nie wiem, kim byli ci mężczyźni. A ty?- spytał Guido.
Chłopak trysnął mu w twarz takim strumieniem śliny, że Guido puścił go i przez chwilę stał zasłaniając dłońmi oczy.
Kiedy spojrzał na swoje ręce, ujrzał na nich krew.
Postąpił w tył. Usadowił się na płaskim drewnianym krześle, na którym przedtem siedział, i poczuł, że głowa opada mu w tył i dotyka tynku.
Oczy chłopca nie zmieniły wyrazu, ale jego ciało, które wydawało się niemalże świecić w ciemności, zaczęło drżeć, a wreszcie trząść się.
Kiedy Guido wstał, by owinąć Tonia kocem, ten odsunął się, sycząc w weneckim dialekcie coś, co brzmiało jak "Nie dotykaj mnie".
Guido ponownie wycofał się i przez pełną godzinę siedział obserwując chłopca, którego wyraz twarzy nie zmienił się nawet na chwilę. Nie zachodziły żadne zmiany. Nic się nie działo. Aż wreszcie Tonio uległ słabości oraz chorobie i zsunął się na materac.
Nie był w stanie opierać się, gdy Guido go przykrywał. Ani, jak się zdawało, nie miał siły protestować, gdy uniósł mu głowę i kazał wypić wino.
Kiedy znów się położył, jego oczy zdawały się dwoma kawałkami szkła, a gdy Guido mówił do niego, tylko od czasu do czasu przesuwały się po suficie.
Maestro nie spieszył się. W karczmie panowała cisza, na niebie, za przesuwającymi się cieniami topoli, raz po raz pojawiały się błyszczące, maleńkie gwiazdy. Cichym, wyważonym głosem opisywał mężczyznę, który zaczepił go w Wenecji i ludzi, którzy zmusili go do przybycia do Flavigo. Następnie opowiadał o papierach, na których widniał podpis Tonia.
Bez komentarza wyjaśnił dokładnie, w jaki sposób on sam został zamieszany w całą sprawę oraz jak zostało to wykorzystane przez tych ludzi, by zmusić go do wywiezienia Tonia z Państwa Weneckiego. Wreszcie opisał chłopcu należący do niego powóz, powiedział o sakwie oraz o tym, że jeśli Tonio pragnie, Guido może go zabrać do Conservatorio San Angelo.
Wyjaśnił, że wybór należy do Tonia. Następnie przerwał, by wreszcie wyznać półgłosem, że siepacz stwierdził, iż chłopiec nie może liczyć na dalsze finansowe wsparcie, jeśli nie uda się do konserwatorium, aby tam pozostać.
- Niemniej możesz sam zdecydować, czy pojedziesz ze mną, lub robić, co ci się podoba- rzekł Guido. Sakwa była ciężka.
Chłopiec odwrócił głowę i zamknął oczy, a ruch ten zdawał się tak wymowną prośbą o ciszę, że maestro nie powiedział już nic więcej.
Stał z rozłożonymi rękami, oparty o ścianę, póki nie usłyszał równego oddechu Tonia.
Z oblicza młodzieńca zniknął wszelki ślad szaleństwa; jego twarz odcinała się od poduszki biała i łagodniejsza niż przedtem. Wargi wyglądały znów jak doskonale wykrojone, a jednocześnie miękkie usta małego chłopca. Blade światło, igrające na doskonale rzeźbionej twarzy Tonia, ukazywało jej prawdziwe piękno.
Światło prześlizgiwało się po linii szczęki, wystających kościach policzkowych, gładkiej płaszczyźnie czoła.
Guido podszedł bliżej. Długo przyglądał się szczupłym, zwiotczałym w czasie snu kończynom chłopca i jego na wpół ściśniętej dłoni, spoczywającej na przykryciu.
Jego czoło było teraz ciepłe. Tonio nawet nie drgnął, gdy mistrz go dotknął.
Prześliznąwszy się przez drzwi, Guido wyszedł na rozciągające się za oknem otwarte pole.
Chmury zasłoniły księżyc. Z tego punktu pod nieboskłonem nie rozbłyskały nawet światła miasta.
Idąc przez wysoką, wilgotną trawę Guido znalazł wkrótce suche miejsce, gdzie mógł położyć się na plecach i szukać na niebie kilku ukazujących się od czasu do czasu gwiazd.
Ogarniało go potworne przerażenie.
Przychodziło jak chłód zimy; znał je z przeszłości i poznawał po drżeniu, które zawsze mu towarzyszyło, oraz po dziwnym smaku w ustach, jakby miał mdłości.
Tylko że torsje nie nadchodziły. Był zdrowy, pusty, całe jego życie nic po prostu nie znaczyło. Nigdy nie stanowiło niczego innego ponad splot absurdalnych przypadków, nie wydarzyło się w nim nic godnego ani dobrego, nic, co mogłoby dać pocieszenie.
To, że Wenecjanie mogli go zabić, nie miało najmniejszego znaczenia. Nie było to ważniejsze niż jakiekolwiek inne wydarzenie z życia Guida. I wbrew swej woli znalazł się znów w tym pokoju w Neapolu, w którym zapiwszy się do nieprzytomności, usiłował popełnić samobójstwo, otwierając sobie żyły.
Pamiętał go dokładnie. Malowane ściany, kwiecisty wzór ozdabiający brzegi sufitu. Przypomniał też sobie, z jaką obsesją myślał w tych ostatnich chwilach o morzu i jak pięknie je sobie wyobrażał.
Zwilgotniały mu oczy. Poczuł, że po policzku spływają łzy, a rozciągające się nad nim niebo zdawało się mleczne i rozjaśnione niepożądanym białym światłem, które chętnie zakryłby błogosławionym mrokiem.
Słyszał teraz, znów wbrew swej woli, rozbrzmiewający w splątanych, weneckich uliczkach głos Tonia Treschi i poczuł, jak pokój w Neapolu, w którym był tak niewypowiedzianie szczęśliwy, gdy myślał, że umrze, zlewa się z Wenecją, w której słuchał tego wspaniałego śpiewu.
Nagle zrozumiał, z czego wyrastała dzika, niezgłębiona ciemność duszy, która usiłowała go pochłonąć.
- Jeśli ten chłopak nie przetrwa, jeśli jakoś nie uda mu się poradzić sobie z gwałtem, który na nim uczyniono, zniszczy to i mnie.
Niedługo potem wstał z trawiastego posłania i wrócił do karczmy. Nie był jeszcze w stanie iść na górę do pokoju, usiadł więc na kamiennym stopniu i cicho zapłakał.
Minęły lata, odkąd ostatni raz ronił łzy, albo tak mu się zdawało. Z pewnością całe lata, odkąd pozwolił im płynąć tak obficie.
Przestał dopiero, gdy usłyszał własne łkanie.
Ze zdumieniem uniósł głowę.
Na rozjaśnionym niebie pojawiły się pierwsze nitki błękitu przeszywające bezkresne pole chmur. Schyliwszy głowę wstał i otarł rękawem łzy.
Ale kiedy odwrócił się i spojrzał na wąskie, przytulone do ściany schodki, ujrzał na górze szczupłą i jakby kruchą postać Tonia.
Chłopiec patrzył na niego. Nawet na chwilę nie spuścił z Guida łagodnych, czarnych oczu, gdy ten do niego podchodził.
- Jesteś tym maestrem, którego poznałem, prawda?- spytał cicho Tonio. -Maestrem, dla którego śpiewałem w Bazylice Świętego Marka?
Guido skinął głową. Uważnie przyglądał się jego białej twarzy, wilgotnym ustom, oczom, które wciąż chorobliwie błyszczały.
Ledwie udawało mu się znieść widok tej sponiewieranej, złamanej niewinności. Cicho pomodlił się o to, by chłopak go nie opuścił.
- Czy to nade mną płakałeś?- spytał Tonio.
Guido milczał przez chwilę. Poczuł zwykły przypływ gniewu, pod którego wpływem jego twarz zaczerwieniła się, wykrzywiły się kąciki ust. Po czym nagle zdał sobie sprawę, tak wyraźnie, jakby ktoś szepnął mu to do ucha, że owszem, to prawda; płakał właśnie nad tym chłopcem.
Jednak przełknął tylko ślinę i nie powiedział nic. Wpatrywał się w Tonia z posępnym zdziwieniem.
Nagle na jeszcze przed chwilą beznamiętnej, niemalże anielskiej twarzy chłopca pojawił się, równie delikatny co przerażający, wyraz goryczy. Ostrości dodała mu ukazująca się zwolna wrogość, a oczy błysnęły tak groźnie, że Guido powoli odwrócił wzrok.
- Cóż, musimy opuścić to miejsce- szepnął chłopiec. -Trzeba ruszyć w dalszą podróż. Muszę się zająć pewną sprawą.
Guido patrzył, jak odwraca się i idzie z powrotem do pokoju. Wszystkie dokumenty leżały na stole. Chłopak zebrał je teraz i podał mistrzowi.
- Kim byli mężczyźni, którzy to zrobili?- spytał nagle Guido. Tonio zakładał pelerynę. Podniósł wzrok, jakby pochłaniały go jakieś myśli.
- Głupcami- odparł- na usługach tchórza.
2
Tonio niemalże nie odezwał się słowem przez całą drogę do Bolonii, wielkiej, ruchliwej stolicy północy.
Jeśli coś mu dolegało, skrzętnie to ukrywał, a gdy Guido zachęcał go do odwiedzenia lekarza, jako że zawsze istniało niebezpieczeństwo infekcji, zdecydowanie odwracał głowę.
Zdawało się, że jego twarz odmieniła się już na stałe. Wydłużyła się, usta stały się harde. Oczy nadal błyszczały jak w gorączce, chociaż były szeroko otwarte i pozornie obojętne na wiosnę, którą rozkwitała północnowłoska wieś.
Wydawały się również nie zauważać fontann, pałaców i zatłoczonych ulic tego wielkiego miasta.
Jednak po dokonaniu ekstrawaganckiego zakupu w postaci zdobnej w klejnoty szpady, sztyletu i dwóch pistoletów o perłowych rękojeściach, przy którym obstawał, Tonio nabył także nowy strój i dobraną do niego pelerynę. Następnie poprosił Guida uprzejmie (jak na razie we wszystkim był uprzejmy, unikając jednocześnie posłuszeństwa i uległości), by znalazł mu prawnika, który zajmuje się sprawami muzyków.
W Bolonii nie stanowiło to żadnego problemu. Kawiarnie roiły się od śpiewaków i muzyków z całej Europy, którzy przybyli tu specjalnie po to, by poznać agentów i impresariów, a ci później mogli zdobyć dla nich pracę na nadchodzący sezon. Nie musieli długo pytać, by znaleźć się w biurze kompetentnego prawnika.
Tonio zaczął dyktować list do Najwyższego Trybunału w Wenecji.
Stwierdzał w nim, że poświęcił się dla swego głosu i absolutnie nie można winić za taki rozwój wypadków żadnego mieszkańca Wenecji.
Oczyścił z zarzutów swych byłych nauczycieli oraz wszystkich, którzy zachęcali go do miłowania muzyki, jak również Guida Maffeo oraz innych ludzi związanych z Conserwatorio San Angelo, bowiem dowiedzieli się oni o jego zamierzeniach dopiero po fakcie.
Najważniejsze było dla niego jednak to, by nie obarczać winą jego brata Carla.
- Jako że jest on teraz jedynym zdrowym na ciele i zdolnym do ożenku potomkiem naszego zmarłego ojca, nie podlega dyskusji, iż należy uwolnić go od wszelkiej odpowiedzialności za moje czyny, by mógł wypełnić swe obowiązki względem przyszłej żony i dzieci- rzekł Tonio.
Podpisał list. Prawnik, nie mrugnąwszy nawet okiem na jego dziwne brzmienie, poświadczył go. Guido zrobił to samo.
Jedną kopię wysłano zaraz do kobiety nazwiskiem Catrina Lisani z prośbą, by bezzwłocznie przesłała rzeczy Tonia do Neapolu. I czy nie można by natychmiast dać małego posagu Bettinie Sanfredo, pracującej jako kelnerka w karczmie swego ojca, by dobrze wyszła za mąż?
Następnie Tonio powrócił do klasztoru, w którym zamieszkiwali i wyczerpany padł na łóżko.
Tej nocy Guido często budził się, by ujrzeć kompletnie ubranego Tonia czekającego w rogu pokoju na nadejście poranka. Przed północą chłopak rzucał się niespokojnie przez sen, krzyczał nawet, po czym budził się, a jego twarz stawała się pozbawiona wyrazu i nieczytelna jak zawsze.
Nie można było nawet domyślić się, jak dotkliwy ból skrywał Tonio, chociaż czasem Guidowi zdawało się, że czuje cierpienie emanujące z jego nieruchomej postaci, spoczywającej niespokojnie w rogu trzęsącego się powozu. Czasem maestro miał ochotę przemówić, ale nie potrafił się na to zdobyć i ogarniało go to samo przerażenie, które opanowało go pamiętnej nocy w Ferrarze. A jednak czuł się upokorzony tym, że chłopak widział, jak łka i tak otwarcie spytał, czy on jest powodem tych łez. Guido zapomniał całkowicie, że nic na to nie odpowiedział.
* * *
Kiedy wreszcie we Florencji dotarli do dwóch chłopców, których Guido zostawił tam do czasu powrotu do Neapolu, widać było, że ich obecność w powozie najwyraźniej wstrząsnęła Toniem. Zachowywał się tak, jakby nie mógł oderwać od nich oczu. Jednak w Sienie kupił obu chłopczykom nowe buty i peleryny oraz zamówił dla nich przy stole słodycze. Dzieci, dziewięcio- i dziesięciolatek, były nieśmiałe i posłuszne; żadne z nich nie odważyło się odezwać czy poruszyć, jeśli od nich tego nie zażądano. Jednak młodszy chłopiec, Paolo, miał najwyraźniej poczucie humoru i od czasu do czasu nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, na widok którego Tonio zawsze gwałtownie odwracał wzrok. Pewnego razu Guido przebudził się z drzemki i ujrzał, że Paolo usadowił się wygodnie tuż przy boku Tonia. Padał deszcz. Nad łagodnymi, soczyście zielonymi wzgórzami pojawiła się błyskawica i z każdym grzmotem chłopiec przysuwał się coraz bliżej, aż wreszcie, nawet na niego nie spojrzawszy, Tonio otoczył go ramieniem. Oczy młodzieńca zaszły mgłą, a gdy zacisnął palce na nodze Paola, by mocno go trzymać, zdawało się, że wzbierają w nim jakieś nieopanowane emocje. Ale później zamknął oczy, głowa opadła mu na bok, jakby miał złamany kark. A powóz podskakując toczył się dalej w ciepłym, wiosennym deszczu w kierunku Wiecznego Miasta.
