Krzyk w Niebiosa
Część Siódma
Nawet za zasłoną drobnego deszczu to miasto wydawało się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Zdawało się raczej rzucającym wyzwanie rozsądkowi snem o mieście, którego starodawne pałace wyrastały z powierzchni ołowianej wody smaganej ulewą, by stworzyć jeden wielki, wspaniały, niekończący się miraż. Słońce wylewało się przez poszarpane, obramowane srebrem chmury, pod szybującymi mewami wyrastały ostre maszty okrętów, a chorągwie, wybuchające kolorami na tle błyszczącego nieba, łopotały i trzepotały.
Wiatr smagał płachtę wody, w którą zmieniła się piazzetta, a z daleka doleciał z Campanile głos dzwonu zaplątany w zimne wycie wichru, tak że jego dźwięk wydawał się snem o samym sobie, jak krzyk mew.
Spod portyków Pałacu Dożów wyszedł tradycyjny, otoczony najwyższą czcią pochód członków Najwyższego Senatu, we wlokących się po wilgotnej ziemi purpurowych szatach i białych perukach, targanych wiatrem. Zbliżył się do brzegu wody, a jego członkowie, jeden za drugim, znikali w lśniących, czarnych jak smoła barkach pogrzebowych, stojących wzdłuż pełnej przepychu alei, którą tworzył Canale Grandę.
Czyż nigdy nie przestanie zadziwiać, pustoszyć serca i umysłu? A może po prostu przez piętnaście lat gorzkiego wygnania w Stambule tak jej pragnął, że nigdy nie będzie mu dosyć? Zawsze dręcząca, tajemnicza, bezlitosna Wenecja, jego miasto, sen ziszczający się wciąż na nowo.
Carlo uniósł do ust butelkę wódki. Czuł, jak pali go w gardle, wzrok mu się zaćmił, po czym wszystko się uspokoiło, tylko wiatr kłuł go w oczy, kiedy patrzył na mewy unoszące się w niebo.
Odwrócił się, niemalże tracąc równowagę. Ujrzał swoich zaufanych ludzi, siepaczy stojących jak cienie na brzegach piazzy, przysuwających się nieco bliżej, niepewnych, czy powinni mu pomóc i gotowych podbiec, gdyby padał.
Carlo uśmiechnął się. Trzymał butelkę za szyjkę. Wziął głęboki łyk i tłum zmienił się w leniwą masę kolorów, odbijającą się w wodzie, równie ulotną co deszcz rozpływający się w cichą mgłę.
- Za ciebie- szepnął do otaczającego go powietrza i nieba, tego cudu trwałości i efemeryczności. -Za ciebie i za wszystkie poświęcenia, moją krew, mój pot, moje sumienie. -Zaniknąwszy oczy, pozwolił się wspierać wiatrowi, który mroził mu skórę w tym cudownym pijaństwie, pozwalającym wyjść poza ból i żal. -Za ciebie, którego morduję- szepnął. -Za ciebie, którego zabijam.
Otworzył oczy. Wszyscy arystokraci w czerwonych szatach zni-knęti. Przez chwilę wyobraził sobie z przyjemnością, że utonęli w morzu, jeden po drugim.
- Ekscelencjo, pozwólcie, że zaprowadzimy was do domu.
Odwrócił się. To Federico, ten zuchwalec, któremu wydawało się, że jest służącym, nie tylko siepaczem. Carlo znów podniósł butelkę do ust, ale nim zdecydował się przełknąć alkohol, najpierw go posmakował.
- Zaraz, zaraz... -Chciał coś mówić, ale napływające do oczu łzy zamazały mu obraz; opustoszałe pokoje, jej puste łóżko, jeszcze wiszące na haczykach suknie, nikły zapach perfum. -Czas niczego nie łagodzi- powiedział głośno. -Ani bólu po śmierci, po jej stracie, ani tego, że na łożu śmierci wypowiedziała jego imię!
- Signore!- Federico wskazał oczyma tajemniczą postać, która nagle w zabawny sposób wycofała się z pola ich widzenia; jednego z wstrętnych, nieuniknionych państwowych szpiegów.
