Krzyk w Niebiosa
Część Czwarta
1
Rozpakowując tego popołudnia w konserwatorium swój kufer (a rodzina rzeczywiście przysłała mu wszystko, co do niego należało), układając kilka ulubionych strojów w czerwono-złotej komodzie, a książki na półkach, Tonio zdawał sobie sprawę, że transformacja, której doznał na Wezuwiuszu, ma dopiero przejść ostateczny test.
Dlatego też nie chciał wynieść się z tego pokoju, chociaż Maestro di Capella natychmiast zaproponował mu zamieszkanie w nieużywanym apartamencie na pierwszym piętrze, jeśli tylko tego chce. Tonio pragnął widzieć przez okno Wezuwiusza i leżąc nocą w łóżku, patrzeć na płomień wulkanu jarzący się na tle nieba rozjaśnionego światłem księżyca. Chciał na zawsze zapamiętać, iż na szczycie tej góry zrozumiał, co znaczy być całkowicie samotnym.
W chwili kiedy przyszłość zaczynała odkrywać przed nim prawdziwe znaczenie jego nowego życia, musiał wesprzeć się na swych postanowieniach. Czekają go momenty przenikliwego bólu. Miał przeczucie, że bez względu na to, jak bardzo był teraz zrezygnowany, czy jak przerażająco cierpiał przez ostatni miesiąc, najgorsze miało dopiero nadejść.
Nie mylił się.
Chwile pełne bólu przyszły od razu.
Nadeszły w to samo ciepłe, słoneczne południe, kiedy wyjmował z kufra brokatowe i aksamitne okrycia, w które ubierał się kiedyś; na kolacje i bale w Wenecji, gdy wydobył obszytą futrem pelerynę, którą otulał się siedząc na parterze teatru, gdzie szalały przeciągi i patrzył na twarz śpiewaka Caffarellego.
Cierpiał też, gdy tego wieczora zajął miejsce wśród innych kastratów w jadalni, ignorując szok malujący się na ich wrogich twarzach.
Znosił to wszystko ze spokojem. Skinięciem głowy witał innych uczniów. Posłał rozbrajający uśmiech tym, którzy z niego kpili. Dotknął dłonią włosów małego Paola, który towarzyszył mu w podróży z Florencji i później często usiłował się do niego zbliżyć.
Z tym samym pozornym spokojem przekazał swą sakwę w ręce Maestra di Capella.
Uśmiechnął się też łaskawie, gdy kazano mu oddać szpadę i sztylet. Ale z wewnętrznym drżeniem odmówił dostosowania się do tej prośby, potrząsając nieznacznie głową, jakby nie rozumiał po włosku. Z pistoletów oczywiście zrezygnuje. Ale ze szpady? Nie, uśmiechnął się. Nie może tego zrobić.
- Nie studiujesz na uniwersytecie- powiedział ostro Maestro. -Nie będziesz hulał do woli w lokalnych tawernach. Czy muszę ci przypominać, że Lorenzo, uczeń, którego zraniłeś, wciąż leży w łóżku? Nie życzę sobie więcej kłótni. Oddaj mi szpadę i sztylet.
Znów ten łaskawy uśmiech. Toniowi było niezwykle przykro z powodu tego, co przydarzyło się Lorenzo. Ale Lorenzo wszedł do jego pokoju. Tonio był zmuszony się bronić. Nie mógł oddać szpady. Nie wyraził też chęci zrezygnowania z mniejszego sztyletu.
Nikt nie byłby w stanie zauważyć, jak bardzo zaskoczyło go to, że Maestro di Capella mu uległ.
Znalazłszy się w zaciszu swego pokoju na poddaszu, zaczął się z tego śmiać. Spodziewał się, że nakaz: "Uświadom sobie, że jesteś już mężczyzną" stanie się jego tarczą przeciw upokorzeniom, ale nie sądził, iż podziała on także na innych! Zaczynał sobie uświadamiać, że nauczył się na Wezuwiuszu pewnego sposobu postępowania. Bez względu na to, co czuje, będzie się zachowywał tak, jakby nie odczuwał nic, a wtedy wszystko lepiej się ułoży.
Oczywiście głęboko żałował szkody, jaką wyrządził Lorenzo. Chłopak zasłużył sobie na to, ale może narobić kłopotów.
Tonio wciąż o tym rozmyślał, gdy w godzinę po zapadnięciu zmroku na korytarzu starszych kastratów usłyszał chłopców, którzy byli odpowiedzialni za pilnowanie porządku w sypialni i w przeszłości wraz z Lorenzo przychodzili do pokoju Tonia, by go gnębić.
Tym razem był przygotowany na ich przybycie. Zaprosił ich do środka, i, przepraszając za brak kielichów czy pucharów, poczęstował butelką doskonałego wina, które przyniósł z nadmorskiego albergo. Wkrótce zaopatrzy się w kieliszki. Czy napiją się z nim? Gestem wskazał im miejsce na łóżku, a sam zajął stojące przy biurku krzesło i zaproponował następną porcję wina. I jeszcze jedną, widząc jak bardzo im smakuje.
Nie potrafili się temu oprzeć.
Tonio robił wszystko z tak spokojną pewnością siebie, że nie byli pewni, czy powinni mu odmawiać.
Tonio przyglądał im się po raz pierwszy i, robiąc to, zaczął bawić ich rozmową. Mówił cichym głosem o pogodzie w Neapolu i kilku osobliwościach tego miasta na tyle dużo, że nie ciążyło im milczenie.
Nie sprawiał jednak wrażenia człowieka gadatliwego, takim bowiem nie był.
Próbował ich ocenić, ustalić, który z nich, jeśli w ogóle był taki, pozostawał lojalny w stosunku do Lorenza leżącego wciąż w łóżku, ponieważ rana uległa zakażeniu.
Najwyższy z chłopców miał na imię Giovanni. Pochodził z północnych Włoch, miał osiemnaście lat i dysponował znośnym głosem, który Tonio słyszał w pracowni Guida. Nigdy nie będzie występował w operze, ale dobrze radził sobie jako młody maestro z małymi chłopcami i z pewnością w tej roli będzie go w przyszłości chciał zatrudnić chór kościelny. Wiązał swoje rzadkie włosy czarną, jedwabną wstążką, nadając im kształt charakterystyczny dla peruki z warkoczykiem. Miał łagodne, nieciekawe, prawdopodobnie tchórzliwe oczy.
Wydawało się, że chętnie zaakceptuje Tonia.
Był też Piero, blondyn, również pochodzący z północy, który posyłał kiedyś syczącym głosem tyle epitetów pod adresem Tonia, po czym odwracał głowę, jakby to nie on je wypowiedział. Miał lepszy głos- kontralt. Kiedyś mógłby stać się wspaniały, ale w odczuciu Tonia, który słyszał go w kościele, czegoś mu brakowało. Może namiętności, może wyobraźni. Pił teraz wino z pogardliwym uśmieszkiem, a jego oczy błyszczały zimno i podejrzliwie. Kiedy jednak Tonio zwrócił się do niego, chłopak wydawał się topnieć w oczach. Puszył się, odpowiadając na pytania Wenecjanina. A więc pragnął, by zwracano na niego uwagę.
Pod koniec tej krótkiej wizyty usiłował umizgiwać się do Tonia i zrobić na nim wrażenie, jakby Tonio był starszy, jakby był jego przełożonym.
Znajdował się wreszcie wśród nich i szesnastoletni Domenico. Był on obdarzony tak doskonałą urodą, że mógł uchodzić i za mężczyznę, i za kobietę. Ponieważ śpiewając często całkowicie napełniał płuca powietrzem i miał przy tym giętkie kości eunucha, dobrze rozwinęła mu się klatka piersiowa, tak że zyskał kobiece kształty: wąską talię, nad którą można było zauważyć wybrzuszenie wyglądające na biust. Było ono jednak tak subtelne, że mogło pozostać niedostrzeżone. Jego czarne rzęsy i różowe usta lśniły, jakby były pomalowane. Oczywiście nie były. Na palcach nosił całą kolekcję pierścieni, które błyszczały w świetle, gdy niezwykle powoli, z wyszukanym wdziękiem poruszał dłońmi. Jego kręcone włosy zwisały aż do ramion. Były tylko nieco zbyt długie. Nie odzywał się ani słowem, co spowodowało, że Tonio zdał sobie sprawę, iż nigdy, ani w mowie, ani w czasie śpiewu, nie słyszał głosu Domenica. Zaintrygowało go to, Domenico po prostu zawsze tylko obserwował. Nawet widok trafionego sztyletem Lorenza nie wywołał żadnej zmiany w wyrazie jego twarzy.
Teraz, gdy przejął butelkę wina, wytarłszy przedtem usta koronkową chusteczką, zatrzymał wzrok na Toniu. Peszył go tym spojrzeniem. Oceniał Wenecjanina w jakiś nowy sposób. Tonio pomyślał: -Ta istota tak dobrze zdaje sobie sprawę ze swej piękności, że obca jest jej wszelka próżność.
W najbliższym przedstawieniu operowym, które miało się odbyć na scenie konserwatorium, Domenico miał zagrać rolę pierwszej śpiewaczki. Tonia zafascynowała nagle perspektywa ujrzenia tego chłopca zmienionego w dziewczynę. Pomyślał o fiszbinach gorsetu zaciskających się wokół talii Domenica i zaczerwienił się tak, że stracił wątek tego, o czym opowiadał mu Giovanni.
Przestał więc zastanawiać się nad rolą Domenica. Po czym zaczęła dręczyć go myśl, że ten chłopak to właściwie kobieta w spodniach. Wciągnął niepewnie powietrze. Domenico lekko przechylał głowę w jedną stronę. Niemalże się uśmiechał. W blasku świecy jego skóra była jak porcelana. Podbródek przecinało charakterystyczne dla mężczyzn zagłębienie, co czyniło go jeszcze bardziej bałamutnym.
Kiedy chłopcy odeszli, Tonio siedział na brzegu łóżka rozmyślając. Zdmuchnął świecę, położył się i usiłował zasnąć, a kiedy sen nie chciał od razu nadejść, zaczął sobie wyobrażać, że jest na Wezuwiuszu. Znów poczuł tę drżącą ziemię, czuł ją na swych powiekach.
Na całe lata pozostało to jego rytuałem: przypominanie sobie dotyku tej ziemi i ryku wulkanu.
2
Po tej pierwszej nocy Tonio nie musiał jednak więcej kusić snu.
Następnego ranka, chociaż wciąż był posiniaczony po nocy spędzonej na wulkanie, obudził się w wyjątkowo dobrym humorze. Miał od razu rozpocząć naukę z Guidem.
Nawet kolory i zapachy konserwatorium dosyć przypadły mu do gustu. Szczególnie lubił panującą w korytarzach woń, którą kojarzył z instrumentami drewnianymi. Podobały mu się dźwięki dochodzące z budzącego się do życia pokoju ćwiczeń.
Jedząc ze smakiem niewyszukane śniadanie, ze szczególną lubością pijąc świeże mleko, spostrzegł przez okno refektarza pełne czaru poranne gwiazdy.
Pomyślał, iż powietrze jest nieomal jedwabiste. Było nęcąco ciepłe. Miało się wrażenie, że można by wyjść na dwór nago.
Radowało go, że wstał tak wcześnie.
Nawet Guido Maffeo mu się podobał.
Jego maestro siedział przy klawikordzie, robiąc piórem notatki, i zdawało się, że pracuje od wielu godzin. Świeca prawie się wypaliła; ciemność za oknem zmieniała się w mgłę. Usadowiwszy się na ławce przy ścianie, by poczekać, Tonio po raz pierwszy obejrzał dokładnie ten mały gabinet.
Pokój był kamienny; twarda podłoga wydawała się nieco przytulniejsza tylko dzięki prostemu dywanikowi. A jednak wszystkie sprzęty- klawikord, wysokie biurko, krzesło, ława- były bogato zdobione malowanymi motywami kwiatowymi i lśniącą emalią. Ożywiały zimne ściany. Maestro w swym czarnym żakiecie z małym płóciennym kołnierzykiem wyglądał ponuro, jak duchowny, ale niezwykle pasował do tego miejsca.
Tonio pomyślał, że nie zawsze tak okropnie wyglądał. Właściwie był całkiem przystojny. Ale na obliczu Guida często malowało się tyle złości, a brązowe, nieco za duże oczy nadawały jego twarzy awanturniczy wyraz. Była ona jednak ruchliwa i wyrazista, tak pełna różnych emocji i uczucia, że Tonio nie mógł się oprzeć jej fascynującej sile.
Nie potrafił jednak przypominać sobie Guida we Flovigo, w Ferrarze czy w Rzymie, w ogrodzie, w którym się objęli. Gdyby o tym myślał, pogardzałby nim. Starał się więc wygnać te chwile z pamięci.
W końcu maestro odłożył pióro, zdmuchnął świecę, z której został zaledwie trzepoczący, nieprzejrzysty płomyk w niebieskawej świetlanej aureoli i bez żadnego formalnego powitania powiedział:
- Masz wyjątkowy głos. Nieraz ci to już mówiono- ciągnął, jakby się z kimś spierał- więc nie oczekuj ode mnie dalszych pochwał, póki nie zasłużysz sobie na nie. Przez lata robiłeś to, co lubiłeś, a czego nie rozumiałeś i śpiewałeś pieśni dobrze tylko dlatego, że masz doskonały słuch, a inni dobrze je przy tobie wykonywali. Uchylałeś się od wszystkiego, co zdawało ci się trudne, szukając schronienia w tym, co dawało radość i było łatwe. Nie panujesz więc nad swym głosem i masz wiele złych nawyków.
Przerwał i przesunął dłonią po swych brązowych, kręconych włosach, jakby mu się bardzo nie podobały. Wyglądały jak czupryna jakiegoś cherubinka z obrazu namalowanego w zeszłym wieku, były tak samo bujne i miały wykręcone na zewnątrz końce; zdawały się jednak zaniedbane i nieco zakurzone.
- Masz przy tym piętnaście lat, a to bardzo wiele, jeśli chce się zacząć poważną naukę śpiewu- ciągnął. -Jednak już teraz mogę ci powiedzieć, że za trzy lata będziesz gotów do występowania na wszystkich scenach Europy, jeśli wykażesz posłuszeństwo w stosunku do moich zaleceń. Nie ma dla mnie znaczenia, czy chcesz zostać wielkim artystą, czy nie. Nie obchodzi mnie to. Nie pytam cię o to. Masz wspaniały głos, dlatego nauczę cię, jak być wspaniałym śpiewakiem. Wyuczę cię tak, byś mógł występować na scenie, na królewskim dworze, w całej Europie. Potem będziesz mógł z tym zrobić, co zechcesz.
Tonio był wściekły. Wstał i zbliżył się do rzucającego groźne spojrzenia człowieka o spłaszczonym nosie, siedzącego przy klawikordzie.
- Mógłbyś mnie zapytać, czemu wczoraj wróciłem!- rzekł swym najwynioślejszym, najchłodniejszym tonem.
- Nie waż się więcej tak do mnie odzywać- rzekł Guido z szyderczym uśmiechem. -Jestem twoim nauczycielem.
I nie wdając się w dalsze wyjaśnienia, omówił pierwsze ćwiczenie.
Zaczęli ten dzień prostymi Accentus.
Kazano Toniowi odśpiewać sześć coraz wyższych nut: do, re, mi, fa, sol, la. Następnie pokazano mu te same nuty z bardziej skomplikowanymi ozdobnikami, tak że wykonując je jako całość, śpiewał wznoszącą się łagodnie melodię, z występującymi raz po raz fluktuacjami, a każdej nucie towarzyszyły co najmniej cztery inne, trzy wznoszące się, jedna opadająca.
Należało to wykonać na jednym oddechu, traktując każdą nutę z taką samą uwagą. Jednocześnie trzeba było doskonale wyartykułować samogłoski. Całość miała być doskonale płynna.
Należało powtarzać tę melodię wiele razy, dzień po dniu, bez akompaniamentu klawikordu, aż do chwili gdy będzie wydobywała się z gardła Tonia naturalnie i równo, jak złoty strumień, a po oddechu, który chłopiec wciąga na początku śpiewu, i zasapaniu na końcu, nie będzie śladu.
W pierwszy dzień Tonio miał wrażenie, że zwariuje od tego śpiewu.
Ale następnego dnia zaczynając ćwiczenie z przekonaniem, że ta monotonia to subtelniejszy rodzaj tortury, zauważył w sobie zmiany. Miał wrażenie, że jego złość uformowała się w bańkę, która tego popołudnia w pewnej chwili pękła. Jej ścianki opadły jak płatki otulające pąk, a ze środka wyłonił się ogromny kwiat.
Kwiatem tym była hipnotyczna siła nut, które wykonywał Tonio, dryfowanie wraz z nimi, łagodna, senna świadomość, że za każdym razem, gdy raz jeszcze zaczynał pracę nad Accentus, zmagał się z jakimś nowym, fascynującym aspektem tego zadania.
Nim minął tydzień tych ćwiczeń, Tonio stracił rachubę różnych problemów, które rozwiązał; wiedział tylko, że jego głos całkowicie się zmienia.
Raz po raz Guido wytykał mu, że śpiewa do, re i mi z większym uczuciem niż pozostałe tony. Czyżby je bardziej pokochał? Musi mieć ten sam stosunek do wszystkich. Guido powtarzał też wciąż "Legato", kazał łączyć dźwięki powoli, doskonale. Siła głosu nie miała znaczenia. Nie chodziło też o wyrażanie uczuć. Jednak każdy ton musiał być piękny. Nie wystarczy zaśpiewanie tonu o idealnej wysokości (kilka razy niemalże niechętnie oznajmił Toniowi, że ma on dar wykonywania dźwięków o idealnej wysokości, chłopak jednak od dawna wiedział o tym od Alessandra), każdy ton musi być sam w sobie cudny jak kropla złota.
Potem maestro siadał i mówił: -Jeszcze raz od początku- i Tonio, chociaż ćmiło mu się w oczach i bolała go głowa, zaczynał od pierwszej nuty i płynnie przechodził do następnych.
Wreszcie z niezawodnym wyczuciem, kiedy całe ciało mrowiło już Tonia od niezmiernego wyczerpania, Guido zwalniał go z tego ćwiczenia i posyłał do wysokiego biurka, by- stojąc- rozwiązał jakiś problem dotyczący kompozycji czy kontrapunktu.
- Nie będziesz więcej siadał przy biurku. Nachylanie się nad nim nie wychodzi na dobre klatce piersiowej. Nie wolno ci robić nic, co mogłoby zaszkodzić twemu głosowi czy klatce piersiowej- mówił. I Tonio, chociaż bolały go nogi, pochylał tylko głowę, wdzięczny, że dano mu szansę, by na chwilę wygnać z umysłu brzmienie Accentus.
Wtedy jednak przychodził je mordować jakiś młodszy uczeń.
Nie wiedział, od jak dawna wykonuje to elementarne ćwiczenie, gdy Guido wreszcie dodał po dwie nuty na górze i na dole skali i pozwolił mu śpiewać całość szybciej, później jeszcze nieco prędzej. Dodatkowe cztery nuty były swego rodzaju wydarzeniem i Tonio oznajmił sarkastycznie, że powinien dostać pozwolenie na upicie się dla uczczenia tego.
Guido zignorował tę uwagę.
Wreszcie pewnego popołudnia, gdy Tonio już miał się zbuntować, Guido dał mu niespodziewanie kilka dopiero co napisanych arii pełnych różnorakich zmian i pozwolił akompaniować sobie na klawikordzie.
Tonio chwycił te pieśni w ręce, nim jeszcze przebrzmiały jego podziękowania. Były dla niego równie piękne jak kąpiel pod letnimi gwiazdami w ciepłym morzu. Zaśpiewał drugą z nich od początku do końca, nim zdał sobie sprawę, że oczywiście przysłuchuje mu się Guido. I za chwilę powie, że zrobił to okropnie.
Zaczął świadomie używać tego, czego nauczył się śpiewając Accentus i zorientował się, że cały czas korzystał z tej wiedzy. Artykułował słowa tych pieśni bardzo wyraźnie, ale bez wysiłku; śpiewał płynnie, kontrolował się i to niesłychanie ułatwiało mu natychmiastowe pojmowanie muzyki.
W takich chwilach po raz pierwszy doświadczał poczucia władzy.
I kiedy wracał do ćwiczeń, myślał o swym głosie w tych właśnie kategoriach.
Później tego samego wieczora zdawało mu się, że nie jest w stanie myśleć o swych nogach, stopach czy miękkiej poduszce, by się nie przewrócić; miał wrażenie, że nie jest człowiekiem. Stał się drewnianym instrumentem, z którego pod czyimiś palcami wydobywał się jego własny głos. Czuł dobywający się z własnego ciała śpiew, jego równe, gładkie brzmienie.
Nim pozwolono Toniowi wspiąć się na schody wiodące do jego pokoju, zaczęło mu się kręcić w głowie. Rzucając się na łóżko, uświadomił sobie, że od dziesięciu dni ani razu nie pomyślał o tym, co przydarzyło mu się, nim tutaj przybył.
Następnego ranka Guido powiadomił go, że ponieważ zrobił wspaniałe postępy, zaczną ćwiczyć Esclamazio. W przypadku jakiegokolwiek innego ucznia taki przeskok byłby nie do pomyślenia, ale Guido miał własną teorię co do kolejności zadań.
Pierwsze Esclamazio polegało na wolnym, doskonale kontrolowanym wzmacnianiu i przyciszaniu nuty, począwszy od cichej tonacji, poprzez coraz głośniejszy śpiew, aż do końcowego, powolnego wyciszenia. Mogło ono również zaczynać się od głośnego śpiewu, cichnąć i znów rosnąć aż do gromkiego zakończenia.
W obu przypadkach najważniejsze było absolutne panowanie nad głosem. Tutaj siła głosu była bez znaczenia. Również i w tym przypadku nuta musiała być doskonale piękna. Także to ćwiczenie wykonywał Tonio całymi dniami, najpierw na nucie A, potem E, wreszcie O, nim ponownie przeszedł do Accentus.
Wszystkie te ćwiczenia wykonywał w cichej, kamiennej komnacie, bez akompaniamentu klawikordu, a maestro przysłuchiwał mu się w tym czasie, jakby wsłuchiwał się w dźwięki, które nie dochodziły do uszu Tonia.
Chłopak uświadamiał sobie czasem, iż pogardza tym mężczyzną tak bardzo, że mógłby go uderzyć. Z przyjemnością wyobrażał sobie, że naprawdę wymierza Guidowi cios; później wstydził się tych myśli.
Mimo tych cichych ataków niewyrażonej złości, Tonio zdawał sobie sprawę, iż tak naprawdę dręczy go fakt, że Guido czuje do niego absolutną wzgardę.
Początkowo mówił sobie, że jego nauczyciel ma po prostu takie maniery, jest barbarzyński. Guido jednak nigdy nie był z niego zadowolony, rzadko uprzejmy, a jego zwyczajowa szorstkość zdawała się skrywać jakąś głębszą niechęć i irytację. Zdarzały się chwile, że Tonio czuł emanującą z Guida pogardę, jakby ten wprost mu o niej powiedział, a wtedy zaczynała mu zagrażać przeszłość wraz ze wszystkimi jej niewypowiedzianymi upokorzeniami.
Wówczas, drżąc z gniewu, Tonio dawał mu jedyną rzecz, której tamten pragnął: głos, głos, głos. Później, poddając się senności, przebiegał jeszcze myślą wydarzenia minionego dnia w poszukiwaniu najdrobniejszego wspomnienia nauczycielskiej pochwały.
Nie zdając sobie z tego sprawy, Tonio wpadł w potworną pułapkę- usiłował zyskać od Guida jakiś wyraz uczucia, zainteresowania.
Rankami próbował nawiązać rozmowę. Czy Guidowi nie wydaje się, że jest dzisiaj cieplej? Co dzieje się teraz na scenie konserwatorium? Czy muszą minąć lata, nim Toniowi będzie wolno brać udział w szkolnych przedstawieniach? Ale chyba to przedstawienie będzie mógł zobaczyć?
Guido odpowiadał na to wszystko bardzo opryskliwie, ale bezosobowo. Potem podnosił głowę znad kartki, na której pisał, i mówił: -Dzisiaj śpiewając będziesz przetrzymywał wszystkie nuty dwa razy dłużej; a Esclamazio mają być doskonałe.
- Ach, znów tak doskonałość!- szeptał Tonio.
Guido zbywał to milczeniem.
Czasem była już dziesiąta w nocy, nim pozwolił Toniowi odejść. Tonio słyszał potem Esclamazio w snach i budził się z dźwiękiem tych przeciągłych nut w uszach.
Wreszcie przeszli do nauki pierwszych ozdobników.
Na razie Tonio nauczył się podstaw panowania nad oddechem i brzmieniem głosu oraz całkowitej koncentracji na tym, co śpiewa.
Proces okraszania melodii ozdobnikami był jednak bardziej skomplikowany. Tonio musiał nauczyć się nie tylko nowych dźwięków czy ich kombinacji, ale także umiejętności samodzielnego wyczuwania, kiedy należy je dodać do melodii.
Najpierw nauczył się ozdobnika zwanego tremolo. Polegał on po prostu na szybkim powtarzaniu jednego dźwięku. Na przykład śpiewając A trzeba było wydobyć z siebie A A A A A, doskonale kontrolując śpiew, a przy tym z idealną płynnością, tak by tony zlewały się ze sobą oraz by jednocześnie dokładnie słychać było następujące po sobie eksplozje kolejnych dźwięków.
Kiedy znużyło go to, a melodia wydobywała się z jego ust z niejaką naturalnością, przeszedł do ozdobnika zwanego trill, polegającego na szybkim powtarzaniu jednej nuty na zmianę z sąsiednią, wyższą nutą, w dużym tempie, na jednym, długim oddechu, jak na przykład ABABABABABABABA.
Po długich tygodniach spędzonych na ćwiczeniu Accentus i przeciągłych, bogatych nut Esclamazio, sprawiało mu to dużą przyjemność. A zadanie utrzymania absolutnej kontroli nad głosem, panowania nad nim, zaczęło stanowić oszałamiające wyzwanie.
Z dnia na dzień szybciej i na dłużej poddawał się hipnotycznemu działaniu muzyki. Czasem na godzinę przed zakończeniem ćwiczeń Tonio nabierał nowego wiatru w skrzydła i wykonywał te ćwiczenia pełen natchnionego wdzięku i bezinteresowności.
Nie istniał. Był tylko głosem. Ciemność otulała pokoik. Świeca migotała nad leżącą przed chłopcem zapisaną kartką. Słyszał nieziemskie dźwięki, tak przypominające przebłyski abstrakcyjnej formy pojawiające się w jego umyśle, że napełniało go to niemalże przerażeniem.
Pracował bez końca. Zmuszał się do tego.
Było bardzo późno.
Czasem do komnaty wchodził Maestro di Capella mówiąc, że czas już kończyć. Tonio opadał wtedy na ławę i opierał głowę o ścianę, a Guido siadał czasem do klawikordu. Głębokie, dźwięczne tony zalewały pokój. Patrząc na niego, Tonio czuł pustkę ciała i duszy.
Wtedy Guido mówił: -Wyjdź. -I Tonio, nieco zaskoczony i poniżony, szedł na górę i natychmiast zasypiał.
Nie dawano mu już do śpiewania arii, z których czerpał tyle radości, skrócono nawet czas poświęcony na naukę kompozycji, aby mógł spędzać dni na ćwiczeniach.
Jeśli jednak głos Tonia wykazywał jakiekolwiek objawy nadwerężenia, Guido natychmiast przerywał naukę. Czasem Tonio po prostu odpoczywał, podczas gdy inni uczniowie odbywali lekcje. Pochłaniały go wtedy ich niemożliwe do przezwyciężenia błędy czy też bardzo powoli poddające się ćwiczeniom uchybienia.
Obserwując te zajęcia, Tonio znajdował czasem pocieszenie w tym, że Guido zdawał się pogardzać innymi uczniami równie mocno jak nim. Czasem dawało mu to ukojenie. Bywały jednak chwile, że czuł się przez to jeszcze gorzej, a kiedy Guidowi zdarzało się uderzyć ucznia, co działo się często, doprowadzało to Tonia do wściekłości.
Pewnego dnia, kiedy nauczyciel zbił małego Paola, chłopca, który jechał z nim z Florencji, Tonio stracił panowanie nad sobą i powiedział Guidowi stanowczo, że jest nieokrzesanym i prostackim wieśniakiem przebranym w szlachecki strój jak tańczący niedźwiedź.
Spośród osób, które wznieciły uczucia Wenecjanina, czy też wywołały jego współczucie, nie potrafi zapomnieć tylko Paola. Nie miało to jednak nic wspólnego z całą niesprawiedliwością czynu Guida. Paolo dostosowywał się do wymagań maestra, jak tylko potrafił. Z natury był psotny, skory do śmiechu i za to przede wszystkim został zbity. Tonio szalał z gniewu.
Ale Guido tylko się zaśmiał.
Objaśnił Toniowi śpiewanie pasaży, które miało być zwieńczeniem wszystkich poprzednich lekcji.
Polegało ono na rozbijaniu linii melodycznej na drobne wartości rytmiczne, nie zmieniając przy tym słownego sensu i czystości tematycznej pasażu. Guido wyjaśniał to na podstawie słowa Sanctus. Kompozytor mógł zapisać go w postaci dwóch nut, z których druga byłaby wyższa niż pierwsza. Tonio musi jednak podzielić pierwszy dźwięk, Sanc, na siedem lub osiem nut o różnej długości i wysokości, obniżających się jednak w końcu i przechodzących płynnie w drugi dźwięk czy nutę Tus, która również musi składać się z siedmiu czy ośmiu nut i zakończyć się nieodwołalnie i pięknie na tym samym drugim dźwięku.
Ćwiczenie tych ozdobników i pasaży, tak jak zapisał je Guido, miało być dopiero początkiem. Później Tonio będzie musiał nauczyć się tworzenia ze smakiem i doskonałą synchronizacją własnych ozdobników do nie upiększonej kompozycji. Musi wiedzieć, kiedy kolejno wzmacniać i przyciszać nutę, jak długo ją utrzymywać, czy rozbijać pasaż na dźwięki tej samej czy różnej długości i do jakiego stopnia może sobie pozwolić na wznoszenie czy obniżanie brzmienia tych dodatkowych nut. Musi też cały czas tak artykułować słowa kantaty czy arii, by mimo tych wszystkich wspaniałych ozdobników, znaczenie tekstu było dla wszystkich jasne.
Było to z grubsza wszystko, czego Guido miał nauczyć Tonia. Reszta polegała na wariacjach i udoskonaleniach.
W normalnych warunkach doskonałe opanowanie tego zabierało uczniowi pięć lat- o wiele wolniej przechodził on od Accentus do Esclamazio i ozdobników. Guido karmił jednak Tonia nauką w tak szybkim tempie z oczywistych przyczyn: aby go nie znudzić oraz dlatego, że Tonio dowiódł, iż świetnie to wszystko pojmuje.
Był w stanie pracować nad wszystkimi aspektami swej techniki wokalnej naraz; Guido zaczął więc pisać dla niego coraz trudniejsze wokalizy. Miał oczywiście wiele starych ksiąg nauczycieli z poprzednich wieków, a również z początków wieku siedemnastego, ale jak większość mistrzów sam pisał ćwiczenia wiedząc, czego najbardziej potrzebuje Tonio.
Kiedy Tonio zrozumiał, że ćwiczenia te stanowią podstawę jego nauki i ma jeszcze przed sobą doskonalenie przy ich pomocy głosu, póki nie stanie się on tak mocny, niezmienny i piękny jak szereg doskonale odlanych dzwonów uderzanych raz po raz z dokładnie tą samą siłą, wybuchnął płaczem leżąc na klawikordzie i złożywszy głowę na splecionych ramionach.
Czuł się tak zmęczony na ciele i umyśle, że zdawało mu się, iż nigdy przedtem nie zaznał ani prawdziwego snu, ani wyczerpania. Nie zważał na wściekłe spojrzenie Guida Maffeo.
Nienawidził maestra! Tak samo jak on nie znosił jego. Niech i tak będzie. Pomyśleć, że przysiągł sobie robić to wszystko dla siebie, dla własnej przyjemności! Nagle ogarnęło go przerażenie. Jeśli tego zaniecha, cóż mu zostanie?
Kręciło mu się w głowie, jakby miał stracić równowagę i nagle zdał sobie sprawę z nieuświadomionej sfery snów, które zawsze zapominał o poranku. Jakieś drzwiczki już, już miały się otworzyć, ukazując nocne koszmary i nicość. Tonio łkał gorzko, pragnąc, by Guido Maffeo wyszedł. Niech wyjdzie z pogardą, no już! Niech się wynosi! To właśnie powiedziałby w takiej chwili maestro: -Wynoś się!
- Mam chropowaty głos- rzekł wreszcie Tonio. -Jest nierówny, rozbrzmiewa i łamie się w moim gardle, kiedy chce. Dotąd nauczyłem się tylko dostrzegać, jak bardzo jest zły!
Guido patrzył na niego ze złością. Potem jego twarz stała się dziwnie pozbawiona wyrazu.
- Mogę iść do łóżka?- szepnął Tonio.
- Jeszcze nie. Idź do pokoju i przebierz się. Zabieram cię do opery.
- Co?- Chłopak podniósł głowę. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. -Wychodzimy, idziemy do opery?
- Owszem, jeśli przestaniesz mazać się jak dzieciak. Natychmiast idź się przebrać.
5
Tonio biegł przeskakując po dwa stopnie. Ochlapał twarz zimną wodą i zaczął wyciągać swoje piękne stroje, których nie nosił od momentu opuszczenia Wenecji. Po chwili miał już na sobie żakiet z ciemnoniebieskiego brokatu, najpiękniejsze białe koronki i ozdobione sprzączką buty. I przypasując do boku szpadę, znalazł się nagle na niższym piętrze, przy apartamencie Guida.
Wtedy przypomniał sobie, że nim gardzi. I że nie jest dzieckiem, które nigdy nie było w operze. Wkrótce jednak znowu o tym zapomniał. Właściwie czuł się tak szczęśliwy, że sam nie był w stanie tego pojąć. Niemalże śmiał się w głos.
Kiedy pojawił się Guido, Tonio- przygotowany na jego zwykły strój- był zaskoczony. Maestro miał na sobie żakiet z czekoladowego aksamitu o odcieniu dokładnie takim samym jak jego brązowe oczy i przyczesane gładko włosy, pod którym widać było kamizelkę ze złocistego jedwabiu. W świetle ozdabiające jego szyję koronki, chociaż nie tak wyszukane jak Tonia, lekko błyszczały, a jego oczy były niepokojąco duże. Gdyby okazał choć trochę uprzejmości, lekko się uśmiechnął, byłby bez wątpienia przystojny. Ale Guido jak zawsze był szorstki i zadumany.
Tonio zesztywniał na widok jego ponurej miny. I podążył za nim do pierwszej ruchliwej ulicy, na której zatrzymali powóz, mający zawieźć ich do Teatro San Bartolommeo.
Mieścił się on w starym, jasno oświetlonym, i zatłoczonym budynku. W zadymionych pokojach gry panował zgiełk. Niespokojna, hałaśliwa publiczność oglądała już przedstawienie. W tym teatrze wystawiano w Neapolu opery heroiczne- poważne- przed arystokratyczną publicznością, która zapełniała pierwsze rzędy krzeseł.
Dla Tonia wszystko to stanowiło wizję. Zupełnie jakby nigdy przedtem nie miał do czynienia z takim przepychem, nie znał od dzieciństwa żyrandolów z Murano, nigdy nie widział takiej obfitości woskowych świec.
Guido bezwzględnie zyskał teraz w jego oczach na godności i ogładzie. Wydawał się niemalże gentlemanem. Kupił libretto i partyturę, po czym powiódł Tonia nie do hałaśliwych lóż, ale na dół, na najdroższe parterowe miejsca, znajdujące się tuż przy rampie.
Nie zaczęła się jeszcze nawet druga połowa pierwszego aktu, najważniejsze arie były więc przed nimi. Kiedy tylko Guido usadził się wygodnie, przysunął Tonia blisko swego boku.
- A więc to ma być ta bestia, która warczy na mnie już ponad miesiąc- myślał Tonio. Zaskoczyło go to. Nie mógł przestać wpatrywać się w Guida.
W przedstawieniu brało udział dwóch kastratów, wyjaśnił maestro, i śliczna, mała primadonna, jednak- jak twierdził- to stary eunuch zaćmi wszystkich swym śpiewem i nie dlatego, by miał dobry głos, ale ponieważ doskonale opanował technikę.
Tonio był oczarowany, gdy usłyszał śpiew kastrata. Miał on jedwabisty, pełen czułości głos. Publiczność nagrodziła go rzęsistymi oklaskami. -I to nie jest wspaniały głos?- szepnął Tonio.
- Wszystkie wysokie nuty śpiewał falsetem, ponieważ nie ma aż tak szerokiej skali głosu. Ale tak doskonale nad nim panuje, że nie zdołałeś tego zauważyć. Następnym razem wsłuchaj się dokładnie, to zrozumiesz, co mam na myśli. Tempo jest dobrane specjalnie dla niego, by mógł poświęcić każdemu dźwiękowi jak największą uwagę. W rzeczywistości dysponuje już tylko środkową częścią skali głosu, zaś reszta to czysta technika.
Tonio zauważył później, że to wszystko prawda. Tymczasem primadonna urzekła wszystkich swym spontanicznym, uczuciowym śpiewem. Guido stwierdził jednak, że wyrosła ona na ulicach, śpiewając pod oknami jak Tonio, więc chociaż wysokie nuty śpiewała tak, że słuchający dostawali z zachwytu dreszczy, to wcale nie potrafiła sobie radzić z niższymi dźwiękami. Ginęły one w akompaniamencie klawikordu. Widać było tylko jej ruszające się bezgłośnie usta.
Inną niespodzianką okazał się młody kastrat, dysponujący ładnym kontraltem, rzadko spotykanym u mężczyzn. Jego głos lśnił, przywodził na myśl aksamit, ale gdy śpiewak wykonywał wysokie nuty, stawał się chropowaty.
Każda z tych dwóch młodych osób mogła zaćmić starego kastrata dzięki swym naturalnym talentom, ale że nie wiedzieli, jak to zrobić, więc on raz po raz stawał w światłach rampy i sprawiał, że publiczność milkła.
Guido nie zadowolił się jednak tylko śpiewem. Zwrócił Toniowi uwagę na partyturę i na to, że najwyraźniej dodano pewne arie specjalnie dla określonych głosów. Uświadomił mu, że między młodszym kastratem a primadonną toczy się współzawodnictwo, a stary eunuch śpiewając stoi niezwykle nieruchomo, gdyż gestykulując swymi nadzwyczaj długimi i chudymi ramionami ośmieszyłby się. Natomiast młody kastrat był przystojny, co zadowalało publiczność, i przyjmował pełne wdzięku pozy, jak starożytne posągi. Primadonna nie potrafiła regulować oddechu, ale miała w sobie dużo ciepła.
Nim opadła kurtyna, Tonio zdążył już między aktami wypić o wiele za dużo białego wina i kłócił się zawzięcie z Guidem o to, czy muzyka, której słuchali, była bezwstydną imitacją dzieł Scarlattiego, czy też czymś rzeczywiście nowym. Guido twierdził, że jest w niej oryginalność i Tonio powinien poznać więcej dzieł neapolitańskich kompozytorów, gdy nagle podekscytowany tłum zaczął ich nieść przez hall.
Mężczyźni i kobiety rozmawiali z Guidem. Do otwartych drzwi podjeżdżały jeden po drugim powozy.
- Dokąd jedziemy?- spytał Tonio. Kręciło mu się w głowie, a kiedy powóz ruszył, niemalże stracił równowagę. Zauważył, że siedząca naprzeciw dama śmieje się z niego. Miała czarne włosy i mlecznobiałą szyję; jej ramiona zakrywały rękawy z przejrzystej tkaniny, a grzbiety dłoni zdobiły malutkie dołeczki.
* * *
Tonio nie pamiętał momentu wejścia do tego budynku. Szedł przez niekończący się łańcuch ogromnych pokoi usianych rozpryskami jaskrawych kolorów, w których tak lubowali się neapolitańczycy, pełnych złoconych i emaliowanych mebli, stojących przy ścianach, okien zasłoniętych kotarami z brokatu przewiązanymi sznurami z chwaścikami, żyrandoli otoczonych skorupą białego wosku i aureolą łagodnego światła. Setki muzyków, należących do różnych orkiestr, gładziło smyczkami błyszczące skrzypce, dęło w złote rogi, napełniając szerokie, marmurowe korytarze falującą, niemalże agresywną muzyką.
W powietrzu płynęły tace białego wina. Tonio chwycił jeden kielich i wypił duszkiem jego zawartość, po czym wziął następny; służący w peruce i niebieskim, atłasowym żakiecie, stał nieruchomo jak posąg, wreszcie odszedł.
Nagle Tonio zgubił się. Od dawna nie widział nigdzie Guida i co chwila zaczepiały go kobiety, zwracające się do niego po francusku, po włosku i po angielsku. Podpłynęła do niego starsza dama i wyciągając swe długie ramię, jakby była to laseczka, chwyciła go i przyciągnęła do siebie, póki nie dotknęła suchymi ustami piersi Tonia. -Promienne dziecię- powiedziała w neapolitańskim dialekcie.
Uwolnił się, stracił równowagę i zdecydował, że musi stąd uciec. Gdziekolwiek by się nie zwrócił, jego wzrok padał na doskonale piękną skórę i niewielkie wzniesienie piersi nad kawałkiem wstążki. Jakaś kobieta, śmiejąca się tak szaleńczo, że straciła oddech, trzymała w dłoniach swe ozdobione koronkami piersi, jakby jej wzorzysta taftowa suknia mogła w tym miejscu pęknąć w szwach. Ujrzawszy go, zasłoniła usta białym, koronkowym wachlarzem ozdobionym półkolem czerwonych róż.
Pochylał się nad stołem bilardowym. Nagle zdał sobie sprawę, że stojący na drugim końcu sali wychudzony, najwyraźniej trawiony gruźlicą mężczyzna, o skórze tak białej, że niemal widać było przez nią kości, wpatruje się w niego i posyła mu uśmiech.
Przez chwilę nie przypominał sobie, kto to jest, wiedział tylko, że musi go znać. Nagle uświadomił sobie, że to ta żywa wizja śmierci, która nad nim stanęła na Wezuwiuszu. Ruszył w stronę tego człowieka. Tak, to był ów gruźlik, tyle że ubrany teraz we frywolny żakiet z brokatu przetykanego złotą nicią, co nadawało mu krzykliwy wygląd marmurowych, kościelnych posągów świętych, które czasem wierni przystrajają w szaty z prawdziwego materiału.
Głowę mężczyzny zdobiła pudrowana peruka; jego głęboko osadzone, pełne cieni oczy przesuwały się po zbliżającej się postaci Tonia niemalże z lubością.
Jeszcze jedna taca z trunkami, jeszcze jeden kruchy kielich w dłoni Tonia. Stał tuż przy tym człowieku, patrzyli na siebie.
- Żywy i cały- odezwał się mężczyzna głuchym, łamiącym się głosem. I natychmiast, jakby opanował go nagły ból, przycisnął chusteczkę do ust. Pierścienie na jego palcach zdawały się utrzymywać tylko na białych kościach. Wycofał się lekko pochylony, otoczyły go wirujące spódnice.
- Chcę stąd wyjść- szepnął Tonio. -Muszę się stąd wydostać.
Kiedy zaczęła się do niego zbliżać jeszcze jedna kobieta, posłał jej tak wrogie spojrzenie, że odeszła urażona. Zawrócił i potykając się wszedł do pustej jadalni, w której stał długi stół, zastawiony- jak się zdawało- na kilkaset osób, ozdobnymi talerzami i świeżymi, ciętymi kwiatami.
Daleko od niego przy ścianie, koło jednego z osadzonych głęboko arkadowych okien, stała samotna młoda kobieta i przyglądała mu się.
Przez krótką chwilę zdawało mu się, że jest to primadonna z opery i ogarnęła go fala desperacji. Słyszał jej pełny, lubieżny głos, przed oczyma pojawiły mu się raz jeszcze te małe piersi, unoszące się w rytm niewyćwiczonych oddechów, i poczuł jak desperację zastępuje panika.
Ale to nie była primadonna, a jakaś inna młoda kobieta o takich samych jasnych włosach i niebieskich oczach, nieco jednak wyższa, drobnej budowy ciała. Jej oczy były ciemne, niemalże granatowe. Miała na sobie gładką suknię z fioletowego jedwabiu, bez wszystkich tych falbanek i wstążek, które dostrzegł na scenie. Strój ten doskonale podkreślał jej ręce i ramiona. Wydawało się, że obserwowała Tonia już od dłuższego czasu i, zanim się pojawił, płakała.
Wiedział, że musi wyjść z tego pokoju. Jednak patrząc na nią, poczuł gniew i jakąś dziwną, pijacką namiętność. Dziewczyna była giętka, z jej starannie ułożonych loków wymykały się śliczne, drobne kosmyki, które w blasku świecy wyglądały jak aureola.
Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, zaczął się do niej zbliżać. Nie przyciągała go jednak tylko jej uroda. Coś w jej postaci sugerowało zepsucie i obojętność na konwenanse. -Płacze, płacze- myślał. -Czemu ona płacze?- Potknął się. Był bardzo pijany. Świeca stojąca na obrusie zachwiała się i przewróciła. Zgasła, posyłając wprost pod sufit pasmo wonnego dymu.
Znalazł się tuż przy dziewczynie, podziwiając te granatowo-niebieskie oczy, w których nie czaił się strach przed nim.
Nie było w nich strachu. Nie było. A czemuż, na Boga, miałaby się go bać? Nie miał zamiaru jej dotknąć. A jednak wyciągnął dłoń.
Nagle w jej oczach, bez żadnego powodu, znów pojawiły się łzy. Łkała bezradnie.
Sama położyła głowę na jego ramieniu.
Była to chwila pełna udręki. Przerażająca. Jej miękkie, jasne włosy dotykające policzka Tonia pachniały deszczem, a w rozwartym dekolcie jej sukni ujrzał piersi, które go dotykały. Wiedział, że jeśli od niej nie odejdzie, to uderzy ją, wyrządzi jej jakąś potworną krzywdę, a jednak przytulał tę dziewczynę tak mocno, że z pewnością musiała czuć ból.
Dotknął jej podbródka i uniósł głowę. Otoczył jej usta swoimi i wtedy usłyszał krzyk. Wyrywała się.
Zdawało się, że upadł w tył. Dziewczyna była bardzo, bardzo daleko od niego, a jej zacieniona twarz zdawała się tak niewinna i pełna cierpienia, że Tonio odwrócił się i wybiegł z komnaty. Biegł, póki nie znalazł się w samym centrum balu, pośród wielu tancerzy.
- Maestro- szeptał, kręcąc się bezradnie, a kiedy Guido niespodziewanie złapał go za ramię, Tonio nalegał, by stąd w tej chwili wyszli.
Starsza kobieta kiwała do niego głową. Stojący obok człowiek wyjaśnił, że markiza pragnie z nim zatańczyć. -Nie potrafię... -Potrząsnął głową...
- Potrafisz- zadudnił mu w uchu głos Guida. Czuł jego rękę na swym karku.
- Niech cię szlag- szepnął. -Muszę się stąd wydostać... masz mi pomóc... wrócić do konserwatorium.
Ale już kłaniał się tej starej kobiecie, całując jej dłoń. Wyraz jej twarzy, ruin pozostałych po urodzie, był pełen słodyczy i nawet w sposobie, w jaki podawała mu zwiędnięte ramię, był wdzięk.
- Nie, maestro!- szepnął.
Obracała się lekko w swych białych pantofelkach. Toniowi cała sala wirowała przed oczami. Nie może więcej ujrzeć tej złotowłosej dziewczyny. Nie może! Zwariowałby, gdyby nagle się ukazała, ale jednocześnie tak chciałby dać jej o tym znać.
Właściwie o czym?
Że to nie jego wina; ani jej.
Stał naprzeciwko markizy, orkiestra od jakiegoś czasu grała kadryla, a Tonio jakimś cudem ruszał w przód, skłaniał się partnerce, rozłączając się z nią, by przejść wzdłuż długiego szeregu par, dokładnie tak, jak robił to wcześniej tysiące razy, wciąż jednak zapominał, co właściwie robi!
Pojawił się Guido. Jego brązowe oczy zdawały się być za duże na tle twarzy.
Po chwili Tonio opierał się już na jego ramieniu i coś do kogoś mówił, usprawiedliwiał się, że musi wyjść, wydostać się z tego miejsca, dostać się do własnego pokoju, swojego pokoju, albo iść na wulkan. Tak, na wulkan, do tego właśnie nie potrafił sam przed sobą się przyznać i było to nieznośne.
- Jesteś zmęczony- rzekł Guido.
Potrząsnął przecząco głową. Nie mógł nikomu tego powiedzieć, ale myśl, że nigdy więcej nie będzie mógł spać z kobietą, była nieznośna. Jeśli nie przestanie o tym myśleć, zacznie krzyczeć. Gdzie ona jest? Nawet przez chwilę nie wierzył, że Alessandro naprawdę mógłby to robić! Matka wydawała mu się takim dzieckiem, i Beppo, nie, to nieprawdopodobne. I Caffarelli; co naprawdę robił, gdy zostawał z nimi sam na sam?
Guido wsadzał go od powozu. -Chcę iść na wulkan!- powtórzył Tonio z wściekłością. -Zostaw mnie w spokoju. Chcę iść, wiem, gdzie się udaję.
Powóz ruszył. Tonio widział gwiazdy, czuł na twarzy ciepłą bryzę, patrzył na porośnięte liśćmi gałęzie pochylające się w dół, jakby pragnęły go pogłaskać. Jeśli pomyśli teraz o Bettinie w gondoli, o miękkim gniazdku białych nóg, jedwabistej skórze wnętrza jej uda, to zwariuje. Wygnali go! Nigdy więcej nie postanie tam jego stopa, dopóki... a kiedy...
Osunął się na Guida. Stali przy bramie konserwatorium; Tonio rzekł: -Chcę umrzeć. Wyjawiam ci mój ból, wolę umrzeć. -Ale znów przemówił do niego ten wewnętrzny głos: -Jesteś już mężczyzną- i Tonio poszedł na górę do łóżka, jakby nic nie przeżywał.
4
Wkrótce stało się jasne, że ilekroć Tonio był zbyt zmęczony, by pracować, Guido przygotowywał dla niego jakąś nagrodę. Wychodzili wtedy do opery albo Tonio dostawał jaką prostą arię, której śpiewanie sprawiało mu przyjemność. Guido nie dał się jednak w tym względzie oszukać. Wiedział, kiedy jego uczeń nie jest w stanie nic więcej zrobić, i pewnego popołudnia, gdy Tonio jak zawsze starał się go zniechęcić, zabrał go na dół, do teatru konserwatorium.
- Siedź tutaj. Obserwuj i słuchaj- rzekł, zostawiając Tonia w ostatnim rzędzie krzeseł, gdzie chłopak mógł niezauważony rozprostować obolałe kończyny.
Dźwięki dobywające się z tego pomieszczenia zawsze niezwykle ciekawiły Tonia.
Z radością przekonał się, że teatrzyk jest urządzony z równym przepychem jak te, które znał z weneckich pałaców. Dookoła biegł jeden rząd lóż ozdobionych szmaragdowymi zasłonami, a łuk proscenium błyszczał od złoconych ślimacznic i aniołów.
Na parterze ćwiczyło około dwudziestu pięciu muzyków- zdumiewająca liczba, jako że nawet opery zatrudniały tylu tylko na niektóre przedstawienia. Wszyscy pracowali nad swymi własnymi zadaniami, nie zwracając uwagi na śpiewaków ćwiczących gamy i na ucznia-kompozytora nazwiskiem Loretti, złoszczącego się, że w takim tempie nigdy nie zdążą przygotować przedstawienia przed premierą, która miała odbyć się dokładnie za dwa tygodnie.
Guido, zatrzymawszy się w drzwiach, zareagował na to śmiechem i powiedział Toniowi, że wszystko idzie doskonale.
Tonio drgnął, jak przebudzony ze snu, gdyż wśród chodzących tu i ówdzie członków obsady dostrzegł Domenica, tego pięknego sylfa, którego widywał ostatnio tylko przy stole w czasie kolacji.
Myśląc o tej sali czy nadchodzącym przedstawieniu, zawsze przypominał sobie Domenica.
Kompozytor właśnie wszystkich zwoływał.
Skończyła się przerwa, w małym teatrze szybko zapadła cisza, a muzycy zaczęli grać uwerturę.
Bogactwo dźwięku zaskoczyło Tonia; ci chłopcy byli lepsi od profesjonalistów, których słyszał w Wenecji. Gdy na scenie pojawili się pierwsi śpiewacy, zdał sobie sprawę, że uczniowie ci są już gotowi do występów w całej Europie.
Neapol z pewnością był muzyczną stolicą Włoch, chociaż Wenecjanie szydzili z takiego stwierdzenia, a w tej chwili łagodnego spokoju, słuchając ślicznej, żywej muzyki, Tonio pomyślał: -Neapol to moje miasto.
Poczuł ulgę. Ból odzywający się w jego nogach po tylu godzinach stania, zdawał się być niemalże rozkoszny. Nachyliwszy się nad zaokrąglonym oparciem stojącego przed nim krzesła z zielonego aksamitu, splótł ramiona na jego rzeźbionym obramowaniu i złożył na nich brodę.
Pojawił się Domenico. Chociaż miał na sobie tę co zwykle czarną szatę i czerwoną szarfę, wyglądał, jakby zmienił się w kobietę, której rolę grał. W każdym jego geście była ustępliwość i gracja, które sprawiły, że Tonio poczuł się nagle napięty i oburzony.
Rozpraszał go tylko głos chłopca. Był wysoki, czysty i, w przeciwieństwie do falsetu, całkowicie przejrzysty. Domenico najwyraźniej dysponował fenomenalną skalą sopranową, a płynność, z jaką łączył krągłe dźwięki, kazała się Toniowi wstydzić swych własnych miernych wyników w śpiewaniu Accentus.
- To dopiero głos, z którym trzeba się liczyć- westchnął, gdy tylko Domenico skończył śpiewać i zszedł ze sceny. Była to jednak tylko próba, więc chłopak zatrzymał się na krawędzi podwyższenia i przyjąwszy senną pozę, jakby opierał się wygodnie o powietrze jak o drzewo, zdawał się patrzeć przez salę wprost na Tonia.
Tonio był tak pochłonięty obserwacją jego szczupłej, kanciastej sylwetki, zapadniętych policzków i głęboko osadzonych, czarnych oczu, że nie zauważył nawet zbliżającej się do niego postaci.
Nagle uświadomił sobie, że pada na niego jakiś cień. Podniósł wzrok w chwili, gdy zamilkła muzyka, a w teatrze zapadła cisza.
Obok stał Lorenzo, kastrat, którego miesiąc temu Tonio pchnął nożem, ponieważ tamten go dręczył.
Tonio zesztywniał.
Wstał powoli. Niepewnie przesuwał wzrokiem po tym wyższym od siebie, ciemnoskórym i ciemnowłosym chłopaku, który wyglądał na czupurnego. Jak wielu kastratów zdawał się on jednak rozkwitać, mimo że miał nieciekawą, mało charakterystyczną twarz.
Wbił oczy w Tonia. Próba została przerwana.
Tonio nie miał żadnej broni.
Jednak witając Lorenza delikatnym skinieniem głowy, uniósł prawą dłoń, jakby chciał sięgnąć po coś wiszącego u pasa. Potem nieco ją opuścił, jakby miał zamiar wsunąć ją pod szatę, sięgając po sztylet. Gest był przedłużony, wykalkulowany.
Jednak Lorenzo zdawał się tego nie zauważać. Stał napięty, z zaciśniętymi dłońmi. Odpowiedział ukłonem na skinięcie Tonia, uśmiechając się przy tym szeroko i podle.
W teatrze panowała absolutna cisza.
Następnie Lorenzo, ostrożnie się wycofawszy, odwrócił się i wyszedł.
Tonio stał nieruchomo i rozmyślał. Oczekiwał jakiegoś ataku ze strony tego chłopaka. To, co się stało, było jednak o wiele gorsze. Oznaczało, że Lorenzo pragnie go zabić.
Tego popołudnia wyszedł za zgodą Guida z konserwatorium, by sprowadzić do swego pokoju ślusarza i wsunąwszy sztylet za pas, nigdzie się już bez niego nie ruszał. Nikt nie mógł zauważyć tej broni pod szatą Tonia. Gdziekolwiek by nie wychodził, zachowywał teraz ostrożność. Uważnie nasłuchiwał, nim w ciemności nocy zaczął się wspinać po schodach.
Jednak nie bał się. Nagle zdał sobie sprawę z całej absurdalności tej sytuacji: nie obawiał się Lorenza, gdyż był to tylko eunuch!
Potrząsnął głową pełną kłębiących się myśli. Czy na to liczył Carlo? Że Tonio jest tylko eunuchem?
Nagle ogarnęło go takie cierpienie, że zapragnął sięgnąć do mózgu brata i zgnieść to gniazdo myśli. Nie wiedział, jak zmienią go lata, nie wiedział, jak wpłynęły na tego ciemnoskórego chłopca z południowych Włoch, którego tak bezmyślnie ugodził nożem, gdy czuł się jak osaczone zwierzę. Ale czy może spodziewać się po nim mniej niż po sobie samym?
Wraz z upływem czasu Tonio zaczął liczyć na to, że Lorenzo go zaatakuje, i zastanawiał się, jak rozegra się walka.
Opanowywały go nieco krwiożercze zapędy, gdy o tym myślał, przypominając sobie swe zmagania z innymi, myśląc nie o tych potwornych, ogłuszających razach, które powaliły go na podłogę we Flovigo, ale o chwili, gdy był już prawie wolny. Potem, zapominając chwilowo o bólu, myślał chłodno, rozsądnie: -Uporam się z tym problemem, kiedy będę musiał.
Jednak w ciągu kilku najbliższych tygodni nie zdarzyło się nic prócz tego, że Lorenzo zmienił miejsce przy stole w jadalni tak, iż teraz Tonio widział go i ten złowieszczy uśmieszek, towarzyszący zawsze jakiemuś uprzejmemu gestowi.
Godziny, które Tonio spędzał z Guidem, zyskały teraz swego rodzaju ustaloną rutynę, rozświetlaną od czasu do czasu wspaniałymi małymi zwycięstwami, chociaż Guido zachowywał się chłodniej niż kiedykolwiek. Mimo to coraz częściej zabierał gdzieś Tonia wieczorami.
Chodzili razem na opery komiczne, które- jako że rzadko występowali w nich kastraci- podobały się Toniowi bardziej, niż się tego spodziewał, oraz na inne przedstawienia tej samej opery poważnej w San Bartolommeo.
Tonio nie chciał jednak chodzić z Guidem po przedstawieniach na żadne bale ani kolacje. Maestro był zdziwiony. Nieco rozczarowany. Wreszcie zauważył chłodno, że takie rozrywki są korzystne dla Tonia. Chłopak jednak powtarzał zawsze, że jest zmęczony lub wolałby od rana zacząć ćwiczyć. Guido przyjmował te usprawiedliwienia, wzruszając ramionami.
W czasie takich rozmów Toniowi robiło się zimno i oblewał się potem. Wystarczyło, że pomyślał o otaczających go kobietach, a już ogarniał go dławiący strach. Po czym, wbrew własnej woli, przypomniał sobie Bettinę w gondoli; miał wrażenie, że czuje delikatne kołysanie łodzi, zapach wody, że oddycha weneckim powietrzem, a wreszcie znów ogarniało go to ciepło, które czuł, gdy do niej wchodził, wspomnienie wilgotnej, małej, włochatej szparki między nogami dziewczyny i niewiarygodnie miękkiej skóry wnętrza jej ud, między które wsuwał czasem przed zbliżeniem twarz.
W takich chwilach nieruchomiał, milkł i wyglądał przez okno powozu, jakby pochłaniały go kojące myśli.
Kiedy pewnej nocy wracał z San Bartolommeo, przyszło mu do głowy, że nie będzie całkiem bezpieczny, póki nie dotrze do konserwatorium. Dziwna myśl, jako że Lorenzo, ilekroć się spotkali, obdarzał go podstępnym uśmieszkiem i najwyraźniej tam właśnie czekał na okazję zranienia go.
Jednak pierwsza część wieczorów spędzanych poza szkołą była dla Tonia wszystkim. Uwielbiał opery Neapolu, zauważał wszystkie niuanse przedstawień. Zdarzało się, że po kilku kieliszkach wina stawał się rozmowny i w swej porywczości wpadali sobie nawzajem z Guido w słowo.
Bywały też chwile, w których spływała na Tonia zadziwiająca świadomość osobliwości tego wszystkiego. Jego stosunki z Guidem były przeważnie wrogie. Wyniosłość Tonia dorównywała czasem zgorzkniałości maestra.
Pewnej nocy jechali wzdłuż półkolistego brzegu morza, powietrze było słone i ciepłe. Mieli ze sobą kupioną przez Guida butelkę wina, dach powozu był otwarty, a gwiazdy zdawały się błyszczeć wyjątkowo nisko i jasno na czystym niebie. Tonio zaczął nagle cierpieć męczarnie z powodu oziębłości panującej między nim a nauczycielem. Patrzył na profil Guida, odcinający się na tle białej piany, która zdawała się smagać czarną wodę, i myślał: -Oto gburowaty tyran, który czyni me życie tak smutnym, podczas gdy zaledwie kilka słów pochwały ułatwiłoby wszystko. Siedzi tu teraz, ubrany jak gentleman w piękny strój i rozmawia ze mną, jakbyśmy byli dwójką przyjaciół konwersujących w salonie. Ma dwie osobowości. -Tonio westchnął.
Guido nie zdawał sobie sprawy z myśli Tonia. Opisywał mu umierającego na gruźlicę utalentowanego kompozytora nazwiskiem Pergolesi, którego w czasie premiery jego opery w Rzymie tak wyśmiano, że nigdy już nie wrócił po tym do siebie. -Rzymska publiczność jest najgorsza- westchnął Guido. Potem spojrzał roztargnionym wzrokiem na morze. Dodał, że Pergolesi całe lata temu wstąpił do Gesu Christo Conservatorio i był teraz w wieku Guida. Gdyby on sam poświęcił się całkowicie kompozycji, mógłby teraz marzyć o rzymskiej publiczności.
- A dlaczego nie zająłeś się komponowaniem?- spytał Tonio.
- Byłem śpiewakiem- mruknął Guido. Wtedy Tonio przypomniał sobie tę gorącą przemowę, jaką uraczył go Maestro Cavalla w dzień, w którym Tonio wyszedł na wulkan. Zażenowało go nagle to, iż o niej zapomniał. Był tak pochłonięty swymi własnymi problemami, cierpieniem, powrotem do równowagi, drobnymi zwycięstwami, że prawie wcale nie myślał o siedzącym przy nim teraz człowieku. -A więc to dlatego mną gardzi- pomyślał.
- Muzyka, którą mi pokazywałeś... to twoje kompozycje, prawda?- spytał. -Są cudowne!
- Nie próbuj mi mówić, co z tego, co robię, jest dobre, a co złe!- Guido nagle zawrzał gniewem. -To ja powiem, ci, kiedy moja muzyka będzie dobra, tak samo jak poinformuję cię, kiedy będzie dobry twój śpiew!
Tonio czuł się urażony. Pociągnął duży łyk wina i bez ostrzeżenia, niespodziewanie nawet dla samego siebie, otoczył Guida ramionami.
Guido był wściekły. Brutalnie go odepchnął.
Tonio ze śmiechem wzruszył ramionami. -O ile pamiętasz, ty też mnie raz, nawet dwa razy, objąłeś- rzekł- więc i ja obejmuję cię od czasu do czasu...
- Po co?!- warknął Guido. Odebrał Toniowi wino i napił się.
- Bo nie pogardzam tobą, tak jak ty mną. Nie mam takiej podzielonej osobowości.
- Pogardzam tobą?- ryknął Guido. -Nic mnie nie obchodzisz. Interesuje mnie tylko twój głos. Zadowolony?
Tonio zapadł się w czarne, skórzane siedzenie i spojrzał w gwiazdy. Spochmurniał. -Co mnie obchodzą uczucia tego gbura?- myślał. -Czy koniecznie muszę go polubić? Czemu nie mogę po prostu przyjąć tego, co mi ofiarowuje...?- Ogarnął go chłód. Poczuł drżenie zwiastujące powrót znajomego bólu. Zaczął nagle rozmyślać o operze, której wysłuchali, takim czy owym drobnym muzycznym problemie- o czymkolwiek, byle odwrócić myśli od poczucia samotności, które niespodziewanie go ogarnęło. Wydawało mu się niemożliwe, by mieszkał kiedyś w pałacu w Wenecji z ojcem, matką i służącymi, którzy byli częścią jego życia, niemalże rodziną i... Ale był w Neapolu, nad morzem, w swym nowym domu.
W dwa dni później Guido poinformował Tonia na końcu wyjątkowo niezorganizowanego, gorącego popołudnia, że będzie mógł zaśpiewać w czasie przedstawienia opery w konserwatorium niewielką partię w chórze.
- Ale premiera jest już jutro- odparł chłopak. Poderwał się jednak na równe nogi.
- Zaśpiewasz tylko dwie linijki tekstu na końcu- rzekł Guido. -Na nauczenie się ich starczy chwila, a tobie dobrze zrobi, jeśli już teraz zakosztujesz sceny.
Tonio nawet nie marzył, że przyjdzie to tak szybko.
Samo przebywanie za kulisami niezwykle go ekscytowało. Nie mógł się napatrzeć na wszystko, co działo się dookoła.
Zaglądał do garderób zasypanych pióropuszami i kostiumami, pełnych stołów zastawionych pudełkami z farbą i pudrem, z podziwem patrzył, jak obciążone liny unoszą powoli w czarną nicość nad sceną długi szereg ozdobnych łuków, po czym bezgłośnie opuszczają je w dół. Zdawało mu się, że na olbrzymiej przestrzeni za kurtyną w tyle sceny stworzono niekończący się labirynt, w którym leżały porzucone zwłoki innych oper. Tonio znalazł tam złotą karetę pokrytą trzepoczącymi, papierowymi kwiatami oraz przejrzyste materie z ledwo widocznymi śladami malunków księżyca i gwiazd.
Chłopcy biegali w tę i z powrotem ze szpadami w rękach lub wlekli złocone wazy pełne papierowych liści.
Kiedy zaczęła się próba, Tonio ze zdumieniem ujrzał, jak z tego chaosu wyłania się ład, śpiewacy na dany znak wypływają na scenę, orkiestra zaczyna pełen werwy akompaniament, całość staje się zwarta, akcja toczy się szybko, rozbrzmiewają jedna po drugiej czarowne arie, wykonywane zadziwiająco elastycznymi głosami.
Następnego dnia nie był w stanie skoncentrować się na ćwiczeniach, aż wreszcie Guido ograniczył je tylko do wersów, które Tonio miał odśpiewać tego wieczora w chórze.
Dopiero na godzinę przed podniesieniem kurtyny ujrzał całą obsadę w kostiumach.
Publiczność już wchodziła. Przez bramy wjeżdżał powóz za powozem. Na korytarzach toczyły się ożywione rozmowy, a ustawione wszędzie świece dodawały budynkowi radosnego ciepła, wlewając życie w różne zakątki, które na co dzień ginęły w wieczornym mroku. Wielki salon wypełniała miejscowa arystokracja, która przyszła, by obejrzeć tych młodych śpiewaków i kompozytorów, gotowych już wkrótce sięgnąć po sławę.
Spiesząc za kulisy, Tonio zaczął szaleć ze zdenerwowania. Został obsadzony jako żołnierz i miał na sobie jeden ze swych barwniejszych, weneckich żakietów- czerwony ze złotym haftem- teraz zaś zakładano mu wstęgę biegnącą przez ramię aż do rękojeści szabli, jak noszono je w poprzednim wieku.
- Siadaj- powiedział ktoś, wskazując na mały stoliczek przed lustrem. Tonio został szybko okryty, tak by można mu było upudrować włosy, aż staną się zupełnie białe. Wzdrygnął się, gdy zręczne ręce zaczęły pudrować mu twarz, a kiedy zakończono robienie makijażu, wpatrzył się zafascynowany w lustro.
Widok własnych oczu tak mocno pomalowanych na czarno zaintrygował go i zaniepokoił.
Jednak wszędzie dokoła przesuwały się malowane twarze o skórze, która zdawała się niemalże błyszczeć.
Zerkając przez szparkę w rogu sceny ujrzał, że loże są pełne. Wszędzie widać było białe peruki, klejnoty, błyszczący atłas i taftę. Tonio odsunął się, czując w sobie dziwaczne pulsowanie i bezbronność.
Niemożliwe, by występował na scenie przed wszystkimi tymi mężczyznami i kobietami, którzy zaledwie sześć miesięcy temu... Przestał myśleć i zamknął oczy. Musi opanować drżenie rąk i nóg, gwałtowne bicie serca. Pierwsze łzy zaczęły go kłuć w oczy, nim zdążył temu zapobiec.
Odwróciwszy się szybko, rzucił się w wir zajęć toczących się za kurtyną. W odległym lustrze ujrzał siebie: niewinnego, świeżego chłopca o spokojnym wyrazie twarzy podobnym do tych, które zdobią oblicza spoglądających kątem oka z obrazów mężczyzn w białych perukach. Na jego usta wypłynął zaledwie cień uśmiechu, gdy trapiący go ból rozpłynął się jak na rozkaz. Pomyślał, że być może za każdym razem będzie to coraz łatwiejsze.
Był zachwycony tym, co działo się dookoła! A jeśli nawet przeszywało go na wylot uczucie upokorzenia, to było ono tylko brzmieniem basu rozlegającym się cicho na tle piękniejszej, głośniejszej muzyki. Dotknął swej upudrowanej twarzy; rzucił jeszcze jedno rozmyślne spojrzenie na odległe odbicie własnej sylwetki w lustrze, na ustach pojawił mu się na dłużej szeroki uśmiech. Odwrócił wzrok.
Za kulisy wszedł Maestro di Capella i wyciągnął obie ręce do młodej boginki, która właśnie się ukazała. Białe loki spływały jej aż na plecy, skórę miała gładką jak porcelana i ozdobioną tak subtelnymi i pięknymi rumieńcami, że Toniowi na ten widok aż zaparło oddech w piersiach.
Przez całą wieczność wpatrywał się w tę zmysłową pannę i drgnął, uświadomiwszy sobie, że na tej scenie nie może być żadnych kobiet, a przed nim stoi Domenico!
Maestro di Capella wbijał mu w głowę ostatnie rady. Domenico zerknął w bok ujrzawszy Tonia, nieco szerzej otworzył oczy i wygiął słodko usta.
Tonio był zbyt zaskoczony, by odpowiedzieć mu na to gestem. Przyglądał się sylwetce tej istoty, jej wąskiej talii, różowym, koronkowym falbankom, które stawały się coraz szersze im bliżej piersi były przyszyte, i wreszcie niewielkiemu przedziałkowi między dwoma zachwycającymi wzgórkami ściśniętymi różową wstążką. -To niemożliwe- myślał.
Potem Domenico, uniósłszy sutą spódnicę z białego atłasu, przeszedł koło Maestra di Capella i na oczach wszystkich pocałował Tonia w policzek, ten zaś odsunął się jak oparzony. Dookoła rozbrzmiewał śmiech.
- Dosyć tego!- rozkazał Maestro.
Domenico zmienił się w kobietę! Teraz zaś, odwróciwszy się z pełną gracji, subtelną zalotnością, szepnął matowym, czułym głosem, że wczuwa się już tylko w kobiecą rolę, którą ma odegrać na scenie. Znów zabrzmiały śmiechy.
Tonio ukrył się jednak w cieniu. Opuszczano już na właściwe miejsca pierwsze malowane łuki, stanowiące dekorację. Większa część akcji będzie się rozgrywać na tle klasycznego ogrodu. Nieważne, że toczyła się ona w starożytnej Grecji, a te odziane w żakiety i peruki postacie grały wieśniaków!
Giovanni, Piero i inni obsadzeni w głównych rolach kastraci stanęli już gotowi na swych miejscach, a słudzy zawzięcie usuwali szczotkami puder z klap ich strojów.
Ktoś powiedział, że to wielka szansa dla Lorettiego, ponieważ na przedstawienie przyszła hrabina i jeśli wszystko pójdzie choćby w części tak, jak powinno, to być może w przyszłym roku będzie już komponował dla opery San Bartolommeo.
Tymczasem Loretti wszedł za kulisy i błagał Domenica, aby trzymał się taktu, na co ten odpowiedział łaskawym skinięciem głowy.
Loretti zasiadł już ponownie przy klawikordzie. Na sali panował półmrok, tylko niektórzy stojący przy drzwiach służący trzymali w rękach zapalone świece. Za kulisami ktoś upadł w ciemności, zawieszona na linach kurtyna drżała, a orkiestra zaczęła grać z całym agresywnym kunsztem, jaki może prezentować duża grupa muzyków w królewskim teatrze.
Tonio miał wrażenie, że to najdłuższy wieczór w jego życiu. W jego trakcie zdarzały się przeróżne potknięcia, a jednak w światłach rampy, w obliczu publiczności, której obecność jednoczyła tę grupkę szalonych, utalentowanych chłopców, raz po raz rozkwitała magia ich doskonałości. Arie wspaniale wznosiły się i opadały przy dźwięcznym akompaniamencie klawikordu, głos Domenica szybował jak boskie pienia w mitycznym lesie. Ukazywał się skąpany w nieziemskim świetle, opuszczał scenę z nadzwyczajnym wdziękiem i wciąż obdarzał Tonia promiennym uśmiechem.
Kiedy wreszcie przyszła jego kolej, Tonio wyszedł na scenę gnębiony bólem głowy. Ogromnie podekscytowany czuł aż do szpiku kości, że jest częścią tej olśniewającej iluzji. Słyszał swój głos wzmocniony śpiewem innych, a chociaż tam, gdzie siedziała publiczność, dostrzegał zaledwie delikatne lśnienie, czuł jej obecność w panującym dokoła mroku. Po finale rozległa się prawdziwa burza oklasków.
Nawet gdyby chwycili się za ręce, nie mogliby odczuwać większej wspólnoty w swej radości. Kłaniali się wiele razy. Ktoś szepnął, że Domenico ma teraz zagwarantowaną sławę. Śpiewał lepiej niż ktokolwiek inny występujący obecnie na scenach Neapolu, co zaś do Lorettiego, to spójrzcie tylko!
Za kurtynę wszedł Maestro Cavalla i obejmował swych śpiewaków, jednego po drugim, póki nie doszedł do Domenica. Uczynił gest, jakby chciał uderzyć tę piękną dziewczynę, która uchyliła się z cichym, zachrypniętym śmiechem.
Oznajmił, że są teraz wszyscy zaproszeni do hrabiny; tak, teraz, wszyscy. Chwycił Tonia za ramiona i ucałowawszy go w oba policzki, starł nieco farby z jego twarzy i rzekł: -Masz ją teraz we krwi, nigdy się od tego nie uwolnisz.
Tonio uśmiechnął się. W uszach rozbrzmiewały mu wciąż oklaski.
Wiedział jednak, że nie wolno mu, że nie może iść z nimi do hrabiny.
Przez chwilę zdawało się, że nie uda mu się tego uniknąć. Był zaskoczony, że tylu chłopców pragnie, by do nich dołączył. Piero powiedział: -Musisz iść z nami- i szepnął, że nie będzie tam Lorenza.
Kiedy Tonio, odpinając od szpady błękitną wstęgę, spieszył do prowadzącego do ogrodu wyjścia dla aktorów, ktoś skinął na niego z garderoby. Panował półmrok. Sięgnął po ukryty w żakiecie sztylet. -Chodź tu!- szepnął ktoś raz jeszcze.
Podszedł powoli i lewą ręką pchnął drzwi.
Po obu stronach dużego lustra stojącego w pokoju paliły się świece; dookoła wisiały na hakach wspaniałe suknie, peruki spoczywały na ślepych, drewnianych głowach, wszędzie leżały stosy pantofli. Domenico, który go tu przywołał, szybko zamknął i zaryglował drzwi.
Tonio zaciskał palce na rękojeści sztyletu. Wkrótce jednak zrozumiał, że w pokoju nie ma nikogo więcej.
- Muszę iść- rzekł, odwracając wzrok od tej fałdki, która dawała tak wspaniałe złudzenie kobiecych piersi.
Domenico opierał się o drzwi, a jego twarz w pełnym cieni mroku sprawiała wrażenie połyskliwej i delikatnej. Kiedy się uśmiechnął, dołeczki w jego buzi pogłębiały się, światło jeszcze piękniej igrało na kościach policzkowych. Przemówił kobiecym, lekko zachrypłym czułym głosem.
- Nie obawiaj się go- szepnął.
Tonio uświadomił sobie, że zrobił krok w tył. Serce biło mu z niepokojem.
- Kogo?- spytał.
- Lorenza, rzecz jasna- odparł szorstko aksamitny głos. -Nie pozwolę mu wyrządzić ci krzywdy.
- Nie zbliżaj się!- powiedział ostro Tonio. Zrobił jeszcze jeden krok w tył.
Domenico tylko się uśmiechnął i skłonił w lewo głowę tak, że białe, upudrowane loki zsunęły mu się z ramienia na wzniesienie piersi.
- Chcesz powiedzieć, że to mnie się obawiasz.
Zmieszany Tonio odwrócił wzrok. -Muszę stąd wyjść- powiedział.
Domenico westchnął. Nagle otoczył Tonia ramionami, przylgnął do niego miękkimi piersiami. Tonio zatoczył się w tył, na lustro. Stał teraz między migoczącymi świecami. Musiał wesprzeć się rękami o zwierciadło, by złapać równowagę.
- Boisz się mnie- szepnął Domenico.
- Sam nie wiesz, czego chcesz!- krzyknął Tonio.
- Wiem za to, czego ty pragniesz. Dlaczego obawiasz się po to sięgnąć?
Tonio miał zamiar pokręcić głową, ale nie zrobił tego, wpatrzywszy się w oczy Domenica. Niemożliwe, by ta pianka, ta magia, kryła jakikolwiek męski pierwiastek. Kiedy ujrzał, że zbliżają się do niego wilgotne, rozchylone usta, zamknął oczy i usiłował się odsunąć. Mógłby przecież jednym uderzeniem powalić tę istotę na podłogę, a jednak cofał się, jakby coś miało go sparzyć!
Poczuł, że Domenico przytula się do niego całym ciałem, pod atłasową suknią czuł kształt jego uda, a wreszcie dłoń chłopaka sięgającą do jego spodni.
Mało brakowało, by go nie uderzył. Ale w tej samej chwili, w której ręka Domenica znalazła jego członek i pobudziła go pieszczotami do życia, poczuł na twarzy jego policzek i dotknięcie rzęs.
Tonio był tak zaszokowany, że o mało wszystkiego nie zepsuł.
Jeszcze raz zamknął oczy. Kiedy Domenico pocałował go, Wenecjanin poczuł wzbierającą namiętność. Domenico rozsunął materiał i uwolnił członek Tonia, pozwalając mu się całkowicie rozprostować, po czym spojrzał w dół i wymamrotawszy jakieś przekleństwo, raz jeszcze uniósł w górę twarz i szorstko pocałował Tonia, rozchylając mu usta, odbierając oddech, kształtując jednocześnie i utwardzając to, co tak mocno dzierżył w dłoni.
Tonio nie potrafił się powstrzymać od włożenia ręki pod suknię, lecz kiedy poczuł tam ten twardy, mały organ, cofnął ją jak oparzony. Domenico raz jeszcze go pocałował.
Po chwili obydwaj klęczeli, aż wreszcie Domenico położył się na plecach przed Toniem na kamiennej podłodze, oddając mu się, jakby był kobietą.
Otwór był wąski, och, tak wąski, tak przypominający kobietę, przy wejściu nawet węższy i szorstki, tak że Tonio zacisnął zęby i wydał okropny jęk. Wchodził do niego coraz gwałtowniej, aż wreszcie poczuł, że sięga szczytu; leżał potem drżąc.
Spoglądał w dół na Domenica. Nie pamiętał, by się od niego odsuwał, a jednak siedział teraz oparty o lustro i patrzył na podnoszącą się, jak zawsze, leniwie i wdzięcznie z podłogi dziewczynę. Stanęła nad nim.
Oszołomienie odebrało mu mowę. I wszystko zdarzyło się tak szybko, jak zawsze. Nie było żadnej różnicy! Poczuł bezmyślne pragnienie, by podnieść się i raz jeszcze wziąć tę postać w ramiona, zacałować ją, zgnieść ją pocałunkami.
Zerwać tę wstążeczkę z jej piersi i zobaczyć, co się pod nią kryje!
Domenico rozpiął już zatrzaski sukni i pozwolił jej opaść. Tonio wzdrygnął się na widok cienkiej jak pajęczyna koszuli. Ona też została rzucona na podłogę. Domenico uniósł i odłożył wielką, białą perukę i, nachylając głowę w przód, po męsku potrząsnął wilgotnymi, czarnymi lokami.
Tonio wpatrywał się w niego rozszerzonymi oczami. Nie miał ciała kobiety, z całą pewnością nie, nie było to jednak również ciało mężczyzny.
Miał płaską klatkę piersiową. Tylko rozwinięte płuca dawały jej ten pełny kształt. Pokrywała ją piękna, jak wszędzie, skóra. Penis, krótki, ale dosyć gruby, był teraz twardy i najwyraźniej gotowy do wzięcia tego, co zostanie mu zaoferowane.
Najdziwniejsze było to, że otaczające członek włosy nie rosły jak u mężczyzn, rozrastając się aż na brzuch. Tworzyły ciemny, odwrócony trójkąt o prostej, jakby przyciętej brzytwą podstawie, jak u kobiety.
Tonio pochłaniał wzrokiem całe ciało Domenica: piękna skóra, szczupłe, pełne wdzięku nogi, śliczna twarz pokryta jeszcze resztkami farby i gęste, ciemne włosy opadające w dół jak loki marmurowych aniołów.
Ta właśnie istota upadła teraz na kolana.
Tonio odwrócił się.
- Myślisz pewnie, że żądam od ciebie czegoś, czego wcale nie musisz mi dawać?- szepnął Domenico. -Weź mnie jeszcze raz, tym razem na gołej podłodze, od której oddzielać mnie będzie tylko twoja dłoń- rzekł, po czym położył się na brzuchu, wciągając Tonia na siebie.
Tonio wyprostował się, patrząc na jego małe, twarde pośladki. Pochłaniało go wspomnienie tego ciasnego otworu, którego szorstki wlot wydawał się niemalże zbyt wąski, i jego ciepłego wnętrza. Nagle położył się, ubrany, na obnażonym ciele Domenica, poczuł w zębach jego nagi kark, a Domenico ujął dłoń Tonia, wsunął ją pod własny gładki brzuch i zacisnął na swym grubym, twardym penisie.
Tonio poczuł, że sztywnieje, dyszy. Znów wdarł się do wnętrza Domenica i wymierzył mu pełne złości pchnięcia. Boleśnie zaciskał dłoń na jego członku, ruszał nią, jakby chciał go urwać; a chłopak jęczał, aż wreszcie, kiedy Tonio znów poczuł szczyt rozkoszy, również i Domenico zadrżał pod nim.
Tonio zsunął się na bok i wyczerpany położył się na plecach.
Kiedy otworzył oczy, Domenico był już kompletnie ubrany; przez jedno ramię miał przerzuconą swą szkarłatną pelerynę.
- Chodźmy, wołają nas!- Uśmiechnął się. -Musisz zmyć farbę z twarzy. Pospiesz się!
Tonio prawie go nie słyszał. Wydawało mu się, że Domenico jest kobietą w męskim przebraniu, tak jak przedtem był mężczyzną ubranym w damskie szaty. Tonio uniósł ramię i próbował coś powiedzieć, ale nie udało mu się to.
W jego głowie panował pozbawiony myśli zamęt. Nie czuł się szczęśliwy. Doznawał ulgi potężniejszej niż kiedykolwiek i milcząc wykonywał polecenia Domenica.
Kiedy jechali ciemnym powozem w kierunku Sorrento, do domu hrabiny Lamberti, przez całą drogą zasypywał Domenica gwałtownymi pocałunkami. Jednak gdy chłopak sięgnął do spodni Tonia i dotknął blizny przy jego członku, Tonio ledwo powstrzymał się, by go nie uderzyć. Powstrzymał się, gdyż wystarczyło mu, że mógł zmiażdżyć Domenica w dłoniach, jak coś, co pragnie zostać zmiażdżone, potrzebuje tego i przylgnąć do niego, posiąść go jeszcze raz w powozie kołyszącym się miarowo w światłach latarni.
Późną nocą Tonio po raz wtóry ujrzał w pustej jadalni młodą, złotowłosą kobietę, którą wcześniej spotkał w domu hrabiny. Tym razem nie była już tak smutna. Śmiała się i rozmawiała w tańcu ze swym partnerem. Ostro zarysowane, pięknie zaokrąglone, choć proste, ramiona dodawały jej ruchom niemal beztroskiego wdzięku, kiedy unosiła wszystkie swe niebieskie spódnice; w jej jasne włosy wplecione były niedbale białe kwiaty.
Jednak kiedy ich oczy spotkały się, Tonio odwrócił wzrok. I zapragnął, by właśnie dzisiaj nie było jej na balu. Nie mógł jednak powstrzymać się od spojrzenia na nią.
Taniec się skończył. Wysoki gentleman w białej peruce szepnął jej coś do ucha i twarz dziewczyny znów rozbłysła śmiechem. Tonio nie pamiętał, że ma tak ładną szyję, ani że jej piersi tak pięknie wypełniają stanik sukni, a gdy dostrzegł błękitną materię, opinającą ciasno talię, mimo woli zacisnął zęby. Zdawało mu się, że przez wszystkie splątane głosy dochodzi do niego śmiech tej kobiety. Wkrótce jednak ona sama odwróciła zawstydzona wzrok, pozornie zajęta czym innym. Tak jak przedtem wydawała się teraz prawie smutna i Tonio szalenie zapragnął z nią porozmawiać.
Od razu wyobraził sobie, że znajduje się z nią sam na sam w jakimś nieznanym miejscu i wyjaśnia, iż nie jest prostakiem czy niegodziwcem i nie miał zamiaru jej znieważyć. Pomyślał, że musi mieć diabelne szczęście, skoro nie czyhają na niego teraz już dwaj mężczyźni: Lorenzo i ojciec tej dziewczyny.
W tej właśnie chwili, gdy coraz bardziej zaczęły go ogarniać takie myśli, odnalazł go Domenico i ujrzawszy tak blisko promieniejącą twarz, przypomniawszy sobie, że ma w swej mocy tę olśniewającą istotę, której pożądali inni, Tonio poczuł znów wzbierającą szybko żądzę. Miał ochotę posiąść go natychmiast, na podłodze sali balowej. Niczego nie pragnął teraz bardziej, niż jakiejś ciemnej komnaty, bez niebezpieczeństwa, że ktoś ich zaskoczy.
Wciąż jednak jego wzrok padał na tę piękną dziewczynę.
Czasem widział, jak siedzi samotnie, roztargniona, z poważną twarzą i złożonymi bezczynnie na kolanach rękami, na brzeżku wyściełanego krzesła.
Również i teraz miał wrażenie, że dziewczyna o nic nie dba, że nie miałaby na tyle przytomności umysłu, by zaprotestować, gdyby ktoś ją podniósł i porwał. Widział już siebie, jak rozpuszcza jej jasne włosy, odgarnia ręką kosmyki z czoła. Wyobrażał sobie, jak loki blondynki spadają na porywającą pochyłość jej ramion, po czym on sam raz jeszcze je odsuwa, by całować szyję dziewczyny. Te myśli doprowadzały go do szału.
Po długiej chwili dziewczyna spojrzała raz wprost na niego. Chociaż stał bardzo daleko, zdawało się, że cały czas była świadoma, iż jej się przygląda. Ujrzał jej ciemnoniebieskie oczy i miast się odwrócić, stał jak przykuty do miejsca, żałując, że w ogóle kiedykolwiek ją zobaczył.
5
Tonio miał wrażenie, że Guido wie o jego "romansie" z Domenico. Tak naprawdę jednak maestro nie dał mu tego po sobie poznać.
Zachowywał się równie chłodno co zwykle, zaś oszałamiające tempo postępów Tonia absorbowało go tak całkowicie, że nie było miejsca na niepotrzebne złośliwości. Całymi godzinami pochłaniała ich obu praca, a Tonio miał teraz taki sam rozkład zajęć jak starsi uczniowie.
Śpiewał przez dwie godziny, powtarzał to ćwiczenie przez następne dwie godziny przed lustrem, zwracając uwagę na postawę i gesty, jakby był na scenie, zaś po posiłku oddawał się pracy nad librettami oraz dykcją. Potem przychodził czas na ćwiczenie kontrapunktu i improwizacji. Powinien być w stanie podchwycić każdą melodię i sam dodać do niej odpowiednie ozdobniki. Zawzięcie pracował przy tablicy, Guido zaś poprawiał wyniki jego starań, nim pozwolił mu odśpiewać daną melodię.
Następna godzina poświęcona było komponowaniu, a dzień kończył się śpiewaniem. W przerwach brał udział w zajęciach chóru i próbował następnej opery, która miała być wystawiona z końcem lata.
Czasem chłopcy występowali popołudniami w kościołach i brali udział w procesjach.
Kiedy Tonio po raz pierwszy dołączył z własnej woli do idącego powoli ulicami podwójnego szeregu kastratów, przeżył to tak boleśnie, jak się spodziewał. Jakaś część jego ja, dumna i być może wciąż przepełniona gorzkim cierpieniem, nie mogła pogodzić się z tym, że jak wystrojony wałach paraduje przed oczami tłumu.
Pokonanie tych cierpień za każdym razem wzmacniało jego wolę. Kiedy udało mu się przebić przez pogardę dla tego, co rozgrywało się przed jego oczyma, dostrzegał różnorakie nowe aspekty swej sytuacji. Zauważał podziw w oczach gapiów; patrzyli oni na starszych kastratów z szacunkiem, wytężali się, by słyszeć ich głosy, starali się nawet zapamiętać rysy twarzy poszczególnych eunuchów.