Chociaż Tonio pozostawał ślepy na posępny przepych Rzymu, nim dotarli do Porto del Populo, przedmiotem jego obsesyjnego zainteresowania w miejsce chłopców stał się Guido. Jego oczy nadal płonęły tą samą cichą wrogością. Bezlitośnie obserwowały Guida, jego sposób chodzenia, siedzenia, nawet rzadkie włosy porastające grzbiety dłoni maestra. A kiedy dzielili nocą pokój, Tonio odważnie patrzył, jak Guido rozbiera się i przyglądał się jego długim, pozornie silnym rękom, potężnej piersi, szerokim ramionom.
Guido znosił to w milczeniu.
Jednak, chociaż sam nie wiedział dlaczego, zaczynało go to dręczyć. Ciało nie miało dla niego większego znaczenia. Już jako mały chłopiec występował na scenie konserwatorium, zmieniając kostiumy, malując się czy w inny sposób strojąc i przebierając się. Przyzwyczajony był więc do cech szczególnych własnego ciała. Wiedział na przykład, że dzięki potężnej sylwetce wygląda dobrze w męskich rolach i jeśli jego ogromne oczy zostaną mocno pomalowane, to zyskują nadprzyrodzony wyraz.
Ale nagość, drobne defekty ciała oraz fakt, że jest poddany dokładnej obserwacji, nie miały dla niego żadnego znaczenia.
A jednak spojrzenie tego chłopaka było tak bezceremonialne i nieugięte, że zaczynało go irytować. Pewnego wieczora, gdy nie był już w stanie dłużej go znieść, odłożył łyżkę i skierował oczy na Tonia.
Spojrzenie chłopca było tak nieruchome i wrogie, że Guido pomyślał przez chwilę, iż Tonio musi być szalony. Po czym zdał sobie sprawę, że młodzieniec jest do tego stopnia pochłonięty obserwowaniem go, iż nie zdaje sobie nawet sprawy, że Guido również na niego patrzy. Zupełnie jakby maestro był jakimś martwym przedmiotem. Tonio nie reagował na jego spojrzenie, lecz wreszcie przesunął wzrok, kiedy sam zechciał i skierował go na gardło mistrza. A może na opasujący je kołnierz z białego płótna? Guido nie miał pojęcia. Tonio patrzył teraz na jego dłonie, po czym znów wprost w oczy maestra, jakby ten był jakimś malowidłem.
Ignorował Guida tak całkowicie, tak otwarcie, że mistrz poczuł, jak ogarnia go złość. Był niezwykle wybuchowy, najbardziej ze wszystkich w konserwatorium, co mogli poświadczyć wszyscy jego uczniowie. Ten chłopak miał doświadczyć po raz pierwszy gniewu, na który złożyły się wszystkie drobne urazy.
W końcu wykonywał wszystkie rozkazy tego dziecka, jakby nie był niczym więcej niż jego lokajem.
Do głosu zaczęła dochodzić zakorzeniona w nim nienawiść do całej arystokracji i Guido zdał sobie nagle sprawę, że miesza różne sprawy.
Tonio odłożył serwetkę i wstał od stołu.
Tej nocy, jak i podczas wszystkich poprzednich, korzystali z najbogatszego noclegu, jakim dysponowało miasto- w tym wypadku był to zasobny klasztor wynajmujący gentlemanom, którzy mogli sobie na to pozwolić, duże, wspaniale umeblowane pokoje.
Tonio wyszedł z ich prywatnej jadalni, w której chłopcy wciąż skrobali talerze, i udał się do wąskiego ogrodu otoczonego wysokim murem.
Guido długo siedział, rozmyślając. Myśli kołatały mu się po głowie jeszcze wtedy, gdy prowadził chłopców do łóżka i patrzył, jak wślizgują się pod przykrycia.
Jednak wychodząc w noc, nadal nie rozumiał przyczyny własnego gniewu. Wiedział tylko, że złości go ten chłopak, jego lekceważące spojrzenie i wieczne milczenie. Starał się pamiętać o bólu i rozpaczy, które młodzieniec niewątpliwie cierpiał. Ale nie mógł o tym myśleć. Przez cały czas starał się wymazać wspomnienia z pamięci, gdyż po prostu były one zbyt straszne.
Ilekroć umysł zmuszał go do zastanawiania się, co dzieje się teraz z chłopcem, co myśli i czuje, jakiś uparty wewnętrzny głos mówił Guidowi z tym kpiącym tonem wyższości: -Ależ ty zawsze byłeś eunuchem, nigdy się nie dowiesz. Bez względu na przyczynę czuł wściekłość, gdy wszedł do ogrodu i ujrzał w świetle księżyca, nad stawem kształtu muszli, ogromną, pochyloną statuę, a przed nią szczupłą, prostą jak struna postać Tonia Treschiego.
W Rzymie pełno jest posągów trzy-, czterokrotnie większych od normalnego człowieka. Wydaje się, że wyrastają w każdym najmniejszym zakątku miasta, przy murach i nad bramami, górując nad nieskończoną rozmaitością fontann. I chociaż nie zwróciłoby się na nie większej uwagi w kościele czy ogromnym pałacu, jeśli ujrzy się je niespodziewanie w jakimś niewielkim miejscu, wrażenie jest często wstrząsające.
W takiej chwili ogarnia człowieka poczucie groteskowości. W podobnym otoczeniu posągi wyglądają jak olbrzymy i wydają się tak rzeczywiste, jakby miały nagle zacząć oddychać, a potem wyciągnąć jedną z potężnych dłoni i gnieść wszystkich dookoła.
Szczegóły statuy zapadają w pamięć. Człowiek zauważa poruszające się pod marmurem mięśnie, żyły na grzbietach dłoni, karb na paznokciu. Ale całość wydaje się potworna.
Kiedy Guido wyszedł z klasztoru i stanął za Toniem na wąskiej przestrzeni, ogarnęło go wstrząsające uczucie.
O ścianę wspierał się jakiś bóg, pochylając w przód ogromną, brodatą twarz. Między jego rozwartymi na tle nieba palcami sączyła się woda, spływająca niżej na powierzchnię stawu zalaną światłem księżyca.
Tonio Treschi wpatrywał się w jego obnażoną pierś i szerokie biodra ginące w luźnej materii, z której wyłaniała się potężnie umięśniona noga, unosząca cały ciężar olbrzyma.
Guido odwrócił wzrok od monstrualnego boga; na powierzchni falującej wody ujrzał rozproszoną księżycową poświatę. Kątem oka zauważył, że chłopak odwrócił się w jego stronę. Czuł, jak przesuwa po nim nieugiętym, zachłannym spojrzeniem.
- Dlaczego tak się we mnie wpatrujesz?- spytał gwałtownie i nim zdążył się powstrzymać, zacisnął dłoń na luźnej materii okrywającej ramię Tonia.
Wyczuł zdziwienie chłopaka. W świetle księżyca dojrzał zmianę, jaka zaszła w wyrazie jego twarzy, a także wiotczejące, a potem poruszające się bezgłośnie i głupio, usta.
Ostre, wyraźne rysy jego młodzieńczej twarzy rozpłynęły się w bezradności i poczuciu winy. Zdawało się, że gdyby mógł, wyjąkałby jakieś słowa zaprzeczenia. Zaczął mówić, przerwał, po czym porzucił ten zamiar. Głowa mu się trzęsła.
Guido był również bezradny. Jeszcze raz wyciągnął dłoń, jakby chciał go dotknąć, ale zawisła ona w powietrzu i maestro patrzył z potwornym strachem, jak chłopiec zdaje się słabnąć.
Tonio spuścił wzrok. Podniósł ręce i wpatrywał się kolejno w swe rozwarte dłonie. Wykonał ruch, jakby usiłował schwycić coś w powietrzu, a może tylko przyjrzeć się własnym ramionom. Tak, patrzył na swoje ramiona i nagle z jego gardła zaczęło wydobywać się rzężenie, stłumiony jęk.
Odwróciwszy się do Guida dyszał, jakby był niemym zwierzęciem, niezdolnym wypowiedzieć ani słowa; coraz szerzej rozwierał oczy, w których malowała się coraz większa rozpacz.
Nagle Guido pojął wszystko.
Ale chłopak ciągle dyszał, wciąż wpatrywał się w swe podniesione ręce, po czym nagle uderzył się nimi w piersi, a stłumiony jęk przerodził się w coraz głośniejszy, gardłowy krzyk.
Guido wziął go w ramiona i z całej siły przytulił sztywne ciało Tonia do piersi, póki chłopak nie zwiotczał i nie zamilkł w jego uścisku.
Młodzieniec nieruchomo wspierał się o ramię Guida i nim został cicho odprowadzony do łóżka, wyszeptał mu do ucha tylko jedno słowo: "potwór".
3
Do Neapolu dotarli pierwszego dnia maja, ale nawet długa jazda przez zielone pola pszenicy nie przygotowała ich na oszałamiający widok ogromnego, skąpanego w słońcu miasta, opadającego kaskadami w dół wzgórza, z błyskiem pastelowych ścian i rozkwitających ogródków na dachach, by zamknąć w uścisku czysty błękit zatoki, port pełen białych żagli i Wezuwiusza posyłającego w bezchmurne niebo pióropusz dymu.
Powóz przedzierał się, kołysząc, przez otaczający go, stworzony jakby przez ciepłe, wonne powietrze tłum niestrudzonych mieszkańców miasta, pędzące karoce, blokujące drogę osły i sprzedawców ulicznych, zachwalających głośno swe towary lub podchodzących do samych okien, by zaoferować lody, miażdżony lód czy świeżego arbuza.
Woźnica trzaskał z bata, konie mozolnie wchodziły na wzgórze, a za każdym zakrętem krzywej uliczki przed oczyma podróżnych otwierała się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nowa panorama wybrzeża i morza.
Tak wyglądał raj. Guido nie miał nagle co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie był przygotowany na dobre samopoczucie, które go ogarnęło.
Nie można było patrzeć na tę obfitość liści i kwiatów, poszarpaną linię brzegu, na tę złowieszczą górę, nie czując radości przenikającej całe jestestwo człowieka.
Guido zauważył, jak podniecone były maluchy, szczególnie Paolo, młodszy z nich, który wskoczył Toniowi na kolana i wychylił się z okna. Również i Tonio całkowicie zapomniał o wszystkim innym. Usiłował dojrzeć Wezuwiusza, skąd tylko się dało.
- Ależ on bucha dymem- szepnął.
- Bucha dymem!- powtórzył Paolo.
- Owszem- odparł Guido. -Już od dawna zdarza się to od czasu do czasu. Ale nie przejmuj się tak. Nikt nie wie, kiedy naprawdę zdecyduje się dać nam pokaz.
Tonio poruszał ustami, jakby się modlił.
Kiedy konie wkroczyły stukając kopytami na podwórzec przy stajniach, Tonio pierwszy wyskoczył z powozu, trzymając w ramionach Paola. I postawiwszy chłopca na ziemi, podążył za nim na dziedziniec. Przesunął wzrokiem po otaczających go ścianach, wznoszących się ponad ozdobione romańskimi łukami krużganki. Były porośnięte prawie całkowicie łopoczącym niesfornie dzikim winem, które rozbłyskiwało małymi, białymi kielichami w kształcie trąbek i rozbrzmiewało pieśnią tysiąca pszczół.
Przez otwarte drzwi płynęły hałaśliwe dźwięki instrumentów. Przy szybie pojawiły się małe twarze. A fontanna, ozdobiona podniszczonymi, zaplamionymi przez czas cherubinami, lgnącymi do otwartego rogu obfitości, trysnęła rozbłyskującym w słońcu, obfitym i zapierającym dech w piersiach strumieniem kropli.
Maestro Cavalla natychmiast wyszedł z biura i objął Guida.
Maestro, wdowiec, którego synowie od dawna odeszli na zagraniczne dwory, darzył Guida wyjątkową miłością. Guido zdawał sobie z tego sprawę, a teraz sam poczuł nagły przypływ ciepłych uczuć do tego mężczyzny. Maestro postarzał się; czyżby nie dało się tego uniknąć? Włosy całkiem mu posiwiały.
Odesłał maluchów, zbywszy ich niedbałym powitaniem, po czym skierował wzrok na elegancką, odległą postać Wenecjanina, spacerującego między porastającymi dziedziniec drzewkami pomarańczy, których kwiaty zmieniły się już w maleńkie zawiązki owoców.
- Musisz mi zaraz wyjaśnić, co się dzieje- rzekł Maestro półgłosem. Ale kiedy ponownie spojrzał na Guida, natychmiast zamknął go w gorącym uścisku, obejmując przez chwilę swego dawnego ucznia, jakby wsłuchiwał się w jakiś odległy dźwięk.
Guida od razu ogarnęła ekscytacja. -Dostałeś chyba mój list z Bolonii?
- Owszem. Codziennie odwiedzają mnie też ludzie z ambasady weneckiej. Oskarżyli mnie o owałaszenie ich książątka pod tym dachem i grożą, że postarają się o pozwolenie na przeszukanie budynku.
- No to poślij po nich- warknął Guido. Ale ogarnął go strach.
- Czemu posunąłeś się tak daleko dla tego chłopaka?- wypytywał cierpliwie Maestro.
- Zrozumiesz, gdy usłyszysz jego głos- odparł Guido.
Maestro uśmiechnął się. -Widzę, że jesteś sobą, nic się nie zmieniło.
I po chwilowym wahaniu zgodził się, by- przynajmniej na razie- Tonio dostał osobny pokój na poddaszu.
Tonio wolno wchodził po schodach. Nie mógł się powstrzymać od spoglądania w tył na zatłoczone pokoje ćwiczeń, przez których otwarte drzwi można było dojrzeć setkę albo i więcej chłopców ćwiczących grę na różnych instrumentach. Były tam wiolonczele, kontrabasy, flety; wśród tego hałasu rozbrzmiewał czasem głośny ryk trąb, a to tu, to tam, dzieci- co najmniej tuzin- waliły w klawisze klawikordu.