Carlo zaśmiał się. -A więc ma zamiar na mnie donieść? "Stoi pijany na piazzy, bo jego żona pod ziemią wydaje ucztę dla robaków!"- Odepchnął Federica ręką.
Tłum powiększał się, żył, gdzieniegdzie rozstępował się po to tylko, by znów się zamknąć. Niesiony wiatrem deszcz smagał Carla po powiekach, po ustach rozciągniętych w uśmiechu, który czuł całą twarz. Zrobił krok w bok, wyprostował się i biorąc następny łyk, rzekł: -Czas- głośno, z brawurą, jaką może dać tylko alkohol. Pomyślał: jeśli czas nie pomaga. -I pijaństwo- szepnął. -Nie dają nic prócz siły postrzegania od czasu do czasu tej wizji, tego piękna, znaczenia wszystkiego.
Deszczowe chmury otoczone srebrem, migoczące, falujące złote mozaiki. Czy kiedykolwiek miał taką wizję, kiedy piła w sekrecie, kiedy wyrywała mu z ręki kielich, chociaż błagał, by tego nie robiła: "Marianno, zostań ze mną, nie pij tego, zostań ze mną!" Czy śniła chociaż, kiedy leżała nieprzytomna na łóżku?
- Wasza Ekscelencjo- szepnął siepacz Federico.
- Daj mi spokój!
W wódce krył się wspaniały żar, była jak płynny ogień. Wyobraził sobie, jak go przenika, jej ciepło podtrzymuje go, a lodowate powietrze nie może go dotknąć. Uderzyła go myśl, że piękno zyskuje największą wartość, kiedy człowieka nie może dosięgnąć ból. Powietrze na nowo wypełniło się deszczem, zacinającym i rozpryskującym płachtę wody rozciągającą się przed Carlem.
- On już wkrótce będzie z tobą, ukochana- szepnął przez wykrzywione grymasem usta. -Będzie z tobą; położycie się razem na wielkim łóżku ziemi.
Jakże się na końcu awanturowała! "Pojadę do niego, rozumiesz, pojadę! Nie możesz mnie tu trzymać jak więźnia. On jest w Rzymie, pojadę do niego." A Carlo odparł: "Moja droga, czy jesteś chociaż w stanie znaleźć własne buty albo grzebień do włosów?"
- Taaak, bądźcie wreszcie znów razem. -Słowa wypływały mu z ust jak głębokie westchnienie. -A wtedy, wtedy znów będę mógł oddychać.
Zamknął oczy tak, by po otwarciu ich raz jeszcze ujrzeć to piękno; słońce rozpryskujące się nagle srebrem i złotem, ostre wieżyczki unoszące się nad połyskującymi mozaikami. -Śmierć, i wszystkie moje dawne błędy zostaną naprawione, śmierć, i nie będzie więcej Tonia-eunucha, Tonia-śpiewaka!- szepnął. -To ciebie wzywała na łożu śmierci, nieprawdaż? Wymówiła twoje imię!
Przełknął wódkę, z radością odczuwając drżenie i zbierając językiem z ust jej posmak. ;
- Dowiesz się, jak za to wszystko zapłaciłem. Jak cierpiałem, jak drogo kosztowała mnie każda chwila, którą ci podarowałem i wreszcie nie mogę ci już dać nic więcej, mój synu z nieprawego łoża, mój nieposkromiony, nieukniony rywalu; umrzesz, umrzesz, bym ja mógł żyć na nowo!
Wiatr odgarniał mu z twarzy zmierzwione włosy. Parzył w uszy, przedostawał się nawet przez cienki żakiet, oplatując nogi Carla długim, czarnym tabarro. 0
Kiedy jednak ponownie zaczął opierać się wichrowi, Usiłując zwalczyć wizję pokoju żałobnego, od której nie był w stanie się. uwolnić przez kilka ostatnich tygodni, ujrzał idącą ku niemu przez piazzę niezwykle realną postać spowitej w żałobę kobiety, którą w ciągu tych ostatnich zapijaczonych, wojowniczych, gorzkich dni widywał raz po raz na calli i riva.
Zmrużył oczy; głowa opadła mu na bok.