Szybujące w letnim powietrzu hymny i sam rozświetlony, wonny kościół emanowały jakimś zmysłowym urokiem. Wreszcie ukojony drobnymi spostrzeżeniami, zajęty doskonaleniem własnego śpiewu Tonio zaczął czerpać z tego wszystkiego niejaką przyjemność. W tych kościołach pełnych złoceń i wyglądających jak żywe posągów marmurowych świętych przeżył chwile cichej radości.
Wciąż gnębiło go jednak przeczucie, że Guido wie o jego nocnych spotkaniach z Domenico i nie aprobuje ich.
Właściwie sam Tonio ich nie pochwalał. Co noc, bez względu na porę, kiedy szedł na górę, znajdował w swych pokojach Domenica. Chłopak był zawsze świeży, pachniał jakąś wodą kolońską, rozpuszczone włosy spływały mu na ramiona. Kiedy podnosił się z łóżka Tonia, na którym spał, jego ciało wydawało się czasem tak ciepłe, jakby miał gorączkę. Gnębiło go po prostu pożądanie. Oddawał Toniowi usta, nagie kończyny i nie dbał o to, co ten z nim zrobi. Ich stosunki były zawsze brutalne. Zawsze wyglądały jak gwałty, czasem w ich trakcie porozumiewali się za pomocą słów używanych w tak gwałtownych sytuacjach, kiedy indziej odbywali przed nimi pozorowaną walkę. Tonio zrywał z Domenica koronkową koszulę, spodnie. Przesuwał dłonią po jego skórze, sprężystej i doskonałej jak skóra niemowlęcia. Czasem bił go po twarzy albo zmuszał go, by oddał się jego gwałtowi na kolanach, jakby się modlił. Uprzednio jednak Domenico kusił go do uprawiania najrozkosz-niejszych pieszczot. Pochylał się między nogi Tonia i ssał go, pożerał, jęcząc przy tym cicho, jakby- co było dla Tonia niepojęte- ten akt wystarczał, by go zaspokoić.
Wszystko to jednak niezmiennie kończyło się gwałtem, podczas którego Tonio ściskał członek tamtego i wdzierał się do niego nie bacząc na nic, bez śladu delikatności, jakby chciał go po dwakroć ukarać.
Tonio dziwił się, że Domenico więcej nie potrzebuje, niczego więcej się nie domaga. Domenico był zawsze zadowolony. Zdarzały się szalone chwile w czasie dnia, najczęściej ciche godziny sjesty, kiedy skinięciem dłoni przywoływał on Tonia do jakiegoś pustego pokoju ćwiczeń, w którym raz jeszcze odtwarzali tę walkę, a pikanterii dodawało jej niebezpieczeństwo i tajemnica. Ochota Tonia na stosunki z tym chłopcem, zarówno kiedy był on ubrany, jak i wtedy gdy był nagi, nie słabła. Nie był tylko pewien, co sprawia mu większą przyjemność. Często wszystkie ich kontakty przenikało wspomnienie Domenica w kobiecym stroju. Parę razy Tonio naprawdę uderzył go w twarz, skuszony jej doskonałością, pięknością rysów i obfitością perfumowanych włosów.
Uległość Domenica w łóżku dziwiła Tonia, gdyż w stosunku do wszystkich innych chłopak zachowywał się chłodno i bezkompromisowo. Domenico był, jak kiedyś podejrzewał Tonio, ponad próżność i zwykłe złośliwości. Nie zachowywał się jednak w stosunku do innych po przyjacielsku, a czasem nawet, chociaż robił to z inteligencją, bywał obraźliwy, szczególnie dla innych eunuchów.
Mimo to noc w noc prowokował Tonia do namiętnej brutalności.
Tonio bardzo się tego wstydził. Czemu wciąż dawał się wciągnąć w tę bezpieczną walkę, dlaczego świadomość, że inni muszą o tym wiedzieć, wywoływała w nim zarazem dumę i poczucie hańby?
Kiedy przypadkiem dowiedział się od eunucha Piero, że ostatnim "bardzo dobrym przyjacielem" Domenica był normalny chłopiec, skrzypek imieniem Francesco, sam się dziwił, że wiadomość ta tak bardzo go rozbawiła i usatysfakcjonowała. A więc spełniał swe zadanie równie dobrze co ten owłosiony, nie wykastrowany Mediolańczyk o brutalnym wyglądzie?
Wstydził się jednak. Nie potrafił sobie wytłumaczyć, czemu uczucie to gnębiło go szczególnie wtedy, kiedy pomyślał, że Guido wie o wszystkim.
Byłoby o wiele lepiej, gdyby rozmawiali czasami z Domenico, gdyby dzielili jakieś inne przyjemności. Ale rzadko kiedy się do siebie odzywali!
Domenico śpiewał w chórze w San Bartolommeo, więc nieczęsto bywał w konserwatorium, w pełnym świetle widywali się zaś z Toniem najczęściej w czasie jakiegoś balu czy kolacji po operze.
Tonio zaczął bowiem znów na nie chodzić, ilekroć zaprosił go Guido.
Guido najwyraźniej był z tego zadowolony. Stwierdził kiedyś cichym głosem, iż wydaje mu się, że takie uroczystości powinny sprawiać chłopcu w wieku Tonia przyjemność. Tonio uśmiechnął się. Jak mógłby opowiedzieć nauczycielowi o życiu, które prowadził w Wenecji? Rzekł po prostu, że południowa arystokracja nie robi na nim szczególnego wrażenia. -Tak wielką wagę przywiązują do tytułów- mruknął- i wydają się tacy... z siebie zadowoleni i gnuśni.
Od razu tego pożałował. W słowach tych rozbrzmiewała bezczelność i snobizm. Guido będzie wściekły. Ale nie. Guido zamyślił się nad tym zdaniem, jakby nie przyszło mu do głowy, że może się poczuć urażony.
* * *
Pewnej nocy, po wyjątkowo wykwintnej kolacji w domu hrabiny Lamberti, w czasie której wszędzie pełno było służących- jeden z nich stał za każdym siedzącym przy stole gościem, inni ustawieni byli przy malowanych ścianach, gotowi w każdej chwili napełnić gościowi kielich czy zapalić mu świeczką tureckiego papierosa- Tonio ujrzał niezwykłą scenę: Guida swobodnie rozmawiającego z najwyraźniej znajomymi mu kobietami.
Młody maestro, ubrany w czerwień i złoto doskonale uwypuklającego jego brązowe oczy oraz włosy, zdawał się całkowicie swobodny i pochłonięty jakimś pytaniem. W pewnej chwili uśmiechnął się, potem wybuchnął głośnym śmiechem: wyglądał wtedy na swój wiek- młodo, subtelnie, zdawał się okazywać zdolność do wyrażania uczuć, o które Tonio nigdy by go nie podejrzewał.
Tonio nie mógł oderwać od niego oczu. Jego uwagi nie rozproszył nawet Domenico, który zaczął właśnie śpiewać do wtóru klawikordu. Obserwował reakcję Guida na jego występ: patrzył na niego bardzo długo, aż wreszcie oczy maestra znalazły go w tłumie i na jego twarzy pojawił się poważny, chłodny wyraz, nawet złość. Tonio wzdrygnął się, nim zdołał oderwać od niego wzrok. Skierował oczy na Domenica, który po zakończeniu występu, kiedy w komnacie rozbrzmiały oklaski, posłał mu jedno ze swych pełnych łaskawości spojrzeń, odbijających świadomość, że Tonio ma nad nim władzę.
- Cóż za hańba- pomyślał Tonio.
Nienawidził siebie i wszystkich dokoła. -Po cóż się nad tym zastanawiać?- szepnął sam do siebie. Zawędrował samotnie do jakiegoś ciemnego pokoju, pewnie rzadko otwieranego, gdyż panowała w nim wilgoć, i spacerował tam w świetle księżyca sączącym się przez wysokie, łukowate okna, myśląc: -Czemu tak mną pogardza, dlaczego tak się tym przejmuję? Niech go szlag!
Ogarnął go wstyd. Czyżby dlatego, że był kochankiem chłopca?
Tak, to przerażające. Wiedział jednak, dlaczego nim został. Zdawał sobie sprawę, że za każdym razem, robiąc to z Domenico, udowadniał sobie, że jest w stanie to robić, więc jeśli zechce, jego kochanką zostanie kobieta.
Z zaskoczeniem powitał trzask drzwi za plecami. Nawet tutaj znalazł go jakiś sługa; zadziwiające, że nie stoją w każdym ciemniejszym miejscu.
Odwróciwszy się, ujrzał Guida.
Zapłonął nienawiścią. Pragnął go zranić. Ogarnęły go nieokiełznane, głupie myśli. Uda, że stracił głos, tylko po to, by zobaczyć, co na to powie Guido; zachoruje, by sprawdzić, czy go to zmartwi. Szaleństwo!- Niezły jesteś- mruknął cicho sam do siebie.
Tonio wiedział oczywiście, że Guido postrzega tylko chłopaka czekającego cierpliwie, aż maestro przemówi. Był z tego zadowolony.
- Czujesz się tym wszystkim zmęczony?- spytał delikatnie nauczyciel.
- Co cię to może obchodzić?- odparł szyderczo Tonio. Guido był zaskoczony.
- Niespecjalnie mnie to obchodzi- odparł. -Pytam, bo sam jestem tym znużony. Mam ochotę wyjść do miasta, do jakiejś gospody na uboczu.
- Późno już, maestro- rzekł Tonio.
- Jeśli chcesz, możesz jutro dłużej pospać- powiedział Guido- a jeśli wolisz, możesz sam wrócić do domu. Idziesz ze mną?
Tonio nie odpowiedział.
Ma siedzieć w gospodzie z innym eunuchem? Nie potrafił sobie tego wyobrazić. Wulgarni mężczyźni, przepychanki, grubiański śmiech, kobiety w krótkich spódnicach, rozdające wszystkim uśmiechy.
Przypomniały mu się wszystkie ciepłe, zatłoczone tawerny Wenecji, kawiarnia ojca Bettiny i inne miejsca, które odwiedzał w te ostatnie dni z Ernestinem i jego ulicznymi śpiewakami.
Tęsknił za tym wszystkim; zawsze mu tego brakowało. Krzepiącego wina, tytoniu, tej szczególnej przyjemności picia alkoholu w męskim towarzystwie.
Przede wszystkim jednak brakowało mu poczucia, że może iść tam, czy gdziekolwiek indziej, bez tego dręczącego poczucia bezbronności.
- Chłopcy często tam chodzą- rzekł Guido. -Prawdopodobnie są tam teraz wszyscy, którzy byli dziś w operze.
To oznaczało, że siedzieli tam zarówno starsi kastraci, jak i inni muzycy. Tonio natychmiast ich sobie wyobraził.
Guido wychodził z pokoju. Zaczął zachowywać się niezwykle chłodno. -Wracaj, jeśli chcesz- powiedział przez ramię. -Zakładam, że mogę ci zaufać, iż będziesz się odpowiednio zachowywał.
- Czekaj, idę z tobą- zawołał Tonio.
Tawerna była zatłoczona i gwarna. Byli tam muzycy z konserwatorium; Tonio rozpoznał też od razu wielu skrzypków z opery. Mimo obecności kilku aktorek, tłum składał się jednak przede wszystkim z mężczyzn, między którymi krążyły gdzieniegdzie ładne dziewczyny służebne, usiłujące nadążyć z obsłużeniem wszystkich podnoszących dłonie klientów i odpowiedzieć na dochodzące zewsząd wołanie o wino.
Tonio zauważył, że Guido czuje się tu całkowicie swobodnie i zna nawet obsługującą ich kobietę. Zamówił najlepsze wino, dla niego ser i owoce, po czym, usadowiwszy się wygodnie w drewnianej niszy, w której siedzieli, wyciągnął nogi i patrzył z zadowoleniem na pijący w przyćmionym świetle tłum.
Ze smakiem popijał wino z cynowego kielicha. -Równie dobrze mógłbym być tu sam- pomyślał Tonio. -Jestem w Wenecji, siedzę w kawiarni ojca Bettiny i, jeśli nie wyjdę na spotkanie czekających na mnie siepaczy mego brata, wszystko to okaże się snem. -Potrząsnął głową, pociągnął wina i zaczął się zastanawiać, czy ci grubiańscy mężczyźni widzą w nim normalnego chłopca, czy kastrata.
W pomieszczeniu było wielu eunuchów i nikt nie zwracał na nich większej uwagi, niż tłum w weneckich kawiarniach zwracał na Alessandra, gdy ten przychodził napić się kawy i posłuchać operowych ploteczek.
Tonia paliła jednak twarz i kiedy duża grupa mężczyzn siedzących przy długim stole zaczęła śpiewać, z ulgą zauważył, że wszystkie oczy zwróciły się na nich.
Opróżnił swój kielich i dolał sobie jeszcze wina. Patrzył przed siebie na kruchy drewniany blat stołu błyszczący jak wypolerowany od tłuszczu, na którym od czasu do czasu wykwitały krople. Zastanawiał się, ile czasu musi minąć, nim on i chłopak, który zszedł z Wezuwiusza staną się jedną osobą.
Pieśń skończyła się. Kilku muzyków, prawdopodobnie artyści uliczni, zaczęło śpiewać do wtóru mandoliny. Ich pieśń brzmiała dziko, barbarzyńsko, dziwnie, zupełnie inaczej niż melodie północy. Być może więcej w niej było wpływów hiszpańskich.
Tonio zamknął oczy, pozwolił głosowi tenora przepływać przez swe myśli, a kiedy ponownie rozwarł powieki, jego kielich był pusty. Zdawał sobie sprawę, że Guido patrzy, jak napełnia go po raz trzeci. Maestro nie powiedział jednak nic.
Nie pamiętał, kiedy do ich stolika podszedł Lorenzo. Wiedział tylko, że nim podniósł wzrok i ujrzał go, długo zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś przy nim stoi. Głowa chłopaka zasłaniała światło, które dawały wiszące nisko lampy, więc Tonio nie widział dobrze jego twarzy.
- O co chodzi, Lorenzo?- spytał chłodno Guido.
Lorenzo zgiął się w łuk i nagle ryknął na Guida w neapolitańskim dialekcie.
Tonio zerwał się na nogi. Lorenzo wyjął sztylet. Otaczający ich ludzie zamilkli; w ciszy słychać było tylko rozkaz Guida, by Lorenzo opuścił gospodę. Tonio rozumiał tyle, że maestro czymś Lorenzowi groził.
Zdawał też sobie jednak sprawę z tego, że nie miało to żadnego znaczenia. Wreszcie nadeszła ta chwila. Na twarzy Lorenza malowała się nienawiść i spryt. Był też bardzo pijany i kiedy zbliżał się powoli do Tonia, wyglądał równie niebezpiecznie, jak wyglądałby każdy inny mężczyzna.
Tonio zrobił krok w tył. Nie był w stanie jasno myśleć. Musiał wydobyć swą broń, ale wiedział, co się stanie, kiedy po nią sięgnie. Jedna z kelnereczek ciągnęła Lorenza za rękaw, a mężczyźni siedzący przy długim stole wstali i otoczyli ich. Guido nagle pchnął Lorenza ze złością; tłum rozstąpił się, ale chłopak utrzymał równowagę.
Tonio zdążył też już wyciągnąć swój sztylet.
- Nie szukam z tobą zwady- powiedział po włosku. Lorenzo obrzucał go po neapolitańsku obelgami.
- Mów tak, żebym mógł cię zrozumieć- rzekł Tonio. Wino jakby wyparowało mu z żył. Był teraz opanowany i mówiąc, myślał zupełnie coś innego. Na chwilę ogarnął go prawdziwy strach, wyobraził sobie, jak ostrze wbija się w jego ciało, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie ma czasu na przerażenie, że może go ono pokonać. Odsunął się i stanął dalej, by lepiej widzieć tego o wiele od siebie wyższego chłopaka z niezmiernie długimi ramionami eunucha, gotowymi wbić w niego to śmiercionośne ostrze.
Kiedy Guido raz jeszcze podszedł, by odsunąć Lorenza, ten odwrócił się w tył i wszyscy zdali sobie sprawę, że jest gotów spełnić swą groźbę i pchnąć Guida nożem.
W mroku zwarła się z nimi jeszcze jedna postać odciągająca Guida.
Kiedy Maffeo raz jeszcze usiłował chwycić Lorenza, a ten odwrócił się, by go zaatakować, Tonio wydał z siebie ryk i ruszył w przód. Lorenzo natychmiast odwrócił się w jego stronę. Potem wszystko działo się tak szybko, że Tonio nie był w stanie nikomu tego opowiedzieć. Eunuch rzucił się na niego, wyrzucił w przód długie ramię, a Tonio uchylił się, przeszedł pod nim, uniknął go i poczuł, jak ostrze jego sztyletu dosięga Lorenza. Coś jednak je zatrzymało, więc Tonio pchnął mocniej, przebił materiał, ciało, kość, czy też cokolwiek innego, co stanęło mu na drodze, i poczuł, że wchodzi tak gładko, aż Tonio opadł na Lorenza.
Chłopak zacisnął lewą dłoń na twarzy Tonia, a ten wyszarpnął z niego sztylet. Wtedy Lorenzo zatoczył się w tył.
Przez tłum przebiegło westchnienie. Lorenzo zmrużył z nienawiścią powieki, uniósł sztylet i nagle jego oczy rozszerzyły się.
Upadł martwy na podłogę gospody u stóp Tonia. Tonio wpatrzył się w niego.
Zdawało się, że tłum stał się jedną ludzką masą, delikatnie wypychającą Tonia z gospody. Jakaś kobieta krzyczała. Tonio nie wiedział, co się z nim dzieje. Jakieś ręce obróciły go, pchnęły, wyprowadziły przez drzwi w ciemną alejkę; ktoś szybko dał mu znak, by uciekał, tędy! Nagle zaczął popychać go Guido.
Nie mógł wiedzieć, że tłum instynktownie pragnął go ochronić. Zostanie wezwana policja; wybronili już mordercę. Nie chcieli, by policja cokolwiek załatwiała.
Tonio był tak słaby i przerażony, że Guido musiał wciągnąć go do powozu i przepchnąć przez bramę konserwatorium. Nawet kiedy wprowadził go do swej ciemnej pracowni, Tonio wciąż patrzył w stronę, z której przyszli.
Usiłował coś powiedzieć, ale Guido gestem kazał mu milczeć. -Ale ja... ja... -Tonio dyszał, jakby nie mógł oddychać. Guido potrząsnął głową. Podniósł brodę, po czym jego twarz przybrała wyraz nakazujący ciszę. Kiedy spostrzegł, że Tonio go nie rozumie, rzekł: -Nic nie mów!
Przez cały następny dzień Tonio zmagał się z ćwiczeniami, zdziwiony tym, że jest w stanie na tyle kontrolować głos, by przez nie przebrnąć.
Jeśli kiedykolwiek formalnie potwierdzono śmierć Lorenza, Tonio nic o tym nie słyszał. Jeśli znaleziono ciało i przyniesiono je do konserwatorium, nic o tym nie wiedział.
Nie zjadł ani śniadania, ani popołudniowej przekąski, bowiem na myśl o jedzeniu ogarniało go obrzydzenie; co jakiś czas kładł się w swym pokoju i zastanawiał się nad przyszłością.
Rzecz jasna, najlepszą wskazówką, iż Tonio nie zostanie aresztowany, był fakt, że Guido zachowywał się tak jak zazwyczaj. Wiedział, był pewien, że Guido powiedziałby mu o niebezpieczeństwie.
Kiedy jednak wszyscy zebrali się w jadalni na wieczorny posiłek, wyczuł, że przez salę przebiega subtelny, lecz zauważalny prąd. Wszyscy na niego zerkali.
Normalni chłopcy, których unikał tak starannie jakby nie istnieli, teraz delikatnie i niezwykle znacząco kiwali do niego głowami, gdy spotkali się z nim oczami. A mały Paolo, kastrat z Florencji, któremu zawsze udawało się usiąść blisko Tonia, tak się w niego wpatrywał, że aż przestał jeść. Na jego okrągłej twarzy z zadartym noskiem malowała się głęboka fascynacja i chłopczyk raz po raz uśmiechał się psotnie. Inni kastraci najwyraźniej okazywali Toniowi szacunek, jako pierwszemu podawali mu chleb i wspólny dzban wina.
Nigdzie nie było widać Domenica; Tonio po raz pierwszy pragnął jego obecności i to nie w łóżku na górze, lecz tutaj, u swego boku.
Kiedy wszedł do teatru na wieczorną próbę, Francesco, skrzypek z Mediolanu, podszedł do niego i spytał uprzejmie, czy w dawnych latach spędzonych w Wenecji słyszał kiedykolwiek wielkiego Tartiniego.
Tonio szepnął twierdzącą odpowiedź. Tak, również Vivaldiego; słyszał ich obu ostatniego lata nad Brentą.
Wszystko to było tak niespodziewane i dziwne!
Wreszcie wyczerpany znalazł się we własnym pokoju. Wiedział, że w ciemności kryje się Domenico, chociaż go nie widział. Wreszcie Tonio nie był w stanie powstrzymywać się dłużej i wybuchnął:
- To głupie, nierozważne i głupie, że ten chłopak zginął.
- Pewnie taka była boska wola- odparł Domenico.
- Żartujesz sobie ze mnie!- oburzył się Tonio.
- Nie. Tak naprawdę, nie potrafił śpiewać. Wszyscy o tym wiedzieli. A czymże jest eunuch, który źle śpiewa? Lepiej, że umarł. -Domenico z absolutną szczerością wzruszył ramionami.
- Maestro Guido jest eunuchem, który nie potrafi śpiewać- szepnął ze złością Tonio.
- I dlatego dwa razy targnął się na własne życie- odparł chłodno Domenico. -Poza tym jest on najlepszym nauczycielem w konserwatorium. Wszyscy wiedzą, że jest lepszy od Maestra Cavalli. Ale Lorenzo? Cóż mógłby robić Lorenzo? Skrzeczeć w wiejskim kościele, w którym nikt by się na tym nie poznał? Świat jest pełen takich eunuchów. To była ręka Boża. -I ponownie, ze znużeniem, wzruszył ramionami.
Jego ramię oplotło Tonia w pasie, jak przyjazny wąż. -Poza tym- powiedział Domenico- czym się tak martwisz? Nie miał rodziny.
- A policja?
Domenico wybuchnął szczerym śmiechem. -Boże, jakimże spokojnym i porządnym miastem musi być Wenecja! Chodź. -I zaczął całować Tonia.
Tak skończyła się najdłuższa rozmowa, jaką kiedykolwiek ze sobą odbyli.
Tej samej nocy, gdy Domenico spał, Tonio cicho usiadł przy oknie.
Śmierć Lorenza wprawiła go w osłupienie. Nie chciał przestać o tym myśleć, chociaż przez długie chwile nie rozmyślał, a po prostu wpatrywał się w szczyt Wezuwiusza. Rozbłyskiwały przy nim bezgłośne światła, a smuga dymu znaczyła ścieżkę lawy spływającej do morza.
Siedział, jakby opłakiwał Lorenza, nad którym nikt inny nie płakał.
Nie pragnąc tego, znalazł się znów daleko, w tym miasteczku na obrzeżach Państwa Weneckiego, sam, pod gwiazdami. Biegł. Słyszał chrzęst ziemi pod stopami, czuł jak chwytają go siepacze. Zaniesiono go z powrotem do brudnego pokoiku. Walczył z nimi z całej siły, podczas gdy oni, jak w koszmarze sennym, raz za razem powalali go.
Wstrząsnął nim dreszcz. Spojrzał na wulkan. -Jestem w Neapolu- pomyślał, a jednak jego wspomnienia rozwijały się niczym nierealny sen.
Flovigo zmieniło się w Wenecję. Trzymał w ręku sztylet i tym razem stał twarzą w twarz z innym przeciwnikiem.
Jego matka płakała i płakała, jak w ostatnią noc w jadalni; włosy zasłaniały jej twarz. Nawet się nie pożegnali. Kiedy to zrobią? W tych ostatnich chwilach nie przyszło mu na myśl, że zostaną rozdzieleni. A teraz matka nie przestawała płakać, jakby nic nie mogło jej pocieszyć.
Uniósł nóż. Czuł, jak mocno zaciska dłoń na rękojeści. I wtedy dostrzegł znajomy wyraz twarzy- co to było? Przerażenie malujące się na obliczu Carla? Zaskoczenie? Napięcie zniknęło.
Znajdował się w Neapolu. Wyczerpany złożył głowę na parapecie
Otworzył oczy. Przed nim budziło się miasto. Słońce posyłało pierwsze promienie w mgłę otulającą drzewa. Morze błyszczało jak metal.
- Nie ciebie miałem zabić, Lorenzo- pomyślał. A jednak ten chłopak zatarł mu się już w pamięci. W tamtym obrzydliwym momencie Tonio, widząc ostrze noża i leżące na podłodze gospody ciało, czuł dumę.
Załamany, pochylił głowę. Rozumiał tę dumę w najmniejszych szczegółach. Miał świadomość całej chwały i znaczenia swego przerażającego czynu.
Tego, że z łatwością był w stanie to zrobić i zrobi raz jeszcze!
Twarz śpiącego Domenica, leżącego na poduszce w tak swobodnej pozie, była gładka.
Widok tego piękna, które dawano mu hojnie i często, sprawił, że Tonio poczuł się całkowicie samotny.
Kiedy w godzinę później wszedł do pokoju ćwiczeń, potrzebował muzyki i Guida. Czuł, że jego głos odpowiada na wyzwania tego dnia z nową czystością i zapałem. Najtrudniejsze, najbardziej zawiłe problemy zdawały się znikać w obliczu jego upartego ataku. Nim nadeszło południe, ukoiła go możliwość uczynienia pięknym każdego najprostszego tonu.
Wieczorem, ubierając się do wyjścia, zdał sobie sprawę, że jego surdut jest od pewnego czasu za ciasny. Przyglądał się swym wyciągniętym rękom. I spojrzawszy niemal ukradkiem w lustro, zdziwił się, że bardzo urósł w tak krótkim czasie.
6
Nie było wątpliwości, że Tonio gwałtownie rośnie; za każdym razem, gdy to zauważył, czuł słabość, tracił nagle oddech.
Ale zatrzymywał to dla siebie. Nowe surduty kazał szyć z nieco dłuższymi rękawami wiedząc, iż wkrótce z nich wyrośnie i choć Guido bezlitośnie zmuszał go do pracy, cały Neapol zdawał się wychodzić z siebie, by go rozpraszać.
W lipcu widział oszałamiające uroczystości ku czci świętej Rozalii, kiedy to sztuczne ognie rozświetliły całe morze i zdawało się, że na wodzie rozbłysły światłem tysiące łodzi.
Teraz, w sierpniu, z odległych wzgórz Apulii i Kalabrii zeszli pasterze odziani po wiejsku w baranie skóry, grając na fujarkach i nieznanych Toniowi instrumentach strunowych. Odwiedzali kościoły i domy arystokracji.
W sierpniu miała miejsce procesja do Madonny del Pie di Grotta. Chłopcy z najlepszych neapolitańskich konserwatoriów nieśli jej figurę pod balkonami i oknami, które na tę okazję zostały pięknie i z przepychem ozdobione. Minęły letnie upały, zrobiło się nieco chłodniej.
A we wrześniu chłopcy przez dziewięć dni zbierali się rano i po południu w kościele franciszkanów- był to obowiązek, dzięki któremu konserwatorium zostało zwolnione z pewnych podatków.
Tonio wkrótce zgubił się w tych wszystkich dniach ku czci świętych, ulicznych jarmarkach, świętach i oficjalnych uroczystościach, w których brał udział. Kiedy nie był jeszcze odpowiednio przygotowany, często milczał, stojąc w chórze, lub śpiewał tylko kilka taktów. Ponieważ jednak Guido trzymał go zawsze do późna i zmuszał do wczesnego wstawania, by ćwiczyć, Tonio coraz więcej dowiadywał się o muzyce i o tym, jak należy dobrze ją wykonywać.
Przeróżne gildie organizowały ogromne, dokładnie opracowane procesje, w czasie których chłopcy jechali czasem na platformach dźwigających żywe obrazy. Brali też udział w pogrzebach.
Każda godzina między tymi uroczystościami zapełniona była zajęciami z Guidem. Tonio spędzał je na ćwiczeniach w pustym, kamiennym pokoju, a jego głos zyskiwał na elastyczności i doskonałości.
Na początku jesieni Tonio otrzymał list od swej kuzynki, Catriny Lisani, i był zaskoczony, że zrobił on na nim tak małe wrażenie.
Pisała, iż przyjeżdża do Neapolu, by się z nim zobaczyć. Natychmiast odpisał, że nie wolno jej tego robić. Oznajmił, że zostawił przeszłość za sobą i jeśli nawet Catrina pojawi się w Neapolu, nie spotka się z nią.
Miał nadzieję, iż więcej nie dostanie od niej listu, nie było jednak czasu, by się nad tym zastanawiać i roztrząsać.
Kiedy otrzymał następną wiadomość od Catriny, odpisał, że jeśli zajdzie taka potrzeba, gotów jest opuścić Neapol, by uniknąć spotkania z nią.
Jej następne listy były już inne. Rozpaczliwe pragnienie zobaczenia się z Toniem sprawiło, że jej ostrożny styl ożywiła szczerość:
Wszyscy opłakują Twój wyjazd. Napisz, czego pragniesz, a prześlę ci to. Póki nie dostałam listu od Ciebie i nie porównałam go z Twoimi dawnymi notatkami z lekcji, nie wierzyłam, że żyjesz, chociaż tak mi mówiono.
Napiszę Ci o wszystkim, co chciałbyś wiedzieć. Matka poważnie zachorowała po Twoim zniknięciu, lecz teraz jest już zdrowa.
A Twój brat, Twój oddany brat! Tak bardzo obwinia się za Twój wyjazd, że tylko płeć piękna jest w stanie go pocieszyć. Spożywa to lekarstwo z dużą ilością wina. Nic jednak nie jest w stanie przeszkodzić jego porannej obecności na Wielkiej Radzie.
W tym momencie Tonio odłożył list, którego słowa paliły go. -Już nie jest jej wierny- myślał. -Czy ona o tym wie? Matka była też chora, niewątpliwie zatruły ją kłamstwa, które kazał jej przełknąć, tylko czemu Tonio ma o tym wszystkim czytać? Jednak raz jeszcze rozłożył pergamin:
Pisz do mnie, o czym zechcesz. Mój mąż broni Twych praw w Radzie, a wygnanie też kiedyś w końcu się skończy. Kocham Cię, najdroższy kuzynie.
Minęły tygodnie, nim jej odpisał. Powiedział sobie, że te kilka lat musi należeć do niego i nigdy już nie chce żadnych wiadomości z Wenecji ani od niej, ani od kogokolwiek innego.
Jednak pewnego wieczora, pod wpływem jakiegoś niespodziewanego, niewytłumaczalnego impulsu usiadł i napisał krótką, lecz uprzejmą odpowiedź na jej list.
Później dostawał od niej wieści nie rzadziej niż co dwa tygodnie. Często niszczył listy, by zniknęła pokusa czytania ich raz po raz.
Z Wenecji nadeszła jeszcze jedna sakwa. Miał więcej pieniędzy, niż mógł wydać.
Tej zimy sprzedał powóz, którego nigdy i tak nie używał, a nie chciał go utrzymywać. Wychodząc z założenia, iż jeśli ma już mieć długie, szczupłe ciało eunucha, to musi je przynajmniej dobrze ubierać, zamówił rzeczy wspanialsze niż kiedykolwiek.
Maestro Cavalla i Guido docinałi mu z tego powodu; Tonio był jednak hojny, dawał pieniądze ulicznym żebrakom i kiedy tylko mógł, przynosił prezenty dla małego Paola.
Mimo to wciąż był bogaty. Carlo tego pilnował. Tonio mógł zainwestować w coś swe fundusze. Nigdy jednak nie znalazł na to czasu. Chociaż Tonio miał dni tak wypełnione różnymi zajęciami, wydarzeniami, walką i ciągłą pracą, to jednak był zaskoczony, gdy pewnego ranka Guido oznajmił, że będzie śpiewał partię solową w świątecznym oratorium. Święta! A więc jest tutaj już pół roku!
Nie odpowiadał przez dłuższą chwilę. Myślał o tym, że właśnie w czasie świątecznej mszy w Bazylice Świętego Marka śpiewał po raz pierwszy z Alessandrem, gdy miał zaledwie pięć lat.
Ujrzał flotyllę gondoli płynących, by uczcić szczątki świętego Jerzego. W jednej z nich będzie teraz Carlo. Usiłował o tym nie myśleć.
Uświadomił sobie, że Domenico wkrótce wyjeżdża z Neapolu do Rzymu.
W noworoczną noc otwierającą rzymski karnawał miał zadebiutować w Teatro Argentina.
Co powiedział Guido? Tonio ma śpiewać; co ma śpiewać? Wyszeptał jakieś przeprosiny i kiedy maestro powtórzył, że Tonio będzie śpiewał solo w świątecznym oratorium, chłopak potrząsnął głową.
- Nie mogę- powiedział. -Nie jestem jeszcze gotowy.
- Kimże jesteś, by mówić mi, czy jesteś gotowy, czy nie?- spytał Guido. -Oczywiście, że jesteś. Nie kazałbym ci śpiewać, gdybyś nie był.
Tonio nie potrafił oprzeć się wizji błyszczących latarenek przesuwających się po czarnej lagunie, kiedy flotylla gondoli płynęła w czasie świąt do relikwii świętego Jerzego.
Za oknem ogród konserwatorium pławił się w promieniach słońca, które zmieniało każdy z łuków krużganka w obraz liści trzepoczących na tle żółtego światła. Nie, światło było właściwie zielonkawe. Tonio myślami przebywał jednak gdzie indziej. W Bazylice Świętego Marka. Matka mówiła: -Patrz! To twój ojciec!
- Proszę nie poddawać mnie tej próbie, maestro- szepnął. Użył swego całego weneckiego, dobrego wychowania. -Nie ufam własnemu głosowi; jeśli będę zmuszony śpiewać sam, zawiodę.
Wywarło to bardzo dobry wpływ na Guida, który właśnie zaczynał wpadać w gniew.
- Może to ja cię zawiodłem, Tonio? Jesteś już w stanie zaśpiewać solo!
Tonio nie odpowiedział. Był zbyt zdziwiony- nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej Guido zwrócił się do niego po imieniu. Nie spodziewał się też, że zrobi to na nim takie wrażenie.
Jeszcze raz powtórzył, iż nie może śpiewać solo. Usiłował rozwiać wizję Bazyliki San Marco. Stojący tuż przy nim Alessandro powiedział: -Nigdy w to nie uwierzyłem!
Kiedy dzień chylił się już ku końcowi, Tonio był wyczerpany. Guido nie powiedział więcej ani słowa na temat sola, ale było ono prawdopodobnie jednym ze świątecznych utworów, które dał Toniowi do odśpiewania. Chłopcu zdawało się, że ma brzydki, niepodatny głos.
Zniechęcony i niespokojny wspinał się po schodach do swojego pokoju. Nie miał ochoty widzieć się z Domenico, ale pod drzwiami migotała wąska smuga światła. Domenico był ubrany, jakby wieczorem gdzieś wychodził.
- Jestem zmęczony- powiedział Tonio i, by zaznaczyć to dobitnie, odwrócił się do niego plecami. Często przed wyjściem Domenica na jakieś spotkanie odbywali szybki stosunek. Ale tej nocy nużyła go sama myśl o tym.
Wbił wzrok w swoje dłonie. Czarna szata była już za krótka; z premedytacją unikał spojrzenia na własne odbicie w lustrze.
- Ale na dzisiejszy wieczór przygotowałem coś szczególnego- rzekł Domenico. -Nie pamiętasz? Mówiłem ci przecież.
W jego głosie brzmiała bojaźliwa nuta. Tonio odwrócił się, by lepiej widzieć go w blasku świecy. Był wspaniale wystrojony i nosił ubrania z równą gracją, jak postacie z francuskich sztychów przedstawiających modę. Tonio po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, że patrzą sobie prosto w oczy, mimo iż Domenico był od niego o dwa lata starszy. Poczuł, że chyba straci zmysły, jeśli się go nie pozbędzie.
- Jestem zmęczony, Domenico- szepnął, zły sam na siebie za to grubiaństwo. -Zostaw mnie samego...
- Ależ Tonio!- Domenico był najwyraźniej zaskoczony. -Wszystko przygotowałem. Uprzedzałem cię. Rankiem wyjeżdżam. Nie mogłeś o tym zapomnieć... -Jego głos zamarł.
Tonio nigdy jeszcze nie widział takiego poruszenia na jego twarzy. Dodawało to Domenikowi uroku, który w Wenecjaninie obudził pożądanie.
Nagle zrozumiał, co tamten próbuje mu powiedzieć. Oczywiście! Była to przecież ich ostatnia noc, gdyż Domenico bezzwłocznie wyjeżdża do Rzymu! Wreszcie nadeszła chwila, o której mówili wszyscy. Maestro Cavalla pragnął, by Domenico przybył tam jak najszybciej i zaczął próby z Lorettim. Loretti walczył z nim o możliwość napisania własnej opery dla Domenica. Maestro, jako że miał więcej dobrego smaku niż talentu, wyraził na to zgodę.
Tak więc nadeszła ta chwila, a Tonio gotów był o niej zapomnieć.
Od razu zaczął się ubierać, bezskutecznie usiłując sobie przypomnieć, o czym to Domenico go uprzedzał.
- Wynająłem dla nas pokój i zamówiłem kolację w Albergo Inghiliterra- wyjaśnił mu towarzysz. Był to ów luksusowy przybytek, w którym Tonio odpoczywał po nocy spędzonej na wulkanie. Kiedy usłyszał tę nazwę, zatrzymał się na chwilę, po czym wciągnął buty i zdjął z haka szpadę.
- Przepraszam. Sam nie wiem, o czym myślę- mruknął.
Jeszcze bardziej zawstydził się, gdy wszedł na pokoje. Nie był to ten sam apartament, który wynajmował przedtem. Roztaczał się z niego widok na morze; przez dopiero co wymyte okna widać było piasek, który w świetle księżyca wydawał się całkowicie biały.
Łóżko stało w osobnym pokoju oświetlonym już kilkoma kandelabrami. W głównej komnacie znajdował się nakryty obrusem i srebrami stół.
Wszystko to było bardzo piękne i Tonio nie mógł skoncentrować się na słowach Domenica.
Ten zaś opowiadał o rywalizacji Lorettiego z jego nauczycielem, o swej niepewności co do reakcji rzymskiej publiczności i zastanawiał się, dlaczego musi jechać do tego miasta, zamiast debiutować w Neapolu. Wiadomo przecież, jaką krzywdę Rzymianie wyrządzili Pergolesiemu.
- Pergolesi... Pergolesi... -szepnął Tonio. -Wszyscy wymieniają to nazwisko...
Były to jednak zaledwie pozory rozmowy. Tonio wodził wzrokiem po białej boazerii na ścianach, ozdobionej malowanymi zielonymi liśćmi oraz niebieskimi i czerwonymi kwiatami. W przyćmionym świetle wszystko zdawało się zakurzone, okryte cieniem, a sprężysta, blada skóra Domenica wyglądała tak ładnie, że...
Powinien był mu kupić jakiś prezent. Okropne, że tego nie zrobił. I co miał właściwie, do cholery, powiedzieć na to wszystko?
- Pojedziesz?- powtórzył Domenico.
- Co?- wyjąkał Tonio.
Domenico z obrzydzeniem rzucił nóż. Zagryzł usta. Wyglądał teraz jak przepiękne, rozzłoszczone i zakłopotane dziecko. Spojrzał na Tonia, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
- Jedź ze mną do Rzymu- powtórzył. -Musisz pojechać! Nie jesteś jednym z uczniów, którzy korzystają z ich dobroczynności. Jeśli powiesz, że musisz jechać, to Maestro Maffeo cię puści. Może ci towarzyszyć hrabina, nie ma żadnych...
- Nie mogę udać się do Rzymu, Domenico! Po co miałbym tam jechać... -Nim zdążył wypowiedzieć te słowa, przypomniały mu się strzępy ich rozmowy.
Na twarzy Domenica malował się taki ból, że Tonio nie mógł na to patrzeć.
- Po prostu jesteś niespokojny, chociaż nie ma po temu żadnych powodów- powiedział. -Zrobisz sensację!
- Nie jestem niespokojny- szepnął Domenico. Odwrócił się i patrzył w mrok. -Myślałem, że będziesz chciał tam jechać, Tonio...
- Owszem, gdybym tylko mógł. Ale nie mogę tak po prostu zebrać się i wyjechać.
Nie mógł znieść widoku Domenica w takim stanie. Chłopak był zupełnie przygnębiony! Tonio przesunął dłonią po jego włosach. Czuł się zmęczony; bolały go ramiona, marzył o śnie bardziej niż o czymkolwiek innym i nagle perspektywa pozostania choćby chwilę dłużej w tym pokoju wydała mu się nieznośna.
- Kiedy znajdziesz się w Rzymie, nie będziesz o mnie myślał, Domenico, sam o tym wiesz- rzekł. -Zapomnisz o mnie i o wszystkich innych znajomych z Neapolu.
Domenico nie spojrzał na niego. Wpatrywał się w dal, jakby nic z tego, co mówił Tonio, do niego nie dotarło.
- Będziesz sławny- dodał Tonio. -Dobry Boże, jak to ujął Maestro? Powiedział, że gdybyś chciał, mógłbyś jechać do Wenecji albo od razu do Londynu. Wiesz, tak samo jak ja...
Domenico odłożył serwetkę i podniósł się z krzesła. Obszedł stół i padł przed Toniem na kolana, nim ten zdążył go powstrzymać. Spojrzał mu w oczy.
- Tonio- rzekł. -Pragnę, żebyś pojechał ze mną nie tylko do Rzymu, ale i wszędzie tam, gdzie znajdę się później. Nie udam się do Wenecji, jeśli nie będziesz sobie tego życzył. Możemy jechać do Bolonii i Mediolanu, a stamtąd do Wiednia. Albo do Warszawy, do Drezna, obojętne dokąd, bylebyśmy podróżowali razem. Miałem zamiar cię o to prosić, dopiero kiedy znajdziemy się w Rzymie, i zobaczę, że wszystko dobrze się układa; jeśli się nie ułoży, cóż... Wolę nawet o tym nie myśleć. Ale jeśli wszystko byłoby dobrze, Tonio...
- Nie. Przestań- przerwał mu Tonio. -Tak naprawdę nie chcesz tego, zresztą to i tak wykluczone. Nie mogę po prostu rzucić nauki. Nie wiesz, co mówisz...
- Nie na zawsze- odezwał się Domenico. -Tylko na jakieś sześć miesięcy. Masz odpowiednie środki materialne, Tonio, co innego gdybyś był biedny, ale nigdy nie byłeś i...
- To nie ma nic do rzeczy!- Tonia opanowała nagle złość. -Nie chcę z tobą jechać! Nie wiem, dlaczego spodziewałeś się, że będę sobie tego życzył!
Od razu pożałował tych słów.
Było już jednak za późno, a w tym, co mówił, rozbrzmiewała zbyt duża szczerość.
Domenico stał przy oknie. Odwrócił się plecami w stronę pokoju, jego delikatna sylwetka ginęła w cieniu. Patrzył w niebo. Tonio czuł, że musi mu jakoś tę przykrość wynagrodzić.
Nie wiedział jednak, jak boleśnie zranił Domenica, który właśnie odwrócił się i zbliżył do Tonia.
Na jego twarzy, która nagle stała się ściągnięta i mała, widać było ślady łez. Zbliżając się przygryzał usta, a jego oczy migotały i znów napełniały się łzami.
Tonio był absolutnie zaskoczony.
- Nawet nie marzyłem o tym, że będziesz chciał mnie ze sobą zabrać- rzekł. Przerwał jednak, przerażony irytacją, która zabrzmiała w jego głosie. Czuł się pokonany.
Jak mogło do tego dojść?
Chłopak wydawał mu się dotąd silny i chłodny. Te cechy dodawały mu czaru tak samo jak piękne usta, zręczne dłonie, giętkie i pełne wdzięku ciało, które zawsze przyjmowało Tonia.
Zawstydzony i nieszczęśliwy Tonio czuł się teraz w jego towarzystwie bardziej samotny, niż kiedykolwiek indziej. Gdyby chociaż mógł udawać, że go kocha!
Jakby czytając w myślach, Domenico powiedział:
- Nic dla ciebie nie znaczę.
- Nie wiedziałem, że tego pragniesz- rzekł Tonio. -Przysięgam!- Chociaż sam był już bliski łez, nagle ogarnęła go złość. Wezbrało w nim to samo okrucieństwo, któremu często dawał upust w łóżku. -Na Boga!- rzekł. -Cóż w ogóle dla siebie znaczyliśmy!
- Jesteśmy kochankami- odparł Domenico najcichszym, najintymniejszym szeptem.
- To nieprawda!- odparł Tonio. -To wszystko gra i szaleństwo, nic ponad najohydniejsze...