Nawet na korytarzach siedzieli przy ławkach chłopcy pochłonięci lekcjami. Jeden ćwiczył w rogu przy schodach grę na skrzypcach, a inny potraktował półpiętro jak własne biurko i gdy Tonio wraz z Guidem przechodzili obok niego, pisał ze schyloną głową, nie przerywając nawet na chwilę pracy nad harmonizacją jakiejś kompozycji.
Same schody zostały tak wytarte tysiącami stóp przesuwających się po nich przez tyle wieków, że stopnie stały się wklęsłe. Wszystko tutaj zdawało się surowe i czyste, niemalże jałowe. Guido nigdy wcześniej tego nie zauważył.
Nie mógł odgadnąć myśli Tonia, nie wiedział też, że chłopak ten przez całe życie nawet przez jeden dzień nie był poddany dyscyplinie jakiejkolwiek instytucji wychowawczej.
Tonio nie wiedział też nic o dzieciach. Wpatrywał się w nie, jakby były jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem.
Zatrzymał się bezradnie przy drzwiach długiej sypialni, w której Guido spędzał noce, gdy był chłopcem, po czym z niejaką ochotą pospieszył za nim korytarzem na poddaszu do mającego należeć tylko do niego małego pokoju o pochyłym dachu.
Wszystko było tu schludne i przygotowane na przyjęcie jakiegoś nadzwyczajnego mieszkańca, kastrata, który wyróżniłby się przez ostatnie lata przebywania w konserwatorium. Guido też raz spał w tej komnacie.
Na otwierających się do wewnątrz okiennicach mansardowego okna wymalowane zostały zielone liście i ogromne, miękkie róże. Podobny kwiatowy wzór zdobił szczyty ścian.
Jaskrawe ozdoby z emalii pokrywały biurko i krzesło. Na dobytek Tonia czekała już ciemnoczerwona komoda o złoconych brzegach.
Chłopak przesuwał spojrzeniem po pokoju, gdy nagle dojrzał ponownie przez otwarte okno odległy, niebieskawy szczyt Wezuwiusza i jakby mimowolnie ruszył w jego kierunku.
Przez całą wieczność stał wpatrując się w pióropusz dymu, wznoszący się prosto do bladych, rozpraszających się chmur, po czym wreszcie znów odwrócił się do Guida. W jego wzroku było bezgłośne zdumienie. Bez śladu krytyki czy niezadowolenia patrzył na umeblowanie pokoiku. Zdawało się, że przez chwilę podobało mu się to, co ma przed oczami. Jakby każdy człowiek mógł dzień po dniu, godzina po godzinie nieść brzemię swego bólu, nie zaznając żadnej ulgi. Znów odwrócił się w stronę wulkanu.
- Chciałbyś wspiąć się na Wezuwiusza?- spytał Guido. Tonio odwrócił się, a Guido zdziwił się na widok radości rozjaśniającej jego twarz. Było to znowu rozpromienione oblicze chłopca.
- Kiedyś się tam wybierzemy, jeśli chcesz- rzekł maestro.
Tonio po raz pierwszy uśmiechnął się do niego.
Guido był zaszokowany, widząc, jak twarz chłopca pochmurnieje na wieść, że musi spotkać się z przedstawicielami Wenecji w Neapolu.
- Nie mam ochoty na spotkanie z nimi- szepnął Tonio.
- Nie można go uniknąć- odparł Guido.
Kiedy zebrali się na parterze w przestronnym biurze Maestra Cavalli, Guido zrozumiał powściągliwość Tonia.
Dwójka najwyraźniej nieznanych Toniowi Wenecjan wkroczyła do komnaty z paradą, która kojarzyła się z poprzednim wiekiem. W swych ogromnych perukach i szatach przypominali galeony wpływające na pełnych żaglach do wąskiej przystani.
Przyglądali się Toniowi z nieskrywaną pogardą. Zadawali pytania gwałtownie, z wrogością.
Powieki Tonia lekko drgały; chłopak okrył się śmiertelną bladością i nerwowo ściskał splecione z tyłu dłonie. Odpowiadał, że tak, sam zdecydował się na ten czyn, nie, nikt z tego konserwatorium nie starał się na niego wpłynąć, tak, przeprowadzono zabieg, nie, nie podda się oględzinom, nie, nie poda nazwiska lekarza. I raz jeszcze, że nikt z tego konserwatorium nie wiedział o jego planach...
Tutaj przerwał mu rozwścieczony Maestro Cavalla, który posługując się weneckim dialektem równie szybko i pewnie jak Tonio, oświadczył, że konserwatorium przeznaczone jest dla muzyków, nie lekarzy. W tym miejscu nigdy nie przeprowadza się operacji na chłopcach!- Nie mamy z tym nic wspólnego.
Wenecjanie uśmiechnęli się szyderczo.
Guido o mało nie zareagował w ten sam sposób, ale zdołał utrzymać swe uczucia na wodzy.
Przesłuchanie najwyraźniej się skończyło. Zapadła niepewna cisza; zdawało się, że starszy Wenecjanin zmaga się z jakimiś skrytymi emocjami.
Wreszcie odchrząknął i niskim, niemalże szorstkim głosem, spytał:
- Marcu Antonio, czy nic więcej się za tym nie kryje?
Tonio nie był na to przygotowany. Zacisnął zbielałe usta, po czym, najwyraźniej niezdolny wydusić z siebie słowa, potrząsnął głową i odwrócił wzrok. Źrenice rozszerzyły mu się nieco, jakby specjalnie pragnął zyskać zamazany obraz.
- Czy zrobiłeś to z własnej woli, Marcu Antonio?- mężczyzna postąpił krok w przód.
- Signore- rzekł Tonio nieswoim głosem. -Mój czyn jest nieodwołalny. Czy pragnie pan, bym zaczął żałować decyzji, którą podjąłem?
Mężczyzna wzdrygnął się, jakby tłumił w sobie słowa, które zamierzał wypowiedzieć. Następnie uniósł prawą dłoń, w której trzymał cały czas niewielki zwój papieru i matowym głosem rzekł szybko, z goryczą:
- Walczyłem z twym ojcem w Lewancie, Marcu Antonio. Stałem na pokładzie jego statku w Pireusie. Nie sprawia mi więc przyjemności, że muszę ci oznajmić to, co zapewne i tak już wiesz: odwróciłeś się od swego ojca, rodziny i kraju. Zostajesz odtąd po wsze czasy wygnany z Wenecji. Ponadto rodzina oddaje cię do tego konserwatorium, w którym musisz pozostać, gdyż w przeciwnym razie nie otrzymasz od niej żadnego finansowego wsparcia.
Maestro nie posiadał się ze złości. Był wściekły. W osłupieniu patrzył na zamknięte drzwi.
Następnie usiadł przy biurku, zebrał papiery Tonia do czarnej skórzanej teczki i ze złością odsunął je na bok.
Guido poprosił gestem o chwilę cierpliwości.
Tonio stał nieruchomo, a kiedy wreszcie zwrócił twarz w kierunku Maestra, ozdabiał ją wystudiowany, pusty wyrazy. Zdradzał go tylko czerwonawy poblask oczu.
Ale Maestro był zbyt urażony, oburzony i całkowicie pochłonięty złością, by wyczuwać cokolwiek dookoła.
Mruczał do siebie półgłosem, że zachowanie Wenecjan było po prostu śmieszne, po czym wybuchnął nagle krzycząc, że ich wzniosłe oświadczenia nic właściwie nie znaczyły. -Skazać dziecko na banicję!- wyjąkał.
Wysypał na biurko zawartość sakiewki Tonia, zapisał, co w niej było, po czym włożył wszystko do szuflady, którą zamknął, jakby była to sprawa bezdyskusyjna, po czym wyprostował się; by przemówić do Tonia.
- Jesteś teraz uczniem tego konserwatorium- zaczął- i ze względu na twój wiek zgodziłem się, byś na razie zajmował osobny pokój na poddaszu, z dala od pozostałych eunuchów. Musisz jednak natychmiast włożyć czarną szatę przepasaną czerwoną szarfą, którą noszą wszyscy mali kastraci. W tym konserwatorium panuje zwyczaj wstawania na dwie godziny przed świtem, a zajęcia kończą się o ósmej wieczór. Po popołudniowym posiłku będziesz miał godzinę na odpoczynek, przysługują ci też dwie godziny sjesty. Kiedy tylko twój głos zostanie przetestowany i...
- Nie mam zamiaru wykorzystywać mojego głosu- wtrącił cicho Tonio.
- Słucham?- Maestro przerwał swą tyradę.
- Nie mam zamiaru uczyć się śpiewu- powtórzył Tonio.
- Co?
- Jeśli jeszcze raz przejrzy pan te dokumenty, zauważy pan, że chociaż pragnę zajmować się muzyką, nigdzie nie jest napisane, że muszę uczyć się śpiewu... -Tonio przybrał znów twardy wyraz twarzy, chociaż drżał mu głos.
- Maestro, pozwólcie mi porozmawiać z chłopcem... -zaczął Guido.
- Nie zamierzam też nosić żadnych strojów- ciągnął Tonio- które ogłaszałyby wszem i wobec, że jestem... kastratem.
- Co to wszystko ma znaczyć!- Maestro wstał, przyciskając zbielałe kostki palców do stołu.
- Będę się uczył muzyki... gdy na instrumentach klawiszowych i smyczkowych, kompozycji, czegokolwiek zapragniecie, ale nie mam zamiaru studiować śpiewu!- rzekł Tonio. -Ani teraz, ani w przyszłości nie będę śpiewał! I nie będę chodził przebrany za kapłona!
- To czyste szaleństwo!- Maestro zwrócił się w stronę Guida. -Czy wszyscy mieszkańcy tego trzęsawiska na północy postradali zmysły? Czemu, na Boga, zgodziłeś się więc na kastrację? Sprowadź lekarza!- rozkazał Guidowi.
- Chłopiec został wykastrowany, Maestro. Proszę pozwolić mi spróbować go przekonać.
- Przekonać!- Maestro spojrzał gniewnie na Tonia. -Podlegasz mojej opiece i rozporządzeniom- rzekł i, sięgnąwszy po leżący obok niego na stole starannie złożony czarny strój, pchnął go w stronę chłopca. -I będziesz chodził w tradycyjnych szatach ka-stratów.
- Nigdy! Podporządkuję się wszystkiemu, prócz rozkazowi śpiewania i noszenia tego stroju.
- Proszę kazać mu odejść, Maestro- powiedział Guido. Kiedy Tonio wyszedł, Maestro opadł z powrotem na fotel.
- O co w tym wszystkim chodzi?- spytał. -Pod tym dachem znajduje się dwustu uczniów i nie mam zamiaru...
- Proszę, Maestro, pozwólcie chłopcu zapisać się na kurs ogólny, a ja spróbuję go przekonać.
Maestro milczał przez chwilę. Wreszcie nieco się uspokoił i spytał: -Czy słyszałeś, jak śpiewa?
- Tak- odparł Guido. -I to nie raz.
- Jaki ma głos?
Guido zastanowił się. -Kiedy czyta się w samotności nową partyturę, zamknąwszy oczy, można usłyszeć ją wykonaną z idealną perfekcją... ten chłopak ma taki głos, jaki słyszy się wtedy w myślach.
Maestro przemyślał jego odpowiedź. Następnie skinął głową. -Dobrze, spróbuj go przekonać. Jeśli twoja próba zawiedzie, nie zgodzę się więcej, by rozkazywał mi jakiś wenecki patrycjusz.
4
Nie można było obudzić się, ani uciec od tego koszmaru. Trwał. Tonio znajdował się w tym samym miejscu, ilekroć otworzył oczy. Dwie godziny przed świtaniem rozległ się pierwszy dzwonek. Tonio usiadł wyprostowany jak lalka przymocowana do łańcucha, za który ktoś pociągnął. Był zlany potem; przed nim rozciągało się czarne niebo ozdobione bogactwem gwiazd żeglujących wolno w dół, do morza i przez chwilę- tylko przez chwilę- w obrazie tym było tak niewypowiedziane piękno, że zdawał się dłonią złożoną na głowie chłopca.
Niemożliwe, żeby naprawdę to wszystko przeżywał, by znajdował się teraz w tym niskim pokoju, pięćset mil od Wenecji, żeby dokonano na nim takiej operacji!
Wstał, umył twarz i wyszedł, potykając się, na korytarz, by z trzydziestką kastratów wyłaniających się rzędem z sypialni zejść w dół po kamiennych schodach.
Po korytarzach krążyło jak termity dwustu uczniów, skądś dobiegał płacz małego dziecka- kwilące, rozpaczliwe łkanie. Wszyscy bez słowa zajmowali swoje miejsca przy klawikordach, wiolonczelach, biurkach.
Budynek rozbrzmiał przenikliwymi dźwiękami, fragmentami melodii ginącymi w powszechnym dysonansie. Trzaskały drzwi. Tonio usiłował słuchać Maestra, którego sylwetka rozmazywała mu się przed oczyma. Szybko prześlizgiwał się po pojęciach ledwo dla Tonia zrozumiałych: Kiedy pozostali uczniowie maczali pióra w kałamarzach, Tonio również energicznie przystąpił do ćwiczenia, licząc jedynie na to, że tajemnica tego, jak mu podołać, wyjaśni się sama w czasie pisania.
Kiedy zasiadł wreszcie do klawikordu, grał, póki nie zaczęły boleć go plecy. Te kilka słodkich godzin, podczas których robił to, co zawsze potrafił robić, złagodziły wszystkie stresy, i cierpienia, jakie przeżył w .ciągu dnia; przez chwilę dorównywać wszystkim uczniom w jego wieku, którzy- gdyby nie przebywali w konserwatorium od dzieciństwa- mogliby zostać tu przyjęci tylko z powodu swych niesłychanych umiejętności i talentu.
- Nie wiesz nawet, jak trzymać skrzypce? Nigdy na nich nie grałeś?- Przesuwając smyczek po strunach usiłował uniknąć tego dysonansu, pisku. Plecy bolały go tak bardzo, że od czasu do czasu garbił się, bez względu na to jak ostre padały słowa i z jaką siłą bat opadał na stojący przed Toniem pulpit.
Gdyby mógł choć na chwilę zagłębić się w muzykę, dać jej się unieść! Ale w jego koszmarnym śnie było to niemożliwe. W tym świecie muzyka była zgiełkiem, pokutą, dwoma młotami bijącymi w skroniach. Na grzbiecie dłoni poczuł ostre uderzenie bata i wbił oczy w pojawiającą się pręgę; ból ogarnął całe ciało, a pręga stawała się wypukła, jakby żyła własnym życiem.