Jej spódnice tak wolno płynęły nad migoczącą wodą, że zdawała się poruszać nie jak człowiek, a jedynie za sprawą jego Rozgorączkowanego, przesiąkniętego żalem umysłu.
- Jesteś częścią tego wszystkiego, najdroższa- szepnął, z lubością wsłuchując się w dźwięk rozbrzmiewającego mu w uszach
i
własnego głosu, chociaż nikt inny nie zwracał na niego najmniej szej uwagi ani na otwartą butelkę w jego ręku. -Wiesz o tym? Jesteś częścią tego wszystkiego, bezimienną, bez oblicza, a jednak piękną częścią i jakby to piękno nie wystarczało, wychodzisz z samego centrum tego wszystkiego, ubrana jak śmierć, czarna jak śmierć, zawsze zbliżając się do mnie, jakbyśmy byli kochankami, ty i ja, śmierć...
Piazza przechyliła się, po czym wróciła do równowagi.
Był to najwyższy cud wódki, wina i cierpienia Carla: doskonała chwila, w czasie której wszystko można było znieść.
- Tak; warta śmierci Tonią, ponieważ nie mam wyboru, nie mogę postąpić inaczej! Niechże zatraci się to w poezji. Pieśń ptaka, śpiewak, mój syn-eunuch! Moje długie ramię sięgnie Rzymu; schwyci cię za gardło i uciszy na zawsze, a potem, potem, potem wreszcie będę mógł oddychać!
Pod arkadami, nigdy się zbytnio nie oddalając, skradali się słe^ pacze.
Pragnął raz jeszcze się uśmiechnąć, poczuć ten śmiech. Jasno świecąca piazza musi rozprysnąć się w bezkształtny blask.
Czuł jednak, że zagraża mu atak innego uczucia, zmiana wizji; coś rozpraszającego tę wspaniałą przyjemność i dającego mu posmak... czego? Czegoś zbliżonego do bezgłośnego krzyku, wydobywającego się z otwartych ust. ' .
Napił się wódki. Czy to ta kobieta, coś w falowaniu jej spodniej w kształcie twarzy, który dostrzegał przez przylegający do niej; odwiewany w tył welon, wywoływały panikę, która kazała mu zbyt szybko łykać alkohol? :
Szła w jego kierunku, tak jak przedtem zbliżała się do niego na" piazzetcie, a jeszcze wcześnie na riva.
Czy była jakąś kurtyzaną w wielkopostnej czerni? Szła tak zdecydowanie. Zdawało się, że z przewalającego się tłumu jego wybrała na swój cel. Taak! Tak, podążała za nim, bez wątpienia. A gdzież są jej damy do towarzystwa, słudzy? Czyżby snuli się gdzieś w oddali, jak jego ludzie?
Przez chwilę z przyjemnością to sobie wyobraził. Tak, ścigała go. Spoza tego czarnego welonu dostrzegła jego uśmiech; widziała go teraz.
- Pragnę, pragnę tego wszystkiego!- Zacisnął szczęki. -Tego pragnę, nie cierpienia, tylko przyjdźcie, przyjdźcie mi powiedzieć, że on już nie żyje!
Wytrzeszczył oczy; kobieta nie była człowiekiem, a jakimś demonem wysłanym, by go prześladował i pocieszał. Patrzył na niewyraźny owal jej białej twarzy i ruchy bladych dłoni pod unoszącym się na wietrze welonem.
Nagle zmieniła się; odwróciła się tyłem, ale nie przestała iść. Nie! Było to tak nadzwyczajne, że wysunął nieco w przód głowę i zmrużył oczy, by lepiej widzieć.
Szła tyłem pozwalając, by wszystkie te warstwy gazy rozplatały się przed jej twarzą, a spódnice powiewały przed nią. Szła tyłem na piętach, nie myląc kroku, jak zrobiłby to przy takim wietrze mężczyzna, aby obciągnąć płaszcz. Potem znów się odwróciła.
Carlo zaśmiał się cicho, dyskretnie. Nigdy w życiu nie widział jeszcze, by kobieta zrobiła coś takiego.
Kiedy się odwróciła, odzienie otaczało ją luźniej. Sunęła w przód tak dziwnie, lekko, a on poczuł nagle przenikliwy ból w boku.