Domenico zasłonił uszy dłońmi, jakby nie chciał tego słuchać.
- I przestańże, na Boga, płakać! Zachowujesz się jak nieznośny eunuch!
Domenico wzdrygnął się. Kiedy przemówił, jego twarz była bardzo mokra i blada. -Jak możesz mi coś takiego powiedzieć! Boże, żałuję, że tu przyjechałeś, że w ogóle cię zobaczyłem. Niech cię piekło pochłonie! Mam nadzieję, że będziesz się smażył w piekle...
Tonio wstrzymał oddech. Potrząsnął głową. Patrzył bezradnie, jak Domenico podchodzi do drzwi, jakby chciał wyjść.
Ale Domenico odwrócił się. Jego twarz nawet w tej pełnej cierpienia chwili wydawała się nieprzeparcie piękna. Złość dodała jej koloru, wyostrzyła rysy, tak że wyglądał jak niewinne, zranione dziecko, które właśnie poznało smak rozczarowania. -Nie mogę... nie mogę znieść myśli o rozstaniu z tobą- wyznał. -Nie mogę, Tonio... -Przerwał, jakby nie był w stanie mówić dalej. -Cały czas myślałem, że coś dla ciebie znaczę. Kiedy przyjechałeś, byłeś taki żałosny, samotny. Pogardzałeś wszystkimi. W nocy, gdy myślałeś, że wszyscy śpią, słyszeliśmy twój płacz. Słyszeliśmy go. A kiedy wróciłeś i założyłeś szarfę, starałeś się nas zwieść. Ale ja wiedziałem, że wciąż cierpisz. Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Samo przebywanie z tobą... sprawiało ból. Myślałem... myślałem, że byłem dla ciebie dobry. Nie płakałeś już, byłeś ze mną. Wydawało mi się, że... że coś do mnie czujesz!
Tonio ścisnął głowę rękami. Jęknął cicho, po czym usłyszał za sobą trzask drzwi i kroki Domenica na schodach.
7
Cały tydzień był nie do zniesienia. Od czasu wyjazdu Domenica do Rzymu niespokojne noce wyczerpały Tonia i kiedy tego wieczora skończył kolację, wiedział, że nie będzie w stanie więcej pracować.
Guido będzie musiał wcześniej go wypuścić. Nawet gniew i groźby maestra nie zatrzymają Tonia w pokoju ćwiczeń.
* * *
Domenico po nocy spędzonej z Toniem w albergo wyjechał o świcie. Towarzyszył mu Loretti. Maestro Cavalla miał dołączyć do nich później. Na korytarzu słychać było śmiech, tupot nóg.
Domenico miał występować pod pseudonimem Cellino i ktoś krzyknął nawet: -Brawo, Cellino!
Tonio nagle odszedł od okna i nie zatrzymując się, zbiegł z czterech pięter. Przepchnął się przez grupy chłopców stojących w drzwiach. Na chwilę oszołomiło go zimne powietrze, ale udało mu się złapać właśnie ruszający powóz. Woźnica zatrzymał uniesioną rękę, w której trzymał bat.
W oknie pojawiła się twarz Domenica tak nagle rozweselona, że Tonia aż coś ścisnęło w gardle.
- Cudownie się spiszesz w Rzymie- powiedział. -Wszyscy są o tym przekonani. Nikogo nie musisz się obawiać.
Na twarzy Domenica pojawił się wtedy tak smutny, niewinny uśmiech, że Tonio poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. Kiedy stał na bruku i patrzył na turkoczący powóz, zaczął otaczać go chłód.
Teraz siedział nieruchomo na ławce w pokoju Guida i czuł, że tego wieczora nie potrafi nic więcej zrobić. Musi iść spać. Albo raczej położyć się w swej małej komnacie i przygotować się na tęsknotę za Domenico, chociaż tak naprawdę nie obchodziło go, czy kiedykolwiek go jeszcze zobaczy, na tęsknotę za bliskością jego przytulonego ciała, giętkiego i wonnego, zawsze gotowego dać Toniowi to, czego pragnął.
Przełknął ślinę i uśmiechając się bezgłośnie, zapragnął, by Guido zbił go, kiedy odmówi dalszych ćwiczeń. Zastanawiał się, co będzie musiał zrobić, by Guido go uderzył. Był teraz od niego wyższy. Wyobraził sobie, że rośnie i rośnie, póki nie sięgnie głową sufitu. Już słyszał jakiś głos, który obwieszczał: -Najwyższy eunuch chrześcijańskiego świata, a przy tym najlepszy ze śpiewaków o wzroście większym niż siedem i pół stopy.
Ze znużeniem podniósł wzrok i zauważył, że Guido skończył zapisywać nuty i przygląda mu się.
Tonio miał przedziwne uczucie, że Guido wie wszystko o nim i o Domenico, zna nawet szczegóły żałosnej sceny w albergo. Pomyślał o tych komnatach i pięknych, woskowych świecach. I o morzu za oknem. Zebrało mu się na płacz.
- Proszę mnie zwolnić dzisiaj z ćwiczeń, maestro- rzekł. -Nie mogę więcej śpiewać. Czuję w sobie pustkę.
- Rozgrzałeś się już. Doskonale wykonujesz wysokie tony- odparł łagodnie Guido. -Chciałbym, żebyś zaśpiewał to dla mnie.
Mówił dziwnie miękkim głosem. Zapalił siarkową zapałkę i dotknął świecy jej wonnym płomieniem. Dokoła nich zapadła nagle zimowa noc.
Tonio, senny i odrętwiały, podniósł wzrok i ujrzał dopiero co przepisany fragment melodii.
- To właśnie masz zaśpiewać na świątecznej mszy- rzekł Guido. -Sam to napisałem, specjalnie dla twojego głosu. -Następnie bardzo cicho dodał: -Po raz pierwszy będzie tu wykonana moja kompozycja.
Tonio uważnie badał jego twarz, usiłując znaleźć w niej ślad gniewu. Ale Guido spokojnie czekał w delikatnym, drżącym blasku świecy. Zdawało się, że w tym momencie uwypuklił się jaskrawy kontrast między nim a Domenico, a jednak coś łączyło tę dwójkę, jakieś uczucie, które żywił do nich Tonio. -Ależ tak!- pomyślał. -Domenico to sylf, a Guido to satyr. A ja? Jestem wielkim, białym, weneckim pająkiem.
Uśmiechnął się gorzko. Patrząc, jak Guido pochmurnieje, zastanawiał się, co on o nim myśli.
- Chętnie to zaśpiewam- szepnął Tonio. -Ale teraz jest jeszcze za wcześnie. Jeśli się tego podejmę, zawiodę ciebie, siebie i wszystkich, którzy będą mnie słuchać.
Guido potrząsnął głową. W jego uśmiechu zagościło na chwilę ciepło. Łagodnie wymówił imię Tonia.
- Dlaczego tak się obawiasz?- spytał.
- Czy nie mógłbyś mnie już dzisiaj puścić? Pozwolić mi odejść?!- zapytał Tonio. Gwałtownie wstał. -Chcę stąd wyjść, chcę się znaleźć w jakimkolwiek innym miejscu. -Ruszył do drzwi, po czym zawrócił. -Czy wolno mi wyjść?- spytał.
- Nie tak dawno wyszedłeś do albergo- rzekł Guido- nie prosząc o niczyje pozwolenie.
Tonio nie spodziewał się tej uwagi, więc zbiła go ona z tropu. Przez chwilę wpatrywał się w Guida z lękiem, niemalże w panice.
Na twarzy maestra nie malowało się jednak ani potępienie, ani złość.
Zdawało się, że nad czymś rozmyśla, po czym wyprostował się, jakby podjął decyzję.
Spojrzał na Tonia z niezwykłą cierpliwością, po czym przemówił wreszcie powoli i niemal tajemniczo.
- Kochałeś tego chłopca, Tonio- rzekł. -Wszyscy o tym wiedzieli.
Tonio był zbyt zaskoczony, by odpowiedzieć.
- Wydaje ci się, że nie widziałem twej walki?- spytał Guido. -Ale tyle już wycierpiałeś, Tonio. Czy to dla ciebie aż taka strata? Z pewnością możesz oddać się pracy jak przedtem i zapomnieć o nim. Ta rana zagoi się i to pewnie wcześniej niż przypuszczasz.
- Kochałem Domenica?- szepnął Tonio.
Guido nieomal niewinnie zmarszczył brwi. -Cóż innego mogłoby to być?
- Nigdy go nie kochałem, maestro! Nic do niego nie czułem! Och, gdyby jego odjazd sprawił mi choć najmniejszy ból, bym mógł to jakoś odpokutować!- Przerwał, wpatrując się w Guida, który zaskoczył go w tak niespodziewanym momencie.
- Mówisz prawdę?- spytał maestro.
- Tak- odparł Tonio. -Niestety, tylko ja ją znałem. I musiałem mu ją jakoś oznajmić. Jakże pogardzałbym kimś, kto pożegnałby mnie tak, jak ja pożegnałem jego, gdy wyjeżdżał do Rzymu, być może na najważniejsze spotkanie w swym życiu. Bóg wie, czy ja kiedykolwiek zdołam wyruszyć w taką podróż. Zraniłem go, maestro! Bezmyślnie, głupio sprawiłem mu ból.
Przerwał.
Czyżby opowiadał to wszystko Guidowi? Patrzył przed siebie, zaskoczony własną słabością. Czuł do siebie wstręt i za tę niemoc i za samotność, która była jej źródłem.
Z twarzy Guida, czekającego bez słowa na dalszy ciąg opowieści, nie dało się nic wyczytać. Tonio przypomniał sobie całe jego okrucieństwo.
Wiedział, że zbyt dużo zostało powiedziane. Musi stąd wyjść, gdyż nie może już sobie ufać.
Jednak niespodziewanie, wbrew własnej woli, zaczął mówić dalej:
- Boże, gdybyś nie był tak brutalny i pozbawiony uczuć. Po co ze mną o tym wszystkim rozmawiasz? Usiłuję wierzyć, że jeszcze może być we mnie coś dobrego, wartościowego, a jednak zmieniłem mój związek z Domenico w coś, co niewarte jest nawet rynsztoka. W takie noce jak ta ronił z mojej winy łzy.
Wbił w Guida wzrok pełen złości.
- Dlaczego chciałeś się utopić?- spytał. -Co cię do tego skłoniło? Strata mego głosu? Głosu, po który pojechałeś do Wenecji! Cóż, nie jestem tylko głosem, a człowiekiem z krwi i kości!- wykrzyknął. -Nie jestem jednak ani mężczyzną ani kobietą, nie ma znaczenia z kim śpię, więc zmieniam sam siebie w żywą padlinę.
- Cóż było złego w waszych stosunkach?- szepnął Guido. -Komu mogły przeszkadzać, skoro obydwaj jesteście, jacy jesteście? Cóż było złego w tym, że szukaliście odrobiny uczucia?
- Pogardzałem nim, ot co. Spałem z nim, jakbym go kochał, a nie kochałem go. Uważam to za zło. Nawet w mojej sytuacji te właśnie sprawy mają największe znaczenie!
Guido patrzył wprost przed siebie. Wreszcie bardzo wolno skinął głową. -Więc dlaczego to robiłeś?- szepnął.
- Bo go potrzebowałem- odparł Tonio. -Czuję się tu jak sierota, był mi więc potrzebny! Nie mogłem znieść samotności. Spróbowałem, nie powiodło mi się; znów jestem sam i cierpię jak nigdy przedtem. Tysiące razy stawałem z tym bólem twarzą w twarz i przyrzekłem sobie, że wytrzymam. Ale czasem dokucza mi on dotkliwiej, niż jestem w stanie znieść, a Domenico dał mi namiastkę miłości, pozwolił mi grać rolę mężczyzny, więc zgodziłem się na to.
Odwrócił się tyłem do Guida. Nieźle, co? Tama pękła, wszystkie jego postanowienia przepadły. Był teraz w stanie myśleć jedynie o tym, że zdradza komuś własne przeżycia. Targała nim też nienawiść, nienawiść i obrzydzenie; te same uczucia, którymi pałał do Domenica.
- Jak mam to wszystko znieść?- spytał. Odwrócił się powoli. -Jak ty znosisz codzienną pracę, którą wykonujesz z taką złością i chłodem. Ten głos, w którym nie ma nic prócz inwektyw? Dobry Boże, czy chociaż raz nie zapragnąłeś pokochać tych, których uczysz; obdarzyć uczuciem uczniów, tak bardzo starających się nadążyć za tym bezlitosnym rytmem, jaki dla nich wybijasz?
- Pragniesz ode mnie miłości?- spytał łagodnie Guido.
- Tak, chcę od ciebie miłości!- odparł Tonio. -Gotów jestem prosić o nią na kolanach. Jesteś moim nauczycielem! Ty dajesz mi wskazówki, kształtujesz mnie, słyszysz mój głos, jak nikt inny. Starasz się usilnie uczynić go tak dobrym, jak mnie samemu nigdy by się to nie udało. Jak możesz pytać, czy pragnę twej miłości? Czy to w ogóle można robić bez uczucia? Czy nie wydaje ci się możliwe, że jeśli okazałbyś mi choć odrobinę ciepła, otworzyłbym się przed tobą jak wiosenne kwiaty i starałbym się tak, że moje wcześniejsze postępy wydałyby ci się niczym?!
Jeśli byś mnie kochał, śpiewałbym twoją muzykę i zrobiłbym wszystko, co twoim zdaniem potrafię robić; gdybyś tylko wraz z najsurowszą, najszczerszą krytyką dał mi trochę uczucia. Jeśli to zrobisz, uda mi się wydostać z tego mroku, znaleźć jakieś wyjście; będę mógł rozwijać się w tym wilgotnym, dziwnym miejscu jako istota, której imienia nie jestem nawet w stanie wymówić. Pomóż mi!
Tonio przerwał. Nie mógłby sobie wyobrazić niczego potworniejszego; czuł się całkowicie zagubiony i wolał nawet nie patrzeć w tę brutalną, obojętną twarz, w oczy, które zawsze zdawały się płonąć gniewem i pogardą dla bólu i słabości. Zacisnął powieki. Przypomniał sobie, że kiedyś, musiało to być całe wieki temu, w Rzymie- ten mężczyzna objął go. To, co powiedział, wydało mu się tak szalone, że nieomal wybuchnął śmiechem, a kiedy nagle w wyobraźni zamajaczył mu pokój, w którym właśnie zgasła świeca, otworzył oczy na okrywającą wszystko ciemność i pomyślał: -To w końcu tylko słowa, nie czyny. Jakoś to minie, jak wszystko inne, a jutro, tak jak zawsze, każdy z nas będzie znów żył w swym własnym piekle. Tyle, że ja stanę się silniejszy, bardziej się do tego przyzwyczaję.
W końcu takie jest życie, prawda? Takie jest życie, tak miną lata, tak ma być: "Zamknij drzwi, zamknij drzwi, zamknij drzwi". Ostrze, które mnie tu przywiodło to tylko nóż, pod który pójdziemy wszyscy.
W powietrzu wciąż było czuć zapach wosku.
Kiedy Tonio usłyszał odgłos kroków Guida na płytach, pomyślał: -Nadeszło więc ostateczne upokorzenie: wychodzi.
Okrucieństwo maestra nigdy nie wydawało mu się tak straszne i przytłaczające. -Och, te godziny, które spędziliśmy razem, ten obrzydliwy związek oparty na wyczerpującej pracy, która raz po raz osiąga poziom wyrafinowanej tortury.
Jaką wyciągnąłem z tego naukę? Że i w tym, jak we wszystkim innym, jestem samotny, o czym wiedziałem wcześniej i z każdym mijającym dniem coraz lepiej zdaję sobie z tego sprawę. Miał wrażenie, że płynie.
Nagle zdał sobie sprawę z tego, iż żelazna zasuwa została zamknięta, a Guido nie opuścił go.
Wstrzymał oddech. Nic nie widział. Przez moment nic też nie było słychać. Wiedział jednak, że Guido go obserwuje. Przeraził go nagły przypływ pożądania.
Emanowała z niego żądza. Promieniowała w ciemność, sięgając czterech ścian pokoju, a Tonio odwrócił się i czekał, czekał.
- Mam cię kochać?- doleciały go słowa Guida. Wypowiedział je tak cicho, że Tonio pochylił się w przód, jakby ich pragnął. -Kochać?
- Tak... -odparł Tonio.
- Spala mnie żądza do ciebie. Nigdy się nie domyśliłeś? Nigdy nie dotarłeś do tego, co kryje się pod moim chłodem? Czy mógłbyś być tak ślepy na moje cierpienie? Nigdy w życiu nie zabiegałem tak jeszcze o niczyje względy, nigdy nie cierpiałem tak, jak z twojego powodu. Ale są dwa rodzaje miłości i znużyły mnie już próby oddzielenia ich od siebie...
- Nie próbuj tego robić- szepnął Tonio. I wyciągnął dłoń jak dziecko sięgające po to, co pragnie dostać. -Daj mi swoją miłość! Gdzie jesteś? Gdzie jesteś, maestro?
Rozległ się cichy szelest ubrań, kroki, Tonio poczuł jakby prąd powietrza, a wreszcie niemalże bolesne dotknięcie dłoni Guida- dłoni, które przedtem tylko go biły- a wreszcie otaczające go ramiona. W tym momencie wszystko zrozumiał.
Był to ostatni przebłysk myśli; wiedział jak było i jak będzie, poczuł pierś Guida, jego napierające usta.
- Tak- szepnął. -Tak, teraz, daj mi wszystko, wszystko... -Płakał.
Guido całował jego usta, policzki, podnosił Tonia, wbijając palce w jego ciało, jakby miał go pożreć i wydawało się, że całe okrucieństwo maestra zmieniło się w ten ogromny wylew uczuć, nie szukających żadnych parodii nienawiści czy kary, a tylko jak najszybszego, rozpaczliwego połączenia.
Tonio padł na kolana, pociągając za sobą Guida. Wziął na siebie całą inicjatywę. Dawał mu siebie, proponując to, co jemu samemu oferował zawsze, nie żądając tego samego w zamian, Domenico.
Nie obawiał się bólu.
Niech boli. I chociaż z trudem zdołał oderwać się od ust otwierających jego własne usta i ssących nawet zęby, położył się na wznak na kamiennych płytach i rzekł: -Zrób to. Zrób to ze mną. Pragnę tego. -Guido położył się na nim. Tonio czuł cały jego przytłaczający ciężar, czuł jak rozrywa jego rzeczy, a pierwsze pchnięcie przeraziło go. Wydał długie westchnienie, po czym całe jego ciało otworzyło się zapraszająco, pod żadnym pozorem nie chciało zabronić Guidowi wstępu, a kiedy znów poczuł jego krótki, ale twardy i pulsujący organ, zaczął się ruszać wraz z nim. Przez chwilę byli złączeni; Guido przyciskał usta do szyi Tonia, wbijał palce w jego ramiona, trzymając go kurczowo blisko siebie, aż wreszcie wydał gardłowy okrzyk i Tonio wiedział, że jest po wszystkim.
Wycierał usta, zaskoczony. Czuł w sobie pożądanie, pragnienie. Nie potrafił powstrzymać się od dotykania Guida, ale to Guido uniósł go w górę, obejmując ramionami biodra Tonia tak mocno, że trzymał go w powietrzu, kiedy otoczył członek Tonia cudownie wilgotnymi, ciepłymi ustami i zaczął go wspaniale, żarłocznie ssać.
Robił to mocniej, gwałtowniej od Domenica. Tonio zacisnął usta, by nie krzyczeć, po czym, zaspokojony, obsunął się w tył, odwrócił się kryjąc głowę w ramionach i podciągnął w górę kolana, czując ostatnie, niknące fale rozkoszy. Bał się.
Był sam. Znów brzmiała mu w uszach cisza. Świat wracał do niego, a on nie mógł nawet unieść głowy.
I powtarzając sobie, że niczego nie potrzebuje, czuł jednocześnie, iż w tej chwili byłby zdolny błagać o cokolwiek. Czuł jednak bliskość Guida, który przyciągał go rękami. Wstał gwałtownie i wtulił rozpaloną twarz w jego ramię. Te zszarzałe loki otarły się o niego i Tonio miał wrażenie, że Guido przytula go całym ciałem, nawet palcami- tak mocnymi i ciepłymi; Guido był tam z nim, obejmował go, kochał i czule całował; byli jednością.
Tonio był oszołomiony, nie wiedział, dokąd idą. Zdawał sobie tylko sprawę z tego, że spacerują po czystych, zimnych ulicach, a w odbijającym się od ścian lśnieniu pochodni jest przerażające piękno.
W powietrzu wisiał ciężki zapach ogni, na których gotowano kolacje, i płonących węgli, a na każdym zakręcie z ciemności wyłaniały się okna rozjaśnione pięknym żółtym światłem. Potem znów zapadał mrok, słychać było szelest wyschniętych, zimowych liści, a on i Guido wymieniali gwałtowne, okrutne pocałunki, w których zamiast czułości królował głód.
Kiedy dotarli do gospody, z otwartych drzwi wionęło nęcącym ciepłem, a oni, pośród hałasu, pobrzękiwania szabli i ciskanych na stół cynowych kufli, wcisnęli się do najgłębszej alkowy. Jakaś kobieta śpiewała pełnym, mrocznym głosem przypominającym brzmienie organów, jeden z pastuchów grał na fujarce, a wszyscy dokoła dołączyli się do pieśni.
Po stole przesuwały się cienie rzucane przez rozkołysane lampy i przesuwający się tłum. Tonio, patrząc na drugą stronę wąskiego pomieszczenia, przeżywał słodkie katusze na myśl, że nie może teraz dotknąć Guida. Kiedy jednak oparł się o drewnianą ścianę i spojrzał w jego oczy, ujrzał w nich miłość tak wielką, że wystarczał mu uśmiech i wino, które trzymał w ustach, przesiąknięte cierpkim smakiem winogron i drewna beczułki, z której je rozlewano.
Dużo pili i Tonio nie pamiętał dokładnie, kiedy Guido zaczął mówić, przypominał sobie tylko, że tym niskim, szorstkim głosem, wyzywającym szeptem, który dobywał się z głębi piersi, wyznawał mu tajemnice, jakich nikomu jeszcze nie odważył się powierzyć. Tonio nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, a do głowy przychodziło mu tylko jedno zadanie: -Miłość, miłość. Jesteś moją miłością- aż wreszcie wypowiedział je w tym ciepłym, hałaśliwym miejscu i ujrzał płomień w oczach Guida. -Miłość. Miłość. Jesteś moją miłością, nie jestem sam. Chociaż przez tę krótką chwilę nie jestem sam.
8
Co noc oddawali się miłości pełnej niezaspokojonego głodu i zwierzęcego okrucieństwa, a przy tym przepojonej niewypowiedzianą czułością. Spali objęci ramionami, jakby nawet ciało stanowiło przeszkodę, którą można pokonać tylko najciaśniejszym uściskiem, całowali się gwałtownie i żarłocznie, a rankiem wstawali zjednoczeni jednym celem, by przed świtaniem zabrać się ponownie do pracy w gabinecie Guida.
Lekcje również całkowicie się zmieniły.
Były co prawda tak samo trudne jak przedtem, a Guido zachowywał się równie surowo i porywczo, kiedy Tonio nie spełnił jego oczekiwań. Przenikał je jednak większy zapał, świadomość łączącego ich intymnego związku; byli sobą wzajemnie pochłonięci.
Tonio, który przyrzekł w czasie tego wybuchu nierozważnych zdań i ubranych w słowa emocji, że otworzy się przed Guidem, uświadomił sobie, że przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, zawsze to robił, a teraz to właśnie Guido otworzył się przed nim. Maestro po raz pierwszy uznał fakt istnienia umysłu rządzącego ciałem i głosem Tonia. Zaczął powierzać mu tajniki zasad będących podstawą do bezlitosnego powtarzania ćwiczeń.
Chęć do rozmowy nie była właściwie u Guida niczym nowym, jednak w czasie przedstawień operowych, czy następujących później długich przejażdżek nad brzegiem morza, tematem ich konwersacji byli niezmiennie inni śpiewacy. Towarzyszyło im też zawsze złudzenie bezosobowości, a nawet chłód związany ze świadomością, że żarliwość Guida dotyczy zawsze innej muzyki, innych mężczyzn.
Teraz Guido opowiadał o ich wspólnej muzyce i w pierwszych tygodniach ich najgorętszej, najbardziej zapalczywej miłości zdawało się, że rozmowa jest dla niego ważniejsza nawet od miłosnych uścisków.
Co wieczór wychodzili gdzieś; czasem wynajmowali powóz i udawali się na nadmorską przejażdżkę, albo szukali jakiejś cichej gospody, w której rozmawiali żarliwym szeptem, póki specyficzny smak wina w ustach czy zawroty głowy nie kazały im wracać do domu.
Nie jedli już kolacji w konserwatorium. Ramię w ramię przemierzali pogrążone w nieprzeniknionej ciemności ulice i znalazłszy to mroczne drzwi, to zasłaniające ich drzewa, dotykali się, przywierali do siebie, sycąc się niebezpieczeństwem tego, co robili, odurzeni nocą, jej szelestami, powozami wyjeżdżającymi z mozołem pod górę, by wyłonić się nagle z nicości i oświetlić ich migoczącym, żółtym światłem.
Kiedy jednak dotarli na długą Via Toledo, dzięki pieniądzom Tonia mogli wybierać wśród eleganckich gospód i wkrótce już ucztowali, jedząc pieczone dzikie ptactwo czy świeże ryby i popijając winem, które obydwaj tak uwielbiali: Lagrima Christi. W przyjemnym świetle tych czystych, zatłoczonych miejsc oddawali się rozmowom.
Guido podawał Toniowi nazwiska dawnych mistrzów, którzy napisali ćwiczenia, na których się uczył, i wyjaśniał, czym różnią się od nich wokalizy jego autorstwa.
Największą przyjemność sprawiał Toniowi fakt, że maestro natychmiast podchwytywał teraz zadawane mu pytania. Czy kiedykolwiek widział Alessandra Scarlattiego? Tak, spotkał się z nim jako mały chłopiec, a Maestro Cavalla zachęcał go często, by szedł do San Bartolommeo, aby zobaczyć Scarlattiego siedzącego przy klawikordzie i dyrygującego w czasie wykonywania własnych dzieł. Guido twierdził, że to Scarlatti rozsławił Neapol. Dawniej czekano niecierpliwie na nowe opery z Wenecji i Rzymu. Teraz ich miejsce zajął Neapol i, jak Tonio może zauważyć, to tutaj właśnie przyjeżdżają studenci z zagranicy.
Opera ciągle się jednak zmieniała. Długie, nudne recytatywy, które posuwały akcję naprzód, podając publiczności wszystkie potrzebne informacje, stawały się o wiele żywsze niż te nużące przerwy między ariami. Nowością była też opera komiczna. Poza tym ludzie chcieli słuchać oper w języku ojczystym, a nie tylko w klasycznym języku włoskim. W miejsce recytatywów bez akompaniamentu pojawiało się też coraz więcej recytatywów wygłaszanych z towarzyszeniem orkiestry.
Zawsze trzeba jednak było brać pod uwagę życzenia publiczności, a ta niezmiennie znosiła nawet najdłuższe i najbardziej nużące śpiewy, by tylko usłyszeć piękne arie.
Guido twierdził, że opera to właśnie piękny śpiew. Ani skrzypce, ani klawikord nie są w stanie wywrzeć na człowieku takiego wrażenia, jak piękny śpiew. Albo przynajmniej tak mu się wtedy wydawało.
Czasem, kiedy zmęczyły ich już gospody, wybierali się wieczorami na jeden z ciągle odbywających się bali, szczególnie ceniąc te wydawane przez hrabinę Lamberti, która była mecenasem sztuki. I tutaj toczył się ich nieprzerwany dialog.
Wymykali się jakoś z salonu, zabierali kandelabr, by postawić go na klawikordzie czy nowym fortepianie. Guido przez chwilę przebiegał palcami po klawiaturze, po czym sadowił się na jakimś wysokim łożu, a Tonio zaczynał zadawać swoje pytania, bądź też Guido sam rozpoczynał rozmowę.
W takich chwilach w jego oczach pojawiała się zaduma, dodająca im łagodności; jego rozluźniona twarz stawała się chłopięca i delikatna, tak że sprawiał wrażenie niezdolnego do gniewu, który okazywał w przeszłości.
Pewnej nocy, kiedy w jednym z muzycznych saloników hrabiny Lamberti znaleźli okrągły stolik, talię kart oraz świecę i usiedli naprzeciwko siebie, rozgrywając jakąś prostą partię, Tonio poprosił wreszcie:
- Opowiedz mi o moim głosie, maestro!
- Najpierw ty musisz mi coś powiedzieć- rzekł Guido, a w jego głosie błysnął taki gniew, że Tonio zadrżał. -Czemu nie chcesz śpiewać solo na świątecznej mszy, skoro powiedziałem ci, że jest proste i napisałem je specjalnie dla ciebie?
Tonio odwrócił wzrok.
Rozłożył na stole wachlarzyk kart, które trzymał w ręce i wybrał z nich bez głębszej przyczyny króla i królową. Po czym, niezdolny znaleźć oczywistej odpowiedzi na pytanie Guida, wpadł na najprostsze rozwiązanie problemu, z którym będzie musiał sobie poradzić. Zaśpiewa solo dla Guida, jeśli on tego pragnie. Wykona je, nawet jeśli nie jest jeszcze wystarczająco silny, by zadowolić młodzieńca, który zszedł z wulkanu. Jednak dręczyły go obawy.
W chwili, gdy jego śpiew rozlegnie się w kaplicy, naprawdę stanie się kastratem. Krok ten znaczył o wiele więcej, niż noszenie czarnej szaty przepasanej czerwoną szarfą. O niebo więcej, niż śpiewanie w chórze innych głosów. Chwila ta da mu pełne zrozumienie tego, kim jest.
Będzie czuł się tak, jakby rozebrano go do naga i wystawiono na widok publiczny rany, które mu zadano. Stanowiło to krok nieunikniony, a jednak przerażający. Myśląc o swym wzroście i długiej, szczupłej dłoni, spoczywającej teraz na stole, lekko wygiętej, przesuwającej karty po błyszczącym drzewie, zastanawiał się: -Czy będę jeszcze śpiewał jak chłopiec? Czy jestem jeszcze chłopcem? A może stałem się już mężczyzną?
Mężczyzna. Uśmiechnął się na myśl o brutalnej prostocie tego słowa i lawinie znaczeń, jakie za sobą niosło. Po raz pierwszy w życiu słowo to uderzyło go jako... prostackie? Nieważne. -Oszukujesz się- szepnął do siebie. Mimo całej swej abstrakcyjności, słowo to miało tylko jedno całkowicie zrozumiałe znaczenie.
Wiedział też, że mimo tej ogromnej zmiany, która w nim zaszła, jest bardzo młody. W innym świecie pewna kobieta drażniła go niegdyś w sypialni, że niedługo już stanie się mężczyzną. Jakże był wtedy dumny z tego naturalnego wyposażenia swego ciała, tak całkowicie go pewien i jednocześnie tak nieszczęśliwy. Znajdował się jednak w świecie odmiennym od tamtego. Był kastratem i będzie nim również w kaplicy, jeśli zdecyduje się śpiewać.
W czasie tego wydarzenia miał zaledwie obnażyć się po raz pierwszy. Nadejdzie tyle podobnych chwil, a wreszcie i finał: moment, w którym wyjdzie sam na scenę jakiegoś ogromnego teatru. Jeśli będzie miał tyle szczęścia! Jeśli będzie dobrym eunuchem o wystarczająco mocnym głosie i podporządkuje się odpowiednio ostrej dyscyplinie; jeśli Guido wystarczająco sumiennie go wyuczy. Tak, na to właśnie miał czekać: aż wyjawi całemu światu, że jest eunuchem.
Spojrzał na Guida. Tak, to w nim kryje się jakaś niezgłębiona niewinność wszystkich tych mrocznych, powiązanych spraw. Kochał Guida. Zaśpiewa dla niego to solo.
Nagle, niespodziewanie przypomniał sobie, że kiedy Guido o tym mówił, dodał: "Po raz pierwszy będzie tu wykonana moja kompozycja". Dobry Boże, czyżby był tak dziecinny, by nie zastanowić się nawet, co to może znaczyć dla Guida? Czyżby był takim głupcem?
Dobrze wiedział, że te wspaniałe arie, które dostawał do odśpiewania wieczorami, napisał Guido.
- Wiele dla ciebie znaczy, bym zaśpiewał to solo, gdyż sam je napisałeś, prawda?- spytał Tonio.
Twarz Guida poczerwieniała; odwrócił wzrok.
- Znaczy to dla mnie wiele, ponieważ jesteś moim uczniem i jesteś już do tego przygotowany- upierał się.
Gniew maestra zapalił się i zgasił. Guido oparł łokieć na stole i złożył brodę na dłoni.
- Prosiłeś, żebym opowiedział ci o twoim głosie- rzekł. -Może zawiodłem cię, nie mówiąc ci o nim więcej i traktując cię tak surowo. Cóż, nie wiedziałem, jak można by się inaczej zachować...
Do pokoju odważył się wejść jeden z tych cichych, poruszających się jak duchy służących w strojach z błyszczącego atłasu. Łagodny blask świecy padł na jego nalewającą wino dłoń.
Guido patrzył, jak kieliszek napełnia się, po czym dał słudze znak, by zaczekał; opróżnił kielich i ponownie obserwował, jak leje się do niego wino.
- Będę wyrażał się jasno- rzekł. -Jesteś najwspanialszym śpiewakiem, jakiego słyszałem, z wyjątkiem Farinellego. Mogłeś zaśpiewać to solo pierwszego dnia, kiedy przyszedłeś do konserwatorium. Mogłeś zaśpiewać je jeszcze w Wenecji.
Przyglądał się Toniowi zwężonymi oczami. Wino wywołało w nim zadziwiające połączenie łagodności i napięcia.
- To solo zostało napisane dla ciebie- ciągnął. -Napisałem je dla głosu, który słyszałem w Wenecji, dla chłopca-śpiewaka, za którym podążałem noc w noc. Znałem już wtedy twoje możliwości i siłę. Dostrzegałem potknięcia, których nikt inny nawet nie zauważył. Wiedziałem, czego zdołałeś nauczyć się sam, przy niewielkiej tylko zachęcie ze strony nauczycieli i byłem zadziwiony. Doskonała wysokość głosu, wrodzone wyczucie. -Potrząsnął głową, wciągając z sykiem powietrze.
- Wyrabiam w tobie tylko elastyczność i siłę. -Westchnął. -Za dwa lata będziesz w stanie zaśpiewać każdą arię z jakiejkolwiek opery, wiedząc dokładnie, jakie dodać do niej ozdobniki, jak wykonać ją doskonale bez względu na to, kto i kiedy będzie tobą kierował. Tyle mogę ci dać... -Przerwał. Odwrócił wzrok, a kiedy znów spojrzał na Tonia, jego oczy były duże i mroczne, zaś głos brzmiał nieco głębiej.
- Masz jednak jeszcze coś, Tonio, coś więcej niż głos- rzekł. -Śpiewacy, którym tego brakuje, na ogół nie są w stanie nic osiągnąć, a tym, którzy dysponują tą siłą, brakuje twojej czystości i siły głosu. Jest w tobie jakaś tajemnicza moc obezwładniająca słuchających cię ludzi i rozpalająca ich tak, że koncentrują się wyłącznie na tobie.
Kiedy w czasie Świąt zaśpiewasz w kościele, ludzie będą wyciągali szyje, by ujrzeć twą twarz, odwrócisz ich myśli od drobiazgów i zmartwień, a po mszy będą pytali o twe imię.
Przez całe lata próbowałem to analizować, dociekać, czym naprawdę jest ta siła. Miałem ją, gdy byłem chłopcem. Wiem, jak czuje się ktoś, kto ją posiada. Nie potrafię jej jednak określić. Być może sekret tkwi w doskonałej intuicji, niezauważalnym i nieomylnym wahaniu, w instynktownym wyczuciu, kiedy należy wzmocnić nutę i kiedy przestać to robić. A może ma to związek z ciałem, oczami, twarzą, postawą, którą przybiera się, wznosząc głos. Nie wiem.
Jego wywód całkowicie pochłonął Tonia. Przypomniał sobie chwilę, kiedy w Wenecji Caffarelli stanął w światłach rampy i szmer oczekiwania, który przebiegł przez tłum. Myślał o tym, jak on sam biegł niby zahipnotyzowany między krzesłami na parterze, chociaż Caffarelli nie zaczął jeszcze nawet śpiewać, a tylko spacerował po scenie.
Czy to możliwe, by on sam potrafił tak oddziaływać na ludzi?
- Jest w tym jednak coś więcej- ciągnął Guido. -Ten ogień płonąłby w tobie, nawet gdybyś został wykastrowany jako sześciolatek, tak jak ja. Ale tak nie było...
Tonio zesztywniał, był w przemożnym szoku.
Guido uspokoił go dotknięciem ręki. -Wychowano cię tak, byś myślał, poruszał się i zachowywał jak mężczyzna. To również potęguje siłę, którą posiadasz. Nie ma w tobie łagodności niektórych eunuchów. Nie sprawiasz wrażenia, jakbyś...nie należał do żadnej płci.
Guido zawahał się. -Oczywiście- mówił dalej jakby sam do siebie- niektórzy wykastrowani w dzieciństwie chłopcy, też mają tę siłę.
- To wszystko może się zmienić- szepnął Tonio. Czuł, że sztywnieje mu całe ciało, szczególnie twarz; miał ochotę uśmiechnąć się chłodno, jak robił to często w przeszłości, ale mówił dalej równym, łagodnym głosem. -Już teraz, kiedy spojrzę w lustro, widzę Do-menica.
Tak, Domenica- pomyślał. -I mojego weneckiego sobowtóra, głowę rodu Treschich, który stoi za nim, uśmiechając się, zadowolony, że wreszcie aż tak się różnimy.
Czuł się lekki, wzniosły- z łuski ciała chłopca, którym był, wyrosło wreszcie coś nienazwanego mimo tylu nadawanych temu imion.
- Tak- powiedział Guido- będziesz bardzo podobny do Domenica.
Tonio nie potrafił ukryć strachu i obrzydzenia. Guido dotknął jego dłoni. Tonio był poruszony jakąś ulotną myślą o Carlu, wspomnieniem dotyku jego szorstkiego, ogolonego podbródka na własnym policzku, stłumionego, ochrypłego westchnienia, w którym brzmiał smutek, znużenie i nieunikniona, dana Carlowi przez naturę, męska siła.
- Domenico był piękny- obruszył się Guido. -Miał też w sobie tę męską siłę.
- Domenico?- zdziwił się Tonio. -Męską siłę? Przypominał Kirke- dodał. Nigdy nie zapomni tych pieszczot, nawet teraz wstydził się swego dawnego pożądania.
Był z nim Carlo. Wdarł się do tego pokoju i właśnie teraz, w tak cennej dla Tonia chwili intymności z Guidem, w korytarzach rozbrzmiewał śmiech Carla. Spojrzał na maestra, poczuł jak bardzo go kocha, a kiedy opuścił wzrok, spostrzegł, że ten wciąż go dotyka. Domenico. Siła. Guido śmiał się cicho.
- Możliwe, że Domenico w łóżku zachowywał się jak Kirke- powiedział. -Niestety będę musiał w tym względzie uwierzyć ci na słowo. Jednak kiedy śpiewał, emanowała z niego inna moc, którą zawdzięczał tak swej urodzie, jak i głosowi. Nawet kiedy był ubrany i uczesany jak kobieta, wydawał się srogi, przerażający i wprawiał innych w drżenie. Powinieneś był obserwować twarze mężczyzn i kobiet słuchających jego śpiewu. Ta siła nie ma nic wspólnego z owłosioną piersią czy buńczuczną postawą. Emanuje z wnętrza człowieka. Domenico ją posiadał. Nie bał się Boga, ani diabła. A ty, młodzieńcze, nie zacząłeś sobie jeszcze nawet zdawać sprawy z tego, kim może być kastrat.
- Chciałbym to pojąć- szepnął Tonio. -Ale Domenico nigdy mi się taki nie wydawał. Widziałem w nim sylfa, czasem może nawet anioła. -Przerwał. -A może po prostu eunucha- wyznał.
Guido nie poczuł się jednak urażony.
Pochłaniało go jakieś nagłe odkrycie. -Eunucha- szepnął. -Widziałeś w nim to, czym sam się staniesz. A on dostrzegał w tobie własną piękność i siłę. Zawsze pociągali go ci, którzy byli do niego najbardziej podobni. Jednak przez ostatnie dwa lata żył w bolesnej samotności...
- Naprawdę?- spytał Tonio. Nigdy nie przestanie go boleć myśl, że rozczarował Domenico, chociaż ten mógł już o wszystkim zapomnieć.
- Tak, był bardzo samotny- ciągnął Guido. -Dlatego że był lepszy od wszystkich, którzy go otaczali, a to najgorszy rodzaj osamotnienia. Gdziekolwiek by się nie obrócił, spotykał się z zazdrością i lękiem. Upatrzył sobie ciebie, gdy tylko się pojawiłeś. Lo-renzo naśmiewał się z ciebie, gdyż kochał Domenica, a ten wcale o niego nie dbał.
Tonio był załamany. Patrzył na leżące przed sobą karty, na króla o twardym wzroku, na królową o zimnych oczach. Oczy królowej były bizantyjskie, skośne. Miała czarne włosy. Była to królowa pik.
- Nie martw się Domenico. Jeśli nawet, jak mówisz, zraniłeś go, to nauczyłeś go czegoś, czego nikt inny mu nie dał. Przypominasz go tylko wytwornością. Masz tę samą piękną postawą i włosy, które tak uwielbiają kobiety. Jesteś jednak od niego większy. Będziesz wyższy. Masz też niemalże niezwykłe rysy twarzy, są... -Tutaj Guido, wbiwszy w Tonia wzrok, zaabsorbowany, zaczął szukać właściwych słów. -Są bardziej wyraziste niż u większości mężczyzn. Na scenie zabłyśniesz oślepiającą urodą, tylko ty będziesz widoczny; nawet Domenico, twój delikatniejszy sobowtór, gdyby tam był, zniknąłby w twym cieniu.
Tonio milczał, kiedy wracali do konserwatorium. Weszli na pokoje Guida. Chociaż były surowe, ozdobione zaledwie kilkoma ciężkimi meblami i wytartym, tureckim dywanem, jak na ten budynek wydawały się ekskluzywne, a Tonio bardziej niż kiedykolwiek czuł się związany z Guidem, gdy w nich przebywał.
Łoże z kasetonowym sufitem zostało wyposażone na zimę w proste, ciemne zasłony. Tonio położył się na narzucie i leżał wspierając głowę o obitą drewnem tylną ściankę łóżka, podczas gdy Guido zapalał stojące na klawikordzie świeczki, co znaczyło, że jeszcze sporo czasu upłynie, nim zaczną się kochać.
Tonio spytał cicho:
- Jak będę wysoki?
- Nie wiadomo. Zależy to od tego, jak wysoki mógłbyś być w normalnych warunkach. Ale rośniesz szybko.
Tonio czuł jakąś ciemną wodę podchodzącą mu do gardła, miał wrażenie, że dostanie torsji. Teraz musi zadać pytania, które tak bardzo chciał po prostu wypowiedzieć, choćby miał je skierować do ryczącego morza.
- Co jeszcze dzieje się ze mną?
Guido odwrócił się. Tonio zastanawiał się, czy pamięta on tę noc w ogródku w Rzymie, kiedy Tonio, dusząc się, dosłownie nie mogąc złapać powietrza, jakby umierał, wyciągnął ramiona do niego, do tego posągu lśniącego bielą w świetle księżyca.
- Co się ze mną dzieje?- powtórzył. -Wiesz przecież. Jakiż obojętny wydawał się Guido. Jego postać zasłoniła blask świecy, tak że twarz Guida zginęła w mroku.
- Będziesz nadal rósł. Twoje ręce i nogi staną się dłuższe, ale i w tym wypadku nie wiadomo, jak bardzo się wydłużą. To właśnie giętkość kości daje taką moc twemu głosowi. Z każdym dniem ćwiczeń zwiększają się rozmiary twych płuc, a elastyczne kości pozwalają im się rozszerzać. Wkrótce będziesz mógł śpiewać tak wysokie tony, jakich nie jest w stanie wydobyć z siebie żadna kobieta. Ani chłopak. Ani mężczyzna.
- Będziesz miał jednak zbyt długie ręce, spłaszczone stopy. Będziesz słaby jak kobieta, pozbawiony naturalnej męskiej muskularności.
Tonio odwrócił się tak gwałtownie, że Guido chwycił go za ramiona.
- Zapomnij o tym!- rzekł maestro. -Tak, wiem, co mówię. Zapomnij! Skoro bowiem fakty te sprawiają ci ból, znaczy to, że nie pogodziłeś się z czymś, czego nie można zmienić. Musisz uświadomić sobie, w czym tkwi twoja siła.
Tonio uśmiechnął się z goryczą i kpiną. -O, tak- rzekł.
- Mam ci jeszcze coś do powiedzenia- oznajmił Guido. -Jest ci to najbardziej ze wszystkiego potrzebne.