Śniadanie. Misy parującego, ciepłego jedzenia, które przyprawiało go o mdłości. W jego ustach wszystko traciło smak, jakby miała mu zostać odmówiona nawet najdrobniejsza przyjemność. Nie zgodził się siedzieć z pozostałymi kastratami; grzecznie, delikatnie poprosił o inne miejsce.
- Usiądziesz tam, gdzie ci kazano. -Cofnął się przed zbliżającą się postacią, która dotykając jego ramienia pięścią, rzekła stanowczo: -Usiądziesz tam.
Czuł jak płonie mu twarz. Nie był w stanie opanować tego żaru. Wszyscy obecni w tej cichej komnacie delikatnie mu się przyglądali- z ich neapolitańskiego dialektu rozumiał tylko słowa "weneckie książątko". Wszyscy wiedzieli, co mu zrobiono, był jednym z nich. Te pochylone głowy, okaleczone ciała, te istoty, które nigdy nie były i nie będą mężczyznami.
- Załóż czerwoną szarfę!
- Nie!
To nie dzieje się w rzeczywistości. To wszystko nieprawda. Nagle zapragnął wstać i wyjść do ogrodu, ale nawet swoboda ruchów była tutaj zabroniona, milczenie przykuwało chłopców do miejsc wyznaczonych im na ławie, chociaż gdzieś za Toniem rozległ się pogardliwy szept: Czemu nie wsadzicie sobie szarfy w spodnie, signore, nikt się wtedy niczego nie domyśli!- Odwrócił się gwałtownie. Kto wypowiedział te słowa? Wszystkie twarze, na których gościły kpiące, przebiegłe uśmieszki, straciły nagle wyraz.
Otworzyły się drzwi Guida Maffeo. Wszedł do jadalni. Tonio błogosławił ciszę, która zapadła, nawet jeśli zmuszony byłby przez dwie godziny wpatrywać się w te zimne, okrutne twarze, te złośliwe oczy! Owałaszony mistrz owałaszonych. A najgorsze było to, iż Guido wiedział dokładnie, co przydarzyło się Wenecjaninowi, wiedział, że to naprawdę jest koszmar. Zdawał sobie sprawę, co kryje się pod tą obojętną maską gniewu.
- Dlaczego tak się we mnie wpatrujesz?
- Nie wiesz dlaczego? Dlatego, że obydwaj jesteśmy potworami i chcę zobaczyć, czym stanę się w przyszłości!
Dlaczego nie uderzył Tonia? Na co czekał? Co kryło się za niezmienną maską okrucieństwa tego człowieka, w którym wszystko zdawało się tchnąć fascynacją i pokusą. -Dlaczego nie potrafię przestać na niego patrzeć, chociaż nie mogę znieść jego widoku?- Kiedyś, gdy Tonio był jeszcze dzieckiem, matka wymierzała mu raz po raz policzki krzycząc: "Przestań płakać, przestań! Czego ty ode mnie, na Boga, chcesz? Przestań!" Spoglądając na Guida Maffeo, myślał: -Po raz pierwszy zaczynam to rozumieć. Nie mogę znieść twoich pytań, zostaw mnie w spokoju!
- Proszę, Boże, zostaw mnie teraz w spokoju!
- Siedź więc cicho. Obserwuj. I słuchaj.
Wprowadza do pokoju tego bladego eunucha-potwora. Nie chcę tego słuchać, to prawdziwa męka. I zaczyna uczyć; nie jest głupcem, jest może lepszy niż wszyscy pozostali razem wzięci, ale nigdy, nigdy nie będzie nauczał mnie.
Kiedy o ósmej wieczorem odezwał się dzwonek, Tonio, tak zmęczony, że idąc po schodach z trudnością podnosił nogi, opadł w dół, zapadł się w senne koszmary zamknięte w koszmarze codzienności. Proszę, pozwól mi nie śnić choć przez jedną noc. Jestem taki wyczerpany. Nie mogę walczyć w czasie snu, bo oszaleję.
Znów ktoś stanął za drzwiami. Tonio uniósł się na łokciu. Potem otworzył drzwi tak gwałtownie, że stojący za nimi chłopiec, zaskoczony, nie zdążył uciec. Było ich dwóch. Pchali się, jakby chcieli wejść do pokoju. -Wynoście się!- warknął.
- Chcemy tylko zobaczyć weneckiego księcia, który nie chce się zniżyć do noszenia czerwonej szarfy. Śmiech, śmiech, śmiech.
- Ostrzegam was, odsuńcie się.
- No, trzeba przyznać, że nie jesteś zbyt miły, a nie jest też grzecznie kazać nam stać w drzwiach...
- Ostrzegam was...
- Och, doprawdy?
Obydwaj wpatrywali się w jego sztylet. Wyższy chłopak, któremu szczupłe, zwisające ręce nadały już monstrualny wygląd, zaśmiał się nerwowo. -Czy Maestro wie, że masz coś takiego?
Tonio niespodziewanie pchnął go lewą ręką i obydwaj chłopcy stracili równowagę, po czym umknęli z pokoju z tym samym dziwacznym śmiechem. Ich głosy nie brzmiały normalnie, nawet gdy mówili: kiedy przestali je kontrolować, starać się mówić niżej, rozbrzmiewał w nich piskliwy ton. A więc jeszcze i to. Nagle wyobraził sobie, że w przyszłości nie będzie mógł nawet głośno się odezwać.
Zaczął ciągnąć ciężkie łóżko. Początkowo nie poddawało się, aż wreszcie, jakby zerwał je z uwięzi, zaczęło się przesuwać po gołej podłodze tak, że mógł przystawić je do drzwi. Dopiero wtedy ponownie ułożył się do snu.
Ale kątem oka dostrzegł, iż niebo rozbłysło nagle czerwienią, a wyobraźnia podpowiedziała mu, że rozległ się jakiś stłumiony dźwięk. Zdawało mu się, że w całym budynku ktoś się porusza. Zbliżywszy się do okna ujrzał, jak ogromna góra w oddali płonie.
Zawsze pojawiają się dwa koszmary senne.
Pierwszy:
Biegniesz po tych schodach i udaje ci się uciec. Kiedy ręce wyciągają się, by cię zatrzymać, rzucasz się w przód, upadasz na nabrzeże, ale potem staczasz się do wody i jesteś bezpieczny. Płyniesz cicho, szybko, jak szczur, a oni biegną bezradnie wzdłuż brzegu. Jesteś przerażony. Ale udaje ci się umknąć! Wrzucasz wszystko do kufrów i toreb podróżnych, pędzisz schodami, żeby wydostać się z pałacu, z Wenecji. Uciekłeś!
A potem światło prawdy przebijające się przez mrok marzeń sennych, ta potworna świadomość, że śpisz, że rzeczywistość jest zupełnie inna, że śnisz!
To wszystko zdarzyło się naprawdę i, och, jakże ułatwiłeś im zadanie! Śpiewając, śpiewając, śpiewając. Przez chwilę niemalże słyszysz swój głos odbijający się od wilgotnych murów, dzięki czemu brzmi on głośniej niż w najbardziej szalonych marzeniach i niemal możesz go słuchać bez nieprzytomnej wściekłości.
Sen drugi:
Ciągle tam są. Odrosły i wciąż masz je między nogami. A może nie zostały wycięte tak jak trzeba? Może została jakaś niewielka część, z której wyrosły całe? Zrobili potworny błąd. W każdym razie one ciągle tam są, a lekarz wyjaśnia ci, jakby było to oczywiste, że owszem, coś takiego zdarza się, jeśli zabieg nie został przeprowadzony w czystości; owszem, całkowicie odrosły, sam możesz je obejrzeć, jeśli chcesz.
Siedział w mroku. Nie pamiętał, że opuścił ciepłe łóżko. W każdym razie był teraz przy oknie; czuł jak słona, morska bryza rozprasza gorące powietrze uwięzione pod niskim sufitem. Nagle przeraził go fakt, że jest w stanie dotknąć dłonią sklepienia nad głową, ale opadł w dół, wsparłszy się splecionymi rękami na parapecie i patrząc na rozmazujące mu się przed oczyma światła miasta, opadające w dół. Słuchał, słuchał. Jego uszu dobiegał jakiś odległy rytm, dochodzący jakby z tawerny. A może to miejscowi uliczni śpiewacy wędrowali po tych łagodnych wzniesieniach. Otworzył usta, jakby walczył o oddech i zamknął oczy.
Sny.
Jest lato i we wszystkich ogromnych, pustych komnatach pałacu panuje żar. Liczy szybki okien, każde ma ich około czterdziestu. Leży nagi obok matki, która zdjęła wszystko z górnej połowy ciała, jej piękne piersi są obnażone, gorące powietrze przesuwa się po wilgotnych kosmykach włosów spoczywających na czole i policzku. Matka drży, odwraca się do niego, puchowy materac ugina się z jękiem; Marianna zmusza Tonia do położenia się na boku, przyciąga go do siebie tak blisko, że chłopak czuje na swych nagich plecach jej gorące piersi; na dotyk jej ust jeżą się drobne włoski porastające jego kark.
Ooooch, Boże, nieeee, to tylko sen!
Brzęk dzwonka.
Wszystko zaczyna się od początku.
- Załóż czerwoną szarfę!
- Nie!
- Chcesz zostać za to wychłostany?
Niczego nie chcę.
Czemu nigdy nie śni mi się, że mam go w ręku, że nie ma szansy uciec i mogę zrobić mu to, co on zrobił mnie, to samo- gdzie podziewa się ten sen?
- Co masz nadzieję w ten sposób zyskać?- Guido Maffeo spacerował po pokoju. -Odezwij się, Tonio! Porozmawiaj ze mną! Sam zapisałeś się do tego konserwatorium, nie zmuszałem cię. Co chcesz osiągnąć tym milczeniem, tym...
Nie wytrzymam tego. Nie zniosę ze spokojem tych wykrzywionych gniewem twarzy. Błagam, by nie wymierzano mu chłosty. Proszę zostawić to mnie. Ależ zostawiłem ci to, a on uparcie odmawia...
- Załóż ją.
- Nie.
Pierwsze smagnięcie, musisz bronić się przed bólem, nie udaje się, drugie uderzenie, to nie do zniesienia, i trzecie, czwarte, piąte, nie myśl o tym, myśl o czymś innym, o jakimkolwiek innym miejscu, o czymś innym, czymś innym.
- Załóż ją.
- Nie.
W takim razie powiedz mi, mój delikatny Wenecjaninie, skoro jesteś taki wykształcony, co czeka eunucha, który nie śpiewa?
Stoją wszyscy rzędem przed główną bramą. Idą podwójnym szeregiem z założonymi w tył rękami, czerwone szarfy przedzielają dokładnie na pół czarną, miękką materię szat, na karkach spoczywają czarne wstążki. Kiedy otwiera się brama, wychodzą równym krokiem. Czy to możliwe, bym szedł w procesji z tymi eunuchami, kapłonami, tymi owałaszonymi potworami?
To straszniejsze niż gdyby obdarto mnie z ubrania, a jednak poruszam się, stawiam jedną stopę przed drugą i wydaje się, że świat złożony jest z ludzi, którzy całymi ławami pchają się, by lepiej widzieć, a głosy chłopców unoszą się, splatają, po raz pierwszy brzmią tak pięknie, tak pewnie, te głosy wznoszą się coraz wyżej w powietrze, rozgłaszają to, i każdy, kto na nas spojrzy, wie, wie dokładnie, bez względu na czerwoną szarfę czy jej brak, kim jestem.
To dzieje się naprawdę, chociaż jest nie do zniesienia. Przywodzi na myśl opisy barbarzyńskich egzekucji- człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie myśli i uczuć tego, który znajduje się w samym środku; który prowadzony wśród tłumu, nie może nawet zasłonić twarzy dłońmi, bo ma je związane za plecami. Cały należysz do otaczającego cię świata, a jednak patrzysz przed siebie, jakby nic takiego się nie działo, zawieszasz spojrzenie na jakiejś chmurze gnanej szybko morską bryzą, spoglądasz na fasadę kościoła.
Kimże są ci Włosi z południa, jeśli nie światem, całym światem!
Uciec, uciec z tego miejsca!
- Jeśli stąd uciekniesz- mówi złośliwy, ponury Guido Maffeo, który tak dobrze o wszystkim wie- to dokąd pójdziesz?
- Nie!
- Aż się prosisz, żeby cię stąd wyrzucono!
Tym razem, kiedy padają uderzenia, staraj się myśleć o bólu, a nie walczyć z nim, bo jeśli się nad tym zastanowić, to wszystko co spotyka cię w życiu, w przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości, ma obedrzeć cię ze zdrowego rozsądku. Więc myśl o bólu. W końcu ma on jakieś granice. Mógłbyś przedstawić na wykresie, w jaki sposób ogarnia ciało. Ma początek, środek i koniec. Wyobraźmy sobie, że jest kolorowy. Pierwsze smagnięcie jest jakie, czerwone? Czerwone, przechodzi w jaskrawą żółć. A to jest ponownie czerwone, czerwone, nie żółte, a potem białe, białe, białe, białe.
- Błagam, Maestro, proszę zostawić go mnie.
- Będziesz śpiewał albo zostaniesz usunięty z tej szkoły...
- Dokąd pójdziesz...
No właśnie. Dokąd pójdziesz? Czemu uwięziłeś się w tym pałacu, w którym są tylko sale tortur, czemu nie opuścisz tego miejsca? Bo jesteś potworem, a to jest szkoła dla takich jak ty i jeśli stąd wyjdziesz, to będziesz całkowicie, absolutnie samotny! Sam będziesz musiał zmagać się z tym!
Nie płacz przy obcych. Przełknij łzy. Nie łkaj przy nich! Niech twój płacz leci w niebiosa, w niebiosa, w niebiosa.
5
- Co usiłujesz osiągnąć? Czy sam wiesz, do czego dążysz? Guido chodził w tę i z powrotem, a jego twarz wykrzywiał gniew. Zamknął drzwi pokoju ćwiczeń i przypiął klucz do paska.
- Czemu zasztyletowałeś tego chłopca?
- Nie zasztyletowałem go. Ma tylko niewielką ranę, będzie żył.
- Tak, tym razem przeżyje!
- Wdarł się siłą do mojego pokoju. Dręczył mnie!