Tonio skinął głową z uśmieszkiem. -Poucz mnie- powiedział.
- Niedobrze, że odwróciłeś się od kobiet.
Tonio był wściekły. Już miał zacząć protestować, gdy Guido pocałował go szorstko w czoło.
- Miałeś dziewczynę w Wenecji. Kiedy śpiewacy wracali do domów, ty szedłeś z nią do gondoli. Obserwowałem cię. Robiłeś to co noc.
- O tym także lepiej zapomnieć. -Tonio czuł, jak twarz zastyga mu w chłodnym uśmiechu.
- Wręcz przeciwnie. Nigdy o tym nie zapominaj. Pielęgnuj te wspomnienia i gdziekolwiek, kiedykolwiek nie ogarnęłoby cię pożądanie, jeśli tylko będzie jakaś bezpieczna okazja powtórzenia tego rytuału, zrób to. Jeśli zapłoniesz żądzą do mężczyzn, innych eunu-chów, obojętnie kogo, wykorzystaj to, nie zmarnuj szansy, nie pozwól zgasnąć temu płomieniowi. Rób to godnie i rozsądnie, ale nie odwracaj się od tego z miłości do mnie, z miłości do muzyki ani z powodu obojętności; słuchaj swych pragnień.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Bo nigdy nie wiadomo, kiedy odejdzie pożądanie. Mężczyźni nigdy go nie tracą. Z nami czasami bywa inaczej.
- Ale ty! Ty nie boisz się go stracić!- rzekł Tonio.
- Nie. Nie teraz. Ale nim spotkaliśmy się, niemalże odeszło. Powróciło w Ferrarze, gdy ujrzałem cię leżącego w gorączce na łóżku, potrzebującego pomocy. -Guido przerwał. -Myślałem, że opuściło mnie wraz z głosem.
Tonio bez słowa wpatrywał się w Guida. Wydawało się, że rozważa to wszystko w myślach, ale maestro zorientował się, że nie powinien był wspominać tamtej nocy i tamtego miejsca.
Twarz Tonia zbladła i wydłużyła się tak, że wyglądał jak jakiś zgorzkniały i przerażający cień własnej osoby.
Mimo to sięgnął po rękę Guida i przyciągnął go do siebie.
Wiele godzin później Tonio obudził się z drżeniem. Śnił najstraszniejszy ze wszystkich koszmarów- sen o prawdziwych zdarzeniach i ludziach, o tej walce zakończonej nieodwołalną porażką.
Siadając w mroku poczuł, że otacza go spokój tej komnaty, że jest tu bezpieczny, chociaż odczuwał też gorycz i żal. Zdał sobie sprawę, że od jakiegoś czasu słyszy raz po raz przerywaną muzykę, poważną, rozbrzmiewającą wolno kościelną melodię.
Na drugim końcu mrocznego pokoju ujrzał siedzącego przy klawikordzie Guida. Jak przez ciemną zasłonę widział jego nachmurzoną twarz pod nieruchomymi płomykami świec.
Do nozdrzy Tonia doleciał ostry, wyraźny zapach atramentu: potem chłopak usłyszał skrzyp pióra Guida. Maestro raz jeszcze zagrał tę samą melodię i Tonio po raz pierwszy usłyszał jego własny, niski, niemalże bezdźwięczny głos, jakby Guido szeptał melodię, której nie potrafił zaśpiewać.
Tonio poczuł wtedy do niego taką miłość, że kładąc się znów na poduszce wiedział, iż zatrzymuje tę chwilę w czasie. Nigdy jej nie zapomni.
Rankiem Guido oznajmił mu, że znacznie poszerzył solo, które Tonio ma śpiewać w czasie Świąt. Właściwie napisał całą kantatę i musi teraz iść do Maestra Cavalli, by ten ją zatwierdził i pozwolił wykonać. Było już południe, kiedy wrócił do pokoju ćwiczeń, by oznajmić, że Maestro, który tyle czasu spędził w tym roku z Domenico, jest zadowolony z dzieła Guida. Tonio je zaśpiewa. Teraz muszą wspólnie doprowadzić je do perfekcji. Nie ma czasu do stracenia.
9
W Wigilię Bożego Narodzenia kaplica konserwatorium była wypełniona ludźmi po brzegi.
Powietrze stało się czyste i mroźne. Tonio spędził wczesne godziny wieczorne spacerując po mieście i oglądając naturalnej wielkości presepi- szopki uwielbiane przez neapolitańczyków, którzy przekazują sobie statuetki występujących w nich postaci z pokolenia na pokolenie. Na dachach, w ogrodach klasztornych, wszędzie dokoła rozpościerały się przed jego oczyma wspaniałe sceny Bożego Narodzenia z figurkami Matki Boskiej, świętego Józefa, pasterzy i aniołów czekających na Zbawcę.
Nigdy przedtem znaczenie tej nocy nie było dla Tonia tak oczywiste. Odkąd opuścił Wenecję Eugenejską, nie znajdował w sobie żadnej wiary ani łaski. Miał jednak wrażenie, że tej nocy świat może się odrodzić, na pewno się odrodzi. W obrządkach, hymnach i wspaniałych figurkach tkwiła jakaś pradawna moc. Wraz ze zbliżaniem się północy czuł ożywienie. Chrystus przychodzi na świat. W ciemności zabłyśnie światło. Była w tym jakaś przedziwna, rozdzierająca serce siła.
Kiedy jednak schodził po schodach w swej czarnej szacie, starannie przepasany słynną czerwoną szarfą, poczuł pierwsze drżenie niepokoju o występ, a zdając sobie sprawę, jak obawa taka może wpłynąć na głos, był jeszcze bardziej zmartwiony.
Nagle nie był w stanie przypomnieć sobie nawet jednego słowa kantaty Guida ani jej melodii. Napomniał sam siebie, że była to nadzwyczajna kompozycja, Guido podchodzi już do klawesynu, by zacząć grać, a on sam ma w dłoni partyturę, nie ma więc znaczenia, czy pamięta słowa i melodię. Nieomal się uśmiechnął.
Jakiż to wspaniały dar! Gdyby nie był przerażony, cóż musiałby czuć? Chór wałachów wzniesie teraz swe głosy w niebiosa!
Bał się jednak tak samo jak każdy inny śpiewak. Za chwilę, tak jak przykazał mu Guido, wysłucha spokojnie początkowych taktów i wszystko potoczy się doskonale.
Kiedy jednak przepchnął się przez zgromadzony tłum do barierki na przedzie chóru, w pierwszym dolnym rzędzie ujrzał jasną główkę młodej kobiety, która pochylała się nad programem. Ciemna suknia z tafty tworzyła krąg wokół jej postaci.
Natychmiast odwrócił wzrok. Niemożliwe, by właśnie dzisiaj pojawiła się tu ona! Spojrzał w dół, jakby zmuszała go do tego jakaś ponura, terroryzująca, brutalna siła. Ujrzał wymykające się z jej miękkich loków delikatne kosmyki, a dziewczyna podniosła wzrok i przez chwilę patrzyli wprost na siebie.
Z pewnością pamiętała ten niezręczny moment w jadalni hrabiny; pijacką lekkomyślność Tonia, której on sam nigdy nie zapomni. Na jej twarzy nie malowała się jednak złość. Patrzyła z zadumą, niemalże marzycielską.
Wzbierająca w Toniu gorycz zatruła go, zatruła całe urzekające piękno tego sanktuarium, ozdobionego rzędami świateł i powodzią wonnych kwiatów.
Usiłował się uspokoić. To ona pierwsza odwróciła wzrok, składając małymi dłońmi na kolanach szeleszczący papier, a Tonia ogarnęło napięcie, po czym powoli, całkowicie osłabł. Miał wrażenie, że ból omywa go jak woda.
Czuł się jak w pułapce i tylko to wydawało mu się realne. Rzeczywista była też cisza, która zastąpiła stłumione szepty zebranych, oraz to, że Guido zasiadł do klawikordu. Muzycy niewielkiej orkiestry przygotowywali już instrumenty do gry. Pomyślał: -Nie potrafię tego zrobić. -Muzyka była tylko sekwencją nieodgadnionych znaków. Potem rozbrzmiały trąby.
Spojrzał w otwartą przestrzeń przed sobą. Zaczął śpiewać.
Dźwięki wspinały się, opadały i ponownie się wznosiły, słowa splatały się bez wysiłku. Ściskał w rękach zwój nut. Nagle zdał sobie sprawę, że idzie mu dobrze. Nie zatracał się w śpiewie; jego głos rozbrzmiewał mocno i pięknie, Tonio poczuł pierwszy, cichy przypływ dumy.
Kiedy skończył, wiedział, że odniósł triumf.
Publiczność nie mogła klaskać, ale szurając nogami, pokasłując i przytupując dawała inne subtelne znaki bezgranicznej aprobaty. Tonio wyczytywał ją na wszystkich twarzach. Opuszczając wraz z innymi kastratami kaplicę, pragnął tylko chwili samotności z Guidem. Była to tak przemożna potrzeba, że z trudem przetrzymał gratulacje, ciepłe uściski dłoni i słowa Francesca szepczącego, iż Domenico byłby chory z zazdrości.
Wystarczającą nagrodą będzie uścisk Guida; całej reszty i tak był świadom, a poza tym czuł się wyczerpany.
Jednak umyślnie powrócił do strumienia ludzi wylewającego się z kaplicy, a kiedy ukazała się w nim jasnowłosa dziewczyna, czego się spodziewał, poczuł ciepło na twarzy.
Zaskakujące było to, że istniała naprawdę. Wspomnienie o niej wyblakło, straciło na znaczeniu, a teraz stała przed nim ze złotymi włosami układającymi się miękko wokół krągłej szyi, zaś jej niezwykle poważne oczy błyszczały granatowo. Szyję zdobiła fioletowa wstążka, rzucająca kolorowy cień na małe usta dziewczyny. Lekko wydęte, soczyste wargi sprawiły, że Tonio niemalże czuł, jak są pełne i jak przed pocałowaniem jasnowłosej dotknąłby ich palcem. Wzburzony, zrozpaczony odwrócił wzrok.
Towarzyszył jej starszy gentleman. Ojciec? Czemu nie opowiedziała mu o wydarzeniu z jadalni? Czemu nie krzyczała?
Znajdowała się teraz dokładnie naprzeciwko Tonia, więc kiedy podniósł wzrok, spojrzał jej prosto w oczy.
Bez wahania zgiął się w odpowiednim ukłonie. Po czym znów, niemalże z gniewem, odwrócił spojrzenie. Czuł się silny, spokojny i być może po raz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, że spośród wszystkich bolesnych odczuć, tylko smutek wyróżnia się tak doskonałym blaskiem. Dziewczyna odeszła.
Maestro di Capella podszedł do Tonia i uścisnął mu dłonie:
- Nadzwyczajnie!- powiedział. -I pomyśleć, że sądziłem, iż zbyt szybko przechodzisz do coraz trudniejszych zadań.
Tonio ujrzał wreszcie Guida, którego radość była tak widoczna, że chłopca aż coś ścisnęło w gardle. Obejmowała go hrabina Lamberti. Kiedy odeszła, Guido odwrócił się do swego ucznia i, prowadząc delikatnie po korytarzu, o mało go nie pocałował, po czym rozsądnie zmienił zdanie.
- Cóż ci się tam na górze stało! Już myślałem, że nigdy nie zaczniesz. Przeraziłeś mnie.
- Ale przecież rozpocząłem i to w odpowiednim momencie- odparł Tonio. -Nie złość się.
- Złościć się?- roześmiał się Guido. -Czy wyglądam, jakbym był zły?- Impulsywnie objął Tonia, po czym wypuścił go z ramion. -Byłeś wspaniały- szepnął.
Wyszli już ostatni goście, zamykano frontowe drzwi, a Maestro di Capella pogrążony był w rozmowie z jakimś odwróconym do nich plecami gentlemanem.
Guido otworzył już drzwi, ale Tonio wiedział, że nie odejdzie nie wysłuchawszy, co ma do powiedzenia Maestro.
Kiedy jednak Maestro odwrócił się i poprowadził w ich kierunku swego rozmówcę, Tonio przeżył szok. Sam nie wiedział, dlaczego od razu zdał sobie sprawę, że mężczyzna ten jest Wenecjaninem.
Gdy było już za późno na odwrót, poznał, że ten mocno zbudowany blondyn to Giacomo Lisani, najstarszy syn Catriny.
Catrina go zdradziła! Nie przyjechała sama, ale przysłała syna! Lecz chociaż marzył o ucieczce, dostrzegł, że Giacomo wygląda równie żałośnie jak on. Płonęły mu policzki, spuścił wzrok.
Jakże był różny od tego niezgrabnego źrebaka, którego Tonio znał w Wenecji, od popędliwego studenta uniwersytetu w Padwie, który ciągle szeptał i śmiał się ze swym bratem, trącając go łokciem!
Na jego twarzy i szyi malował się ciemny ślad zarostu. Kiedy głęboko, niemalże ceremonialnie kłaniał się Toniowi, wydawało się, że przytłacza go ciężar jakiegoś obowiązku.
Maestro przedstawiał go. Nie dało się tego uniknąć. Następnie Giacomo spojrzał wprost na Tonia i szybko odwrócił wzrok.
- Czuje odrazę?- zastanawiał się beznamiętnie Tonio. -Czy wydaję mu się wstrętny?- Obawa o to, jak wygląda w oczach kuzyna, skrystalizowała się powoli w postaci bezgłośnej animozji- wroga rozsądku, a jednocześnie na widok naturalnych zmian, które zaszły w Giacomo, a jakich Tonio nie będzie mógł obserwować u chłopców, którzy byli teraz jego jedyną rodziną, ogarnęła go fascynacja.
- Marcu Antonio- zaczął Giacomo. -Przysłał mnie tu twój brat Carlo.
Maestro odszedł. Guido również się odsunął, ale stał wciąż za młodzieńcem i nie spuszczał oka z Tonia.
A Tonio, który po raz pierwszy od długiego czasu usłyszał piękny wenecki dialekt, musiał wyplątać znaczenie słów Giacoma z głębokiego, męskiego tembru jego głosu, który wydał mu się teraz magiczny. Jakże wspaniały był ten dialekt, jakże dźwięczały w nim złocenia pokrywające ściany, zdobienia, kolumny i malowane drzwi. W głębokim, rozmarzonym głosie Giacoma zdawały się rozbrzmiewać harmoniczne dźwięki, a każde donośne słowo pieściło Tonia jak miękka piąstka dziecka dotykająca jego gardła.
- ...martwi się o ciebie- ciągnął Giacomo. -Doszły do niego plotki, że wkrótce po przybyciu tutaj zyskałeś w którymś z uczniów śmiertelnego wroga, a ten zaatakował cię i byłeś zmuszony się bronić.
Giacomo ściągnął brwi, udając głęboką troskę; ton jego wypowiedzi, w którym wyraźnie rozbrzmiewało poczucie obowiązku, stał się protekcjonalny, chociaż była w nim tylko umęczona szczerość. -Och, ta młodość!- pomyślał Tonio, jakby sam był starcem.
Zapadła cisza. W twarzy Guida Tonio dostrzegł wyraźne ostrzeżenie. Jej wyraz mówił: "niebezpieczeństwo".
- Twój brat obawia się, że być może nie jesteś tu bezpieczny, Marcu Antonio- rzekł Giacomo. -Martwi go, że nie napisałeś o tym zdarzeniu do mojej matki i...
- Tak- pomyślał Tonio. -Moje serce i dusza są w niebezpieczeństwie.
Giacomo, po raz pierwszy odkąd zaczął mówić, patrzył mu w oczy.
W pewnym nieuchwytnym momencie rozmowy Tonio zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi, jaki jest jej cel. Martwi się o jego bezpieczeństwo! Ten głupi młodzieniec nie domyślał się nawet celu swej misji!
- Jeśli coś ci grozi, Marcu Antonio, musisz nam o tym powiedzieć...
- Nic mi nie grozi- odezwał się niespodziewanie Tonio. Zdziwił go chłód rozbrzmiewający w jego własnym głosie, lecz mówił dalej. -Nigdy nie istniało żadne niebezpieczeństwo- rzekł niemalże z szyderstwem, a słowa te zabrzmiały tak władczo, że dostrzegł, iż jego kuzyn lekko się wzdrygnął. -Cała sprawa skończyła się niezwykle głupio, ale nie mogłem zrobić nic, by temu zapobiec. Powiedz mojemu bratu, że niepotrzebnie się martwi. Niepotrzebnie dokładał tylu starań i czynił wydatki, by cię tu przysłać.
Stojący w cieniu Guido rozpaczliwie kiwał przecząco głową.
Tonio ujął już jednak kuzyna za ramię i odwróciwszy go, poprowadził do drzwi wyjściowych.
Giacomo był nieco zaskoczony. Nie uraziła go ta odprawa; wpatrywał się w Tonia ze źle ukrytą fascynacją, a kiedy przemówił, w jego głosie zabrzmiała ulga.
- Więc czujesz się zadowolony z pobytu tutaj, Tonio- rzekł.
- Więcej niż zadowolony- roześmiał się krótko Tonio. Prowadził Giacoma po korytarzu. -Powiedz też swej matce, by się o mnie nie martwiła.
- Ale czy ten chłopak rzeczywiście cię zaatakował...
- Ten chłopak- rzekł Tonio- jak go określasz, stoi teraz przed surowszym sędzią niż ty czy ja. Zmów za niego modlitwę w czasie mszy. Mamy świąteczny poranek i z pewnością nie chciałbyś spędzić go tutaj.
Giacomo zatrzymał się w drzwiach. Wszystko to działo się dla niego zbyt szybko. Kiedy stał wahając się, nie mógł powstrzymać się od obrzucenia Tonia szybkim, niemalże zachłannym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się nieznacznie, lecz niezwykle ciepło. -Cieszę się, że tak dobrze wyglądasz- wyznał. Przez chwilę wydawało się, że chce powiedzieć coś więcej, ale po zastanowieniu szybko wbił wzrok w podłogę. Wydawał się mniejszy, jakby stał się tym samym chłopcem, którym był kiedyś w Wenecji, i Tonio zrozumiał, choć wyraz jego twarzy nie zmienił się nawet na jotę, że kuzyn go kocha i boleje nad nim.
- Zawsze byłeś wyjątkowy, Tonio- powiedział prawie szeptem Giacomo i znów ostrożnie spojrzał Toniowi w oczy.
- Pod jakim względem, Giacomo?- spytał Tonio uprzejmie, choć niemal ze znużeniem, jakby zmuszał się do znoszenia tego wszystkiego.
- Zawsze byłeś... zawsze byłeś małym mężczyzną- rzekł Giacomo w taki sposób, że Tonio zrozumiał, co ma na myśli, i uśmiechnął się wraz z nim. -Tak szybko urosłeś, że zdawało się, iż jesteś od nas starszy.
- Niewiele wiedziałem o dzieciach- uśmiechnął się Tonio.
A kiedy kuzyn nie potrafił już znaleźć odpowiednich słów. Tonio zapytał:
- Dowód na to, że nie cierpię z dala od domu, przyniósł ci ulgę, prawda?
- Ogromną ulgę!- odparł Giacomo.
Tym razem, kiedy na siebie spojrzeli, żaden z nich nie odwrócił wzroku. Trwała cisza; ich cienie to wydłużały się, to kurczyły w ciemnym, migotliwym blasku świec.
- Do widzenia, Giacomo- rzekł miękko Tonio. Chwycił kuzyna mocno za oba ramiona.
Giacomo jeszcze przez chwilę wpatrywał się w niego. Wreszcie, sięgnąwszy do kieszeni swego aksamitnego żakietu, rzekł: -Prawie zapomniałem, że mam dla ciebie list, Tonio. Mama byłaby strasznie zła!- Podał Toniowi list. -A twój śpiew... -zaczął. -W kaplicy... Żałuję, że nie znam języka muzyki; mógłbym ci wtedy powiedzieć, jak brzmiał.
- Język muzyki to tylko dźwięki, Giacomo- odparł Tonio. Objęli się bez wahania.
Kiedy Tonio wszedł do pokoju, Guido zapalał właśnie świece. Rzucili się sobie w ramiona i trwali tak przez długą chwilę.
Tonio trzymał jednak w ręku list i nie mógł przestać o nim myśleć. Kiedy odsunął się, by usiąść przy stole i przeczytać go, po raz pierwszy dostrzegł w twarzy Guida niepokój i gniew.
- Wiem, wiem- szepnął Tonio, rozrywając pergaminową kopertę, na której widniała pieczęć Catriny.
- Naprawdę?- Guido zbliżył się, dotknął go pieszczotliwie, mimo złości rozbrzmiewającej w głosie. Przycisnął usta do głowy Tonia. -Brat przysłał go tu, by zbadał twój stan ducha!- szepnął. -Czy nie mogłeś choć raz udawać nieśmiałego, nie dowierzającego własnym siłom ucznia?
- Nieśmiałego, nie dowierzającego własnym siłom eunucha- sprostował Tonio. -To właśnie masz na myśli. Dla nikogo nie będę udawał. Nie potrafię! Niech wraca do Wenecji i powie memu bratu, co zechce. Dobry Boże, w końcu słyszał, jak śpiewam z dziećmi i aniołami, prawda? Widział posłusznego ucznia, posłusznego wałacha, czy to nie wystarczy?
W ciemnym świetle nie mógł rozszyfrować listu. Tysiące razy przysięgał sobie nie rozmawiać o tych sprawach z nikim, nawet z księdzem w czasie spowiedzi, ale czyżby był na tyle głupi, by sądzić, że Guido się tego nie domyślił? Siedząc nieruchomo, przyciskał ręką list i patrząc na przesuwający się powoli po pokoju cień Guida, czuł cały ciężar jego niewypowiedzianych słów.
Zdawało się, że siedział tam całe wieki, nim skończył czytać.
Jeszcze raz wrócił do listu, tym razem kiedy skończył, uniósł go i włożył do chłodnego płomienia świecy, aż wreszcie ogień zapłonął cieplej i pochłonął trzeszczący pergamin, zmieniając go w popiół.
Guido obserwował go. Znajome umeblowanie tego pokoju wydawało się teraz Toniowi obce. Chłopak był opanowany, zimny, czuł się częścią nicości. Spojrzał na Guida, jakby nie znał tego człowieka, z którym dopiero co się kłócił, którego dotyk ust czuł wciąż na własnych. Nie znał go, nie wiedział, dlaczego obaj znajdują się w tym miejscu.
Odwrócił wzrok, zdając sobie chłodno sprawę z tego, jakie wrażenie wywarł na Guidzie; Tonio patrzył teraz jednak w twarz swego brata. -Nie, w twarz ojca- pomyślał z nikłym uśmiechem. Ojciec, brat na tle nie rozświetlonej niczym pustki, która oznaczała po prostu koniec życia.
Był świąteczny poranek, dzwoniły wszystkie dzwony Neapolu, a ich śliczny, monotonny dźwięk przenikał ściany rytmicznie, jak uderzenia pulsu. Tonio nie czuł jednak nic i nic go nie zachwycało. Nie miał żadnych pragnień, prócz jednego: by czas dobiegł do nieuniknionego końca.
Jak mógł zapomnieć o zadaniu, które go czeka? Jak udało mu się żyć, czuć głód i pragnienie, nawet kochać jak inni?
Guido nalał mu wina. Postawił kielich przy prawej ręce Tonia. Zapach winogron wypełnił pokój, a Tonio, usiadłszy ponownie na krześle, spoglądał tępo kątem oka na zmieniony w popiół list i nietknięte jedzenie, leżące jak martwa natura na srebrnym talerzu.
Ożenił się z nią.
Ożenił się z nią! Tego właśnie dowiedział się z listu.
Miał on formę stosownego, prostego zawiadomienia. Ożenił się z nią! Tonio poczuł, że aż do bólu zaciska zęby; nie widział już pokoju. Ożenił się z żoną swego ojca, matką swego nieślubnego syna; pobrał się z nią w obecności doży, Wielkiej Rady, Senatu, weneckich wielmożów i dam. Ożenił się z nią! Teraz spłodzi silnych synów, mych braciszków! Takich jak Giacomo; braci, braci, zawsze pozostających poza moim zasięgiem, jakby sama idea braterstwa była jedną wielką fikcją. Inni biorą w niej udział, kroczą spleceni ramionami. Wspaniała iluzja!
- Cokolwiek by to nie było, zapomnij o tym. Tonio- rozległy się za nim ciche, dyskretne słowa Guida. -Przestań myśleć o tych ludziach. Pokonują tysiące mil, by cię zranić. Nie pozwól im na to.
- Czy jesteś moim bratem?- szepnął Tonio. -Odpowiedz... -Ujął dłoń Guida. -Jesteś moim bratem?
Mistrz, słysząc z jak niezwykłym uczuciem wypowiedziane zostały te proste słowa, mógł tylko zdezorientowany skinąć głową.
- Tak.
Tonio podniósł się i przyciągnął Guida do siebie, zasłaniając mu usta dłonią, tak samo jak dotykał ostatniej nocy w jadalni ust Carla, jakby chciał go uciszyć. Ale Guido zaczął już mówić.
- Zapomnij o nich.
- Dobrze, zapomnę na godzinę- odparł Tonio. -Na dzień, tydzień; tak bardzo tego pragnę- szepnął.
Jednak miał przed oczami Mariannę leżącą w tej cuchnącej, zaciemnionej sypialni; widział ją pogrążoną w głębokim, pijackim śnie, który uczynił z jej twarzy śmiertelną maskę; słyszał jej nieludzkie jęki. A teraz światło rozjaśnia wszystkie te pomieszczenia; te korytarze, komnaty i ogromny salon są pełne ludzi, tak jak o tym marzyłem, a ona spoczywa w jego ramionach. To on ją uratował. Tak, oto naga prawda. To on ją uratował. Usunął cię, żeby ją wybawić. Już nie ona, lecz ty jesteś skazany, ty znajdziesz się w tym ciemnym pokoju, nie możesz z niego wyjść, a jej już tam nie ma!
- Gdybym tylko mógł uwolnić cię od bólu- rzekł niezwykle delikatnie Guido, złożywszy dłonie na skroniach Tonia. -Gdybym mógł sięgnąć do wnętrza twojej głowy i po prostu go stamtąd wyjąć.
- Ależ robisz to i udaje ci się to lepiej niż komukolwiek innemu- odparł Tonio.
Są małżeństwem.
Małżeństwem. A Francesca Lisani, moja narzeczona, moja panna młoda, ściska klasztorną kratę, by mi się przyjrzeć. Małżeństwo. Matka przyglądająca mu się znad toaletki, odrzuciła nagle obfitą grzywę czarnych włosów i roześmiała się.
Czy tańczy teraz, czy się śmieje, czy nosi na szyi perły? Czy tłum ludzi wypełnia długą jadalnię, a matka ma wreszcie swego cavalier servente? Czy wie, co przydarzyło się jej synowi?
Potem powoli, udając prawdziwe uczucie, pocałował otwarte usta Guida. Ścisnąwszy jego dłonie, puścił je i zaczął się wycofywać. -Nigdy- pomyślał- nigdy nie dowiesz się, co miało miejsce, co musi się zdarzyć ani jak krótki jest czas zwany życiem, który możemy spędzić razem.
Wstawał już prawie świt, gdy Tonio podniósł się z łóżka i napisał odpowiedź na list Catriny:
W komórkach na pierwszym piętrze domu mego ojca znajdowało się kilka starych, lecz jeszcze dobrych szpad. Spytaj, proszę, mego brata, czy mógłbym dostać tę broń, i poproś, by przysłał mi ją, kiedy tylko będzie mu wygodnie. Gdyby znalazła się jakaś szpada należąca do naszego ojca, którą zechciałby mi wysłać, byłbym również głęboko wdzięczny.
Podpisał i zapieczętował list, po czym siedział obserwując, jak na małym dziedzińcu pojawia się światło dnia. To wolne, ciche przedstawienie napełniało go zawsze nadzwyczajnym spokojem. Pod łukami krużganków zaczęły się najpierw zarysowywać niewyraźne kształty drzew. Wreszcie wszędzie ukazywały się plamy światła, tak że Tonio rozróżniał ornamentykę gałęzi i liści. Na końcu pojawiał się kolor; wtedy był już ranek i dom wibrował jak ogromny instrument, przesyłający dźwięki przez organy potężnego kościoła.
Ból minął.
Zamęt, który czuł w swym wnętrzu, nieco się uspokoił. Tonio, patrząc na gładką twarz śpiącego Guida, zaczął nucić cicho hymn, który śpiewał poprzedniego wieczora, i pomyślał: -Zrobiłeś mi prezent, Giacomo. Nie wiedziałem, jak bardzo to wszystko kocham, póki nie przyjechałeś.
10
Domenico wywołał w Rzymie sensację, mimo że publiczność atakowała Lorettiego. Szczególnie dokuczyli mu abbati- duchowni, zajmujący zawsze pierwsze rzędy w rzymskich operach- którzy oskarżali go o plagiat dzieł ich idola, kompozytora o nazwisku Marchesca, i w czasie całego przedstawienia syczeli: -Brawo Marchesca, wygwizdać Lorettiego- a milkli tylko wtedy, gdy śpiewał Domenico.
Każdemu odebrałoby to odwagę, więc Loretti wrócił wkrótce do Neapolu, zaklinając się, że jego noga nie postanie więcej w Wiecznym Mieście.
Natomiast Domenico dostał wspaniałą posadę na dworze władcy jednego z niemieckich państw. Chłopcy z konserwatorium śmiali się słysząc, że czerpał radość z eskapady z jakimś hrabią i jego małżonką, dla których w jednym łóżku odgrywał jednocześnie rolę mężczyzny i kobiety.
Tonio powitał te wieści z ulgą. Gdyby Domenico nie odniósł sukcesu, Tonio nigdy by sobie tego nie wybaczył. Na dźwięk jego pseudonimu artystycznego "Cellino" odczuwał wciąż wstyd i coś w rodzaju żalu. Guido był głęboko poruszony przyjęciem, jakiego doznał Loretti, i jak zwykle mruczał, że rzymska publiczność jest najgorsza.
Tonio był jednak zbyt zajęty własnym życiem, by myśleć o czymś innym.
Tuż po Świętach zaczął w każdej wolnej chwili odwiedzać starego francuskiego mistrza fechtunku. Bez względu na inne zobowiązania, co najmniej trzy razy w tygodniu udawało mu się wymknąć z konserwatorium na lekcje z nim.
Guido był wściekły. -Nie możesz tego robić- nalegał. -Ćwiczysz całymi dniami, wieczory poświęcasz jak inni na próby, we wtorki chodzisz do opery, a w piątki do hrabiny. A teraz chcesz spędzać te godziny w salle d'armes; głupota!
Twarz Tonia wydłużyła się, pojawił się na niej wyraz zdecydowania i lodowaty uśmieszek. Wygrał.
Powiedział sobie, że po całych dniach przepełnionych brzmieniem muzyki i rozdrażnionymi, kłótliwymi głosami musi czasem przebywać z dala od szkoły, pośród ludzi nie będących eunuchami, bo w przeciwnym razie zwariuje.
Właściwie było odwrotnie. Ciężko było mu właśnie iść do sali fechtunku, witać się z Francuzem, który go uczył i stawać pośród tych snujących się w koronkowych koszulach młodzieńców o twarzach błyszczących od wysiłku, którzy chętnie stawiali mu czoła.
Czuł, że na niego patrzą; że naśmiewają się z niego za plecami.
Z zimną krwią przyjmował odpowiednią pozycję, lewe ramię tworzyło doskonały łuk, nogi uginały się do skoku i zaczynał ćwiczyć pchnięcia, odparowywanie ciosów, starał się osiągnąć większą szybkość i dokładność. Długie ręce dawały mu oczywistą, śmiertelną przewagę. Poruszał się z coraz większą swobodą i gracją.
Kiedy inni byli już wyczerpani, on ćwiczył dalej, czując w łydkach i ramionach mrowienie twardniejących mięśni, ból zlewający się z coraz większą siłą. Z ogromną energią przypierał czasem swych partnerów do samej ściany, każąc im zapomnieć, że to tylko sport, póki sam mistrz fechtunku nie przychodził, by go powstrzymać, szepcząc mu do ucha: -Wystarczy, Tonio, odpocznij teraz przez chwilę.
Nadszedł już prawie Wielki Post, kiedy Tonio zorientował się, że nikt nie żartuje w jego obecności i nikt nie wypowiada słowa "eunuch", kiedy jest w pobliżu.
Od czasu do czasu młodzieńcy wykonywali nawet przyjacielskie gesty. Czy nie poszedłby z nimi napić się po ćwiczeniach? Może chciałby jechać na polowanie albo konną przejażdżkę? Zawsze odmawiał. Zrozumiał jednak, że zdobył sobie szacunek tych śniadych, często mrukliwych Włochów z południa, którzy z pewnością wiedzieli przecież, że nie jest jednym z nich. Marna była to jednak pociecha.
Unikał towarzystwa młodzieńców, nieokaleczonych mężczyzn, nawet tych, którzy uczyli się w konserwatorium, chociaż oni nadal zwracali się do niego z respektem, który zaczęli mu okazywać po śmierci Lorenza.
Ale skrzyżować szable z mężczyzną? Zmusił się do tego. Wkrótce dorównywał prawie wszystkim, których wezwanie zdecydował się przyjąć.
Guido twierdził, że to jakaś mania.
Nie domyślał się zimnej jak kamień samotności, którą znajdował w niej Tonio, i ulgi, z jaką wracał do konserwatorium.
Musiał jednak uczyć się fechtunku. Musiał, póki nie czuł się tak wyczerpany, że niemalże padał.
Kiedy ogarniała go świadomość własnej dziwaczności- tego, że stawał się coraz wyższy, a jego skóra lśniła nieludzkim blaskiem- zatrzymywał się, uspokajał oddech. Później chodził, rozmawiał i przemawiał o wiele wolniej; starał się, by każdy gest był pełen wdzięku, powolny- wydawało mu się to mniej komiczne, chociaż właściwie nikt nigdy nie powiedział, że uważa go za śmiesznego.
Tymczasem Maestro di Capella namawiał Tonia, by zajął mały pokój w pobliżu komnat Guida na pierwszym piętrze. Najwyraźniej martwiła go śmierć Lorenza. Nie był też zadowolony, że Tonio spędza tyle czasu ucząc się władać szpadą. Pozostali uczniowie patrzyli na Wenecjanina z podziwem, traktując go jako swego rodzaju bohatera.
- Muszę jednak przyznać- dodawał Maestro- że zaskoczyłeś wszystkich tą świąteczną kantatą. Muzyka pulsuje w tym konserwatorium jak życiodajna krew i gdybyś nie miał talentu, nie wywarłbyś takiego wrażenia.
Tonio protestował. Nie chciał zrezygnować z widoku na wulkan; nie chciał porzucać tego należącego tylko do niego, przytulnego pokoju na strychu. Kiedy jednak zdał sobie sprawę, że wszystkie komnaty na pierwszym piętrze połączone są drzwiami, a jego pokój leży zaraz przy sypialni Guida, przyjął propozycję Maestra. I zaczął meblować komnatę stosownie do własnych upodobań.
Maestro był przerażony widokiem skarbów płynących przez drzwi wejściowe: żyrandol ze szkła z Murano, srebrne świeczniki, emaliowane skrzynie, łoże z baldachimem wyposażone w aksamitne zasłony, orientalne dywany i wreszcie, w długim, trójkątnym futerale wspaniały klawikord o podwójnej klawiaturze. Ozdabiały go pokryte subtelną glazurą brunatnożółte, złote i oliwkowozielone malowidła biegających satyrów i nimf.
Właściwie był to prezent dla Guida, ale otwarte wręczenie mu go byłoby niedyskretne.
W nocy, gdy zasunięto kotary zasłaniające okna od strony krużganków, a korytarze rozbrzmiewały niewyraźnymi, ostrymi dźwiękami, nikt nie wiedział, kto śpi i w którym łóżku, kto przychodzi i wychodzi z pokojów, a miłość Tonia i Guida pozostawała, jak przedtem, tajemnicą.
Tymczasem Guido pracował intensywnie nad wielkanocnym Pasticcio, którego przygotowanie dzięki niedawnemu, świątecznemu sukcesowi Maestro powierzył mu z ochotą. Pasticcio to było niemalże pełną operą, której większość aktów stanowiły przeróbki wcześniejszych, słynnych dzieł. W pierwszej części muzyka Scarlattiego miała zostać połączona z librettami Zena, drugą wypełniłoby opracowanie jakiegoś odpowiedniego dzieła Vivaldiego i tak dalej. Guido miał jednak okazję sam napisać ostatni akt.
Znalazły się w nim partie dla Tonia i Paola, który zadziwiał wszystkich swym wysokim, słodkim sopranem, a także dla jeszcze jednego obiecującego ucznia imieniem Gaetano. Przysłano go właśnie do Guida w uznaniu dla dzieła, które przygotował na Święta.
Guido nie posiadał się z radości. Tonio wkrótce zdał sobie sprawę, że choć mógłby zająć Guidowi cały czas, opłacając prywatne lekcje, jego nauczyciel pragnął uznania Maestra dla swych uczniów i kompozycji. Guido pracował także na spełnienie się własnych marzeń.
Kiedy Maestro zaakceptował Pasticcio, Guido był tak szczęśliwy, że rzucił w powietrze wszystkie partytury.
Tonio zaczął je zbierać na kolanach, po czym wymógł na Guidzie obietnicę, że na kilka dni zabierze go z Paolem na pobliską Capri.
Kiedy Paolo dowiedział się o tym wyjeździe, zapałał ekscytacją. Ten chłopak o okrągłej twarzy, zadartym nosie i gęstej czuprynie niesfornych, brązowych włosów otwarcie okazywał uczucia, a i jego łatwo było polubić. Późnym wieczorem, w gospodzie, Tonio wypytywał o szczegóły z jego życia i odkrył ze smutkiem, że Paolo nie pamięta rodziców, a tylko różne przytułki dla sierot oraz starego dyrygenta chóru, który przyrzekł mu, że operacja nie będzie bolesna, co okazało się nieprawdą.
W czasie Wielkiego Postu Tonio zorientował się jednak, iż triumf Guida oznaczał, że będzie musiał teraz pokazywać się na scenie samotnie, a nie jako członek chóru.
Dlaczego miałoby się to okazać gorszym doświadczeniem, niż śpiew w kaplicy? Czemu miałoby być straszniejsze, niż posuwanie się w procesji sunącej do kościoła wprost przez tłum prostych ludzi?
Jednak na myśl o tym krew krzepła mu w żyłach. Widział już, jak zbiera się publiczność, i kiedy pomyślał, że ma stanąć w światłach rampy, ogarnął go ten niemalże zmysłowy ból, znane mu uczucie nagości, bezbronności... czego jeszcze? Przynależności do innych? Miał wrażenie, że zmienia się w kogoś innego, by zadowolić obcych ludzi, podczas gdy powinien dbać o swą własną satysfakcję.
Jednocześnie tak bardzo tego pragnął! Chciał farby, blichtru, ekscytacji; przypominał sobie, o czym myślał kiedyś, gdy śpiewał Domenico: -Ja też to kiedyś zrobię i to o wiele lepiej.
Kiedy jednak otworzył wreszcie partyturę Guida, odkrył, że ma grać kobietę. Był zaskoczony.
Znajdował się wtedy sam w teatrze.
Przyszedł z partyturą, bowiem pozwolono mu ćwiczyć na scenie, by słyszał, jak jego głos wypełnia salę.
Do teatru wkradło się parę słonecznych promieni. Loże stały puste i ciemne, scena pozbawiona była nawet kurtyn, tak że wyposażenie i rekwizyty zostały odsłonięte.
Siedząc przy klawikordzie i wpatrując się w partyturę, poczuł się nagle zdradzony.
Jednak niemalże widział już zaskoczoną minę, jaką Guido zareagowałby na takie oskarżenie. Guido "zrobił" mu to specjalnie. Dawał mu okazję do ćwiczeń, przez które i tak musi przejść.
Zmusił się do zagrania kilku początkowych nut, po czym pełną piersią zaśpiewał pierwsze frazy libretta, wypełniając głosem małą salę teatru. Wyobraził sobie całe przedstawienie. Czuł obecność tłumu, słyszał orkiestrę, widział w pierwszym rzędzie jasnowłosą dziewczynę.
A w samym centrum tego wszystkiego był on sam, obraz przerażającej wspaniałości, mężczyzna w kobiecym stroju. Nie, nie mężczyzna, zapominasz się. Uśmiechnął się. Domenico wydawał mu się teraz we wspomnieniach doskonale niewinny i niezwykle potężny.
Zaschło mu w gardle.
Wiedział, że powinien to zrobić. Powinien się z tym pogodzić. Taką lekcję dał mu wulkan, a w rozchylających się płatkach tej nowej przerażającej próby kryło się ziarno większej siły. Pragnął wrócić na Wezuwiusz. Żałował, iż nie wie, dlaczego za pierwszym razem ta wyprawa tak mu pomogła i tak go zmieniła.
Nie myśląc o niczym wstał i zamknął klawikord.
Znalazłszy w pokoju Guida pióro, zapisał na pierwszej stronie partytury wiadomość:
"Ani teraz, ani w przyszłości nie mogę grać ról kobiecych, więc jeśli nie zmienisz mojej roli, to wcale jej nie wykonam".
Gdyby nie to, że Tonio uparcie milczał, po powrocie Guida wybuchłaby kłótnia. Tonio znał wszystkie jego argumenty: kastraci wszędzie odgrywali damskie role. Czy sądzi, że uda mu się przejść przez życie grając tylko mężczyzn? Czy zdaje sobie sprawę z tego, co poświęca? Czy wydaje mu się, że zawsze będzie mógł kręcić na wszystko nosem?
W końcu Tonio podniósł wzrok i powiedział cicho: -Nie zagram tego, Guido.
Guido wyszedł. Musiał dostać pozwolenie Maestra na przerobienie opery i całkowitą zmianę ostatniego aktu.
Nie było go prawie godzinę.
Tonio czuł dziwne ściskanie i suchość w gardle. Miał wrażenie, że nie może śpiewać. Ulgi nie przynosiły mu nawet mgliste wspomnienia wulkanu i nocy, którą na nim spędził; bał się. Czuł, że został wciągnięty w coś, co go całkowicie zniszczy. Przeliczył się. Gdyby stał się taki, jakim powinien być kastrat- istotą prostą i unikającą głębszych przemyśleń- oznaczałoby to śmierć jego osobowości. Zawsze pozostanie jednak podzielony. Zawsze będzie czuł ból. Ból i zadowolenie, przenikające się i wpływające na niego tak czy inaczej, kształtujące go; żadne z tych uczuć nigdy jednak nie zwycięży. Nigdy nie zapanuje pokój.
Nie był przygotowany na to, że Guido wróci przygnębiony. Od razu domyślił się, że coś poszło źle. Guido długo siedział w milczeniu przy biurku, nim przemówił.
- Dał dobre partie Benedettowi, swojemu uczniowi- rzekł w końcu. -Mówi, że możesz śpiewać końcową arię, którą napisałem dla Paola.
Tonio chciał coś rzec; chciał przeprosić, powiedzieć, że wie, jak potwornie rozczarował Guida.
- To twoja muzyka, Guido- szepnął. -Wszyscy będą jej słuchać...
- Chciałem, żeby słyszeli, jak ty to śpiewasz. Jesteś moim uczniem, chciałem, żeby cię usłyszeli.
11
Wielkanocne Pasticcio odniosło sukces. Tonio pomagał w przerabianiu libretta, dobieraniu kostiumów i do upadłego pracował za kulisami w czasie każdej próby.
Teatr był wypełniony po brzegi. Guido po raz pierwszy grał w czasie przedstawienia, więc Tonio kupił mu z tej okazji nową perukę i modny żakiet z purpurowego brokatu.
Guido zmienił pieśń, którą miał śpiewać Tonio. Była to pełna niezwykłej delikatności aria cantabile, doskonale dobrana do coraz większych umiejętności Tonia.
Tonio tak bardzo pragnął stanąć w światłach rampy, że gdy wreszcie się to stało, bezbronność, którą zazwyczaj odczuwał, zmieniła się w radość i uderzającą do głowy świadomość otaczającego go piękna, pełnych oczekiwania twarzy oraz oczywistej, niezawodnej potęgi własnego głosu.
Nim zaczął, oddychał powoli i spokojnie, czując głęboki smutek arii, po czym zaczął śpiewać, oczekując, że wzruszy publiczność do łez.
Kiedy jednak dostrzegł, że mu się to udało i siedzący przed nim widzowie rzeczywiście szlochają, był tak zaskoczony, iż nieomal zapomniał zejść ze sceny.
Jak podejrzewał, na sali znalazła się również znajoma złotowłosa dziewczyna. Patrzyła na niego urzeczona. Był to triumf tak wielki, że prawie nie mógł go udźwignąć.
Noc należała jednak do Guida, który po raz pierwszy wystąpił przed wymagającą neapolitańską publicznością, i kiedy Tonio ujrzał, jak mistrz zgina się w ukłonie, zapomniał o wszystkim innym.
Później, w domu hrabiny Lamberti, ponownie ujrzał złotowłosą dziewczynę.