- A co będzie następnym razem? Maestro zabrał ci szpadę, sztylet i pistolety, które kupiłeś, ale to niczemu nie zapobiegnie, prawda?
- Nie, jeśli nadal będą mi dokuczać, jeśli będę otoczony dręczycielami! Wtedy to nic nie pomoże!
- Nie rozumiesz, że nie możesz dalej tak się zachowywać? W przeciwnym razie zostaniesz wydalony z konserwatorium! Rana, którą zadałeś Lorenzo, mogła go zabić!
- Daj mi spokój!
- Ach, więc dlatego płaczesz! Powtórz to raz jeszcze, chcę to usłyszeć.
- Daj mi spokój!
- Nie dam ci spokoju, póki nie zaczniesz śpiewać! Wydaje ci się, że nie wiem, co cię powstrzymuje? Że nie wiem, co ci się przydarzyło? Dobry Boże, czy jesteś szalony, by nie zdawać sobie sprawy z tego, że ryzykowałem życie, aby cię tu przywieźć, chociaż lepiej byłoby dla mnie, gdybym pozbył się ciebie i twych oprawców? A przecież wywiozłem cię z Wenecji Eugenejskiej i sprowadziłem tutaj, gdzie emisariusze rządu twojego państwa mogli przysłać swoich siepaczy, którzy poćwiartowaliby mnie na ulicy, gdyby im tylko przyszła na to ochota!
- Po co to zrobiłeś? Nie prosiłem cię o to! Czego ode mnie chcesz?
Guido uderzył go. Nim zdążył się powstrzymać, wymierzył mu policzek tak silny, że Tonio zatoczył się w tył, dotykając dłońmi twarzy, jakby nic nie widział. Guido wymierzył mu jeszcze jeden policzek. Po czym złapał go obiema rękami i uderzył głową chłopca o ścianę.
Z ust Tonia wydobył się krótki, gardłowy jęk. Ręce Guida schwyciły go raz jeszcze, wykręcając mu szyję.
Wreszcie odsunął się, ściskając lewą dłonią prawy nadgarstek, jakby usiłował powstrzymać się od wymierzenia Toniowi jeszcze jednego razu. Odwrócił się plecami do chłopca i stał nieco pochylony, jakby pragnął ukryć się w sobie.
Tonio stał w ciszy i był zły na siebie, że nie potrafi powstrzymać łez. Wreszcie z rezygnacją wyjął chusteczkę i gwałtownie je otarł.
- W porządku- powiedział Guido przez ramię ledwo słyszalnym głosem. -Możesz znów tam siedzieć. I przyglądać się.
Gorące, popołudniowe słońce padało na kamienną podłogę i ścianę. Tonio, przesunąwszy ławkę w miejsce, w którym mógłby odpoczywać w jego promieniach, usiadł wygodnie i zamknął oczy.
Pierwszy ćwiczył mały Paolo, którego silny głos wypełniał pokój jak pogodny dźwięk złotego dzwoneczka. Z lekkością wykonywał arpeggia, a wzmacniając i przyciszając nuty sprawiał, że brzmiała w nich niemalże radość.
Otworzywszy oczy, Tonio ujrzał tył brązowej głowy chłopca. Zaczął zasypiać słuchając i nieco się zdziwił, słysząc napomnienie Guida i zauważając, jak doskonale wychwycił wszystkie błędy Paola. Ale czy były to rzeczywiście błędy? Guido mówił: -Słyszę twój oddech, widzę go. Zaśpiewaj to jeszcze raz, ale nie wypuszczaj powietrza i tym razem... tym razem... tym razem... -Głosik wznosił się i opadał, ciągnąc te długie, wzruszające nuty...
Kiedy Tonio powtórnie się przebudził, w pokoju było już inne dziecko, śpiewające głosem kastrata, głosem o ton bogatszym, może nieco ostrzejszym od głosu zwyczajnego chłopca. Guido był zdenerwowany. Z trzaskiem zamknął okno. Chłopak już wyszedł, a Tonio przecierał oczy. Czyżby zrobiło się chłodno? Słońce zaszło, ale w pokoju było rozkosznie ciepło, a wzdłuż całego parapetu jego znajdującego się na pierwszym piętrze, głęboko osadzonego okna, trzepotały białe kwiaty dzikiego wina, nie mającego końca ni początku.
Wstając poczuł nagły ból w plecach. Co Guido robi przy oknie? Nie widział nawet jego głowy, a tylko zgarbione ramiona i jakiś niewyraźny ruch w ogrodzie, biegające, krzyczące dzieci.
Potem Guido podniósł się, a z nim jakby uniosło się głębokie westchnienie emanujące z tych ciężkich kończyn, masywnych ramion, kudłatej głowy.
Odwrócił się do Tonia. Jego twarz zdawała się ciemna w porównaniu z jasnym tłem krużganka obramowanym łukiem arkady. Tam słońce padało wciąż, choć pod innym kątem, na drzewka pomarańczowe.
- Jeśli się nie zmienisz- zaczął- Maestro di Capella usunie cię w ciągu tygodnia. -Mówił tak niskim i nieokrzesanym głosem, że Tonio nie poznałby, iż to on. -Nie mogę temu zapobiec. Zrobiłem wszystko, co było można.
Tonio wpatrywał się w niego z pewnym zaskoczeniem. Widział, jak ruchliwa twarz Guida, na której tak często malowała się doskonała złość, łagodnieje i przybiera wyraz jakiejś potwornej przegranej. Chłopiec nie potrafił tego pojąć. Chciał spytać: -Czemu ma to dla ciebie takie znaczenie, dlaczego się mną opiekujesz? Czemu zajmowałeś się mną w Ferrarze i dlaczego obchodzę cię teraz?- Czuł się równie bezradny, jak w tę noc w Rzymie, gdy w ogrodzie klasztornym Guido z wściekłością spytał: -Dlaczego tak się we mnie wpatrujesz?
Potrząsnął głową, próbował coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Pragnął oponować mówiąc, że uczył się wszystkiego innego, co mu kazano i podporządkował się miażdżącym, bezlitosnym przepisom; dlaczego, dlaczego... Ale wiedział dlaczego! Nie zgodzą się na nic innego.
- Maestro!- szepnął. Słowa nie chciały wydostawać się z zaschniętego gardła. -Proszę tego ode mnie nie żądać. To mój głos, nie mogę go panu oddać. Nie należy do pana, bez względu na to, jak daleko podróżował pan, by go tu ze sobą przywieźć i ile przecierpiał pan w Wenecji, by sprowadzić go tu dla swych własnych celów! Należy do mnie, a ja nie mogę śpiewać. Nie mogę! Proszę nie żądać ode mnie niemożliwego!
Nigdy już nie będę śpiewał, ani dla pana, ani dla siebie, ani dla nikogo innego!
* * *
W pokoju panował mrok, chociaż niebo za krużgankiem, ponad najwyższymi szczytami dachu budynku, pokryło się równomiernie purpurą. Cienie spływały z czterech pięter konserwatorium na ogród, w którym tylko gdzieniegdzie można było rozróżnić jakiś kształt, gałęzie ciężkie od pomarańczy i lilie migoczące w ciemności jak woskowe świece. Niektóre okna lśniły blaskiem świeczek. Z każdego zakątka dobiegały grane późną nocą melodie lepszych muzyków, te rytmiczniejsze, niekończące się dźwięki wygrywane na wszystkich piętrach.
Nie tworzyły kakofonii. Brzmiały jak potężny szmer, jakby cały budynek żył i szumiał sprawiając, że na Tonia spłynął przedziwny spokój.
Może był już tak zmęczony złością i goryczą, że pozwolił, aby na chwilę odeszły? Poprosił, by na jakiś czas zostawiły go w samotności? Nie dumał o Wenecji czy o Carlu, nie wyszarpywał tych myśli z każdego zakątka pamięci, w którym się kryły. Jego umysł był raczej w tej chwili podobny do szeregu pustych pokoi.
Czuł spokój i wiedział, że gdyby mógł go odczuwać cały czas, miejsce to stałoby się dla niego wspaniałe.
Tak, chociaż na chwilę trzeba pozwolić sobie na zapomnienie.
Spróbuj sobie wyobrazić, że życie ciągle jest możliwe do przeżycia, że jest nawet... nawet przyjemne. I że jeśli byś tego zapragnął, mógłbyś, być może, podejść do tego wciąż jeszcze otwartego instrumentu i siedząc przy nim, złożywszy palce na klawiszach, mógłbyś, gdybyś chciał, zaśpiewać. Śpiewałbyś o smutku, bólu, niewypowiedzianym bólu, ale mógłbyś to robić. Mógłbyś właściwie robić, cokolwiek byś chciał, gdyż wszystko, co cię od tego powstrzymuje, opadłoby jak łuska z twego ciała. Ciała, które należy do człowieka; chociaż przez jakąś nieludzką niesprawiedliwość stało się potworne, teraz jednak może już powrócić do swej prawdziwej postaci.
Leżał z otwartymi oczami na wąskiej ławie, na której być może spał i Guido po jednej ze swych pracowitych sesji. Tonio myślał: -Tak, spróbuj sobie to wyobrażać, jak długo się da.
Niebo ściemniało. Ogród się zmienił. Widoczne za jednym z łuków arkad drzewko pomarańczowe, któremu cienie dodawały pełności, teraz straciło kształt. Nie było już wcale widać fontanny ani białych lilii. Tylko światła po drugiej stronie podwórza świeciły wyraźnie, jak mnogość morskich latarni.
Leżał nieruchomo, zastanawiając się, czemu pozwolono mu tu zostać, czemu pozwolono mu przebywać w tym pustym pokoju i zapaść w głęboki, pusty sen.
Przyszło mu do głowy, że może, skoro drzwi i okna były pozamykane, mógłby podejść do tego klawikordu, położyć na nim dłonie i... Ale nie. Jeśli posunie się za daleko, przegra wszystko. Znów zamknął oczy.
Nie mógł znieść nawet myśli o swym głosie. Nie potrafił wytrzymać choćby przelotnego wspomnienia nocy, w czasie których wędrował po uliczkach Wenecji i, zakochany w śpiewie, ułatwiał zadanie swemu bratu. Jeśli się ugnie, zawsze już będą go prześladowały obsesyjne, bezlitosne myśli o tym. Będzie się zastanawiał, co teraz się o nim mówi i czy ktoś uwierzył w kłamstwo, że Tonio sam wyrządził sobie taką krzywdę.
Ale nie to było sednem sprawy. Chodziło o to, że jeśli teraz wydobędzie z siebie głos, pozwoli mu wzlecieć, nie będzie to już głos chłopca, który śpiewając dawał z siebie wszystko, a będzie on należał do tej istoty, która nigdy się nie zmieni. Nie mógł o tym nawet myśleć; czuł się wtedy, jakby im ulegał, jakby przyjmował tę rolę z koszmaru sennego, którą specjalnie dla niego napisano, zupełnie jakby śpiewał najbardziej odrażającą partię w jakiejś operze.
Na sam dźwięk swego śpiewu w myślach czuł wstyd, wstyd. Równie dobrze mógłby rozedrzeć szaty i pozwolić im patrzeć na te blizny, na te wysuszone, puste...
Wciągnął powietrze i przestał o tym myśleć. Siedział teraz na ławie.
Ale gdy usłyszał otwierające się drzwi, ukrył twarz w dłoniach.
Był pewien, choć nie wiedział dlaczego, że przyszedł Guido, i czuł, że powraca do rzeczywistości, która gotowa jest go schwycić.
Podniósł wzrok, zdecydowany poddać jej się raz jeszcze, i ujrzał, że stoi przed nim Maestro di Capella, signore Cavalla i trzyma w wyciągniętych rękach szpadę Tonia. -Weź ją- szepnął.
Tonio nic z tego nie rozumiał. Na stole ujrzał swój sztylet, pistolety i sakwę, którą Maestro odebrał mu pierwszego dnia.
Twarz Maestra Cavalli spopielała. Nie malowała się już na niej złość. W jej miejsce pojawiło się jakieś potworne uczucie, którego Tonio nie potrafił zidentyfikować. Nic nie pojmował.
- Nie ma żadnego powodu, dla którego miałbyś pozostawać dłużej w tym konserwatorium- rzekł. -Napisałem do twej rodziny w Wenecji, że muszą znaleźć ci jakieś inne miejsce. Ale nie wolno ci tu dłużej przebywać. Musisz opuścić szkołę.
Przerwał. Mimo mroku Tonio dostrzegał, jak drżała mu broda. Powodem tego nie był jednak gniew. -Tak. Przyniesiono już twoje kufry. Powóz czeka na podwórcu koło stajni. Musisz wyjechać.
Tonio nie odzywał się. Nie wziął nawet szpady.
- Czy to Maestro Guido podjął taką decyzję?- spytał.
Maestro Cavalla zrobił parę kroków w bok i położył szpadę na łóżku. Wyprostowawszy się, spojrzał przeciągle na Tonia.
- Chciałbyś zobaczyć, do czego doprowadził twój upór? Chcesz?
- Nie.
- Nie mogę wyjechać, nie bez rozmowy z nim!
- Nie.
- Przecież nie może mi pan zabronić...
- Wszystkiego mogę ci zabronić tak długo, jak długo przebywasz pod tym dachem!- rzekł Maestro. -A teraz odejdź stąd i zabierz smutek, który tu sprowadziłeś! Idź!
Tonio patrzył oszołomiony na wychodzącego Maestra Cavallę.
Stał nieruchomo.
Po czym przypasawszy szpadę, uzbrojony w pistolety i sztylet, zabrał sakwę i powoli otworzył drzwi.
Korytarz prowadzący do frontowych drzwi konserwatorium był pusty. Biuro Maestra ziało mrokiem jak ciemna jaskinia; wyglądało na dziwnie zaniedbane, bowiem niezmiennie pozostawało zamknięte.
W całym budynku zdawał się nie rozlegać żaden dźwięk. Panowała dziwna cisza, nawet z długiej sali ćwiczeń, w której o tej porze przebywało zawsze kilku chłopców, nie dochodziły żadne odgłosy.
Tonio przeszedł przez korytarz i zajrzał do sieni ciągnącej się aż na tył budynku, gdzie za drzwiami płonęło światło.
Zdawało mu się, że dojrzał sylwetkę Maestra Cavalli, który zaczął zbliżać się do niego wolnym, rytmicznym krokiem. Jego postać ginęła w mroku. Szedł z dziwną determinacją. Tonio obserwował to z pełną niepokoju ciekawością, aż wreszcie ponownie stanął twarzą w twarz z tym mężczyzną.