Panował tłok. Skończył się Wielki Post, ludzie chcieli tańczyć i pić, a ponieważ przedstawienie w konserwatorium bardzo się udało, wszyscy muzycy byli tu mile widziani. Tonio ujrzał dziewczynę niespodziewanie, gdy spacerował z kieliszkiem w ręku. Właśnie wchodziła do komnaty. Podawała ramię jakiemuś bardzo staremu gentlemanowi o ciemnej karnacji, ale skinęła Toniowi głową, kiedy spotkali się oczyma. Następnie przyłączyła się do tańczących.
Oczywiście nikt tego nie zauważył. Nikomu nie wydałoby się to godne uwagi. Ale Toniowi od razu zakręciło się w głowie. Uciekł od niej, jak szybko mógł, i z nagłą złością zastanawiał się nawet krytycznie, co dziewczyna tu robi. Jest przecież tak młoda. Z pewnością nie była zamężna, a niemalże wszystkie włoskie dziewczęta w jej wieku przebywały zamknięte w klasztorze. Rzadko chodziły na bale.
Jego narzeczona, Francesca Lisani, została tam pogrzebana tak skutecznie, że kiedy oznajmiono mu, iż ma ją poślubić, nie mógł sobie nawet przypomnieć jej twarzy. A kiedy wreszcie spotkali się tamtego popołudnia w klasztorze, okazała się piękna! Wciąż widział jej twarz za kratami i zastanawiał się teraz, dlaczego przedtem był tym tak zdziwiony. W końcu Francesca była córką Catriny.
Czemu o tym myśli? Teraz wydawało mu się to nierzeczywiste, czasem jednak stawało się boleśnie realne. Oszałamiał go też niezaprzeczalnie rzeczywisty fakt, że gdy tylko na chwilę gdzieś przystanął, spotykał się z pochwałami swego występu.
Nieznajomi, wymuskani gentlemani dzierżący w jednej dłoni laski, a w drugiej ściskający delikatnie chusteczki, kłaniali mu się i mówili, że był zachwycający. Prorokowali mu wspaniałą karierę. Wspaniałą karierę! Damy uśmiechały się do niego, opuszczając na chwilę malowane w kunsztowne wzory wachlarze i dając jasno do zrozumienia, że gdyby tylko chciał, mógłby się do nich przysiąść.
A Guido? Gdzie poszedł Guido? Stał otoczony ludźmi, roześmiany, a niska hrabina Lamberti trzymała go pod rękę.
Tonio zatrzymał się, pociągnął duży łyk białego wina z kielicha i ruszył na dalszą wędrówkę. Do środka wpływało coraz więcej gości, a wraz z nimi od frontowych drzwi ciągnął prąd świeżego powietrza.
Oparł się o ramę długiego lustra zdobną w deseń z wypukłych prostokątów i, wcale tego nie pragnąc, uświadomił sobie, że dzień, w którym ujrzał swą przyszłą żonę, był jego ostatnim dniem w Wenecji. Ileż się wtedy jeszcze zdarzyło! Spał z Catriną, śpiewał w Bazylice San Marco.
To potworne! Od jak dawna przebywał w Neapolu? Prawie rok!
Podszedł do Guida przywołującego go skinieniem dłoni.
- Spójrz na tego niskiego gentlemana. To Rosjanin, hrabia Szerzyński- szepnął Guido. -Nie jest profesjonalistą, ale doskonale gra. Napisałem dla niego sonatę. Może ją później wykona.
- Wspaniale- odparł Tonio. -Tylko dlaczego ty jej nie zagrasz?
- Nie mogę- Guido potrząsnął głową. -Jeszcze na to za wcześnie. Dopiero co odkryli, że jestem czymś więcej niż... -przełknął te słowa, a Tonio dyskretnie, ukradkiem uścisnął jego dłoń.
Właśnie przybyli inni muzycy z konserwatorium. Guido odszedł, a do Tonia zbliżył się natychmiast Piero, jasnowłosy kastrat z Mediolanu. -Byłeś dzisiaj cudowny- rzekł. -Ilekroć śpiewasz, zawsze się czegoś od ciebie uczymy.
Tonio dostrzegł w oddali ucznia Maestra, Benedetta, który dostał rolę początkowo przeznaczoną dla Tonia. Benedetto przeszedł obok nie obdarzywszy ich nawet jednym spojrzeniem.
- To był jego wieczór- Tonio wskazał na niego z rezygnacją- i oczywiście Guida.
Pomagał Benedettowi dobrać kostium; sam włożył mu na głowę perukę pełną loków i wstążek. Z jakimż lekceważeniem chłopak ten traktował wszystkich dokoła; obdarzył Tonia nie większą uwagą niż lokaja. Benedetto miał długie, doskonale owalne paznokcie, ozdobione przy nasadzie bladym półksiężycem. Z pewnością polerował je, gdy był sam. Kiedy stał na scenie, błyszczały jak polakierowane. Miał jednak w sobie coś twardego; białe koronki i sztuczne kamienie nigdy całkowicie go nie zmieniały, aczkolwiek nosił to wszystko bez najmniejszego skrępowania. -Co pomyślałby- zastanawiał się Tonio- gdyby wiedział, że wolałem zrezygnować z roli, niż włożyć ten kostium?
- Był niezły; zawsze będzie niezły- powiedział Piero, obrzucając Benedetta zimnym, taksującym spojrzeniem.
Ciągnął Tonia do pokoju bilardowego. -Chciałbym z tobą porozmawiać, Tonio- powtarzał. Przez otwarte drzwi widzieli salę balową i długi rząd par tańczących menueta, chociaż muzyka dolatywała tu cicha i zniekształcona. Chwilami, kiedy konwersacja stawała się głośna, zdawało się, że tańcowi tych wspaniale odzianych ludzi nie towarzyszy żadna melodia.
- Chodzi o Giovanniego, Tonio. Wiesz, że Maestro pragnie, by jeszcze przez rok został w konserwatorium, i zmusza go do wypróbowania swych sił na scenie. Tymczasem Giovanni chciałby przyjąć miejsce w rzymskim chórze, które mu zaproponowano. Maestro zgodziłby się, gdyby chodziło o kaplicę papieską, ale na tę ofertę kręci nosem... Co o tym myślisz, Tonio?
- Sam nie wiem- odparł. A jednak miał na ten temat własne zdanie. Już gdy po raz pierwszy usłyszał śpiew Giovanniego wiedział, że chłopak nigdy nie będzie nadawał się do występów scenicznych.
W sklepionym przejściu pojawiła się w oddali złotowłosa dziewczyna. Czyżby miała na sobie tę samą fioletową sukienkę? Jej talia była tak szczupła, że z łatwością objąłby ją dłońmi, a wzdymające się piersi wydawały się nieskazitelne, promieniejące i równie delikatne jak jej policzki. Brwi dziewczyny, tak samo ciemne jak oczy, nadawały jej wyraz powagi. Jakże wyraźnie dostrzegał wyraz tej twarzy, lekko ściągnięte brwi i nieco wydęte usta.
- Najgorsze jest to, że Giovanni chce jechać do Rzymu. Nigdy nie lubił i już nie polubi śpiewania na scenie, a występy w chórze zawsze sprawiały mu przyjemność... Nawet kiedy był małym chłopcem...
Tonio uśmiechnął się na te słowa. -Co ja mogę poradzić, Piero?
- Możesz wyrazić swoje zdanie. Czy uważasz, że Giovanni kiedykolwiek mógłby zrobić karierę w operze?
- Powinieneś spytać o to Guida.
- Nie rozumiesz, Tonio, Maestro Guido nigdy nie wystąpi przeciwko Maestro di Capella, a Giovanni naprawdę chce jechać do Rzymu. Ma już dziewiętnaście lat, wystarczająco długo przebywał w konserwatorium, a to najlepsza propozycja, jaka mu się trafiła.
Zapadła cisza. Dziewczyna odwróciła się, skłoniła, ujęła dłoń swego partnera i kołysząc spódnicami ruszyła wzdłuż rzędu tancerzy.
Nagle Piero zaśmiał się i szturchnął Tonia w bok. -Więc to na tej ci zależy- szepnął.
Tonio zaczerwienił się. Musiał powstrzymać nagły gniew. -Nie. Nie wiem nawet kim jest. Po prostu ją podziwiałem.
Powiedział to tonem tak obojętnym, jak tylko było go na to stać. Skinąwszy na przechodzącego lokaja, wziął następny kielich białego wina i patrzył na niego pod światło, jakby nagle zafascynował go przelewający się w krysztale płyn.
- Powiedz jej jakiś komplement, Tonio, a może cię namaluje- rzekł Piero. -Jeśli się zgodzisz, to nawet nago.
- O czym mówisz?- przerwał mu ostro Tonio.
- Maluje nagich mężczyzn. -Piero zaśmiał się, jakby drażnienie Tonia niezwykle go bawiło. -Oczywiście w postaci aniołów i świętych, ale są oni niezwykle skąpo odziani. Idź do kaplicy hrabiny, jeśli mi nie wierzysz. To ona malowała wszystkie freski naokoło ołtarza.
- Przecież jest jeszcze taka młoda!
- No właśnie!- szepnął Piero z uśmiechem.
- Jak się nazywa?
- Nie wiem, spytaj hrabiny. Jest jej krewną. Ale czemu nie skupisz uwagi na jakiejś miłej, starszej damie? Takie dziewczyny jak ta oznaczają kłopoty...
- To nie ma znaczenia- odparł zdecydowanie Tonio.
Malarka. Autorka fresków. Sama myśl o tym szokowała go, dręczyła i dodawała dziewczynie nowego blasku. Nagle jej obojętność wydała mu się jeszcze bardziej kusząca. Złotowłosa zdawała się koncentrować na czymś innym niż własna uroda i ochrona, jaką jej ona dawała. A była taka ładna! Czy wenecka malarka, Rosalba, była równie piękna? Jeśli tak, to po co malowała? Bzdury! Cóż obchodziła go ta blondynka, nawet jeśli była największą artystką Włoch? A jednak myśl o tym, jak stoi z pędzlem w ręku, doprowadzała go do rozkosznego dreszczu.
Twarz Piera stała się nagle bezbronna, a Tonio wpatrywał się w nią, jakby widział go po raz pierwszy. Dopiero teraz zaczęły do niego docierać słowa mediolańczyka. Ta sprawa była dla Giovanniego przełomowa! Mogła zaważyć na całym jego życiu, a Piero spodziewał się od Tonia rozwiązania tego problemu. Chociaż nie raz zdarzyło się już, że inni przychodzili do niego po radę, Tonio był tym zdziwiony.
- Posłucha cię, jeśli z nim porozmawiasz, Tonio- rzekł z naciskiem Piero. -Uważam, że powinien jechać do Rzymu, ale sam go do tego nie przekonam. Spotka go rozczarowanie i poniżenie, jeśli będzie próbował robić karierę w operze.
Tonio skinął głową. -Dobrze, Piero- rzekł. -Porozmawiam z nim.
Jasnowłosa zniknęła. Taniec został przerwany. Tonio nigdzie nie dostrzegał jej sylwetki. Potem ujrzał, jak idzie w kierunku drzwi, wciąż trzymając pod ramię starszego gentlemana. -Wychodzi- pomyślał i poczuł dotkliwy żal. Oczywiście nie była to ta sama suknia, miała tylko podobną barwę i szeroką spódnicę, ozdobioną bukiecikami drobnych kwiatów. Złotowłosa dziewczyna z pewnością uwielbia ten kolor...
Ale cóż on ma powiedzieć Giovanniemu? Zmusi go, by sam sobie odpowiedział, a potem doradzi, by pozostał wierny własnym przekonaniom.
Czuł niepokojący ciężar odpowiedzialności, którą go obarczono. Co więcej, ogarnęły go ciepłe uczucia w stosunku do tych wszystkich chłopców, którzy teraz zwracali się do niego często jak do jakiegoś przywódcy. Miał z nimi- i to nie tylko z kastratami- bliskie stosunki. Nie tak dawno Morello, uczący się kompozycji, dał mu egzemplarz swego Stabat Mater z napisem: "Być może kiedyś to zaśpiewasz". Guido pozwolił mu ostatnio dwa razy poprowadzić lekcje z młodszymi chłopcami i Tonio był tym zachwycony, szczególnie, że widział, jak bardzo maluchy go szanują.
O czym to myślał? O kaplicy, o kaplicy hrabiny. Gdzie też ona może być? Wino uderzyło mu do głowy. Hrabina gdzieś zniknęła. Oczywiście każdy ze sług będzie wiedział, gdzie jest kaplica. Guido też. Ale gdzie się podział Guido? Czuł jednak, że jego nie powinien o to pytać. -Jestem haniebnie pijany- szepnął. A widząc własne odbicie w szkle, rzekł: -Prawdziwy syn swojej matki!
Znajdował się w pustym salonie i czuł, że musi się położyć. Kiedy jednak zbliżył się do niego jeszcze jeden służący z chłodnym, białym winem, Tonio wypił je i dotknąwszy rękawa sługi, spytał: -Gdzie jest kaplica? Czy goście mają do niej dostęp?
Już wkrótce podążał za tym człowiekiem po szerokich, głównych schodach, a potem po korytarzu prowadzącym do dużych, podwójnych drzwi. Popędzała go ciekawość. Patrzył, jak służący zapala świece i już wkrótce stał samotnie w przyćmionym świetle kaplicy.
Była piękna, bogata, pełna cudownych szczegółów. Wszędzie lśniło złoto, które tak kochali neapolitańczycy. Otaczały go ozdobne łuki oraz żłobkowane kolumny upiększające okna i ściany oprawą błyszczących arabesek. Naturalnej wielkości statuy świętych ubrano w prawdziwy atłas i aksamit. Obrus kościelny był inkrustowany drogimi kamieniami.
Milcząc szedł między ławkami. Ukląkł cicho przy barierce, przy której przyjmuje się komunię, i złożył ręce, jakby miał zamiar się modlić.
Freski pulsowały w przyćmionym świetle; wydawało się niemożliwe, by to ona namalowała te ogromne, wspaniałe postacie: Matkę Boską wznoszącą się do nieba, anioły o wygiętych skrzydłach i siwowłosych świętych.
Wszystkie wydawały się niemalże żywe, energiczne, potężne. Patrząc, Tonio poczuł nagłą miłość do tej dziewczyny. Wyobraził ją sobie pogrążoną w jakiejś cichej, żarliwej konwersacji, dzięki której on, stojąc w pobliżu, mógłby usłyszeć wreszcie jej głos. Och, gdyby pewnej nocy mógł zbliżyć się do niej na sali balowej, kiedy będzie rozmawiała ze swym partnerem. Nad nim przymykała powieki Dziewica Maryja o nieskazitelnej owalnej twarzy, a falujące, ciemne włosy opadały jej na ramiona. Czy to naprawdę ona to wszystko namalowała? Nagle freski wydały mu się zbyt doskonałe, by ktokolwiek mógł je stworzyć. Zamknął oczy.
Podparł lewą ręką głowę. Wzbierała w nim lawina uczuć. Czuł się nieszczęśliwy i zmuszony do usprawiedliwienia się przed Guidem z tego, że tu przyszedł. -Kocham tylko ciebie- szepnął.
Niezgrabnie oddalił się od ołtarza i oszołomiony winem, czując mdłości, ruszył w stronę drzwi.
Gdyby nie znalazł wtedy w małym pokoju na górze kanapy, mógłby być bardzo chory.
Położył się, zamknął oczy i usłyszał wypowiedziane bardzo wyraźnie słowa matki: "Powinnam uciec z operą". I zasnął.
Kiedy się obudził, wszędzie panowała cisza. Bal z pewnością już się skończył. Wstał szybko i stanął u szczytu schodów. Guido będzie na niego wściekły. Może nawet odjechał już sam do domu.
W ogromnych pokojach zostało tylko gdzieniegdzie paru gości, a dookoła cicho chodzili służący, zbierając na srebrne tace serwetki i kieliszki. Powietrze pachniało tytoniem, a jakiś samotny klawikordzista-amator grał pełną werwy piosnkę.
Zostało jeszcze tylko trzech skrzypków. Gawędzili. Kiedy Tonio dostrzegł między nimi Francesca, zbiegł ze schodów.
- Widziałeś gdzieś Guida?- spytał. -Czy pojechał już do domu?
Francesco, który grał dzisiaj na zamówienie dwa razy, był widocznie bardzo zmęczony, gdyż początkowo zdawał się nie rozumieć, o co Toniowi chodzi.
- Będzie na mnie wściekły, Francesco. Zasnąłem. Pewnie mnie szukał- wytłumaczył Tonio.
Francesco uśmiechnął się. -Nie będzie na ciebie zły- szepnął dziwnie poufnym tonem. Uważnie włożył skrzypce do futerału, zamknął go i podniósł się do wyjścia. Widząc jednak zakłopotaną minę Tonia, uśmiechnął się raz jeszcze i spojrzał znacząco na schody i wyższe piętro.
Tonio pochylił się, jakby chciał usłyszeć jego niewypowiedziane słowa. Francesco raz jeszcze wskazał spojrzeniem schody. -Jest z hrabiną- szepnął w końcu. -Poczekaj na niego.
Przez dłuższą chwilę Tonio po prostu patrzył na Francesca. Obserwował, jak zbiera nuty i żegna się z pozostałymi. Patrzył, jak wychodzi.
Wreszcie, stojąc samotnie z boku pokoju, uświadomił sobie w pełni znaczenie tej krótkiej wymiany zdań i powoli zbliżył się do schodów.
Mówił sobie, że nie ma w tym słowa prawdy. Nic szczególnego. Może źle zrozumiał.
Oczywiście Francesco nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, że Tonio i Guido są kochankami. Nikt o tym nie wiedział. Mimo to, kiedy Tonio stanął na początku ciemnego korytarza na piętrze, wstrząsnęło nim drżenie.
Oparł się o ścianę. Powróciło wcześniejsze oszołomienie i nagle zapragnął opuścić to miejsce, znaleźć się daleko, daleko stąd. Stał jednak bez ruchu. Nie musiał długo czekać.
Na końcu korytarza otworzyły się drzwi i w świetle sączącym się na kwiecisty dywan ukazali się Guido i hrabina. Mała, pulchna kobieta była wciąż ubrana w balową suknię, ale rozpuściła włosy. A Guido, odwracając się z czułością, zgiął się, by pocałować ją na pożegnanie.
Ich cienie połączyły się. Hrabina odeszła. Wraz z nią zniknęło światło. Guido podążał w kierunku schodów.
Tonio patrzył na to jak oniemiały. Jak oniemiały obserwował zbliżającą się, niewyraźną sylwetkę Guida.
Kiedy ich oczy spotkały się i ujrzał wyraz jego twarzy, nie miał już najmniejszych wątpliwości.
12
Płakał. Płakał jak dziecko i wcale się tym nie przejmował. Nie mógł się z tym pogodzić. Guido go oszukał. Guido celowo go zranił. Jeśli w pierwszej chwili Tonio zwrócił się do niego ze złością, to tylko dlatego, że wpadł w panikę i rozpaczliwie próbował odegnać ból.
A teraz Guido przemawiał do niego zimnym, beznamiętnym głosem, nic przed nim nie ukrywając! Czego Tonio oczekiwał? Wymówek, może nawet kłamstw? Ale Guido powiedział mu, że go ostrzegał. Będzie spał z kobietami kiedy i gdzie się uda. Nie miało to nic wspólnego z ich miłością.
- Zrobiłeś ze mnie głupca!- szepnął Tonio. Nie był jednak w stanie myśleć. Nie potrafił nadążyć za własnymi oskarżeniami.
- Jak to? Sądzisz, że cię nie kocham? Tonio, jesteś dla mnie całym życiem!
Ale nie było żadnych usprawiedliwień ani wyrzutów sumienia. Guido nie zgadzał się zaniechać spotkań z hrabiną. Był tylko ten jego chłód i ciche, powtarzane wiele razy słowa.
- Ale czy robiliście to tylko dzisiaj, czy także kiedy indziej? Ach, więc zdarzało się to już nieraz.
Guido nie odpowiadał. Stał, milcząc, z założonymi rękami i wpatrywał się w Tonia, jakby nawet na chwilę nie potrafił się wczuć w cierpienia, jakie mu zadaje.
- Jak długo to trwa? Kiedy się zaczęło?- krzyczał Tonio. -Kiedy to przestałem ci wystarczać, powiedz!
- Wystarczać? Jesteś całym moim światem- powiedział miękko Guido.
- Ale nie zrezygnujesz z niej...
Guido milczał.
Nie było sensu więcej mówić. Wiedział, że będą padały wciąż te same odpowiedzi, że może otworzyć się przed nim otchłań, może wrócić cierpienie, rozdzierające jego stare rany. Zaskoczyło go to. Ból zdawał się być nieznośny. Przenikał wszystkie fibry jego jestestwa. Świat, który tu dla siebie stworzył, chwiał się, groziła mu zagłada. Czy teraz miało znaczenie, że przeżył już większe cierpienia? Wszystkie one straciły wagę, istniała tylko ta chwila.
Pragnął wstać, odejść. Nie chciał już nigdy więcej widzieć Guida, hrabiny, nikogo innego. To wszystko było jednak nie do pomyślenia.
- Kochałem cię... -szepnął. -Nie istniał dla mnie nikt inny. Nigdy.
- Nadal mnie kochasz i tylko ty jesteś dla mnie ważny- odparł Guido. -Wiesz o tym.
- Nie mów nic więcej. Zostawmy to. Im więcej mówisz, tym gorzej. To koniec.
Kiedy tylko wypowiedział te słowa, poczuł, że Guido zbliża się do niego.
Chociaż Tonio był pewien, że go uderzy, poczuł, że odwraca się do niego. Wydawało się, że mimo całego swego cierpienia nie może oprzeć się Guidowi. Guido wciąż mógł go ochronić, nawet przed swym własnym okrucieństwem. A kiedy jego ukochany szepnął raz jeszcze: -Jesteś całym moim życiem- zabrzmiała w tych słowach udręka i głód, a Tonio oddał mu się.
Pocałunki Guida były wolne, jakby delektował nimi. Namiętność przychodziła falami, unosiła Tonia, lekko opadała i znów wzbierała.
Kiedy było po wszystkim i leżeli spleceni, Tonio szepnął mu na ucho: -Wytłumacz mi, jak mam to pojąć. Jak możesz mnie ranić i nic nie odczuwać? Ja za nic na świecie nie sprawiłbym ci takiego bólu, przysięgam.
Miał wrażenie, że Guido uśmiecha się w mroku. Nie był to jednak uśmiech pełen złości. Był smutny. Z piersi Guida wydostało się westchnienie, którego przyczyną zdawał się ciężar jakiejś wiedzy.
Objął wreszcie Tonia z rozpaczą, przytulił go bliżej do piersi, jakby ktoś chciał mu go odebrać.
- Z czasem zrozumiesz to, mój śliczny- rzekł. -A na razie okaż mi hojność.
Toniowi zamykały się oczy. Chociaż pragnął temu zaprzeczyć, nawet zapadając się w sen miał wrażenie, że umyka mu spora część zagadki i że dopiero teraz rozumie, jak jest skomplikowana. Budziły się w nim lęki, których nie mógł wypowiedzieć, i przez moment wiedział, że Guido go kocha, a on kocha Guida. Jeśli starałby się znaleźć brakujące części tej układanki, cierpienie znów mogłoby go pokonać.
Pogodził się z tym. Czuł się bezradny, ale się z tym pogodził. W ciągu następnych dni zrozumiał, że postąpił mądrze, gdyż Guido należał teraz do niego bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Uświadomił sobie pewną gorzką prawdę: to nie Guido trzymał go z dala od złotowłosej dziewczyny. Z drwiną wspominał, iż tamtej nocy czuł się winny spojrzawszy tylko na jej dzieła, wiedział teraz bowiem, że mógłby zbliżyć się do niej nic nawet Guidowi nie wyjaśniając, a mimo to nie potrafił zmusić się do tego. Ilekroć ich ścieżki przecinały się, Tonio był milczący i zrozpaczony.
W następnych miesiącach przepełniała go jednak i uspokajała miłość do Guida. Czasem dręczyła go świadomość, że ma on swoją hrabinę. Guido traktował jednak Tonia z coraz większą delikatnością i pokorą, być może dlatego, że wreszcie zaczynano go cenić jako kompozytora, czego od dawna pragnął.
Wraz z nadejściem cieplejszych miesięcy i świąt, procesji, a czasem wycieczek na wieś z Paolem- stało się jasne, że Guido jest niezwykle poszukiwanym muzykiem.
Powierzano mu zaawansowanych uczniów, zainteresowanych kompozycją, a odebrano początkujących. Mając takiego ucznia jak Tonio i zadziwiającego wszystkich Paola, przyciągał o wiele więcej wspaniałych śpiewaków, niż był w stanie przyjąć.
Sprawował niemal całkowitą kontrolę nad szkolnym teatrem, a chociaż był bezlitosny w swych wymaganiach, w oczach Tonia dodawało mu to uroku. Guido wydawał mu się też bardziej imponujący w wyszukanych strojach, które Tonio sam mu kupił.
Twarz Guida łagodniała jednak wraz z władzą, którą zyskiwał. Nie był już teraz ciągle zagniewany. Miał w sobie coś niedbałego, a jednocześnie nakazującego szacunek, co sprawiało, że na samo dotknięcie ręki Tonio omdlewał z rozkoszy.
Maestro Cavalla ostrzegał Guida, by nie przeciążał Tonia. Jednak prawdziwa wspólna praca tej dwójki zaczęła się wraz z przedstawieniami.
Na scenie Guido mógł lepiej ocenić słabostki i mocne strony swego podopiecznego. Chociaż bezlitośnie zamęczał Tonia ćwiczeniami i pisał dla niego różne rodzaje arii, to wiedział, że chłopak celuje w aria cantabile pełnej smutku i czułości. Benedetto dobrze wykonywał różne sztuczki; potrafił dawać prawdziwie akrobatyczne popisy wysokich dźwięków, by z niepokojącą łatwością obniżyć głos do kontraltu. Zapierało to widzom oddech w piersiach, ale nie doprowadzało ich do płaczu.
Tymczasem król Karol III Burbon, który od dwóch lat władał Neapolem, zdecydował się zbudować Teatro San Carlos, który wykończono w ciągu paru miesięcy, po czym zburzono starą operę San Bartolommeo.
Chociaż wszyscy zachwycali się szybkością, z jaką zbudowano Teatro, w pierwszą noc okrzyki podziwu i zachwytu wywołało przede wszystkim jego wnętrze.
San Bartolommeo mieścił się w starym, prostokątnym budynku. Nowa opera miała kształt końskiej podkowy i składała się z sześciu kondygnacji. Zdumienie budziła jednak nie tyle jej imponująca wielkość, co rzęsiste oświetlenie oraz fakt, że każda loża została wyposażona w lustro i wiszące po obu jej stronach kinkiety na świece. Kiedy zapalono świeczki, lustra tysiąckrotnie wzmacniały blask maleńkich płomyczków i rozpraszały światło we wszystkich kierunkach. To niewiarygodne widowisko przyćmiewał tylko talent pri-madonny Anny Peruzzi i jej śpiewającej kontraltem rywalki, Vittori Tesi, znanej z doskonałego odtwarzania męskich ról. Wystawiano operę Achille en Sciro z nowym librettem Metastasia i muzyką Domenica Sarri, którego neapolitańczycy wielbili od lat.
Zaangażowano Pietra Righini, jednego z najznakomitszych scenografów. Przedstawienie było rzeczywiście wspaniałe.
Guido i Tonio zajmowali miejsca na parterze, z przodu. Były to ogromne fotele z poręczami. Wykupiwszy je dla siebie na cały sezon, można je było zamknąć, gdy były nieużywane- w ten sposób miało się pewność, że nikt tych miejsc nie zajmie. Czekały na właściciela bez względu na to, jak późno się pojawił. A odległości między rzędami były tak duże, że można było dojść do swego fotela nikomu po drodze nie przeszkadzając.
Wszyscy wiedzieli, rzecz jasna, iż monarcha nie interesował się operą; śmiano się, że wybudował tak wielki budynek, by siedzieć jak najdalej od sceny.
Jednakże oczy Europy zwróciły się na Neapol z jeszcze większą uwagą niż zwykle. Neapol prześcignął Wenecję, jeśli chodzi o muzykę, śpiewaków i kompozytorów. Dawno już zaćmił też Rzym.
Guido wciąż jednak uważał Rzym za właściwe miejsce na debiut kastrata. Rzym pozostawał Rzymem, mimo iż nie kształcił kompozytorów i śpiewaków. Guido cały czas przypominał o tym Toniowi.
Tonio robił zadziwiające postępy. I chociaż w jesiennej operze szkolnej śpiewał cztery arie, a wieczorami wychodził z Guidem, to jednak wciąż jadał niektóre posiłki z innymi uczniami, spędzał z nimi czas przeznaczony na popołudniowy odpoczynek i jak oni wykonywał prace, które wyznaczono mu do zrobienia za kulisami.
Niedługo po swych drugich Świętach Bożego Narodzenia spędzonych w Neapolu, Tonio miał jednak utarczkę z pewnym chłopcem uczącym się fechtunku. Okazała się ona równie niebezpieczna jak walka z Lorenzem, którą odbył przed rokiem.
Całe zdarzenie miało miejsce pewnego dnia, kiedy Toniowi ciężko było myśleć, snuł się więc po świecie wyjątkowo ospale i obojętnie reagował na wszystko, co zdarzyło mu się widzieć i słyszeć.
Tego ranka dowiedział się z listu Catriny Lisani, że jego matka powiła zdrowego syna. Urodził się pięć miesięcy temu, miał więc już prawie pół roku.
Tonia ogarnęło osłabienie; ze zdziwieniem spostrzegł, że pogrążył się w bezgłośnej modlitwie. Niemalże wyszeptał: -Obyś był zdrowy na ciele i umyśle. Obyś dostał Boże i ludzkie błogosławieństwo. Gdybym był na twoim chrzcie, sam pocałowałbym cię w delikatne czółko.
Przypłynęła do niego wizja swej osoby: tej wysokiej, białej, podobnej do pająka istoty, którą stał się teraz, sunącej przez wilgotne, stęchłe pokoje. Ujrzał długie ramię poruszające kołyską niemowlęcia. Widział łkającą w samotności matkę.
Dlaczego płakała? Powoli zebrał myśli i zdał sobie sprawę, że matka zanosi się płaczem, ponieważ zabił jej męża. Carlo nie żył. Znów była w żałobie, a wszystkie płonące jasno świece, które sobie wyobrażał, zgasły. Z knotów unosiły się cienkie smużki dymu. W korytarzach czuć było smród kanałów. Równie gęsty i namacalny jak zimowa mgła.
- Czego pragniesz?- rzekł wreszcie, składając sztywny pergamin. -Więcej czasu?
Zrobił następny krok. Następny krok. List Catriny zawiadamiał, że Marianna ma znów dziecko!
Kiedy więc przybył na salę fechtunku, przechodząc przez drzwi, bezmyślnie wepchnął się przed młodego Toskańczyka ze Sieny. Zrobił to przez nieuwagę.
Jednak przygotowując się do pierwszej walki, usłyszał za sobą jego opryskliwe słowa i uniósłszy oczy, poczuł się tak samo zdezorientowany jak wtedy, gdy na Placu Świętego Marka po raz pierwszy dowiedział się o Carlu. Stał nieruchomo; przez moment miał wrażenie, że zapada w sen. Patrzył na wypolerowaną podłogę, wysokie okna i długą, pustą salę. Zaczynał rozumieć słowa tamtego: -Eunuch? Nie wiedziałem, że kapłonom wolno nosić szpadę.
Nie było w nich nic nieoczekiwanego czy inteligentnego. Tonio nieraz widział kapłony, te wykastrowane ptaki, obdarte z pierza i gotowe do zjedzenia, zwisające z rzeźniczych haków. Otaczające go lustra odbijały sylwetki stojących wokół młodzieńców w ciemnych spodniach i białych koszulach.
Zdał sobie sprawę, że na sali zapadła cisza, a on sam powoli odwraca się do tyłu.
Młody Toskańczyk patrzył wprost na niego. Tonio nie dostrzegał jednak rysów jego twarzy; miał wrażenie, że słyszy mnóstwo szeptów, echa szeptów wszystkich obecnych w tej sali, wszystkich tych wspaniałych młodych mężczyzn, z którymi zmagał się tutaj, walczył i wygrywał. Stał nieruchomo, ze zwężonymi oczami i czekał, aż szmer głosów ukształtuje się w zrozumiałe słowa.
Zaczął jednak mgliście zdawać sobie sprawę z tego, że młodemu Toskańczykowi brakowało odwagi. Pozostali byli niespokojni; Tonio czuł panującą w sali niepewność. Widział ich zmieszane, prawie nadąsane miny, czuł zapach ich potu.
Wyczuł u młodego Toskańczyka strach, który potęgował się, aż zastąpiła go panika oraz rozpaczliwa, zgubna duma.
- Nie skrzyżuję szpad z kapłonem!- krzyknął piskliwie chłopak. Okrzyk ten wywołał niejaki szok nawet u tych przenikliwych młodzieńców z południa Włoch.
Toniowi przyszła wtedy do głowy dziwna myśl. Dostrzegł całą głupotę tego chłopca. Zrozumiał, iż wolałby on umrzeć, niż stracić twarz w obecności tej niewielkiej grupy towarzyszy. Tonio nie wątpił, że mógłby zabić Toskańczyka. Nikt nie opanował sztuki władania szablą tak dobrze jak on. Chociaż czuł niezłomny gniew, zdawał sobie sprawę z przewagi swego wzrostu, wiedział też, że byłby to czyn bezsensowny. Nie chciał zabijać tego młodego człowieka. Nie pragnął jego śmierci. Jednak mężczyzna powinien tego chcieć; mężczyzna zrozumiałby, że nie można znieść takiej zniewagi. Zbiło go to z tropu. A chłopak dawał mu doskonałą okazję! Czuł smutek z powodu tego chłopca. Jeśli jednak pozwoli sobie na dalsze rozterki, stanie się słabszy.
Miał wrażenie, że widzi z daleka, jak on sam patrzy ze złością w zwężonych oczach na przeciwnika i wolno unosi szpadę.
Toskańczyk dobył swój rapier, który z głośnym świstem popłynął w powietrzu do Tonia. Twarz chłopaka wykrzywiał strach i gniew; Tonio natychmiast odparował cios i przeciął przeciwnikowi gardło.
Toskańczyk dysząc, wypuścił szablę z dłoni i przycisnął ręce do rany.
W sali zapanowało natychmiast ciche ożywienie, a wokół Tonia zebrała się grupa młodych ludzi, namawiająca go do wyjścia. Widział, że inni zbierają się wokół Toskańczyka; ujrzał krew spływającą na jego koszulę. Mistrz fechtunku naciskał, by ustalili czas i miejsce pojedynku na zewnątrz.
Przez całą powrotną drogę do konserwatorium Tonio przypominał sobie pełne zamieszania chwile, otaczających go i dotykających przyjacielsko, poufale młodych ludzi. Jeszcze przed północą przyszedł młody Sycylijczyk z wiadomością, że Toskańczyk spakował się i uciekł. Oznajmił to Toniowi bez komentarza, ale z pogardliwym uśmieszkiem na śniadej twarzy. Po czym, stojąc w bogato dekorowanym salonie konserwatorium, w którym został przyjęty, z wahaniem zaproponował Toniowi, by wybrał się z nim w najbliższym czasie na polowanie. Regularnie jeździł z przyjacielem w góry. Z radością przyjęliby jego towarzystwo. Tonio podziękował mu za zaproszenie, nie mówiąc jednak, czy ma zamiar je przyjąć.
Zaledwie kilka dni później Tonio pojechał na południe, w góry, z Guidem.
Pogoda była ciepła. Wybrali razem jedno z tych nadmorskich miasteczek, które przywierają do stromego klifu nad wodą tak błękitną i spokojną jak nieskazitelne lustro nieba.
Zjedli niewyszukany posiłek na małej, białej piazzy, po czym wezwali grupę obdartych, lecz energicznych ludowych śpiewaków, którzy śpiewali im barbarzyńskie, pomysłowe pieśni, jakich nigdy nie próbowałby wykonać żaden wykształcony muzyk.
Noc spędzili na wymoszczonym słomą łóżku w gospodzie, przy otwartym oknie.
Rankiem Tonio wyszedł samotnie i trafił na umajoną pierwszymi kwiatami dużą łąkę, na której stała kiedyś grecka świątynia.
Wśród zieleni leżały porozrzucane kręgi żłobkowanego marmuru, jednak stały jeszcze wciąż cztery, odcinające się na tle nieba kolumny; kiedy chmury przesunęły się i pojawiły za nimi, kolumny zdawały się lekkie, dziwacznie falujące.
Tonio znalazł podłogę świątyni. Przeszedł ją całą, stąpając po połamanych kamieniach i położył się na świeżej trawie, która wyrastała ze wszystkich szczelin i pęknięć. Patrząc wprost w oślepiające światło, zastanawiał się, czy w całym swym życiu zaznał kiedykolwiek takiego spokoju jak przez ostatni rok.
Wszystko dookoła było wonne i nieskazitelnie piękne. Nigdzie nie kryły się odrażające tajemnice. Dni nie wypełniało wyczerpujące napięcie.
Uspokajała go miłość, miłość, którą darzył Guida, Paola i wszystkich oddanych przyjciół dzielących z nim dom, pracę, zabawę, naukę, próby i przedstawienia; jedynych braci, jakich kiedykolwiek znał.
Jednak i tam czaiła się ciemność.
Czyhała na Tonia. Czekał na listy Catriny; na zniewagi popędliwego, niebacznego Toskańczyka. Jakże łatwo było o niej na tak długo zapomnieć!
Sam dziwił się teraz, że mógł kiedykolwiek przypuszczać, iż nienawiść i gorycz podtrzymają go, póki Carlo nie spłodzi tylu dzieci, by Tonio mógł powrócić i wyrównać dawne rachunki.
Czyżby miał w sobie jakąś skazę, która pozwalała zapomnieć o wyrządzonej mu krzywdzie, o świecie, który mu odebrano i tak łatwo zagłębić się w to dziwne życie w Neapolu, które teraz wydawało się realniejsze od wszystkiego, co kiedykolwiek przeżył w Wenecji? Czy fakt, że nie pragnął śmierci młodego Toskańczyka, był oznaką słabości? A może czuł w tych chwilach coś daleko rozsądniejszego, bardziej skomplikowanego?
Nagle ogarnął go przerażający strach, że świat nigdy nie pozwoli mu się tego dowiedzieć.
Nie chciało mu się wierzyć, że kiedykolwiek mieszkał w Wenecji i widział mgłę zasnuwającą nieruchome kanały koloru ołowiu albo mury wyrastające tak blisko po obu stronach, że niemalże zasłaniały gwiazdy.
Srebrzyste kopuły, zaokrąglone łuki, mozaiki migoczące nawet w deszczu: cóż to było za miasto?
Zamknąwszy oczy, starał się przypomnieć sobie matkę. Usiłował przywołać brzmienie jej głosu i obraz jej postaci wirującej w tańcu na zakurzonej podłodze. Czy rzeczywiście kiedyś podszedł do niej płacząc, gdy stała przy oknie? Śpiewała jakąś popularną, uliczną piosenkę. Czy myślała o Stambule? Wyciągnął do niej rękę. Odwróciła się, by go uderzyć. Czuł, że pada... Czy to rzeczywiście kiedyś się zdarzyło?
Stał na trawie. Dookoła rozciągał się dywan zieleni. W dali ujrzał ciemną sylwetkę Guida, stojącego samotnie pośród wielkiej smugi drobnych kwiatów przecinającej ogromną, piękną łąkę jak białe ślady chmur. Maestro stał nieruchomo, z głową przechyloną na jedną stronę, jakby słuchał dochodzącego z oddali śpiewu ptaków albo po prostu wsłuchiwał się w pustkę.
* * *
Carlo. Carlo!- szepnął Tonio, jakby nie był w stanie opuścić tego miejsca, nie uświadamiając sobie realnego istnienia swego ojca. Po czym zacisnął powieki przed widokiem łagodnych, bezkresnych pól i znalazł się w tym dobrze mu znanym, odległym mieście; podkradał się jak kot, zawzięcie, aż wreszcie nieoczekiwanie, w jakimś mrocznym zakątku zbliżył się i ujrzał na jego twarzy przerażenie i szok.
Drogi Guido, ileż bym dał, by przeżyć choć jeden dzień nie wychylając tej czary goryczy!
13
Minęło następnych siedem miesięcy, nim Tonio dostał od samej Marianny list, zawiadamiający go o narodzinach jej drugiego syna.
Tak był wstrząśnięty widokiem jej pisma na kopercie, że nosił list cały dzień przy sobie i otworzył go dopiero, gdy znalazł się samotnie nad brzegiem morza.
Liczył na to, że ryk fal zagłuszy rozbrzmiewający w jego uszach głos matki, który wydawał mu się równie niebezpieczny, jak pieśń syren.
Nie ma godziny, bym nie myślała o Tobie, nie użalała się nad Tobą i nie obwiniała się o Twój pochopny, potworny czyn. Nie straciłam Cię, bez względu na to, jak się temu opierasz, bez względu na to, jak nierozważnie i mściwie się zachowujesz. Tydzień temu urodził się w tym domu Twój braciszek, Marcello Antonio Treschi. Żadne dziecko nie zajmie jednak Twojego miejsca w mym sercu.
Za kilka dni Tonio miał zagrać swą pierwszą główną rolę w operze napisanej przez Guida i przeznaczonej na scenę konserwatorium. Wiedział, że jeśli nie uda mu się zapomnieć tego listu, nie będzie w stanie wystąpić.
W miarę zbliżania się przedstawienia pracował uparcie, nawet zbyt ciężko, wiedziony niezłomną wolą. W dniu premiery nie myślał o niczym innym prócz muzyki; był Toniem Treschim z konserwatorium, a później, kiedy tylko szaleńcze uściski mogły zagłuszyć odgłos oklasków rozbrzmiewający mu w uszach, kochankiem Guida.
Dni, które nastąpiły po tym sukcesie, wypełnione były obsesyjnymi myślami o matce, chociaż niewiele zostało już z miłości, którą żywił do niej Tonio, oraz ze wspomnień o jej urodzie i rzadkich między nimi chwilach czułości.
Była teraz żoną Carla; należała do niego! Jak mogła mu uwierzyć? A jednak zawierzyła mu bez cienia wątpliwości.
Rzecz jasna, mimo niemalże szaleńczego gniewu, Tonio znał odpowiedź. Zaufała Carlowi, bo musiała to zrobić, jeśli chciała dalej żyć, uciec od pustych apartamentów i zimnego łóżka. Cóż prócz Carla zostało dla niej w tym domu?
Myśli te prawie bez przerwy krążyły mu po głowie i czasem nie był w stanie uciec od wspomnień tego, jak nieszczęśliwa i samotna była przedtem matka, od wspomnień jej napadów okrucieństwa, które nawet teraz przyprawiały go o dreszcze.
Umarłaby zamknięta w klasztorze, był tego pewien, a jego brat, jego potężny, sprytny, prawy, zdeprawowany i uparty brat, wziąłby sobie inną żonę.
Stanęła przed niezwykle trudnym wyborem, a życie z mężczyzną, który by jej nie kochał, stałoby się równie nieznośne jak zamknięcie w klasztornej celi. Uczucie mężczyzny potrzebne jej jest tak samo jak jego opieka i nazwisko. Jakiż w końcu miała w przeszłości pożytek z samej opieki i nazwiska?
- A ja ponownie każę jej wrócić w samotność- rozmyślał Tonio. -Wyślę ją z powrotem do klasztoru... -Raz jeszcze ujrzał Mariannę w czarnym, wdowim welonie.
Wizja ta wydawała mu się bardziej rzeczywista, niż obrazy wyczarowywane w listach, obrazy chrzczonych dzieci i toczącego się w tym domu życia, jakiego nigdy nie znał.
Odwracała się od niego, lżyła. Przeklinała go, zaciskając pięści. Jej krzyk dobiegał do niego przez lata i mile, przez niewyraźny obraz przeszłości. -Jestem bezradna- krzyczała. Jego gniew zostawił ją nieubłaganie w tyle, tak że stała się cieniem, nie bardziej zdolnym do oddziaływania na jego przyszłość, jak na to, co zdarzyło mu się w przeszłości.
Była dla niego stracona, naprawdę stracona, a jednak czasem myślał o niej z zamglonymi oczami i odwracał się gwałtownie, z mocno bijącym sercem, od codziennego widoku czarno ubranych kobiet we wszystkich kościołach; od starych i młodych wdów zapalających świece, klęczących przed ołtarzami, spacerujących czarnymi grupami po ulicach w towarzystwie starych służących.
Masowo napływały teraz do Tonia zaproszenia do śpiewania na prywatnych kolacjach i koncertach. Raz odważył się wybrać do domu starej markizy, którą spotkał na swym pierwszym przyjęciu u hrabiny Lamberti.
Z czasem zaczął jednak, bez względu na to, o co go proszono, wysyłać tylko odpowiedzi z wyrazami żalu, że nie może przybyć.
Guido był oczywiście wściekły.
- Muszą cię słyszeć!- naciskał. -Muszą cię słyszeć i widzieć w znamienitych domach. Nie rozumiesz, że musisz dać się poznać zagranicznym gościom?