- Chciałbyś zobaczyć, do czego doprowadził twój upór? Chcesz ujrzeć to na własne oczy?
Zacisnął dłoń na nadgarstku Tonia i szarpnął go w przód. Tonio opierał się, ale Maestro pociągnął go raz jeszcze.
- Gdzie mnie pan prowadzi?- spytał. -I po co?
Milczenie.
Szedł szybkim krokiem, nie zwracając uwagi na ból w nadgarstku, i wpatrywał się w profil Maestra.
- Proszę mnie puścić!- zażądał, kiedy dotarli do ostatnich drzwi. Ale Maestro pociągnął go z wściekłością i wepchnął do oświetlonego pokoju.
Przez chwilę Tonio nie widział nic. Podniósł dłoń, by osłonić oczy przed blaskiem kilku świateł. Wreszcie dojrzał rząd łóżek i ogromny krucyfiks na ścianie. Przy każdym łóżku stały szafki. Podłoga była goła. W tym długim pokoju, zajmowanym przez dwóch śpiących na jego końcu chłopców, panowała woń choroby.
W łóżku po lewej stronie leżała jeszcze jedna osoba, której duża, przysadzista sylwetka rysowała się pod przykryciem. Jej twarz była całkowicie nieruchoma, jak śmiertelna maska.
Tonio nie mógł się poruszyć. Maestro Cavalla uderzył go boleśnie w plecy. Jednak chłopak dalej stał nieruchomo, póki Maestro nie pociągnął go w przód i nie zmusił do zatrzymania się przy łóżku.
To był Guido.
Włosy miał odgarnięte z czoła, jakby były bardzo mokre, a jego twarz, nawet w tym przyćmionym świetle, nie miała koloru twarzy żywego człowieka.
Tonio otworzył usta, by coś powiedzieć, po czym zacisnął je i spostrzegł, że cały drży, a jego głowa staje się coraz lżejsza. Odnosił wrażenie, że jego ciało straciło wagę i wkrótce wypłynie z tego pokoju, jakby uniesiony w powietrze. Czuł, że otwiera usta i formuje w nich słowo. Obraz leżącej przed nim umarłej jakby postaci zadrżał, jak gdyby znajdowała się ona za szybą, po której spływają krople deszczu.
Dookoła niej pojawiły się twarze, twarze tych młodych nauczycieli, którzy przepychali i przeciągali go przez wszystkie ćwiczenia, w jakich szukał zapomnienia. Patrzyli na niego z bezgłośnym oskarżeniem i nagle Tonio usłyszał potworny, nieludzki jęk, który, jak zdał sobie sprawę, wydobywał się z jego własnych ust.
- Maestro- wyjąkał. Poczuł gorycz w ustach.
Nagle na własne oczy ujrzał cud. Człowiek leżący na łóżku nie był martwy. Poruszał oczyma, a jego pierś unosił najlżejszy oddech.
Zdał sobie sprawę, że stoi nad maestrem i jeśliby chciał, mógłby dotknąć jego twarzy. Nikt nie starałby się go powstrzymać. Nikt nie starałby się chronić mistrza. Tonio jeszcze raz wypowiedział to samo słowo.
Ogromne brązowe oczy Guida otworzyły się i mistrz niewidzącym wzrokiem wpatrzył się w Tonia. Potem, jego oczy powoli się zamknęły.
Brutalne ręce schwyciły Tonia, zmusiły go do przejścia przez całą infirmerię, wypchnęły na korytarz. Maestro di Capella przeklinał go.
- Rybacy dojrzeli w świetle księżyca, jak płynie na otwarte morze. Gdyby go nie zobaczyli, gdyby nie było księżyca... Jego oczy błyszczały, trzęsła mu się potężna szczęka.
Ten chłopak, którego wychowałem jak własne dziecko, który śpiewał anielskim głosem; już dwa razy wyrwałem go ze szponów śmierci! Raz, kiedy stracił głos i nic nie mogło mu go zwrócić i teraz znów, z twojego powodu!
Przyparł Tonia do drzwi wiodących na krużganek i wytężał w mroku oczy, jakby koniecznie musiał ujrzeć jego twarz.
- Wydaje ci się, że nie wiem, co ci się przydarzyło? Że nie oglądałem po wielokroć tego samego?
Tak, tyle że tu cała tragedia tkwi w tym, iż zrobiono to tobie, weneckiemu księciu! Bogatemu, przystojnemu, wchodzącemu w męskość chłopcu, przed którym życie stało otworem i zdawało się składać z samych rozrywek, które gdybyś chciał, mógłbyś zrywać jak owoce z drzewa!
Och, cóż za tragedia!- Zdawał się wypluwać z siebie słowa. -A co znaczyło to dla niego? A dla całej reszty tych chłopców? Czyżby byli zwykłymi potworami, którym w dzieciństwie obcięto coś, czego i tak nie warto było posiadać? Tak ci się wydaje?
A ty kim byłeś, kim miałeś ambicje zostać? Pawiem kroczącym dumnie po Broglio w tym próżnym, władczym mieście, które jest zepsute do samej głębi? Rząd złożony z peruk i bogatych szat paradujących przed lustrem, pijany od widoku własnego odbicia i nie mający pojęcia, że poza jego maleńką strefą wpływów świat... tak, świat... wzdycha ciężko i podąża dalej.
Cóż pomyślałbyś, moje ty dumne, eleganckie, młode książątko, gdybym ci oznajmił, że ani trochę nie dbam o twoje stracone królestwo, o twoją ślepą, nadętą szlachtę, ponurych mężczyzn i wymalowane dziwki. Leżałem między tymi udami, wypiłem swoją porcję na balu maskowym, w który zmieniliście życie, i powiadam ci, że nie jest on wart nawet pyłu na naszych stopach.
Przez całe życie spotykałem takich próżniaków: aroganckich, zepsutych, nie czyniących nic, prócz chełpliwego dbania o ochronę swego prawa do absolutnie bezwartościowego życia, do najwyższego przywileju nierobienia od kołyski po grób niczego znaczącego.
Ale twój głos! Ach, twój głos, który co noc prześladował mojego ukochanego Guida i doprowadził go do szaleństwa, twój głos to zupełnie inna sprawa! Gdybyś był obdarzony chociaż połową talentu, o jakim mi mówił, gdyby choć częściowo płonął w tobie ten święty ogień, mógłbyś zmienić zwykłych ludzi w karły i potwory! Londyn, Praga, Wiedeń, Drezno, Warszawa- wymień, jakie chcesz miasta. Czy w jakimś zapomnianym zakątku twojego śmierdzącego miasta nie ukryto kuli ziemskiej? Czy wiesz, jak duża jest Europa, czy może nigdy ci o tym nie powiedziano?
We wszystkich tych stolicach mogłeś rzucać ludzi na kolana, całe tysiące ludzi, którzy wysłuchaliby twego śpiewu i wynieśli twe nazwisko z oper i kościołów na ulice! Powtarzaliby je sobie jak modlitwę od krańca do krańca kontynentu, mówiliby o tobie, jak mówią o władcach, bohaterach, o nieśmiertelnych.
Oto czym mógł być twój głos, gdybyś tylko pozwolił mu unieść się z tej ruiny, jaką byłeś; gdyby stać cię było na to, by wykuć go z cierpienia, bólu i zwrócić Bogu, który cię nim obdarzył!
Ale ty należysz do tego pradawnego rodzaju ludzi, którzy nie uznają prócz siebie żadnej arystokracji, tych robaków żerujących na martwym ciele Państwa Weneckiego, tych dzielnych obrońców najwyższego przywileju nierobienia niczego, niczego, niczego! I dlatego marnujesz jedyną siłę, dzięki której mógłbyś zdobyć przewagę nad każdym normalnym mężczyzną!
Nie będę dłużej znosił twojej obecności pod tym dachem. Nie czuję teraz dla ciebie żadnej litości. Nie potrafię ci pomóc. Jesteś tylko wybrykiem natury posiadającym nie przeznaczony mu dar, a nie ma niczego bardziej godnego pogardy! Opuść to miejsce, wyjedź stąd. Nigdzie indziej nie masz żadnej szansy na znalezienie odpowiedniego miejsca dla swojego nieszczęścia.
6
Wulkan znów przemówił.
Odległy łoskot, cichy, bezkształtny, potworny dźwięk przetaczał się po stokach wzgórz zalanych światłem księżyca, jak głębokie westchnienie dobiegające z każdej rysy i szczeliny starych, krętych uliczek. Zdawało się, że ziemia gotowa była w każdej chwili zacząć się wybrzuszać i trząść, co zdarzyło się już nieraz, by pochłonąć te rudery i pałace, które z jakichś nieznanych dla człowieka przyczyn przetrwały wszystkie poprzednie masakry.
Ludzie, tłoczący się na wszystkich balkonach i dachach, patrzyli w stronę dobrze widocznych na tle szerokiej panoramy nieba dymów i błyskawic, które rozświetlały ich podekscytowane twarze. Horyzont jaśniał olśniewającym blaskiem księżyca w pełni, więc kiedy Tonio schodził ze wzgórza, było jasno jak w dzień. Nogi niosły go ślepo przez rozległe piazze i aleje do położonych niżej dzielnic miasta.
Trzymał się prosto. Szedł wolno, z gracją; z ramion zwisała mu ciężka, podbita jedwabiem peleryna. Prawą dłoń wspierał na rękojeści szpady, jakby wiedział jednak, gdzie może dotrzeć, co może zrobić, co może mu się przydarzyć.
Ból pozbawił go wszelkiego czucia. Zmroził mu skórę jak mocny podmuch lodowatego wiatru, tak że Tonio był świadom swego ciała: zimnej twarzy, zimnych dłoni i nóg, niosących go bezmyślnie w kierunku morza i mola, rozbrzmiewającego stukotem powozów i galopujących przed nimi koni ozdobionych pióropuszami.
Od czasu do czasu zmuszony był się zatrzymać, wstrząsany gwałtownym dreszczem, który na chwilę unosił go, po czym Tonio opadał na ziemię zdezorientowany, a jego mimowolny jęk ginął w tłumie, który potrącał go i popychał naprzód.
Omijał przekupniów oraz sprzedawców słodyczy, napojów owocowych i białego wina, spacerujących muzyków i ocierające się o niego piękne ulicznice, których śmiech brzmiał jak tysiące dzwoneczków. Panowała atmosfera rozgrywającej się w samo południe uroczystości, jakby wszyscy założyli, że zanim wulkan w końcu wybuchnie i pogrzebie ich w swych popiołach, muszą żyć, jak gdyby po śmierci nie istniało nic.
Ale tej nocy wulkan nikogo nie pogrzebie. Będzie grzmiał, pluł rozżarzonymi kamieniami i parą w bezchmurne niebo. Wysoko nad falami świeci księżyc, zalewający powodzią światła ludzi, którzy pływają w ciepłym morzu i zabawiają się na brzegu.
To tylko Neapol, tylko raj. Ziemia, niebo, morze, Bóg i człowiek- i żadne z nich nie mogło zranić Tonia.
Docierał do niego jedynie ból, ten ból jak mrożący skórę i przenikający aż do kości chłód, który obejmował całe ciało i zamykał w nim odrętwiałą duszę Tonia. W końcu chłopak wszedł, potykając się, na piasek, w fale Morza Śródziemnego i zwiotczał, zgiął się w pół, jakby zadano mu ostatni, śmiertelny cios. Poczuł ciepło omywającej go wody.
Miał jej pełne buty; ochlapał sobie twarz, po czym poprzez huk fal usłyszał w sekretnej komnacie swego ucha własny krzyk.
Stał na brzegu spienionego morza, spoglądając raz po raz w tył, na pędzące złocone koła i przebiegających po kamieniach jak zjawy lokai, którzy prawie nie dotykali stopami ziemi, na konie w uzdach przyozdobionych dźwięczącymi dzwoneczkami, kitami i świeżymi kwiatami. Nagle z tego strumienia pojazdów, poruszających się po szerokim łuku szosy ciągnącej się przez całe miasto, wypadła, kołysząc się, kolaska podążająca w jego stronę. Zeskoczył z niej woźnica, strzepnął pelerynę Tonia i, wymachując z szalonym niepokojem rękami, zaproponował mu zajęcie miękkiego siedzenia we wnętrzu pojazdu.
Chłopak, nieco oszołomiony neapolitańskim dialektem, bardzo długo się w niego wpatrywał.
U stóp Tonia falowało morze. Woźnica wyciągnął go z wody, gestykulacją wyrażając ogromny niepokój o los wspaniałego ubrania- zapiaszczonych spodni i koronkowego gorsu błyszczącego od kropli wody.
Nagle Tonio wybuchnął śmiechem. Następnie wyprostował się i przekrzykując ryk morza oraz stukot pojazdów rzekł, wykorzystując swą ograniczoną znajomość miejscowego dialektu:
- Zaprowadź mnie na wulkan.
Woźnica odsunął się.
- Teraz? O tej porze? Lepiej udać się tam w dzień, gdy...
Tonio potrząsnął głową. Wyciągnął z sakwy dwie złote monety i wcisnął je w rękę swego rozmówcy. Na jego twarzy gościł ten przedziwny uśmiech człowieka, który wie, że osiągnie wszystko, co zechce, bowiem tak naprawdę na niczym mu nie zależy. Powiedział:
- Nie. Zaprowadź mnie na wulkan. Tak wysoko jak dasz radę.
* * *
Szybko przejechali przez peryferie miasta; minęło jeszcze jednak dużo czasu, nim zaczęli wjeżdżać na łagodne wzniesienie porośnięte sadami i gajami oliwnymi, oświetlanymi przepięknie przez ogromny księżyc, a ryk wulkanu zaczął stawać się coraz głośniejszy.
Tonio rozpoznawał już zapach popiołu. Czuł go na twarzy i w płucach. Zasłonił usta, wstrząsany kaszlem. Tymczasem z niebieskawego mroku wyłoniły się małe domki. Ich mieszkańcy, siedzący w otwartych drzwiach, podnieśli się na widok podskakującej latarni, po czym wycofali się widząc, że woźnica batem popędza konia do dalszej drogi.
Zbocze stawało się jednak coraz bardziej strome i nierówne, aż w końcu znaleźli się w miejscu, powyżej którego koń nie był w stanie się wspiąć.