- Mogą mnie usłyszeć i zobaczyć tutaj, jeśli tylko zechcą- odparł Tonio, szybko obarczając winą za swe odmowy napięty plan zajęć. -Zbyt wiele ode mnie wymagasz!- dodał z przekonaniem. -Poza tym Maestro zawsze narzeka, że chłopcy mają tylko kłopoty, kiedy opuszczają konserwatorium, za dużo piją...
- Przestań- przerwał mu z pogardą Guido.
Konserwatorium stało się jednak jedynym miejscem występów Tonia.
Coraz więcej czasu spędzał tutaj, jeśli nie był w szkole fechtunku, i nigdy nie przyjmował od innych uczących się władania szpadą młodych ludzi zaproszeń do lokali czy na polowania.
Raz po raz zaskakiwał go widok złotowłosej dziewczyny. Była w kościele Franciszkanów, gdy wraz z innymi chłopcami przybył tam na tradycyjny występ. W Teatro San Carlos siedziała jak królowa w loży hrabiny. Była zwrócona twarzą w stronę sceny, jak mieli zwyczaj robić to Anglicy, a muzyka zdawała się ją pochłaniać.
Pojawiała się też w konserwatorium, ilekroć Tonio tam śpiewał.
Chłopak od czasu do czasu wybierał się do hrabiny z jednym tylko celem, do którego sam przed sobą się nie przyznawał. Udawał się do kaplicy i patrzył na delikatne freski w ciemnych kolorach, na Dziewicę Maryję o owalnej twarzy, na anioły o sztywnych skrzydłach i na muskularnych świętych. Kiedy tam przychodził, było już zawsze późno, a on sam był już pod wpływem nieco zbyt dużej ilości wina. Ujrzawszy potem na sali balowej dziewczynę, wpatrywał się w nią czasem tak zuchwale, że jej rodzina z pewnością musiała uznać to za obrazę.
Nikt jednak nigdy nie zareagował.
Coraz bardziej pochłaniało go życie w konserwatorium i właściwie nic nie zakłócało reżimu, jakiemu był poddany, ani nie mąciło jego codziennego szczęścia, prócz długich listów kuzynki Catriny, która- mimo iż tak rzadko jej odpisywał, jeśli w ogóle to robił- stawała się coraz bardziej zuchwała.
Listy, najwyraźniej przeznaczone wyłącznie dla oczu Tonia, doręczał zawsze ten sam młody Wenecjanin z ambasady.
Catrina także zawiadomiła go o narodzinach drugiego dziecka Marianny, pisząc po prostu, że jest równie zdrowe, jak jej pierwszy potomek:
Doniesiono mi jednak, że Twój brat ma o wiele więcej bastardów niż prawowitych potomków. Zdaje się, że nawet wspaniały sukces, jaki odniósł w Senacie i radach, nie odstręcza go od ciągłego szukania rozkoszy w ramionach przedstawicielek płci pięknej.
Twoją matkę czci jednak jak zawsze, o nią więc nie musisz się obawiać.
Wszystkich zadziwia wigor i krzepkość Carla, wytrzymałość, która pozwala mu pracować i bawić się od świtu do chwili, gdy zegary wybiją północ. Na wyrazy podziwu od razu odpowiada, że to wygnanie i niepowodzenia sprawiły, iż teraz potrafi delektować się życiem.
Na każdą wzmiankę o młodszym bracie, Toniu, oczy wypełniają mu się, rzecz jasna, łzami. Och, jakżeż wdzięczny jest za wiadomości, iż dobrze wiedzie Ci się na południu, mimo to martwi go jednak, iż tak wiele słyszy o Twym śpiewie i waleczności we władaniu szpadą.
- Scena?- pyta mnie. -Chyba nie sądzisz, że kiedykolwiek wystąpi na scenie?- I wyznaje, iż sądził, że masz charakter zbliżony do usposobienia Twego dawnego nauczyciela, Alessandra.
Zauważam wtedy, że masz raczej predyspozycje, by stać się drugim Caffarellim. Powinieneś widzieć, jaki ma wtedy wyraz twarzy!
Chciałby, żeby wszyscy nad nim boleli! Możesz to sobie wyobrazić? Pyta, czy nie wiem, co dla niego znaczy, iż tak często przypomina mu się o całej tej hańbie.
- Ach, fechtunek!- mówi. -Cóż z tego! Pragnę dla niego tylko spokoju.
- A gdzież można znaleźć większy spokój niż w grobie?- odpowiadam mu na to. Ponownie ulega wtedy emocjom i zalany łzami opuszcza mój dom.
Wkrótce jednak wraca, wzmocniony winem i wyczerpany grą w kasynach. Z zamglonymi oczami potępia mnie za to, że go prześladuję, i przyznaje, że owszem, jeśli już koniecznie muszę to wiedzieć, nieraz myślał, że lepiej byłoby dla jego nieszczęsnego brata Tonia, by chirurg nieopatrznie wyrządził mu większą szkodę, a chłopak spoczywał teraz w spokoju.
- Ależ dlaczego?- śmieję się. -Cóż za potworność! Przecież Toniowi najwyraźniej doskonale się powodzi!
- A jeśli zginie w jakiejś głupiej walce na szpady?- pyta. -Martwię się o niego w dzień i w nocy. -Nie powinien był ci posłać szpad, o które prosiłeś, oznajmia.
- Szpady i tak mógłby kupić gdziekolwiek- zauważam.
- Mój braciszek, mój braciszek!- powtarza z takim uczuciem, że wycisnęłoby ono łzy z oczu publiczności. -Czy ktokolwiek wie, ile przecierpiałem?- Wreszcie odwraca się ode mnie, jakby nie mógł powierzyć komuś tak naiwnemu i nieprzychylnemu całej głębi swych przeróżnych żalów!
Poważnie mówiąc, Tonio- błagam, byś był uważany i rozsądny. Jeśli jeszcze coś usłyszy o Twym doskonałym władaniu szablą, może poczuć się zmuszony do wysłania siepaczy do Neapolu, by cię chronili. Wydaje mi się, że towarzystwo tych ludzi bardzo by cię ograniczało albo wręcz przytłaczało. Toniu, bądź uważny i rozsądny!
Jeśli chodzi o scenę i Twój głos, to jakże ktokolwiek mógłby ci zabronić używania tego Bożego daru? Leżąc w bezsenne noce w łóżku, słyszę Twój głos. Gdybym tylko mogła raz jeszcze naprawdę go usłyszeć, raz jeszcze wziąć Cię w ramiona, by okazać, że kocham Cię równie mocno, co zawsze! Twój brat musi być głupcem, jeśli sądzi, że nie dokonasz wielkich czynów.
Tonio bardzo długo nosił przy sobie ten list, nim powierzył go w końcu, jak tyle innych, płomieniom.
Wydawał mu się on zabawny, dziwnie fascynujący, a ponadto sprawił, że jego nienawiść do Carla zapłonęła nowym, gorętszym żarem.
Jak dobrze potrafił sobie wyobrazić brata wychylającego puchar, jakim była Wenecja! Jak wyraźnie rysowała się przed jego oczami postać Carla sunąca z sali balowej do Senatu i Ridotto, a stamtąd w ramiona kurtyzany!
Tonio nie zważał jednak na delikatne ostrzeżenia Catriny. Nic nie zmienił w swym życiu.
Tak samo jak zawsze oddawał się fechtunkowi. Doskonalił też strzelanie z pistoletu do celu, gdy tylko znalazł na to czas. Ćwicząc samotnie w pokoju, ulepszył swe umiejętności władania sztyletem na tyle, na ile mógł to zrobić ktoś pozbawiony luksusu zagłębiania go regularnie w ludzkie ciała.
Wiedział jednak, że to nie wojowniczość czy odwaga kazały mu tak władczo zachować się w stosunku do Giacoma Lisaniego czy osiągać takie umiejętności władania bronią.
Pchał go do tego fakt, że w żaden sposób nie mógł ukryć przed innymi, kim jest.
Coraz częściej spojrzenia ludzi, z którymi się stykał, mówiły mu, że wiedzą, iż jest eunuchem. A ze wzroku młodych nepolitańczyków odczytywał, że zdobył sobie ich bezgraniczny szacunek.
Jeśli chodzi o scenę, o stanie się- jak pochlebnie określiła to Catrina- drugim Caffarellim, to pragnął i jednocześnie obawiał się tego tak, że czasem jego samego to zadziwiało.
Upajały go oklaski, makijaż, lśnienie pięknych dekoracji, chwile, w których słyszał własny głos dźwięczący ponad innymi, rzucający ulotne i potężne czary na wszystkich, którzy pragnęli go słuchać.
Jednakże myśl o ogromnych teatrach napełniała go dziwnie podniecającym strachem.
- Dwoje dzieci w ciągu roku!
Czasem uświadamiał sobie to tak wyraźnie, z taką mocą, że aż przystawał. Dwoje dzieci, dwóch zdrowych synów!
Wiele weneckich rodzin tylko w taki sposób zapewniało sobie nieśmiertelność.
Żałował, jakże żałował, że matka i ojciec nie dali mu nieco więcej czasu!
14
Spacerując w samo południe wśród tłumu rojącego się na Via di Toledo, Tonio zdał sobie sprawę, że jest pierwszy dzień maja i minęły właśnie trzy lata od jego przybycia do Neapolu.
Wydawało mu się to niemożliwe. A jednocześnie miał wrażenie, że zawsze tu mieszkał i nigdy nie znał innego życia.
Zatrzymał się zagubiony, chociaż ciżba ludzi popychała go w przód, i odwróciwszy się, spojrzał na doskonale błękitne niebo. Poczuł bryzę tak delikatną i ciepłą, jak uścisk ramion.
W pobliżu znajdowała się mała gospoda, z której wystawiono na bruk kilka stolików. Osłaniały je dwa powykręcane drzewa figowe. Tonio wszedł do środka i zamówił butelkę neapolitańskiego, białego wina Lagrima Christi, które bardzo polubił.
Liście figowców rzucały na kamienie ogromne cienie w kształcie dłoni, a uwięzione między ścianami ciepłe powietrze pulsowało w ciągłym ruchu.
Za chwilę był już pijany. Wystarczyło mu pół kieliszka, by opadając na oparcie prostego krzesła i obserwując sunący ulicami tłum, poczuć zalewającą całe ciało radość. Neapol nigdy jeszcze nie wydawał mu się tak piękny. Mimo wszystkiego, czego w nim nie lubił- widocznej wszędzie biedy i rzucającego się w oczy lenistwa szlachty- czuł się częścią tego miasta i rozumiał je na swój własny sposób.
Być może radość ta spowodowana była faktem, że rocznice zawsze wywoływały w nim jakieś świąteczne uczucia. W Wenecji było ich wiele i zawsze czczono je różnymi uroczystościami; nie były sposobem odmierzania życia, a po prostu sposobem na życie.
Po porannych zajęciach szczęście dawało mu wrażenie cichej ulgi.
Całymi godzinami był uwięziony u krawca. Nie mógł uciec od luster. A szwaczki przypominały mu o jego coraz pokaźniejszym wzroście. Mierzył teraz sześć stóp i nikt nie nazwałby go już chłopcem.
Rumiana twarz, obfitość włosów, niewinna mina: wszystko to, w połączeniu z długimi kończynami, oznajmiało całemu światu, że jest eunuchem.
Chwilami pochwały, jakimi go obdarzano, wywoływały gniew; przypominał mu się jakiś stary mężczyzna w pokoju na strychu, mężczyzna potępiający świat, w którym o wszystkim decydował dobry smak. To dobry smak sprawiał, że taka sylwetka, jaką cieszył się Tonio, była w modzie. To dobry smak kazał kobietom składać mu hołdy i dowody uwielbienia, podczas gdy Tonio widział w lustrze tylko całkowitą ruinę Bożego dzieła. Przerażające było obserwować, jak cały plan stworzenia sypie się w gruzy. Zastanawiał się czasem, czy ludzie poważnie chorzy nie odczuwają tego samego, kiedy tracą czucie w kończynach albo gdy z powodu jakiejś gorączki wypadają im włosy. Ciężko chorzy pociągali go; interesowały go wybryki natury, liliputy i karły, które widział czasem występujące na małych scenach w mieście, kaleki, para zrośniętych biodrami istot, które siedząc na jednym krześle, śmiały się i piły wino. Takie stworzenia przyciągały go i dręczyły. Uważał się za jedno z nich, ukryte pod wspaniałym przebraniem z brokatu i koronek.
Kupił wszystkie tkaniny, które pokazał mu krawiec; zapłacił za tuzin niepotrzebnych mu chusteczek, fularów, rękawiczek.
- Dzięki nim staniesz się jeszcze bardziej niewidoczny, drągalu- szepnął do swego lustrzanego odbicia.
Teraz uśmiechał się, czując pierwszą, wspaniałą, wywołaną winem euforię- natychmiastową reakcję alkoholu z letnim upałem. -Mógłbyś jeszcze być brzydki- powiedział sam do siebie. -Mógłbyś stracić głos tak jak Guido. Niech już więc będzie, jak jest.
Jednak łagodne tortury w pokoju przymiarek przypomniały mu ostatnie kłótnie z Guidem i z Maestro di Capella, kłótnie, które niewątpliwie jeszcze się powtórzą. Guido był rozczarowany, kiedy Tonio odmówił grania roli primadonny w wiosennej operze szkolnej, stwierdzając raz jeszcze, że nie, nigdy nie pokaże się w stroju kobiety. Maestro ponownie usiłował go ukarać, powierzając drugorzędną rolę. Tonio nie okazał jednak skruchy.
Wiosenna opera zaniepokoiła go tylko dlatego, że na premierze nie było jego złotowłosej przyjaciółki. Od pewnego czasu nie pojawiała się też w kaplicy. Nie widział jej również na ostatnim balu u hrabiny. Bardzo go to poruszyło.
Nauczyciele nie zamierzali dać mu spokoju, jeśli chodzi o role kobiece. Nie dzielili przekonania Tonia, że może zrobić karierę grając tylko męskie postacie. Kilka wieków temu wprowadzono eunuchów na sceny właśnie po to, by grali damskie role, a chociaż teraz kobiety występowały już wszędzie poza Państwem Kościelnym, kastraci nadal słynęli z wykonywania takich ról. Ponieważ większość głównych partii w operach pisano dla wysokich głosów, należało być przygotowanym na wszystko; kobiety grały również często role mężczyzn.
Maestro di Capella zdecydował się wreszcie wezwać Tonia.
- Wiesz równie dobrze jak ja- zaczął- że doświadczenie to jest ci potrzebne, jeszcze nim opuścisz konserwatorium. A czas twojego debiutu już się zbliża.
- To niemożliwe- odparł Tonio. -Nie jestem jeszcze gotów.
- Milcz- rzekł Maestro. -Jestem lepszym sędzią twych postępów niż ty sam. Wiesz, że mam rację. Nie mylę się też naciskając, byś występował poza konserwatorium, ale tego także odmawiasz. Czy nie zdajesz sobie sprawy, Tonio, że zacząłeś traktować tę szkołę jak azyl?
Tonio wzdrygnął się. -To nieprawda- mruknął z gniewem, wiedział jednak, że Maestro ma rację.
- Kiedy tu przybyłeś, Tonio- rzekł Maestro- i zdecydowałeś się śpiewać, nie sądziłem, że wytrwasz. Myślałem, że tutejsza dyscyplina okaże się dla ciebie o wiele za twarda i uzbroiłem się w męstwo na czas, gdy znów ujrzę rozczarowanie Guida. Zadziwiłeś mnie.
Stałeś się tu arystokratą; zmieniłeś to miejsce w małą Wenecję. Błyszczałeś tutaj tak, jak mógłbyś błyszczeć w rodzinnym mieście.
Ale konserwatorium, tak jak i Wenecja, nie jest całym światem. A ty jesteś już gotów, by wyjść w świat.
Po dłuższej chwili Tonio odwrócił się i spojrzał mówiącemu w oczy.
- Czy mogę zawierzyć panu pewną tajemnicę?- spytał.
Maestro skinął głową.
- Nigdy w życiu nie zaznałem takiej radości jak tutaj.
Maestro uśmiechnął się z czułością i smutkiem.
- Czy to pana dziwi?- zapytał Tonio.
- Nie- odparł Maestro. -Nie w przypadku kogoś, kto dysponuje takim głosem jak ty. Nie dziwi mnie to. -Schylił się nad biurkiem. -W tym tkwi twoja moc i siła. Przyrzekłem ci kiedyś, że będzie tak, jeśli tylko sam na to pozwolisz. Taka jest prawda. Teraz powiem ci coś jeszcze. Guido też jest gotów do wyjścia w świat. Może już napisać dla ciebie premierową operę na rzymską scenę. Traktuje cię z cierpliwością, gdyż nie chce, byś cierpiał. Czeka więc. Ale obaj jesteście już odpowiednio przygotowani, a Guido pracuje i czeka już bardzo, bardzo długo.
Tonio nie odpowiedział. Nie był pogrążony w myślach. Uświadamiał sobie tylko, że w normalnych warunkach stałby się już mężczyzną. Wyglądałby i śpiewał jak swój sobowtór z Wenecji; żałował nieco, że nie pamięta lepiej tembru tego męskiego głosu. On sam mówił z przyzwyczajenia miękko, nisko. Kontrolował to i nie zapominał się nigdy, nawet kiedy wybuchał śmiechem.
- Będę jeszcze bardziej okrutny- oświadczył Maestro. -Są tu także inni, przygotowani do stanięcia w światłach rampy i gotowi zająć twoje miejsce.
Sądzisz, że nie wiem, co ci się przydarzyło? Guido przez wszystkie te lata odpowiadał mi tylko milczeniem; ty także. Mimo to wiem, co się stało, ile przecierpiałeś...
- Nie wie pan- odparł ostro Tonio- bo panu nigdy to się nie przydarzyło.
- Mylisz się. Prawdziwe zło na tym świecie wyrządzają tylko ludzie pozbawieni wyobraźni. Ja ją mam. Wiem, co straciłeś.
Tonio nie odpowiadał. Nie chciał przyznać mu racji. Te słowa uderzyły go jako dumne i próżne, a jednak pozostałe sądy Maestra były właściwe.
- Proszę mi dać nieco więcej czasu... -rzekł w końcu Tonio, bardziej do siebie niż do Maestra. A Maestro, zadowolony, że został zrozumiany, zostawił całą sprawę otwartą.
A więc dzisiaj była trzecia rocznica jego przybycia do Neapolu.
Pośród radości świętowania, tej delikatnej euforii, wyraźnie poczuł, że Maestro ma rację.
Kiedy wrócił do konserwatorium, prawie zapadł już mrok. Wcześniej udał się do nadmorskiego Albergo Inghliterra i wynajął kilka pokoi. Miał zamiar zabrać tam tej nocy Guida, a po drodze wysłuchać w pobliskim kościele śpiewu Caffarellego. Caffarelli przebywał w Neapolu niemal od roku i często występował w Teatro San Carlos. Obejrzenie go w operze przy tej wyjątkowej okazji znaczyło dla Tonia bardzo wiele.
Nie znalazłszy Guida w gabinecie, wszedł na jego pokoje.
Guido był już ubrany do wieczornego wyjścia w miękki surdut z czerwonego aksamitu, który kupił mu Tonio. Na lewą dłoń zakładał ozdobiony drogimi kamieniami pierścień. Starannie przyczesane, gęste loki lśniły czekoladowym brązem i cała jego postać zdawała się dziwnie jaśnieć. Zakładał nową parę białych, jedwabnych rękawiczek. Miał na sobie buty zdobne w sprzączkę z górskiego kryształu.
- Szukałem cię przez całe popołudnie- rzekł. -Chciałbym, żebyś wcześnie przyszedł dziś do hrabiny. Zjedz lekką kolację i nie pij więcej wina. To szczególny wieczór; zrób, co ci mówię, i nie życzę sobie słyszeć żadnych wymówek. Wiem, że nie chcesz tam iść, ale musisz.
- Kiedyż to nie chciałem tam iść?- spytał Tonio. Guido nigdy nie wydawał mu się tak przystojny jak wtedy, gdy gdzieś wychodził.
- Ostatnie sześć razy, kiedy zostałeś zaproszony- odparł Guido. -Ale dzisiaj musisz przyjść.
- Dlaczegóż to?- spytał zimno Tonio. Nie mógł uwierzyć w ironię tego zdarzenia. Przypomniały mu się plany Domenica, ten sam hotel, pokoje z widokiem na morze. Uśmiechnął się. Cóż może powiedzieć?
- Hrabina miała ciężkie przejścia, to pierwszy bal, jaki wydaje, odkąd wróciła. Wiesz, że zmarł jej kuzyn, stary Sycylijczyk, mieszkający w Anglii. Musiała przywieźć go z powrotem do Palermo i tam pogrzebać. Przypuszczam, że nigdy nie widziałeś pogrzebu w Palermo.
- Niczego nie widziałem w Palermo.
Guido przesuwał leżące na biurku pliki powiązanych partytur.
- Na czas ceremonii pogrzebowej w kościele musieli umieścić staruszka na krześle, a potem ustawić w grobowcu wraz z resztą rodziny Capuchin. Te katakumby tworzą rodzaj podziemnego miasta umarłych: są tam setki odpowiednio odzianych, stojących lub leżących zwłok. O wszystko to dbają mnisi.
Tonio wzdrygnął się. Słyszał już o tym. Nie mógł wyobrazić sobie, by coś podobnego mogło istnieć w północnych Włoszech.
- Cóż, w hrabinie płynie dostatecznie wiele sycylijskiej krwi, by mogła nie przejmować się tym zanadto, ale żona starca, młoda Angielka, którą poślubił, wpadła w histerię, kiedy ujrzała katakumby. Trzeba ją było wyprowadzić.
- Nic dziwnego.
- W każdym razie hrabina wróciła. Wykonała swój obowiązek, kuzyn został pochowany, więc ten bal jest dla niej bardzo ważny. Przyjdź wcześniej, jak prosiłem.
- Ale co to ma wspólnego ze mną?
- Hrabina lubi cię, zawsze darzyła cię sympatią- odparł Guido. -No!- Objął Tonia i mocno go uścisnął. -Tak jak mówiłem, nie pij więcej wina.
Kiedy przybył, cały dom spowijała ciemność. Wyszedł z kościoła, gdy tylko Caffarelli skończył pierwszą arię. Głos tego kastrata ekscytował go, a jednocześnie wywoływał w nim pokorę. Nie zaczęły go prześladować żadne wspomnienia z Wenecji; zbyt wiele razy słyszał już od tego czasu Caffarellego; był spragniony tej doskonałości, żądzy rozbrzmiewającej w jego śpiewie, zrozumienia tysiąca drobiazgów, które tak rzadko znajdował teraz u innych otaczających go ludzi.
Pragnął, by Caffarelli zapalił w nim też nowy, szczególny płomień. Chciał, nie zdając sobie z tego sprawy, by ten śpiewak dodał mu odwagi, której było mu brak.
Nie wiedział, czy mu się to udało.
Przyjemnie było przybyć wcześnie do domu hrabiny i ujrzeć cały ten złocony tynk w świetle księżyca. Oddał pelerynę odźwiernemu, oświadczył, że jeszcze nie ma na nic ochoty i zaczął spacerować samotnie po pustych pokojach. Cienie nadawały upiorny wygląd prostym meblom, które zdawały się unosić nad rozświetlonymi dywanami. Do wnętrza wpływało ciepłe, słodkie powietrze. Nie czuć w nim było jeszcze zapachu dymu, palącego się wosku ani francuskich perfum.
W rzeczywistości nie przyszedł tu, jak przypuszczał Guido, z niechęcią. Po prostu znudziły go bale, szczególnie odkąd cztery czy pięć miesięcy temu zniknęła złotowłosa dziewczyna. Ale może będzie tu dzisiaj. Ten dom, otwarty na wonną noc, brzęczącą od owadów i pachnącą różami, stanowił kwintesencję południa. Nawet niewyobrażalna liczba służących wydawała się czymś szczególnym w tej części kraju- tłum cierpiących biedę ludzi, odzianych w koronki i atłas, pracujących prawie za darmo, przenoszących z pokoju do pokoju małe świece.
Znalazł się w ogrodzie. Nie chciał patrzeć, jak dom budzi się do życia, a spojrzawszy w tył na przepaść salonu, który właśnie opuścił, ujrzał odległy pochód muzyków idących korytarzem i dźwigających na zgiętych plecach wielkie kontrabasy i wiolonczele. Przyszedł też Francesco, trzymający swoje skrzypce za gryf, jakby ściskał szyję jakiegoś dużego, martwego ptaka.
Tonio spojrzał na księżyc. Dookoła rosły schludnie przycięte drzewa cytrynowe, marmurowe ławki błyszczały mgliście na tle dywanu trawy, a przed Toniem ciągnęła się prawie niedostrzegalna kamienna ścieżka.
Zaczął iść. Kiedy z tyłu rozbłysły jaśniej światła, minął furtkę wiodącą do rosarium, które, jak wiedział, było położone na lewo od ogrodu. Kwitły tu najpiękniejsze róże, którymi opiekowała się sama hrabina, a Tonio pragnął, by ta słodycz otaczała go jak najdłużej. Był pierwszy maja, wszystko wciąż wywoływało w nim wspomnienia, dziwne myśli; pragnął samotności.
Kiedy wszedł do samego ogrodu różanego, ujrzał w oddali silne światło dobywające się z małego budynku gospodarczego, który stał tuż za domem. Drzwi były otwarte. Zbliżył się do budyneczku i delikatnie dotykając gdzieniegdzie dłonią jakiegoś wyjątkowo obfitego kwiatu, Tonio ujrzał przez nie wspaniałe kolory, twarze i coś, co zdawało się niebem.
Zatrzymał się. Musiało to być złudzenie. Drzwi stanowiły bramę do jakiegoś zatłoczonego, burzliwego świata.
Podszedł bliżej i zrozumiał, że ma przed sobą pokój pełen obrazów! Na ścianie wisiało jakieś ogromne malowidło, ale przed nim, na sztalugach stały inne. Tonio zatrzymał się na jakiś czas i patrzył na nie. Z daleka wyglądały na wykończone i żywe. Grupy biblijnych postaci były z pewnością równie doskonałe, co podobne malowidła zdobiące pałace i kościoły, w których bywał. Był tam święty Michał, zapędzający potępionych do piekła. Archanioł, pod którego wzniesionymi skrzydłami powiewała peleryna, a jego twarz subtelnie oświetlał płonący niżej ogień. Pod nim wisiał obraz nie znanej Toniowi świętej, przyciskającej do piersi krzyż. Barwy pulsowały w świetle. Wszystkie te dzieła zdawały się ciemniejsze, poważniejsze niż te, które Tonio widział jako dziecko w Wenecji.
Z pokoju dobiegały ciche dźwięki.
Spokój ogrodu, skrywająca Tonia ciemność, sprawiły, że poczuł się niewidzialny i podszedł bliżej, wyczuwając woń farby, terpentyny i oleju.
Kiedy jednak dotarł do progu, zorientował się, że w środku pracuje artysta. -Niemożliwe, by to była ona- pomyślał. W malowidłach tych widać było coś władczego, nawet męskiego, czego brakowało w jasnych i pełnych lekkości freskach, zdobiących ściany kaplicy. Gdy jednak ujrzał czarno ubraną postać schyloną nad płótnem, zdał sobie sprawę, że to kobieta maluje. Trzyma w dłoni pędzel, a na jej plecy spadają gęste, błyszczące, jasne włosy.
To ona.
- Jestem z nią sam na sam- pomyślał nagle. Stał nieruchomo.
Widok podwiniętych rękawów, odsłaniających jej ręce i zniszczonego, czarnego fartucha pomazanego farbą, wprawił go w panikę. Wydawała mu się w tym niekompletnym stroju piękna. Stał patrząc na jej delikatny profil, intensywnie różowe usta, ciemnoniebieskie oczy.
W chwili kiedy zdał sobie sprawę, że powinien jak najszybciej odejść, dziewczyna odwróciła się szeleszcząc suknią z tafty, którą miała pod fartuchem, i spojrzała Toniowi prosto w oczy.
- Signore Treschi- powiedziała, a jej głos przeniknął go, wywołując skurcz serca. Ten słodki, miękki sopran zabrzmiał tak niespodziewanie, że Tonio musiał przypominać sam sobie, że powinien coś odpowiedzieć.
- Signorina- wyjąkał i ukłonił się.
Uśmiechała się; zdawało się, że zapłonęła nagle radością, która sprawiła, iż jej niebieskie oczy rozbłysły. Kiedy wstała, zawiązany pod szyją fartuch rozchylił się, ukazując Toniowi różowe ciało widoczne w dekolcie czarnej sukni dziewczyny. Gdy śmiała się, jej policzki wydały się pulchniejsze, a Tonio miał wrażenie, że ona sama stała się nagle krągła i rzeczywista, tak jakby przedtem widział ją tylko na scenie. Teraz stała przed nim.
Jej włosy nie były sztywno ułożone, a po prostu przedzielone na środku głowy i puszczone luźno w dół; jak zawsze otaczała ją aureola drobnych loczków. Tonio zastanawiał się, jakie były w dotyku. Ta prostota mogłaby okazać się fatalna dla innej twarzy. W obliczu młodej malarki najważniejsze były niebieskie oczy otoczone ciemnymi rzęsami oraz powaga, która nagle się pojawiła.
Wyraz jej twarzy zmienił się tak niespodziewanie, że Tonio był przekonany, iż to jego widok wywołał taką reakcję. Nagle pojął, że ta dziewczyna nie potrafi ukrywać swych myśli i uczuć jak inne kobiety.
Nie poruszyła się, lecz Tonio miał wrażenie, że coś grozi mu z jej strony. Był pewien, że pragnie go dotknąć, tak jak on chciał dotknąć jej! Niemalże czuł już pod palcami jej gładką szyję, policzek; pragnął musnąć delikatne fałdki jej ucha. Wyobraził sobie, że robi z nią różne potworne rzeczy, i zaczerwienił się. Wydawało się absurdalne, że ta dziewczyna w ogóle w coś się ubiera; jej miękkie ręce, szczupłe nadgarstki i błysk różowej skóry pod fartuchem stanowiły część rozkosznej, lecz niepotrzebnie i nienaturalnie przebranej istoty.
To wszystko było przerażające.
Krew pulsowała mu w skroniach i pochyliwszy na chwilę głowę, Tonio przesunął wzrokiem po otaczających dziewczynę malowanych twarzach, po rozbłyskach karmazynu, palonej umbry, złota i bieli składających się na ten oszałamiający wszechświat, który najwyraźniej wyszedł spod jej pędzla.
Ta dziewczyna była czymś nieuniknionym. Przerażała go. Niepokoiła go nawet jej suknia z czarnej tafty. Dlaczego maluje ubrana na czarno? Na błyszczącej materii widać było kolorowe plamy, a złotowłosa była tak młoda i pozornie niewinna, że czerń wcale do niej nie pasowała. Znalazł w niej rozkoszną niedbałość i łagodne lekceważenie wszystkiego- Tonio odkrywał to, ilekroć spotkały się ich oczy.
Znów się uśmiechała. Odważnie śmiała się do niego. Musi odezwać się do niej; musi. Miał zamiar powiedzieć jej coś właściwego i przyzwoitego, tylko nie wiedział co, aż wreszcie, ku jego ogromnemu przerażeniu, dziewczyna wyciągnęła nagie ramię.
- Może pan wejdzie, signore Treschi?- spytała tym samym słodkim sopranem. -Niechże pan wejdzie i posiedzi ze mną chwilkę.
- Nie, signorina. -Tym razem wycofując się, ukłonił się jej głębiej. -Nie chciałbym przeszkadzać i ja... my... chciałbym... to znaczy, właściwie nie zostaliśmy sobie przedstawieni, ja...
- Wszyscy pana znają, signore Treschi- rzekła, wskazując lekkim skinięciem głowy na stojące obok krzesło, a w jej oczach nagle zalśniła pięknie i zgasła iskra wesołości.
Zaczęła wpatrywać się w niego w całkowitym milczeniu, a Tonio stał, również wbijając w nią wzrok.
Tym właśnie był zajęty, gdy rozległ się za nim głos lokaja hrabiny, który oznajmił, że Tonio jest proszony na górę.
* * *
Rzucił się biegiem na to wezwanie. Dom rozbrzmiewał już śmiechem i piskliwą muzyką, gdy Tonio spieszył korytarzem na piętrze i gdy wprowadzano go wprost na pokoje hrabiny.
Potem ujrzał stojącego bezczynnie Guida w rozpiętej koronkowej koszuli, odsłaniającej jego nagą pierś, i hrabinę, która przy ogromnym, zasłanym bogato łóżku dopiero wkładała na siebie falbanisty szlafrok.
Był wściekły. Mało brakowało, by ruszył do wyjścia. Ale ta kobieta nie miała zamiaru go zranić. Tak jak inni, nie wiedziała nic o jego związku z Guidem. A kiedy ujrzała Tonia, od razu się rozpromieniła.
- Och, piękne dziecię!- rzekła. -Chodź tutaj. Chodź tu i posłuchaj mnie. -Przywołała go, wyciągając obie dłonie.
Tonio posłał Guidowi swój najzimniejszy uśmiech i podszedł do niej z ukłonem. Pulchne ciało hrabiny wydawało się gorące, jakby dopiero co otulały je ciepłe koce lub ciało kochanka.
- Jak tam twój głos?- spytała. -Zaśpiewaj teraz coś dla mnie!
Tonio nie posiadał się z oburzenia. Ze złością spojrzał na Guida. Był w pułapce.
- Pange Lingua- zaintonowała, wypowiadając pięknie całą łacińską frazę.
- Zaśpiewaj, Tonio- odezwał się cicho Guido. -Jak tam dzisiaj z twoim głosem; dobrze, źle, jak?- Miał zmierzwione włosy, a rozpięta koszula nadawała mu niemal pociągający wygląd. -Oto masz swe piękne dziecię- pomyślał Tonio. -Twojego cherubina. A oto moja nagroda za to, że zakochałem się w wieśniaku.
Wzruszył ramionami i pełną piersią zaczął śpiewać Pange Lingua.
Hrabina odsunęła się z cichym okrzykiem. Nie zdziwiło to Tonia, gdyż wiedział, że w tym pełnym mebli pokoju jego głos brzmi głośno i nienaturalnie.
- Coś takiego- powiedziała hrabina, odsuwając na bok kręcące się w pobliżu pokojówki ze świecami. I poszperawszy w pościeli, wyciągnęła z niej obwiązaną tasiemką partyturę. -Czy mógłbyś to zaśpiewać, piękne dziecię?- spytała. -Dzisiaj, tutaj?- Sama odpowiedziała sobie na to pytanie nieznacznym skinięciem głowy. -Tutaj, ze mną?
Tonio przez chwilę wpatrywał się w przykrycie łóżka. Nie potrafił połączyć jednego z drugim. Oczywiście słyszał nieraz o głosie hrabiny i o tym, że chociaż śpiewa tylko amatorsko, to jest wspaniała, ale nie daje już występów. Teraz nagle, w tym domu, przed setkami ludzi! Guido dobrze wiedział, że Tonio nie chce tego robić! Odwrócił się do niego. Guido z niecierpliwością wskazał na nuty.
- Tonio, bądź uprzejmy zbudzić się ze snu, w którym żyjesz i spojrzeć na to, co trzymasz w ręce- rzekł. -Masz godzinę na przygotowanie...
- Nie zaśpiewam tego!- rzekł z wściekłością Tonio. -Nie mogę tego zrobić, hrabino. To niemożliwe, ja...
- Musisz to zrobić, drogie dziecko- zagruchała. -Musisz zrobić to dla mnie. Przeżyłam w Palermo straszne chwile. Kochałam mojego kuzyna, tego głupca, w dodatku jego młoda żona tak bardzo i niepotrzebnie cierpiała. Tylko jedna rzecz może mnie dziś pocieszyć: znów śpiewać, śpiewać do muzyki Guida i to z tobą!
Tonio wbił w nią wzrok. Przyglądał się jej badawczo czując, że to wszystko kłamstwa, sztuczki! A jednak hrabina zdawała się mówić całkowicie szczerze. Mimo woli zerknął na partyturę. Było to najlepsze dzieło Guida: Serenadę a duo, Venus i Adonis, szereg ślicznych pieśni. I przez sekundę wyobraził sobie, że śpiewa je nie na ćwiczeniach z Piero, lecz tutaj...
- To niemożliwe, hrabino; może pani prosić o cokolwiek innego...
- Nie wie, co mówi- wszedł mu w słowo Guido.
- Guido, przecież nigdy tego nie przygotowywałem! Może ze dwa razy śpiewałem to z Piero. -Następnie Tonio dodał szeptem. -Jak możesz robić mi coś takiego!
- Drogie dziecko- odezwała się hrabina- na końcu korytarza jest niewielki salonik. Idź tam i ćwicz. Masz godzinę. I nie złość się na Guida. Zrobił to na moją prośbę.
- Nie rozumiesz, że to wielki zaszczyt?- spytał Guido. -Sama hrabina będzie z tobą śpiewała!
- Dałem się nabrać- myślał Tonio. Za godzinę będą tutaj trzy setki ludzi. Jeszcze raz zaczął myśleć o partyturze. Doskonale znał pełną słodkiej czystości partię Adonisa. Widział przelewający się na dole tłum gości. W zasadzie Guido i hrabina ułatwiali mu całą sprawę. Oszczędzali mu rozterek duchowych i konieczności długiego przygotowywania się do występu. W cichości ducha wiedział dokładnie, że jeśli ulegnie, to kiedy tylko ujrzy wszystkie skierowane na siebie oczy i uświadomi sobie, że po prostu nie może uciec, przerażenie zamieni się w euforię.
- Idź teraz ćwiczyć. -Guido popychał go w kierunku drzwi. Potem szepnął: -Jak t y możesz mnie robić coś takiego?
Tonio opierał się, nie ustępował. Ale wiedział, że jego twarz już się rozmarzyła. Czuł, że mięknie, przegrywa bitwę i wiedział, był pewien, iż w tej chwili robi krok w kierunku tej siły, której tak pragnął, słuchając dzisiaj Caffarellego.
- Więc uważasz, że uda mi się to zrobić?- Spojrzał na Guida.
- Oczywiście- odparł maestro. -Już kiedy dałem ci to po raz pierwszy, gdy jeszcze nawet nie przysechł atrament, zaśpiewałeś to doskonale. -I stojąc tyłem do hrabiny, starał się dodać Toniowi otuchy spojrzeniem, przekazując mu bezgłośnie swe uczucie, po czym szepnął: -To właściwa chwila, Tonio.
Nie było wątpliwości, że to właściwy moment i Tonio pragnął go tak, iż nie miał czasu na strach. Spędził jednak przedtem półtorej godziny na ćwiczeniach, nim otarł chusteczką czoło, zdmuchnął świece nad klawikordem i ruszył po schodach na piętro.
Wtedy ogarnął go na chwilę strach. A nawet gorzej. Przerażenie. Była to właśnie ta nieunikniona na przyjęciach chwila, gdy w salonie zebrali się wszyscy zaproszeni goście. Ci, którzy przyszli wcześniej, jeszcze nie mieli zamiaru wychodzić, a pojawili się już też wszyscy spóźnialscy. Dźwięk rozmów i śmiechu obijał się o ściany, a wszędzie, gdzie Tonio skierował wzrok, byli mężczyźni i kobiety, opalizujące jedwabie i peruki białe jak żagle. Sunęły przez wzburzone morze falujące w lustrach i wlewające się przez otwarte na oścież drzwi.
Zwinął partyturę i nie myśląc już więcej, ruszył po schodach w dół. Kiedy zbliżał się do orkiestry, przeżył jednak jeszcze większy szok. Przybył właśnie sam Caffarelli, który całował teraz dłoń hrabiny.
- No, to po wszystkim- pomyślał. Chyba nikt nie będzie od niego wymagał, żeby śpiewał przy Caffarellim. Właśnie kiedy zastanawiał się, czy to dobrze czy źle, pojawił się Guido.
- Potrzebujesz więcej czasu?- spytał od razu. -Jesteś już gotów?
- Właśnie przyszedł Caffarelli, Guido- szepnął Tonio. Miał wilgotne i lepkie dłonie. Pragnął śpiewać, a jednocześnie chciał stąd uciec. Nie, nie może śpiewać przy Caffarellim.
Ale Guido posyłał właśnie szyderczy uśmiech w kierunku wielkiego kastrata. Tłum na chwilę się rozproszył, potem znów stał się gęstszy, lecz Tonio zdołał ujrzeć sylwetkę Caffarellego, który nawet tutaj zdawał się tchnąć tą ogromną siłą, widoczną na weneckiej scenie już wiele lat temu. Tonio miał wrażenie, że słyszy jego śmiech.
- Rób teraz, co ci każę- rzekł Guido. -Pozwól hrabinie nadać tempo śpiewu. Będę za nią podążał; ty uczyń to samo.
- Ależ Guido... -zaczął Tonio i zamilkł, jakby nie był zdolny wydobyć z siebie słowa. -To jakaś potworna pomyłka!- Ale Guido już się oddalał.
Właśnie pojawił się Maestro Cavalla w towarzystwie Benedetta, a Guido, wróciwszy szybko do Tonia, powiedział: -Idź teraz do klawikordu i czekaj.
Nie wiedział, co robić z rękami. Trzymał w dłoniach partyturę, ale jak wysoko powinien je unieść? Nagle zaświtała mu myśl, że będzie śpiewała sama gospodyni i wszyscy po prostu będą zmuszeni jej uważnie słuchać. Cóż ten Guido narobił! Maestro i Benedetto wpatrywali się w Tonia, a ktoś wziął na stronę Caffarellego. O Boże, Caffarelli skinął głową! Dlaczego musi być dzisiaj taki uprzejmy, skoro na ogół jest nie do zniesienia?! Dlaczego nie grozi, że stąd wyjdzie? Tak samo jak trzy lata temu w weneckim salonie, oczy wielkiego śpiewaka na moment zatrzymały się teraz na Toniu.
Wśród gości zapadła cisza; pojawili się słudzy niosący miękkie krzesełka. Damy zajmowały miejsca, a gentlemani tłoczyli się w drzwiach, jakby chcieli zamknąć wszelkie możliwe drogi ucieczki.
Hrabina dotknęła nagle nadgarstka Tonia małą, pulchną rączką, a on odwrócił się i zauważył, że upudrowała włosy i ułożyła je w gustowne loczki. Wyglądała tak ładnie! Kiwała głową w obie strony, nucąc pierwsze takty swej pieśni, którą tuż po wstępie miała zacząć serenadę, po czym mrugnęła do Tonia.
Miał wrażenie, że o czymś zapomniał i musi zadać jej jakieś pytanie; dręczyła go uporczywa myśl, ale nie mógł sobie przypomnieć, czego dotyczyła. Zdał sobie sprawę, że nie widzi tu złotowłosej dziewczyny. Gdzie ona może być? Nie wolno bez niej zacząć, z pewnością chciałaby go słyszeć. Na pewno zaraz przyjdzie, za chwilę ujrzy jej twarz.
Na sali panowała teraz cisza, zakłócana tylko szelestem tafty, a Tonio wpadł w panikę zauważywszy, że Guido uniósł dłonie nad klawiaturą i przygotowuje się do gry. Skrzypkowie podnieśli smyczki. Muzyka rozbrzmiewała przepięknym pulsowaniem strun.
Tonio zamknął na chwilę oczy, a kiedy ponownie je otworzył, ogarnął go całkowity spokój. Przyszedł jak ciepła, wolno zalewająca go fala, pełna niezwykłej otuchy, dzięki której poczuł się dobrze we własnym ciele, zapanował nad oddechami i znów brał je regularnie, z łatwością. Widział wyraźnie każdą twarz; masa zamarzniętych kolorów roztapiała się w setki osób, które w rzeczywistości wypełniały salę. Przez chwilę patrzył nawet na Caffarellego, który, siedząc wśród tych zwyczajnych kobiet i mężczyzn, w sposób szczególny przypominał lwa.
Do harcujących skrzypiec dołączyły wspaniałe, złote dźwięki obojów; instrumenty tak pulsowały melodią, że Tonio nie mógł powstrzymać się od poruszania się lekko w jej takt, a kiedy po krótkiej przerwie rozbrzmiewała smutniejsza, wolniejsza muzyka, chłopak poczuł, że się unosi; nic już nie widział.
Następną rzeczą, którą dostrzegł, była postać hrabiny, którą klawikord wiódł właśnie ku pierwszym nutom jej pieśni. W tle cicho jak oddech rozbrzmiewały wiolonczele. Wreszcie hrabina zaczęła ponownie kiwać głową, całe jej ciało rozkołysało się, a z gardła wydobył się niski, dźwięczny głos, tak głęboki i upajająco słodki, że Tonio czuł, iż opuszcza go wszelka myśl. Nie patrzyła już w nuty. Spojrzała na Tonia, a on nie mógł powstrzymać się od długiego, wolno rozkwitającego na jego ustach uśmiechu.
Promieniała, jej małe policzki wyglądały jak mieszki i śpiewała do Tonia; śpiewała, że go kocha i kiedy otworzy usta do pieśni, Tonio stanie się jej kochankiem.
Zakończyła swą arię otwierającą całość. Zapadła nieunikniona cisza, a Tonio zaczął śpiewać w takt lekko szemrzącej muzyki klawikordu.
Nie spuszczał oka z hrabiny, dostrzegł jej uśmiech i lekkie skinięcie głowy. Śpiewał do wtóru cichej melodii fletu, raz niższej, raz wyższej, wreszcie wspinającej się coraz wyżej i znów opadającej, przechodzącej do serii pasaży, które Tonio odśpiewał z łatwością.
Pragnął jednak, czego była ona świadoma, głosu hrabiny, a kiedy rzeczywiście mu odpowiedziała, Tonio poczuł prawdziwą miłość. Fala muzyki instrumentów smyczkowych poniosła go do głośniejszej, szybszej arii hrabiny i, śpiewając ją, Tonio miał wrażenie, że wszystkie piękne, poetyczne słowa, które kieruje do tej kobiety, są całkowicie prawdziwe.
Uwodził głosem jej głos, kusząc, by nie tylko dał mu odpowiedź, ale i złączył się z nim w jednej pieśni. Nawet w jego najcichszych, najtęskniejszych nutach oraz w jej powolnych, mrocznych pasażach, pulsowało to samo gorące pragnienie.
Wreszcie zaczęli pierwszy duet z taką łagodną radością, że Tonio zaczął kołysać się lekko wraz z hrabiną. Jej małe, czarne oczy promieniały śmiechem, a głębokie dźwięki śpiewu splatały się wspaniale z jego wzlatującymi w powietrzu uroczystymi przysięgami miłości. Na tle ich pieśni cudownie rozbrzmiewały instrumenty, niczym trzeci głos, to wznoszący się, to znów opadający, by pozwolić im wzlatywać na wolności.
Tonio przeżywał katusze, gdy musieli się rozłączyć i śpiewał do niej, a ona odpowiadała mu z równie głębokim bólem.
Wreszcie struny zaczęły znów swe harce, a obój prowadził Tonia ku ostatniemu wezwaniu; prośbie, by kochanka szła z nim, dołączyła do niego i wraz z nim dała ponieść się muzyce. Hrabina zdawała się pochylać, stawać na palcach. Całe jej ciało unosiło się wraz z jego oszałamiającym głosem, aż wreszcie szybko przystąpili do ostatniego duetu.
Ich głosy zostały sobie poślubione. Hrabina miała zaczerwienione policzki, w oczach błyszczały łzy. Jej mała postać unosiła się wraz z pełnią własnego głosu i głosu Tonia, wyrywającego się w górę z jego potężnych płuc oraz z rozluźnionego, szczupłego ciała, które nieruchome i pełne wdzięku zostało porzucone przez fruwający na wolności głos.
Już było po wszystkim.
Pieśń się skończyła.
Sala falowała. Caffarelli pierwszy zerwał się na równe nogi i majestatycznym gestem rozpoczął burzę gwałtownych oklasków.
Hrabina stanęła na palcach, by ucałować Tonia; dotknęła dłońmi jego twarzy, a gdy ujrzała na niej niewypowiedziany smutek, objęła Tonia i złożyła głowę na jego piersi.
Wszystko zdarzyło się tak szybko. Caffarelli złapał go za ramię i, kiwając do wszystkich głową, wykonał prawą ręką gest, który znów wywołał oklaski. Zewsząd dochodziły Tonia ciche komplementy- śpiewał pięknie, a przy tym dokonał niemałego wyczynu, namawiając hrabinę, by mu towarzyszyła. Miał wyjątkowy głos, dlaczego więc jeszcze o nim nie słyszeli przez wszystkie lata, które spędził w konserwatorium San Angelo? Gdzie podziewa się Maestro? (Nawet on sam nie napisałby lepiej tego libretta!)
Czemu tak ciężko było mu wszystkiego słuchać, dlaczego ogarniała go wciąż niepohamowana chęć ucieczki? Uczeń Guida, tak, uczeń Guida. Cóż za boska kompozycja; gdzież jest ten Guido? Wszystko to było niemal zbyt wspaniałe, a jednak Tonio ledwo mógł to znieść. Może byłoby inaczej, gdyby był tu Guido!
- Gdzie on jest?- spytał szeptem hrabinę. Przez chwilę zamajaczył przed Toniem Maestro Cavalla. Zniknął, nim chłopak zdołał odczytać coś z jego twarzy, a już hrabina koniecznie chciała zwrócić na siebie uwagę Tonia:
- Przedstawiam ci signore Ruggeria, Tonio- powiedziała z uporem, jakby rzeczywiście można było w tym hałasie rozmawiać.
Skłonił się temu człowiekowi, uścisnął mu dłoń. Ktoś go ciągnął; odwrócił się. Była to stara markiza, która znów przycisnęła suche usta do policzka Tonia. Poczuł nagły przypływ uczuć do tej kobiety o błyszczących przyćmionym światłem oczach i białej, pomarszczonej skórze; nawet do jej zadziwiająco silnych, podobnych do łapek gada dłoni, którymi go teraz trzymała.
Nagle zamajaczył przed nim ktoś inny. Hrabina rozmawiała z signore Ruggerio i właśnie wtedy, niespodziewanie, tłum przycisnął ich do siebie, tak że hrabina otoczyła Tonia w pasie ramieniem. Nagle chłopiec coś pojął:
- Hrabino- szepnął- ta młoda, złotowłosa kobieta. -Zdał sobie sprawę, że cały czas oczekiwał, iż ją ujrzy, a dziewczyny po prostu nie było. Zamilkł nagle pod wpływem przygnębienia, ale niezdarnymi gestami rąk usiłował opisać jej puszyste włosy. -O niebieskich, ciemnoniebieskich oczach- szeptał- i takich pięknych włosach.
- Ach, masz z pewnością na myśli moją kuzyneczkę, moją młodą wdówkę- odparła hrabina, ciągnąc jeszcze jednego gentlemana, z którym pragnęła go poznać. Był to Anglik pracujący w ambasadzie. -Jest w żałobie, słodziutka, po swym mężu, moim kuzynie z Sycylii... ale przecież już ci o tym opowiadałam, prawda? I nie chce wracać do Anglii!- Potrząsnęła głową.
- Wdowa...!- Czy dobrze usłyszał? Kłaniał się komuś. A signore Ruggerio najwyraźniej powiedział hrabinie coś ważnego. Miała zamiar zostawić tutaj Tonia samego!
Wdowa. Gdzie jest Guido? Nigdzie go nie widział. Ale po drugiej stronie sali dojrzał Maestra Cavallę, któremu towarzyszył właśnie Guido oraz hrabina i ten mały człowieczek, Ruggerio.
Znów ktoś złapał Tonia i powtarzał mu z żarem, że ma wspaniały głos i powinien zadebiutować tutaj, w Teatro San Carlos, zamiast jeździć do Rzymu. Dlaczego wszyscy wciąż musieli udawać się do Rzymu?
- Wdowa?- myślał. -Czy cokolwiek innego mogłoby ukazać ją w bardziej zmysłowym świetle? Czy można było uczynić ją bardziej kuszącą i dostępną, niż w jednym zdaniu, wydając ją za mąż i zarazem owdawiając, wykluczając tym samym na zawsze z tego niedosiężnego chóru dziewic, w którym zawsze ją widział?
Przerywał teraz wszystkie rozmowy wymówkami i bezskutecznie usiłował pokonać wielką połać marmurowej podłogi, by dostać się do odległych postaci Guida i Maestra. Wtedy ujrzał biegnącego ku niemu przez tłum, wystrojonego jak książę Paola, który szybko objął Tonia.
- Co ty tu robisz?- spytał Tonio, odpowiadając ukłonem na powitanie rosyjskiego hrabiego Szerzyńskiego.
- Maestro powiedział, że mogę przyjść cię posłuchać. -Paolo przylgnął do niego. Najwyraźniej tak był wszystkim podekscytowany, że ledwie mógł z siebie wydobyć słowo.
- Jak to? Wiedział, że będę śpiewać?
- Wszyscy wiedzieli- odparł bez tchu Paolo. -Jest tutaj i Piero, i Gaetano, i...
- Och, Guido- szepnął Tonio.
O mało nie roześmiał się w głos.
Tym razem pospiesznie opuścił zbiorowisko, ciągnąc za sobą Paola, kiedy Guido, Maestro i ciemnowłosy gentleman właśnie wychodzili.
Zanim dotarł na korytarz, weszli już do jakiegoś salonu, a wszystkie drzwi były pozamykane. Tonio musiał zatrzymać się, by złapać oddech i delektować się własną ekscytacją.
Był tak szczęśliwy, że mógł tylko zamknąć oczy i uśmiechnąć się. -A więc wszyscy o tym wiedzieli- rzekł.
- Tak- odparł Paolo. -Nigdy nie śpiewałeś lepiej, nigdy. Nie zapomnę tego do końca życia, Tonio.
Ale nagle twarz Paola zmarszczyła się i chłopak o mało nie wybuchnął płaczem.
Przylgnął do Tonia. Był wysokim i prostym jak trzcina dwunastolatkiem, mógł wtulić głowę akurat w ramię Tonia, zaniepokojonego drżeniem bólu, które wyczuwał u chłopca.
- Co się stało, Paolo?
- Przepraszam, Tonio. To dlatego, że razem przyjechaliśmy do Neapolu. A teraz ty wyjedziesz. Zostanę sam.
- Co ty mówisz? Gdzie wyjadę? Tylko dlatego...
Kiedy wypowiedział te słowa, jego uszu dobiegły podniesione głosy dochodzące z pokoju na końcu korytarza. Delikatnie pociągnął za sobą Paola, który najwyraźniej nadal usilnie starał się nie rozpłakać, i pocieszająco ścisnął jego ramię.
Trwała jakaś kłótnia.
- Pięćset dukatów- mówił Guido.
- Pozwól, że ja to załatwię- wtrącił się Maestro.
Tonio bardzo delikatnie pchnął drzwi. Przez rozświetloną szparę dostrzegł, że rozmawiają z signore Ruggerio. Hrabina, dostrzegłszy Tonia, podeszła do niego szybko.
- Idź na górę, promienne dziecię- rzekła, wychodząc na korytarz i zamykając za sobą drzwi.
- Kim jest ten mężczyzna?- spytał szeptem.
- Nie chcę ci nic mówić, póki wszystko nie zostanie ustalone odparła. -Chodź ze mną.
15
Trzecia w nocy. Mimo to połowa gości ciągle się bawiła.
- Drogie dziecko- powiedziała hrabina, zamykając go w pokoju- Signore Ruggerio miał znaleźć się tu tylko przez przypadek, a wszyscy byliśmy pewni, że jeśli ci o tym powiemy, to nie zaśpiewasz!
Tonio spędził całe godziny, czekając w tej przestronnej komnacie nad hałaśliwą ulicą.
- Pięćset dukatów- myślał- to fortuna. To z pewnością jakieś negocjacje dotyczące opery, ale czego konkretnie?
W jednej chwili był przerażony tym wszystkim, by już w sekundę później obawiać się rozczarowania. Lecz przecież oklaskiwał go Caffarelli! Nie, z pewnością chciał tylko być uprzejmy dla hrabiny. Tonio nie mógł się zdecydować na żadną wersję. Cóż to wszystko mogło znaczyć?
Powozy przyjeżdżały i odjeżdżały. Goście stawali na progu drzwi wejściowych, by śmiać się i obejmować. W migoczącym świetle pochodni ukazywały się ciemne sylwetki stojących naprzeciw na stopniach kościoła lazzaroni, którzy nie potrzebowali w czasie tej rozkosznej nocy żadnego schronienia i mogli po prostu wyciągnąć się pod księżycem.
Tonio odszedł od okna i spacerował po pokoju.
Na kominku tykał malowany zegar. Do świtu brakowało jeszcze może zaledwie trzech godzin. A on nawet się nie rozebrał. Guido z pewnością po niego przyjdzie.
A jeśli Guido jest w łóżku z hrabiną? Nie, nie mógłby mu tego zrobić, nie dzisiejszej nocy. Hrabina przyrzekła zresztą Toniowi, że przyjdzie. "Jak tylko wszystko zostanie ustalone" powiedziała.
- To wszystko może nie mieć większego znaczenia- powiedział sobie twardo po raz siedemnasty. -Może ten Ruggerio prowadzi jakąś małą operę w Amalfii albo gdzie indziej i chcą mnie tam zabrać na coś w rodzaju próby... Ale za pięćset dukatów?- Potrząsnął głową.
Jednak, mimo że to wszystko tak go dręczyło, nie mógł przestać myśleć o złotowłosej dziewczynie. Nie otrząsnął się jeszcze z szoku, wywołanego wiadomością, że blondynka jest wdową i wystarczyło, iż na chwilę przestał myśleć, by przed oczyma pojawił mu się pełen malowideł pokój, żałobna suknia z czarnej tafty i promienna twarzyczka.
Żadnych fioletowych wstążek czy kokard. Tym razem tylko jej usta były fioletowe; została wdową. Teraz odpowiednia stała się dla niej tylko czerń; wyjątkiem były jej włosy i kolory na wiszących płótnach, które z pewnością sama namalowała.
Jakże był głupi jąkając się i wbijając w nią oczy; Ileż razy marzył o takiej chwili sam na sam, a dziewczyna była przy tym wdową! Cóż zrobił, gdy w końcu spełniły się jego sny?
A może złotowłosa słuchała jego śpiewu z jakiegoś własnego pokoju w pałacu?
Ujrzał nagle przed sobą te płomienne obrazy. Wydawało mu się niemożliwe, aby to były jej dzieła. A jednak malowała pośród nich. Spoczywało przed nią ogromne płótno i gdyby tylko mógł sobie dokładnie przypomnieć postacie, które się na nim znajdowały, porównałby je w myśli z pozostałymi obrazami.
Nadzwyczajne, że mogła to wszystko stworzyć. Rozumiał już teraz, że była żoną tego starszego mężczyzny, którego uważał zawsze za jej ojca, i ujrzał życie dziewczyny w innym świetle. Jakże wyraźnie pamiętał ich pierwsze spotkanie, jej łzy i wrażenie ogromnego cierpienia, w które wkroczył bezceremonialnie, pijany i niebaczny, zwiedziony jej urodą i młodością.
Była żoną tego starca, a teraz jest wolna.
Malowała nie tylko Dziewice i aniołki; tworzyła olbrzymy, lasy, wzburzone fale mórz.
Stał na środku ciemnej sypialni, wsłuchując się w cichy, poważny głos dzwonów. Malowany zegar spieszył się.
Gwałtownie zapiął kamizelkę, obciągnął żakiet i podszedł do drzwi. Może wszyscy o nim zapomnieli, a Guido rzeczywiście został z hrabiną. W pałacu panowała cisza.
Odległe schody rozświetlił nagle jasny blask. Nadstawił uszu i usłyszał jakieś głosy. Odwrócił się i ruszył w stronę tylnych schodów.
Noc nadal była ciepła, a kiedy Tonio wyszedł na trawę, ujrzał nad sobą nieprzeliczone mnóstwo większych i mniejszych gwiazd. Niektóre były tak wyraźne, że wydawały się jasnożółte czy nawet różowe, inne stanowiły zaledwie maleńkie punkciki białego światła. Stał przez chwilę z podniesioną głową, kołysząc się na palcach. Patrzył na przesuwające się chmury, a cała ziemia albo całe niebo zdawały się poruszać.
Z okien salonu nadal sączyło się światło i, kiedy wreszcie do nich podszedł, zobaczył, że wciąż jest tam Maestro Cavalla. Hrabina przysłuchiwała się rozmowie Guida z signore Ruggerio, który coś mu opisywał, wodząc palcem po gołym blacie stołu.
Tonio odwrócił się, a chociaż był niezmiernie podekscytowany, wiedział, że nie wolno mu tam wkroczyć.
Przeszedł szybko przez ogród, wszedł między drzewka różane i, zwolniwszy nieco, skierował się do małego, lecz już całkowicie ciemnego budyneczku. Księżyc świecił przez chwilę jasno, nim zasłoniły go chmury i Tonio zauważył, że drzwi są wciąż otwarte. Ruszył ku nim cicho; tylko trawa szeleściła pod jego nogami. Czy powinien tu wchodzić, gdy wszystko tak nieoczekiwanie stało przed nim otworem? Przyrzekł sobie, że tylko stanie w drzwiach.
Dotykając nieśmiało dłonią framugi, ujrzał przed sobą błyszczące, niewyraźne twarze na obrazach wypranych z kolorów. Powoli dostrzegł świętego Michała i biel do połowy tylko zamalowanego płótna. Jego kroki zdawały się dźwięczeć bardzo głośno na pokrytej łupkiem podłodze; potem Tonio usiadł powoli na ławeczce przed obrazem i dojrzał zbiorowisko białych, skłębionych postaci pod czymś, co wyglądało jak czarna kępa drzew.
Cieszył się do szaleństwa, że może na to patrzeć, a jednak czuł się jak intruz. Nie chciał dotykać jej pędzli, dokładnie zamkniętych pudełeczek farby ani nawet leżącej na boku zwiniętej szmatki. Ale wszystko to fascynowało go. Przypominał sobie, jak siedziała pochylona. Raz jeszcze usłyszał jej głos, słodki, nieco matowy sopran i zdał sobie sprawę, że mówiła z lekkim akcentem.
Po chwili wahania wziął z pobliskiego stoliczka zapałkę i podpalił knot stojącej po prawej stronie świecy.
Płomień trzaskał, rósł, aż wreszcie pokój zalało powoli i równomiernie światło. Wielkie, oparte o ścianę płótno szybko rozbłysło kolorami, a na obrazie przed sobą Tonio ujrzał smukłe, złotowłose nimfy tańczące w ogrodzie z girlandami kwiatów w małych dłoniach, ubrane w przejrzyste suknie ledwie zakrywające ich ciała.
Nie było w nich nic z cnotliwości i surowości fresków w kaplicy hrabiny. To malowidło było żywsze i wykonane z większym kunsztem. -I czemuż by nie- pomyślał. Ileż on sam nauczył się o śpiewie w ciągu trzech lat! Czyż nie byłoby naturalne, gdyby i ona, choć nic o tym nie wiedział, poczyniła postępy we władaniu pędzlem? Zauważył jednak na tych malowanych twarzach pewien wyraz, który niezaprzeczalnie łączył je z Dziewicą Maryją, tyle razy podziwianą przez niego w kaplicy. Wpatrywał się w nagie ręce i nogi nimf z taką fascynacją, że nagle się zawstydził.
Farba była jeszcze świeża; gdyby jej dotknął, zniszczyłby obraz, nie miał jednak zamiaru tego robić. Pragnął tylko patrzeć i myśleć o tym, że to ona go namalowała.
Przypomniała mu się opowieść Guida o pogrzebie na Sycylii. A więc to ona była ową kuzynką z Anglii; młodą wdówką, którą tak przeraziły katakumby, że musiano ją stamtąd wyprowadzić! Wspominając teraz jej słowa, dostrzegał w nich ślad obcego akcentu: wydawała mu się dzięki temu jeszcze bardziej atrakcyjna. Kiedy pomyślał o jej obecnej samotności, zastanawiał się, czy nie jest ona straszniejsza, niż małżeństwo.
Powoli ogarnął go niezgłębiony smutek. Zdał sobie sprawę, że ilekroć ją widział, bez względu na otaczających ją ludzi, zawsze wydawała się samotna.
Jej uroda była przez to jeszcze bardziej wyrazista i dręcząca. Tonio wyciągnął wreszcie dłoń, by zgasić płomień świecy. Umyślnie sparzył palec, po czym podniósł się do wyjścia. Cóż ona w końcu ma z nim wspólnego? Cóż z tego, że posiada kunszt? Gdzieś w głowie kołatała mu się myśl, że sama niewinność nie stworzyłaby czegoś tak interesującego jak te dzieła, niewiele bowiem dostrzegał w nich wdzięczącej się słodyczy, którą utożsamiał z niewinnością. Były za to ogromne. I bardzo dobre.
Ale właściwie co go to obchodzi, czemu się poci? Czemu zwilgotniały mu dłonie?
Kiedy kręcił się niespokojnie przy drzwiach, przyszło mu do głowy, że właśnie chciałby, aby ta dziewczyna zostawiła go w spokoju. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, że to on ciągle wpatrywał się w nią do tego stopnia, że w końcu skinęła do niego głową. Czemu więc do diabła, nie poskarżyła się nikomu na jego zuchwałe zachowanie? Był na nią wściekły!
Uniósł wzrok i właśnie wtedy ją zobaczył.
Siedziała w rosarium, a jej długa szata stała się w świetle księżyca niezwykle biała.
Wciągnął oddech. Był tak wstrząśnięty, że czuł się niemalże jak głupiec. Obserwowała go! Zobaczyła światło w swej małej pracowni. I z pewnością widziała go równie wyraźnie, jak on dostrzegał ją teraz.
Krew uderzyła mu do twarzy. Ku jego zdziwieniu dziewczyna uniosła się wtedy z kamiennej ławki i ruszyła naprzód tak powoli i cicho, jakby płynęła. W trawie błysnęła jej bosa stopa, a wiaterek poruszający przejrzyste warstwy sukni uwypuklił kształt ciała tak, że luźne szaty zdawały się dziwną, jasną poświatą.
Miał wrażenie, że dla jej dobra powinien skinąć głową i jak najszybciej stąd odejść. Nie poruszył się jednak. Obserwował ją i dostrzegł w zdecydowanych ruchach coś, co go przeraziło.
Podchodziła coraz bliżej, aż wreszcie widział wyraźnie jej twarz, znaczące spojrzenie. Patrzyła na Tonia marszcząc czoło; porozumiewała się z nim bez słów. Pachniała jak letni deszcz. Tonio nie był już w stanie myśleć. Nie widział jej krągłych policzków ani wydętych lekko ust. Dostrzegał teraz ją samą, tę istotę pulsującą pod zasłoną przejrzystej materii i rozsypanych, złotych włosów: jej ciało, niewątpliwie gorące, wilgotne i pachnące jak deszcz padający z całą mocą na kwiaty, ścieżki, opadłe liście.
Pragnął jej tak bardzo, że cierpiał katusze, jakby całe ciało czekało na nią i było jednocześnie pogrążone w niemocy. Czuł się jak we śnie, w którym człowiek nie jest w stanie krzyczeć ani się poruszyć. Przerażało go to. Czyż ta dziewczyna niczego się nie obawiała, o nic nie dbała? Stała z nim sam na sam w tym wielkim ogrodzie na tyłach drzemiącego domu. Czy zrobiłaby to samo z każdym innym mężczyzną? Poczuł w sobie nagle przerażającą furię, jakby złotowłosa dziewczyna była czymś obrzydliwym, a nie najśliczniejszą, najdelikatniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widział.
Chciał ją skrzywdzić, porwać i zgnieść, pokazać jej całą prawdę, by zrozumiała, kim Tonio jest! Drżał: słyszał własny oddech.
Wyraz jej twarzy zmienił się. Dziewczyna pochyliła głowę i, wzdrygnąwszy się, odwróciła się od niego, jakby spadała z dużej wysokości.
Obserwował załamany, jak się wycofuje. Bezradnie patrzył, jak odchodzi i oddaliwszy się nieco, prostuje się. Nim zniknęła w ciemności, ujrzał jeszcze blask jej gęstych włosów.
Kiedy znalazł się w swym pokoju, oparł się delikatnie o zamknięte drzwi. Przycisnął czoło do twardego, emaliowanego drewna.
Zawstydzony, nie mógł uwierzyć, że do tego doszło! Zdawało mu się, iż przez wszystkie lata byli partnerami w jakimś cudownym tańcu i zawsze istniała przerażająca możliwość, że się spotkają.
A skończyło się tylko czymś takim!
Nie ulegało wątpliwości, że pragnęła mu się oddać, lecz teraz Tonio, rozgoryczony i poniżony, wiedział już dobrze, kim jest on sam; ona też to zrozumiała. Jeśli w ogóle może liczyć na jakąś litość, to Guido i hrabina przyjdą tu za chwilę, by oznajmić mu, że jedzie do Rzymu, gdzie nigdy jej już nie ujrzy.
Nim pojawił się Guido, Tonio zasnął kompletnie ubrany z przerzuconym przez ramię kocem. Kiedy się obudził, Guido i hrabina stali nad nim. Hrabina rzekła:
- Usiądź, piękne dziecię, bo musisz mi coś przyrzec.
Guido nawet na niego nie spojrzał. Jak we śnie chodził po pokoju zacisnąwszy usta, rozluźniając je tylko, gdy zagłębiał się w jakimś tajemniczym monologu.
- O co chodzi? Co się stało?- spytał sennie Tonio. -Przez chwilę widział złotowłosą dziewczynę; potem zniknęła. Czuł, że nie wytrzyma dłużej tego oczekiwania.
- Proszę mi powiedzieć- rzekł. -W tej chwili.
- Ale najpierw przyrzeknij mi- mówiła hrabina w ten wyważony, uprzejmy sposób- że kiedy będziesz bardzo sławny, powiesz wszystkim, iż po raz pierwszy śpiewałeś w moim domu w Neapolu.
- Sławny?- Usiadł, a hrabina usadowiła się obok i przycisnęła usta do jego policzka.
- Moje piękne dziecię- rzekła- właśnie napisałam do mojego kuzyna, kardynała Calvino z Rzymu. Będzie was oczekiwał i zamieszkacie z nim, na jak długo zechcecie.
Guido pragnie wyjechać natychmiast. Chce poznać publiczność; chce pracować w Rzymie. Ja oczywiście też pojawię się na premierze, by obu was zobaczyć. Wszystko jest już bowiem załatwione. Zadebiutujesz jako główny śpiewak w operze Guida, której premiera odbędzie się pierwszego dnia roku w Teatro Argentina w Rzymie,
16
Minęły ponad dwa tygodnie, nim nadszedł dzień wyjazdu.
Wszystko zostało spakowane. Pokoje Tonia stały puste, z wyjątkiem jednego, w którym został jego wspaniały klawikord jako prezent dla Maestra di Capella, a załadowane kuframi powozy czekały na stajennym podwórcu.
Tonio stał samotnie przy oknie, patrząc po raz ostatni na ogród widoczny za zakurzonymi krużgankami.
Obawiał się chwili pożegnania z Paolem i okazała się ona tak przykra, jak się tego spodziewał. Paolo był milczący i przygnębiony.
W jego słowach nie było żadnej znaczącej treści. Odjazd Tonia i Guida okazał się dla niego nie do zniesienia, więc chociaż chłopiec teraz już gdzieś odszedł, Tonio wiedział, że nie może go tutaj tak zostawić.
Właściwie miał już nawet pewien plan, ale obawiał się, że nie będzie można go zrealizować. Zagłębił się na chwilę w bezładnych myślach, gdy do pustego pokoju wszedł Maestro Cavalla.
- To bolesna chwila- westchnął Maestro.
Tonio obdarzył go pełnym uczucia spojrzeniem, ale nie odezwał się. Patrzył, jak Maestro przebiega palcami po subtelnie malowanym klawikordzie. Chłopak z głęboką przyjemnością zauważył, że mistrz ceni sobie ten prezent.
- Czy było ci łatwiej dzięki podstępowi, do którego uciekliśmy się u hrabiny?- spytał Maestro. -Mam nadzieję, że tak.
Tonio tylko się uśmiechnął. Owszem, było łatwiej.
Teraz jednak na jego twarzy malował się ból i Tonio zastanawiał się, czy jego rozmówca to dostrzega. Nagle poczuł się niepewnie. Maestro pogrążył się głęboko w myślach; gnębiło go coś więcej niż samo pożegnanie.
- O czym myślisz?- spytał Maestro. -Powiedz.
- Nie jest to nic tak złożonego, jak można by przypuszczać- odparł Tonio. -Myślałem sobie to samo co wszyscy, gdy pana opuszczają. -A kiedy dostrzegł, że na twarzy Maestra wciąż maluje się pytanie, wyznał: -Boję się, że nie powiedzie mi się w Rzymie.
Znów spojrzał na ogród, tym razem ze świadomością, że nie powiedział całej prawdy. Poczuł się jeszcze bardziej zagubiony. Te uczucia miały związek z życiem; z tym, co mu ono oferowało, a czego tak bardzo pragnął, i z tym, co mocno chciał zapomnieć.
Trzy lata temu powiedział sobie, że będzie śpiewał dla własnej przyjemności; jak prosto to brzmiało, jakie wydawało się nieskomplikowane.
Teraz pragnął być największym śpiewakiem w całych Włoszech. Chciał, żeby Guido napisał operę, jakiej jeszcze nie słyszano. I naprawdę bał się za nich obu i nie mógł oprzeć się myśli, że zawsze obawiał się tej chwili, odkąd tylko zdał sobie sprawę, co jest jego jedynym przeznaczeniem. Czyżby ten strach był tak potężny, że Tonio musiał sobie znaleźć w życiu inny, mroczniejszy cel?
Myślał chaotycznie o swych dawnych postanowieniach, nienawiściach, ponurych przysięgach.
Życie było cudowną pułapką, a teraz potrafił myśleć tylko o życiu. Rozpaczliwie pragnął być już w drodze do Rzymu.
Guido był tak podekscytowany, że nie wykrzesał z siebie wzruszenia nawet na pożegnanie. Dzień i noc zapisywał sceny swojej opery. Wciąż coś nucił. Czasem, kiedy ani Tonio, ani mistrz nie byli zajęci, patrzyli na siebie z obawą i radością, jakiej nikt inny nie mógł z nimi dzielić.
- Na pewno ci się powiedzie- rzekł delikatnie Maestro. -Nie pozwoliłbym ci jechać, gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości.
Tonio skinął głową. Wciąż patrzył jednak na krużganek i łuki ozdobione liśćmi. Wielu innych opuszczało już to miejsce z wielkimi nadziejami; wyjeżdżali z błogosławieństwem Maestra i wracali pokonani.
- Ale czy inni przeżywają klęskę tak samo jak my?- zastanawiał się Tonio. -My, tak okaleczeni i udręczeni po to, by osiągnąć sukces. -Poczuł wspólnotę z innymi śpiewakami i jeszcze głębsze braterstwo z tymi, którzy walczyli tutaj u jego boku.
Kiedy jednak usłyszał, że Maestro zbliża się do niego, i wyczuł, że jest on zmartwiony i zamyślony, przyszło mu do głowy coś innego.
A jeśli odniesie triumf? Jeśli wszystko potoczy się dokładnie tak, jak to sobie wyobraża? Publiczność u stóp, powódź oklasków. Przez chwilę poczuł się tak, jakby to się już dokonało, jakby odniósł już niezaprzeczalne zwycięstwo i wyobraził sobie drogę, która będzie go od tej chwili wiodła, drogę życia.
Ujrzał rozkwitające życie i poczuł paraliżujący strach.
- Boże- szepnął, ale Maestro go nie usłyszał. Tonio sam nie słyszał własnych słów. Potrząsnął lekko głową.
Maestro dotknął jego ramienia, a Tonio odwracając się, zostawił w ukryciu swe tajemne ja i spojrzał Maestrowi prosto w oczy.
Maestra naprawdę coś gnębiło.
- Musimy porozmawiać, nim wyjedziesz- oznajmił zdecydowanym tonem.
- Porozmawiać?- Tonio poczuł się niepewnie. Tak ciężko było się żegnać. Czego więcej pragnął Maestro? I jeszcze sprawa Paola. Tonio wiedział, że nie może go tutaj zostawić.
- Powiedziałem ci kiedyś, że wiem, co cię spotkało- odezwał się Maestro Cavalla.
- A ja odparłem- rzekł niespodziewanie Tonio- że nie może pan tego wiedzieć. -Poczuł, że rośnie w nim dawny gniew i usiłował go zdławić. Teraz darzył tego człowieka tylko miłością.
Maestro mówił jednak dalej.
- Wiem, dlaczego przez tyle lat tak łaskawie traktowałeś tych, przez których tu się znalazłeś...
- Nic pan nie wie. -Tonio usiłował być uprzejmy. -Dlaczego naciska mnie pan teraz, po tak długim milczeniu?
- Mówię ci, że wiem o wszystkim, tak samo jak inni. Wydaje ci się, że jesteśmy głupcami zdolnymi pojąć tylko intrygę sceniczną? Wiem. Zawsze wiedziałem. Wiem też, że twój brat wychowuje teraz w Republice Wenecji dwóch zdrowych synów. Wiem, że nigdy nie nasyłałeś na niego morderców; w Wenecji Eugenejskiej nie krążyła nawet jedna plotka dotycząca takiej próby zakłócenia mu spokojnego snu.
Tonio odczuł każde z tych słów jak uderzenie. Przez trzy lata nigdy z nikim o tym nie rozmawiał; przeżywał katusze słysząc, jak mówi się o tym na głos.
Zdawał sobie sprawę, że odmienia go gniew i zwrócił się do Maestra najchłodniej i najopryskliwiej, jak tylko potrafił. -Proszę o tym ze mną nie rozmawiać- nalegał. -Nic panu nie powiem na ten temat.
Maestro nie dawał jednak za wygraną.
- Wiem też, Tonio, że tego człowieka pilnuje dzień i noc grupa najokrutniejszych siepaczy, jakich udało mu się znaleźć. Plotka głosi, że nigdy, nawet w jego własnym domu, nie oddalają się od niego dalej niż na odległość głosu...
Tonio ruszył w kierunku drzwi.
Maestro chwycił go jednak i delikatnie zmusił do pozostania w pokoju. Przez sekundę jego siła woli zmagała się z uporem Tonia, aż wreszcie chłopak, poruszony i wściekły, pochylił głowę.
- Czemu musimy się kłócić?- spytał cicho. -Dlaczego nie możemy się objąć i pożegnać?
- Nie kłócimy się- odparł Maestro. -Oznajmiam ci tylko, że wiem, iż chcesz sam zemścić się na bracie. -Ściszył głos do szeptu. Stał tak blisko, że Tonio czuł jego oddech na swej twarzy. -Ale ten człowiek czeka na ciebie jak pająk- mówił Maestro. -A rozporządzenie skazujące cię na banicję zmieniło całą Wenecję w jego sieć. Zniszczy cię, jeśli wystąpisz przeciw niemu.
- Dosyć- rzekł Tonio. Czuł teraz taką złość, że nie kontrolował własnego głosu, a widział, że Maestro nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie wrażenie wywierają na nim jego słowa.
- Nic pan o mnie nie wie- rzekł Tonio. -Ani o tym skąd przybywam, ani czemu tu jestem. Nie jestem w stanie słuchać, jak opowiada pan o tym wszystkim, jakby były to zwyczajne sprawy. Nie wolno panu mówić o nich tym samym tonem, jakiego używa pan ganiąc uczniów! Nie ma pan prawa wyrażać swego zmartwienia z tego powodu, jakby chodziło tylko o klęskę jakiejś opery czy śmierć króla dalekiego kraju!
- Doceniam wagę tej sprawy- rzekł z uporem Maestro. -Na Boga, może mnie wreszcie wysłuchasz? Wyślij kogoś innego, by dokonał tego czynu! Znajdź ludzi równie bezwzględnych jak ci, którzy strzegą twego brata. Jego siepacze to wyszkoleni mordercy; niech walczą z nimi ludzie im podobni.
Tonio rozpaczliwie pragnął się uwolnić, ale nie był w stanie podnieść ręki na tego człowieka. Siepacze, on mu mówi, jacy są siepacze! Czyż Tonio nie dość często budził się, by raz jeszcze walczyć we Flovigo z tymi twardymi, brutalnymi mężczyznami? Czuł ich dłonie na swym ciele, ich smrodliwe oddechy; przypominał sobie w takich chwilach swą niemoc i cięcie noża; nie zapomni tego do końca życia.
- Jeśli się mylę, Tonio- ciągnął Maestro- jeśli nasłałeś na niego siepaczy i nie zdołali oni wykonać zadania, to musisz zdawać sobie sprawę, że nie dokonasz tego samotnie.
Uścisk dłoni Maestra zelżał, a Tonio przez chwilę poczuł się wyczerpany. Odwrócił wzrok; dawno już nie czuł się tak samotny. Nie pamiętał już słów, które właśnie padły; większość z nich zginęła w jego zmieszaniu, ale pozostało przekonanie, że Maestro będzie mówił bez końca, wyobrażając sobie, że rozumie tak wiele, podczas gdy pojmował tak mało.
- Gdybyś był byle jakim śpiewakiem... -Maestro westchnął. -Gdybyś nie miał głosu, o którym wszyscy śnią, radziłbym ci zrobić to, co twoim zdaniem zrobić musisz.
Puścił Tonia. Opuścił rękę.
- Zaniedbałem swe obowiązki- rzekł- nie usiłując cię zrozumieć wcześniej. Wydawałeś się tu taki zadowolony, szczęśliwy.
- Czy to, że jestem zadowolony, jest aż takie nienaturalne?- spytał Tonio stanowczo. -Czy to źle, że znalazłem szczęście? Czy wydawało się panu, iż wraz z całą resztą wycięli ze mnie ducha?
Zbyt długo rządziłeś w tym księstwie wałachów, nie będąc jego częścią. Zapomniałeś, jakie jest życie! Czy wydaje ci się, że świat składa się z okaleczonych istot, które krwawiąc podążają za swym przeznaczeniem? Nie tak wygląda życie!
- Odkąd przybyłeś tutaj, głos stał się twym życiem! Widzę to, a nie jestem chyba szalony!- mówił Maestro.
- To nieprawda!- Tonio potrząsnął głową. -To tylko sztuka, malowana scena, muzyka; mały świat, który dla siebie stworzyliśmy, ale nie ma to nic wspólnego z życiem! Jeśli chce pan rozmawiać ze mną o mym bracie i o tym, co mnie spotkało, musi pan mówić o życiu. I powiadam panu, że moja krzywda musi zostać pomszczona! Zrozumiałby to byle człowiek z ulicy. Dlaczego panu tak ciężko jest to pojąć?
Maestro uspokoił się nieco, ale nie dawał za wygraną.
- Opowiadając o tym, jak pojedziesz do Wenecji zabić brata, nie mówisz o życiu, a o śmierci- szepnął. -I to własnej, nie jego. Och, gdybyś był po prostu jednym z wielu! Gdybyś nie posiadał tego daru!
- Jestem tylko mężczyzną- westchnął Tonio. -Nikim więcej. Po to się urodziłem i stałem się mężczyzną, bez względu na to jak usiłowano temu zapobiec. I jestem przekonany, że mężczyzna nie zniósłby spokojnie tego, co mi zrobiono.
Maestro odwrócił się. Przez chwilę nie był w stanie się opanować, a na pokój spłynęła chłodna cisza. Wyczerpany Tonio oparł się o ścianę i znów patrzył na łuki krużganka i zielone liście.
Doznawał tysięcy różnorakich wrażeń. Zupełnie jakby umysł mógł zostać wyprany z myśli i tworzyć wizje, wizje materialnych, znaczących przedmiotów srebrnej zastawy, świec na ołtarzu w kaplicy, welonów ślubnych, kołysek, kobiet, obejmujących się przy akompaniamencie cichego szelestu jedwabiu. Tłem wizji była ogromna materia Wenecji, towarzyszyły jej zmieszane dźwięki, wołanie trąb, zapach morskiej bryzy.
- Czego pragnąłem jeszcze przed chwilą?- myślał. Usiłował wpaść w wir podniecenia panującego zawsze za kulisami; czuł zapach farby, pudru, słyszał dochodzący spoza kurtyny ostry, przenikliwy dźwięk skrzypiec, dudnienie nagich desek. O czym myślał? Słyszał własny głos wykonujący czyste nuty, które zdawały się nie mieć nic wspólnego z mężczyznami czy kobietami, z życiem i śmiercią. Jego usta pozostawały nieruchome.
Maestro odwrócił się po długiej chwili.
W oczach Tonia lśniły łzy.
- Nie chciałem się rozstawać z panem w ten sposób- rzekł miękko, pokonany. -Jest pan teraz na mnie zły, a ja pana kocham. Kocham pana, odkąd tu przybyłem.
- Jak niewiele o mnie wiesz- odparł Maestro. -Nigdy nie byłem na ciebie zły. I mało kogo darzę tu takim uczuciem jak ciebie.
Podszedł do Tonia, ale chcąc go objąć, zawahał się, a chłopak poczuł tę siłę i szorstkość, charakterystyczną dla każdego normalnego mężczyzny.
Był też świadom własnego wyglądu, jakby w spojrzeniu Maestra widział odbicie własnej nienaturalnie wyglądającej skóry i młodości.
- Chciałem powiedzieć panu coś przed rozstaniem- odezwał się Tonio. -Chciałem bardzo podziękować.
- Nie trzeba. Wkrótce będę w Rzymie, by oglądać cię na scenie.
- Jest jeszcze coś- rzekł Tonio, nie spuszczając wzroku z Maestra. -Coś, o co chciałem pana prosić i żałuję teraz, że tak długo z tym zwlekałem. Może pan nie spełnić mej prośby, a jest to coś równie dla mnie ważnego jak cały świat.
- Świat?- spytał Maestro. -Mówisz mi najpierw, że zabijesz brata, nawet jeśli miałbyś przypłacić to śmiercią, a potem o czymś, co jest równie ważne jak świat?
Odwrócił się, by spojrzeć na Tonia.
- Całe lata temu usiłowałem powiedzieć ci, czym jest świat, i to nie taki, w którym wyrosłeś, a świat, który możesz podbić swym głosem. Sądziłem, że mnie wysłuchałeś. Ale ty jesteś wielkim śpiewakiem, tak, wielkim śpiewakiem i dlatego odwrócisz się do świata plecami.
- W swoim czasie, Maestro, w swoim czasie- Tonio mówił ostrzejszym tonem. -Wszyscy ludzie kiedyś umierają- powtórzył z uporem. -Ja różnię się od nich tylko tym, że jeśli zechcę, będę mógł z całą pewnością podać miejsce własnej śmierci. Mogę iść po śmierć do domu i zostawić życie za sobą. W swoim czasie.. Ale na razie żyję i oddycham jak wszyscy inni.
- Powiedz, czego pragniesz- rzekł Maestro. -Jeśli znaczy to dla ciebie tyle co świat, oznacza to także więcej czasu, a oddałbym ci cały czas tego świata.
- Chcę Paola, Maestro. Pragnę, by jechał z nami do Rzymu. A kiedy ujrzał na twarzy Maesta szok i dezaprobatę, dodał szybko:
- Będę o niego dbał, Maestro, przyrzekam. Nawet, jeśli pewnego dnia odeślę go tu z powrotem, to na pewno pobyt ze mną nie wyjdzie mu na złe. A jeśli coś łagodzi nienawiść, którą pałam do tych, którzy uczynili mnie tym, czym jestem, to jest to miłość. Miłość do Guida i do Paola, i do pana.
Tonio znalazł Paola na końcu kaplicy. Chłopczyk siedział zgarbiony na krześle, a na jego małej twarzy o zadartym nosku widać było ślady łez. Utkwił czarne oczy w tabernakulum, a kiedy ujrzał, że Tonio przyszedł raz jeszcze, jakby nie dość było jednego pożegnania, poczuł się zdradzony.
Odwrócił się.
- Siedź spokojnie i słuchaj- rzekł Tonio. Wygładził ręką włosy chłopca i złożył ją na jego szyi. Wydawała mu się krucha, tak jak cały Paolo. Przez chwilę poczuł do niego taką miłość, że uczucie odebrało mu głos. Wypełniające kaplicę ciepłe powietrze pachniało woskiem i kadzidłem, a złocony ołtarz jaśniał, jakby wysączył cały blask z zakurzonych snopów światła, które padały na marmurową podłogę.
- Zamknij na chwilę oczy i oddaj się marzeniom- szepnął Tonio. -Czy chciałbyś mieszkać w pięknym palazzo? Jeździć we wspaniałych karocach i jadać na srebrnych talerzach? Czy pragniesz, by na twych palcach lśniły klejnoty? Czy chciałbyś chodzić ubrany w atłasy i jedwabie? Mieszkać ze mną i Guidem? Chcesz jechać z nami do Rzymu?
Chłopiec odwrócił się do niego z tak wrogim wyrazem twarzy, że Toniowi aż zaparło dech w piersiach.
- To niemożliwe!- powiedział Paolo zdławionym głosem, jakby wypowiadał przekleństwo.
- Owszem, możliwe- odparł Tonio. -Wszystko jest możliwe. Szczególnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz.
Na twarzy Paola pojawiła się wiara i zaufanie, a chłopiec podszedł do Tonia, by go ucisnąć. Tonio podniósł go.
- Chodź- rzekł. -Jeśli chcesz stąd coś zabrać, to zrób to teraz.
Kiedy powozy potoczyły się wreszcie po bruku, było już południe. Guido, Paolo i Tonio siedzieli w pierwszym z nich, a w pozostałych znajdowali się słudzy i ogromna ilość kufrów.
Kiedy jechali po Via di Toledo w kierunku morza, by po raz ostatni spojrzeć na miasto, Tonio nie mógł oderwać oczu od garbu Wezuwiusza, który posyłał w niebo wątły pióropusz dymu.
Powóz kołysząc się wjechał na Molo. Lśniące morze zlewało się z horyzontem. Kiedy skręcili na wschód, góra zniknęła.
Wiele godzin później, kiedy nad bezkresnymi, pięknymi polami pszenicy w Kampanii zapadła noc, Tonio, tylko Tonio płakał, gdy powóz toczył się z mozołem do bram Rzymu.
| ||||