Zatrzymali się w gąszczu oliwek, pomiędzy którymi Toniowi udawało się czasem dostrzec ogromny, lśniący półksiężyc Neapolu.
Rozległ się niewyraźny ryk wulkanu, tak długi i niepokojący, że Tonio, nie zdając sobie z tego sprawy, przywarł do ścianki kolaski. Niebo rozjaśniło się nagle, ukazując ogromny słup dymu, przecięty dokładnie na pół oślepiającym błyskiem, a hałas spotęgował się, stał się ogłuszający.
Tonio wyskoczył i kazał woźnicy odjechać. Ten zaczął protestować. Kiedy chłopak usiłował odejść, ze splątanych gąszczy wyłoniły się dwie inne mroczne postacie. Byli to przewodnicy, za dnia prowadzący ludzi na wulkan, którzy i teraz gotowi byli wciągnąć Tonia na górę.
Woźnica odradzał mu tę wyprawę; nawet jeden z przewodników nieco się ociągał. Nim wywiązała się kłótnia, Tonio zapłacił jednemu z mężczyzn i przyjąwszy od niego kij, na którym miał się wspierać, chwycił skórzany rzemień zwisający z tylnej części paska tego człowieka. Ten zaczął go, tak przymocowanego, ciągnąć w ciemność.
Ziemia wydała jeszcze jeden ryk, jeszcze raz błysk jak za dnia rozświetlił powykręcane drzewa, w których można było teraz dostrzec niewielki domek. Kiedy z góry zaczął lecieć grad małych kamyczków, spadających dookoła z głuchym łomotem, pojawiła się następna postać. Jeden z kamieni uderzył Tonia bezboleśnie w ramię. Chłopak krzyknął do przewodnika, by kontynuował marsz.
Człowiek, który właśnie się ukazał, machał do nich rękami.
- Nie możecie iść wyżej!- oświadczył i zbliżył się do Tonia. Światło księżyca wyłuskało go spomiędzy gałęzi oliwek. Miał wychudzoną twarz i wyłupiaste oczy, jakby trawiła go jakaś wyniszczająca choroba. -Wracajcie! Nie rozumiecie, że grozi wam niebezpieczeństwo?- krzyknął.
- Idziemy dalej- rzekł Tonio do przewodnika.
Ale ten zatrzymał się.
Obcy mężczyzna wskazał na znajdujący się przed nim duży kopiec.
- Zeszłej nocy rósł tu tej samej wielkości zagajnik. W ciągu kilku godzin ziemia pod nim wybrzuszyła się. Jeśli pójdziecie wyżej, będziecie igrać ze śmiercią.
Uchylił się przed następnym gradem szybujących w powietrzu kamieni. Tym razem Tonio poczuł, że po policzku spływa mu smużka krwi, chociaż nie słyszał ani nie czuł kamyka, który go uderzył.
- Idziemy dalej- powiedział do przewodnika.
Ten wbił w ziemię swój kostur. Podciągnął Tonia o kilka jardów wyżej, po czym zatrzymał się. Gestykulował rękami, ale pośród ryku wulkanu Tonio nie słyszał, jakie towarzyszyły temu słowa. Jeszcze raz krzyknął, aby ruszyć dalej. Widział jednak, że jego towarzysz ma już dosyć i nic nie zmusi go do dalszej wędrówki. Błagał Tonia w swym neapolitańskim dialekcie, by nie szedł dalej. Odpiął go od rzemienia, a kiedy chłopak zaczął wspinać się w górę, wbijając palce w ziemię, przewodnik krzyknął po włosku, tak że Tonio był w stanie go zrozumieć:
- Wulkan pluje dzisiaj lawą, signore. Proszę spojrzeć w górę. Nie możecie iść wyżej!
Tonio leżał na ziemi, osłaniając prawą dłonią oczy, a lewą złożywszy na ustach. Przez zawieszone w powietrzu sadze widział niewyraźnie po prawej stronie nikłe połyskiwanie spływającego po stoku strumienia lawy, który ginął gdzieś w mglistych kształtach roślinności. Chłopak znieruchomiał, wpatrując się w niego. Z góry posypało się jeszcze więcej popiołu, znów pojawiły się kamienie, spadające mu na plecy i głowę. Zasłonił ją obiema rękami.
- Signore!- krzyknął przewodnik.
- Odejdź!- wrzasnął Tonio. Nie oglądając się w tył, by sprawdzić, czy jego rozkaz został wykonany, zaczął wspinać się po stoku na czworakach, biegnąc coraz szybciej, chwytając za korzenie i nadpalone gałęzie, wbijając czubki butów w miękką ziemię.
W powietrzu znów zaczęły latać fragmenty skał; wulkan wypluwał je rytmicznie, ale Tonio nie był w stanie określić częstotliwości tych wybuchów. Zresztą nie obchodziło go to. Raz po raz padał na ziemię, by ochronić twarz, i podnosił się, jak najszybciej mógł. Nawet przez popiół, którego chmura wisiała teraz nad nim, widać było niebo rozjaśnione ziejącym wyżej ogniem.
Zatrzymał go atak kaszlu. Pobiegł dalej. Teraz jednak osłaniał usta chusteczką i poruszał się wolniej. Miał posiniaczone dłonie i kolana, a grad kamieni zranił go tym razem w czoło i prawe ramię.
Ryk wulkanu raz jeszcze osiągnął ogłuszającą moc. Noc ponownie rozbłysła światłem dnia.
Tonio spostrzegł, że za rosnącymi przed nim na wpół martwymi drzewami zaczyna się podnóże ogromnego stożka. Był już prawie na szczycie Wezuwiusza.
Wbił palce w ziemię. Odpadała, miał jej pełne garście, żwir i kamyczki wpadały mu do ust, aż nagle poczuł, że całe podłoże porusza się! Ziemia się wybrzuszyła. Ogłuszył go potworny ryk. Dym i popiół wirowały w oślepiającym słupie światła, w którego blasku ukazała się stromizna wysokiego, jałowego stożka wznoszącego się ku niebu. Tonio znów ruszył w przód. Szukał po omacku drzewa, które stało zaledwie kilka jardów dalej, jak ostatni powykręcany, umęczony wartownik. Jeszcze raz poczuł, jak ziemia wyrzuca go w górę, a samo drzewo rozpadło się na pół z potwornym trzaskiem.
Jedna jego połowa poleciała na prawo i rozbiła się z ogłuszającym łoskotem. Z otwierających się dookoła szczelin unosiła się gorąca para. Tonio z desperacją zaczął zsuwać się w tył.
Poślizgnął się. Do ust dostała mu się ziemia, zwiędłe liście przyklejały się do powiek. Tak oślepiony, dostrzegał wciąż czerwony blask, jakby coś eksplodowało. Z całej siły przywarł do gruntu, który unosił się razem z nim w górę, przewrócił go na bok. Ale Tonio leżał nieruchomo. Załamał się, słysząc jeszcze jeden rozdzierający powietrze ryk. Chociaż jego gardło wydawało z siebie konwulsyjne okrzyki, chociaż palce wpijały sią w rumowisko kamieni, Tonio nie słyszał żadnego wydawanego przez siebie dźwięku, nie czuł własnego życia. Stał się częścią góry i wzburzonego kotła w jej wnętrzu.
7
Ciepłe promienie słońca padały mu na twarz.
W powietrzu wisiał dym w postaci tysięcy maleńkich cząsteczek. Gdzieś daleko śpiewały jednak ptaki. Nie był to wczesny ranek. Sądząc z pozycji słońca na niebie i ciepła jego promieni padających na twarz i dłonie Tonia, musiało być już południe. Z wnętrza góry dochodził zaledwie cichy pomruk.
Dopiero co otworzył oczy. Przez długą chwilę leżał zupełnie nieruchomo, po czym zorientował się, że stoi przed nim jakiś człowiek.
Jego postać drgała na tle niebieskiego nieba; mężczyzna miał tak suchotniczy wygląd i dzikie oczy, że zdawał się śmiercią we własnej osobie. Za nim rozciągały się porośnięte bujną roślinnością i powykręcanymi drzewami zielone wzgórza przechodzące w żyzną równinę, na której leżało kłębowisko kolorów i światła- Neapol.
Przed Toniem nie stała jednak śmierć, a tylko człowiek, który poprzedniej nocy wyszedł ze swej chaty, ostrzegając go, aby nie szedł wyżej.
Bez słowa wyciągnął do chłopca rękę. Podniósł go z błotnistej ziemi i poprowadził wolno w dół.
Kiedy tylko Tonio dotarł do miasta, udał się do jednego najlepszych alberghi na Molo i wynajął sobie drogi apartament, w którym, wysławszy sługę po świeżą bieliznę, mógł się wykąpać.
Po kąpieli kazał wynieść wannę i stał samotnie przez chwilę nago przed lustrem. Następnie włożył czystą koszulę, układając uważnie koronki przy kołnierzu i mankietach, wyczyszczony wcześniej szczotką surdut, spodnie i pończochy, po czym wyszedł na werandę.
Na śniadanie przyniesiono mu owoce, czekoladę i turecką kawę, którą tak zawsze lubił pić w Wenecji.
Siedział na świeżym powietrzu, patrząc na poranny ruch uliczny, białą plażę i błękitno-zieloną wodę.
Na morzu setki łodzi i okrętów rybackich dryfowało w stronę portu.
Pod nim, na placu zwanym Largo, toczyło się ruchliwe życie codzienne, do którego przyzwyczaił go Neapol.
Tonio rozmyślał.
Rzadko kiedy w życiu było mu to tak potrzebne.
Był w Neapolu od czternastu dni. A przedtem, po opuszczeniu tego brudnego pokoju we Flovigo, przez czternaście dni podróżował. Przez cały ten czas najprawdopodobniej wcale nie myślał.
To, co mu się przydarzyło, całkowicie go przytłoczyło. Jednak nie był w stanie tego objąć ani wyjść poza to zdarzenie, którego wszystkie aspekty gnębiły go jak brzęczące pszczoły z piekła rodem, wysłane, by pozbawić go zdrowych zmysłów. I prawie im się to udało. Targany nienawiścią, opłakując mężczyznę, którym nigdy nie będzie, wymierzał ciosy wszystkim dookoła, nawet samemu sobie, bez celu, bez nadziei, nie naprawiając nic i nie pokonując nikogo.
Miał to już za sobą.
Wszystko się zmieniło.
Nie był jednak całkowicie pewien, dlaczego.
Podczas nocy, w czasie której leżał na Wezuwiuszu, poruszając się tylko wtedy, gdy góra zdecydowała się nim poruszyć, przeżył wszystko, co najstraszniejsze. Teraz miał to już za sobą.
Najważniejsza była w całej tej zmianie świadomość- nie będąca wynikiem ataku gniewu czy bólu, ale rozmyślań dokonywanych na zimno, w czasie niebezpieczeństwa- że jest teraz całkowicie sam.
Nie ma nikogo.
Zło, które wyrządził mu Carlo, było nieodwracalne.
To zło oddzieliło Tonia od wszystkich, których kochał. Całkowicie. Taki, jakim jest teraz, nigdy nie będzie mógł żyć pośród krewnych czy przyjaciół. Ich współczucie i przerażenie po prostu zniszczyłyby go.
Nawet gdyby nie wygnano go z Wenecji, który to nieodwracalny fakt napełniał go rozdzierającym poczuciem poniżenia, nigdy nie mógłby tam wrócić. Wenecja i wszyscy, których znał i kochał, byli dla niego straceni.
W porządku. To tyle, jeśli chodzi o łatwiejszą część całej sprawy.
Teraz część trudniejsza.
Andrea również go zdradził. Musiał wiedzieć, że Tonio nie jest jego synem. A jednak Andrea kazał mu wierzyć, że nim jest, postawił go w opozycji do Carla, jeszcze po śmierci toczył swe bitwy rękami Tonia. Potworna, potworna zdrada.
Ale nawet teraz Tonio wiedział, co Andrea miałby na swą obronę. Gdyby nie on, kimże byłby Tonio? Pierwszym z żałosnej gromady bastardów, dzieci zhańbionego arystokraty i upadłej wychowanki klasztoru? Jakie miałby życie? Andrea ukarał zbutowa-nego potomka, który na nic sobie nie zasłużył, ocalił honor rodziny i uczynił Tonia swym synem.
Lecz nawet wola Andrei nie mogła czynić cudów. Wraz z jego śmiercią upadły złudy i prawa, które stworzył w swym własnym domu. Nigdy nie powiedział Toniowi, co go czeka. Wysłał go na bój, wyposażając tylko w kłamstwa i półprawdy.
Czy przeliczył się w swej dumie? Tonio nigdy się tego nie dowie.
Wszystko, z czego zdawał sobie teraz sprawę i co rozumiał, to jedynie to, że nie jest synem Andrei. Człowiek, który stworzył mu jakiś los i przeznaczenie, odszedł, a jego wiedza i zamiary na zawsze już pozostaną poza zasięgiem Tonia.
Tak, stracił Andreę.
A cóż zostało z rodziny Treschich? Carlo, Carlo, który wyrządził mu krzywdę; Carlo, który nie miał odwagi go zabić, ale był na tyle przebiegły, by wiedzieć, że ze względu na los rodu Tonio nigdy nie wskaże go jako winnego.
Sprytny; tchórzliwy, ale bardzo sprytny. Ten zepsuty, zbuntowany mężczyzna, który z miłości do kobiety skazał kiedyś ród na wygaśnięcie, teraz odbuduje go, bazując na okrucieństwie i przemocy wobec swego nieskazitelnego syna.
A więc opuścili go wszyscy z rodziny Treschich: Andrea, Carlo.
A jednak w jego żyłach płynęła krew Treschich. Trwała w nim miłość do tych, którzy żyli wcześniej od ojca i dziadka, miłość do Treschich, którzy przyjdą po nich, do dzieci, które będą musiały odziedziczyć tradycje i siłę rodziny w świecie, choć niewielu lub może nikt nie będzie pamiętał Tonia, Carla, Andrei i tego przerażającego kłębowiska niesprawiedliwości, cierpienia.
Tak, to było trudne.
Teraz przyjdzie najtrudniejsze.
Jaka przyszłość czekała Tonia? Co wyłoniło się z tego chaosu? Co stało się z Toniem Treschim, który siedział teraz sam na werandzie w Neapolu na południu Włoch, w cieniu Wezuwiusza, wpatrując się w wiecznie zmieniającą się powierzchnię morza?
Tonio Treschi był eunuchem.
Tonio Treschi był tym pół-mężczyzną, mniej niż mężczyzną, który wzbudzał pogardę każdego normalnego mężczyzny. Tonio Treschi był czymś strasznym, żałosnym, co dręczyło kobiety i niezmiernie niepokoiło mężczyzn, celem żartów i wiecznego napastowania, nieuniknionym złem kościelnych chórów i operowej sceny, czymś, co pozbawione sztuczek, wdzięku i wznoszącej się wysoko muzyki było po prostu monstrualne.
Przez całe życie będzie słyszał za plecami szepty i oglądał pogardliwe uśmiechy, uniesione brwi, kpiące, wyrafinowane gesty! Jakże dobrze rozumiał wściekłość dumnego śpiewaka Caffarellego stojącego w światłach rampy, patrzącego z gniewem na Wenecjan, którzy przyszli obejrzeć go jak dworską małpę wykonującą wokalne akrobacje.
Już zamknięty w konserwatorium, którego trzymał się jak więzień-rozbitek, przywierający na obcych wodach do resztek okrętu, widział nienawiść do samych siebie u tych wykastrowanych chłopców, którzy naigrawaniem się próbowali go zmusić, by dzielił ich poniżenie. Wślizgując się nocą do jego pokoju syczeli w ciemności z niezwykłym okrucieństwem: "Jesteś taki sam, jak my!"
Tak, był taki sam, jak oni. I jakże dobrze wiedział o tym świat! Małżeństwo było mu zakazane, nie mógł już dać swego nazwiska nawet najpodlejszej kobiecie czy znajdującemu się w największej potrzebie pasierbowi. Kościół też nigdy go nie przyjmie, chyba że, na najniższe stanowisko zakonne, a i to za specjalną dyspensą.
Nie, został wygnany z łona rodziny, Kościoła, z każdej wielkiej instytucji tego świata prócz jednej.
Było nią konserwatorium. I świat muzyki, do którego go ono przygotuje.
Żadne z nich nie miało najmniejszego związku z tym, co zrobili mu ludzie jego brata.
Gdyby nie to konserwatorium i muzyka, czekałby go rzeczywiście los gorszy od śmierci.
Tak nie było.
Kiedy leżał na łóżku we Flovigo i Alonso, siepacz jego brata przyłożył mu pistolet do głowy mówiąc: -Żyjesz; korzystaj z tego i opuść to miejsce- Tonio myślał, że to gorsze od śmierci. -Zabij mnie- chciał rzec, lecz nie miał wtedy nawet na tyle siły woli, by to zrobić.
Ale dzisiaj na wulkanie nie chciał umrzeć. Było przecież konserwatorium i była muzyka, która nawet w chwili najdotkliwszego bólu rozbrzmiewała w jego myślach, czysta i wspaniała.
Na twarzy Tonia pojawiła się nikła fala uczucia. Patrzył w morze. Dzieci, jak wielkie stado jaskółek, wchodziły w jego fale i wychodziły z nich.
Cóż więc zrobi?
Wiedział. Wiedział już wtedy, kiedy schodził z wulkanu. Miał przed sobą dwa zadania.
Pierwsze to zemsta na Carlu. To zajmie trochę czasu.
Carlo bowiem musi się najpierw ożenić i mieć dzieci; zdrowe, silne dzieci, które dorosną do dnia, gdy same się pożenią i będą mogły spłodzić własne potomstwo.
A wtedy dostanie Carla. Nie było ważne, czy sam przetrwa tę zemstę. Najprawdopodobniej nie uda mu się to. Dopadnie go Wenecja albo siepacze brata, ale nie wcześniej nim dotrze do Carla i szepnie mu do ucha: -Teraz to sprawa między nami.
Nie był pewien, co zrobi później. Kiedy przypominał sobie tych mężczyzn we Flovigo, nóż, przebiegłość i nieodwracalność wszystkiego, wydawało mu się, że dla jego ojca, który mimo swych trzydziestu pięciu lat tyle już przeszedł i tak kochał, śmierć byłaby zbyt prostą i łagodną karą.
Wiedział tylko, że pewnego dnia Carlo znajdzie się w jego mocy, tak jak on był w mocy tych ludzi we Flovigo, i będzie wtedy marzył o śmierci, jak marzył o niej Tonio, kiedy siepacz szepnął mu do ucha: -Żyjesz.
Wtedy będzie go mogła pojmać straż przyboczna Carla, Wenecja, synowie jego brata, obojętnie kto. Carlo zapłaci już wtedy za wszystko.
Drugie zadanie.
Będzie śpiewał.
Zrobi to dla siebie, ponieważ tego pragnie, bez względu na to, czy jest to jedyna rzecz, jaką może robić eunuch, czy nie. Nie miało znaczenia, iż taki właśnie los przeznaczył mu brat i jego towarzysze. Zrobi to, ponieważ uwielbia, chce tego, a jego głos jest jedyną rzeczą, jaka mu jeszcze została z tych, które kiedyś kochał.
Cała wspaniała ironia losu! Teraz głos nigdy go nie opuści, nigdy się nie zmieni.
Tak, zrobi to dla siebie, przyłoży się do tego ze wszystkich sił i pozwoli się zawieść wszędzie, gdzie może zaprowadzić go głos.
Kto wie, jak wspaniałe może się to okazać? Niebiańska wspaniałość kościelnych chórów, cudowne widowisko teatru, o którym nie odważył się teraz nawet myśleć, ale to właśnie mogło mu dać jedyną okazję spędzenia kilku chwil z boskimi aniołami.
* * *
Słońce stało wysoko na niebie. Uczniowie konserwatorium dawno ułożyli się do gorącego, niespokojnego snu w czasie sjesty.
Jednak pod nim kipiało życie Largo. Rybacy wracali z połowem. A przy odległym murze ustawiono przed przewalającym się tłumem scenę, na której grubiańsko gestykulował jaskrawo ubrany Punchinello.
Tonio obserwował przez chwilę tę samotną postać, której nieokrzesane słowa dochodziły go raz po raz przez harmider placu, po czym wstał i wszedł do małego pokoju, by zebrać kilka rzeczy, które miał ze sobą.
Jeszcze jedną rzecz przyniósł ze stoków Wezuwiusza.
Tego nie był może najbardziej pewien, wiedział o tym wyraźnie, nie ubierając w słowa, gdy przebudził się w słońcu i ujrzał kołyszące się nad nim, pełne wdzięku ciało.
W takich chwilach myślał o słowach Andrei: -Musisz sobie uświadomić, że jesteś już mężczyzną... zachowywać się, jakby była to całkowita prawda. Wtedy wszystko ułoży się jak trzeba.
Przypasał szpadę, zarzucił na ramiona pelerynę i jeszcze raz spojrzał w lustro na swą młodą sylwetkę i twarz.
- Tak- szepnął. -Musisz sobie uświadomić, że jesteś już mężczyzną, wtedy się nim staniesz i niech szlag trafi tych, którzy twierdzą inaczej!
W ten sposób uda mu się to pokonać. Istniał tylko ten jeden sposób i w tej cichej chwili spędzonej przed lustrem pozwolił sobie na akceptację całego dobra, które kiedyś przekazał mu "ojciec". Zniknął gniew. Zniknęła nienawiść. Wyparowała gdzieś ślepa wściekłość.
Pozostał jednak strach, którego mimo całej jasności umysłu nie był jeszcze w stanie przeanalizować. Wiedział, że w nim tkwi. Czuł jego obecność z taką pewnością, z jaką czuje się zagrożenie płonącego tuż obok ognia; nie był jednak w stanie się do niego przyznać, uznać jego istnienia.
Być może cicho postanowił sobie zostawić ten problem na przyszłość. Powiedział: -Nie będę o nim myślał, a wtedy z czasem zostawi mnie w spokoju. -Strach podsycały jednak wyraziste, dręczące wspomnienia Catriny Lisani wspierającej się na poduszkach w swym łóżku, małej Bettiny, jego dziewczyny z tawerny, unoszącej spódnicę w ciemnym wnętrzu gondoli. Najpotworniejsze było może jednak to, iż miało to coś wspólnego z jego matką, krążącą w ciemnej sypialni i szepczącą bez końca: -Zamknij drzwi, zamknij drzwi; zamknij drzwi.
W pewnej chwili wszystkie te myśli zakrzepły tak, że Tonio zatrzymał się, opuszczając swój apartament w albergo. Stał ze zgarbionymi ramionami, jakby dosięgnął go potężny cios. Wkrótce jednak w jego umyśle zapanowała pustka. Trzy kobiety zniknęły.
Majaczące nad nim, przytulone do wzgórz Neapolu konserwatorium miało w sobie jakąś tajemną, przyciągającą siłę kochanka.
8
Kiedy dotarł do bram konserwatorium i wspiął się niezauważony po schodach do swego pokoju, który zastał niemalże w takim stanie, w jakim go zostawił, panowała wciąż cisza sjesty. Patrząc na swój kufer i kilka ubrań, które ktoś tak troskliwie wyjął z komody, by Tonio je sobie zabrał, poczuł niemalże namacalny spokój tego miejsca.
Wciąż leżała tam czarna szata. Włożył ją, zdjąwszy przedtem surdut, podniósł z podłogi czerwoną szarfę, przewiązał się nią w pasie i mijając cicho sypialnię pełną drzemiących chłopców, ponownie zszedł na dół, do drzwi gabinetu Guida.
Guido nie odpoczywał.
Spojrzał znad klawikordu z natychmiastowym gniewem, którym zawsze reagował, gdy przeszkadzano mu w pracy. Oniemiał na widok stojącego w drzwiach Tonia.
- Czy uda się przekonać Maestra, by dał mi jeszcze jedną szansę?- spytał chłopak.
Czekał, stojąc z założonymi w tył rękami.
Guido nie odpowiedział. Miał tak groźny wyraz twarzy, że Tonio przez chwilę zdawał sobie sprawę ze sprzecznych uczuć, jakie do niego żywił. Wyłoniła się z nich jedna myśl: ten człowiek musi być moim nauczycielem. Nie do pomyślenia było, by miał go uczyć ktoś inny. Kiedy pomyślał, jak Guido wszedł do morza, by się unicestwić, na krótką chwilę poczuł ciężar nie wyjawionego uczucia, które dręczyło tego mężczyznę od dwudziestu ośmiu lat. Nie dopuścił go do swego serca. Czekał.
Guido skinął na niego dłonią. Przerzucał zawzięcie nuty.
Tonio ujrzał szklankę wody na małym stoliczku przy klawikordzie i opróżnił ją.
Spojrzał na nuty. Była to kantata Scarlattiego; nie znał jej, ale znał Scarlattiego.
Guido zaczął grać wstęp, jego nieco krótkie palce zdawały się dosłownie fruwać po klawiszach, a Wenecjanin zaczął na doskonałym tonie ciągnąć pierwszą nutę.
Własny głos wydawał mu się potężny, nienaturalny, niemożliwy do opanowania. Potrzebował ogromnej siły woli, by zmusić się do odśpiewania kolejnych fragmentów utworu, które dopisał nauczyciel i ozdobników, które dodał do partytury. Wreszcie miał wrażenie, że brzmi nieźle, prawie dobrze; kiedy skończył, miał dziwne uczucie, że płynie. Zupełnie jakby minęło mnóstwo czasu.
Zdał sobie sprawę, że Guido patrzy poza niego. Maestro di Capella wszedł przez otwarte drzwi i również wpatrywał się w Guida.
- Zaśpiewaj to dla mnie jeszcze raz- powiedział Maestro, zbliżając się do nich.
Tonio nieznacznie wzruszył ramionami. Nie mógł jednak zdobyć się na to, by spojrzeć wprost na tego człowieka. Spuścił oczy i podniósłszy wolno prawą dłoń, dotykał tkaniny, z której zrobiona była jego szata, jakby poprawiał od niechcenia jej prosty kołnierzyk. Czuł jak ta materia otacza go, wyróżniając w sposób, w jaki nic jeszcze nie uczyniło go tak innym i w tej chwili milczenia przypomniał sobie szorstkie słowa potępienia, które skierował do niego ten człowiek.
Miał wrażenie, że stało się to w innym wieku, a co zostało powiedziane, nie miało żadnego znaczenia.
Spojrzał na duże dłonie Maestra, na włosy porastające grzbiety jego palców. Patrzył na szeroki, czarny skórzany pas, którym przewiązana była jego sutanna. Bez wysiłku wyobraził sobie znajdujące się pod nią nie okaleczone genitalia mężczyzny. I podniósłszy wzrok, ujrzał cień zgolonego ciemnego zarostu Maestra, porastającego mu brodę i gardło.
Ale oczy Maestra, w które odważył się wreszcie spojrzeć, zaskoczyły go.
Były miękkie, rozszerzał je podziw i oczekiwanie. Guido patrzył na Tonia z taką samą miną. Obydwaj wpatrywali się w niego jak zaczarowani, czekając.
Wypuścił powietrze i zaczął śpiewać. Tym razem doskonale słyszał własny głos.
Pozwolił nutom unosić się, podążał za nimi myślą, nie czyniąc najmniejszego wysiłku, by je modulować. Nadszedł czas na prostszą, bardziej namiętną część pieśni. Jego głos wzniósł się jak na skrzydłach. I w którejś niemożliwej do określenia chwili powróciła do niego z całą swą czystością radość.
Miał wtedy ochotę łkać.
Gdyby istniały łzy, które mógłby przelać, płakałby bez względu na to, że nie był sam, a oni by to widzieli.
Znów powrócił do niego głos.
Pieśń skończyła się.
Patrzył poza krużganek, na światło migoczące w liściach i czuł, że ogarnia go przemożne, rozkoszne zmęczenie. Popołudnie było ciepłe. Z daleka dolatywały ciche dźwięki bawiących się dzieci.
Wyrósł przed nim jakiś cień. Odwróciwszy się niemalże z ociąganiem, spojrzał w twarz maestra Guida.
Guido wziął go w ramiona, a Tonio powoli, niepewnie poddał się tem uściskowi.
Miał wrażenie, że przypomina sobie pewną kobietę, kiedy obejmował kogoś innego, chwilę której towarzyszyło to samo słodkie, gwałtowne, nie wyjawione uczucie. Ktokolwiek to był, kiedykolwiek się to zdarzyło, należało już do przeszłości. Nie mógł przywołać tego momentu w pamięci.
Maestro Cavalla postąpił w przód.
- Masz wspaniały głos- powiedział.
| ||||