Z sykiem wypuścił powietrze.
- Ślepa, głupia kurtyzano, wdowo, kimkolwiek jesteś- myślał, a wrogość sączyła się, jakby nagle został przekłuty jakieś niewielki, mroczny punkt, tak by trucizna mogła się rozprzestrzeniać. -Cóż wiesz o wszystkim, co cię otacza, o tym, że jesteś częścią tego piękna, piękna, bez względu na to jak ohydne, trywialne i najpewniej odpychające są twe własne myśli!
Butelka była pusta.
Nie miał zamiaru jej upuścić, a jednak rozprysła się na wilgotnych kamieniach u jego stóp. Cienka warstewka wody falowała, kawałki szkła zabłysły i znieruchomiały. Nadepnął na nie. Podobał mu się dźwięk miażdżonego szkła.
- Przynieście mi następną!- Skinął dłonią. I jeden z cieni, które widział kącikiem oka ruszył w przód, powiększał się, stawał się coraz wyższy.
- Signore. -Podano mu butelkę. -Powinniście iść do domu. Proszę. 0
- Aaach!- Otworzył butelkę. -Wszyscy ludzie, mój przyjacielu, dają specjalne przywileje tym, którzy są w żałobie. A czyż ja nie mam dziś większego powodu niż kiedykolwiek, by opłakiwać zmarłych?- Spojrzał z ukosa na twarz Federica. -Pewnie gnije, kiedy my tu sobie stoimy. Wszystkie kobiety, mdlejące na dźwięk jego głosu, zawodzą teraz, a jego bogaci i potężni przyjaciele z Rzymu i Neapolu może w tej właśnie chwili uroczyście składają go do grobu.
- Błagam, signore...
Potrząsnął głową. Znowu ten pokój, w którym leżała chora i... co to było? ...przerażenie, które może smakować jak osad na języku. Usiadła gwałtownie. "Tonio!"
Położył dłoń na piersi Federica i odepchnął go.
Pił długo, chciwie i powoli, zapraszając znów smutek- to lśniące, niezgłębione, niezmącone uczucie.
A ona, kobieta w czerni, gdzie poszła?
Odwrócił się na pięcie i ujrzawszy ją o dziesięć kroków od siebie, był pewien, że odwróciła się, by rzucić mu spojrzenie dokładnie wtedy, kiedy on na nią spojrzał!
Tak, nie mylił się.
Patrzyła na niego spośród tego mroku. Pogardzał nią, chociaż wiedział, że jego oczy błyszczą pożądliwie, kiedy obdarzał ją powolnym, pełnym uwielbienia uśmiechem. Zawsze ta sama buta, kokieteria, gra w kotka i myszkę, podczas gdy w nim szalał żal: myślisz, że cię pragnę i pożądam. Wypiję cię jak kielich wina i odrzucę, nim zorientujesz się, co się dzieje. Ale ona! To dopiero była miłość, której nie mógł dotknąć czas. Nie, jego trzeba było, by ją zniszczyć! "Tonio!" i nie wypowiedziała już ani jednego słowa więcej do chwili śmierci.
Zbyt szybko pił wódkę; spływała mu po brodzie, na ubranie.
Ktoś powitał go, zgiął się w ukłonie i odszedł pospiesznie, widząc jak się sprawy mają. Ale wybaczą; wszyscy mu wybaczyli. Żona nie żyje, dzieci za nią płaczą, on ją opłakuje. A gdzieś pięćset mil na południe ta hańba, ten dawny skandal. -Och, senator Carlo Treschi- mówią pewnie do siebie. -Cóż on musi znosić!
Jeszcze coś. Federico stojący u jego boku. Wpatrzył się w kobietę w czerni. Nie ulegało wątpliwości, że starała się go zwabić. -Mówiłem, żebyś dał mi spokój.
- ...zawinął, ale nikogo na nim nie ma, signore.
- Na czym? Nie słyszę.
- Na statku pocztowym, signore. Nie było na nim...
Pełna wdzięku dziwka o kocich ruchach, jest w niej coś nie^ wątpliwie eleganckiego, w kołysaniu się jej sukni; w sposobie, w jaki gięła się z wiatrem. Pragnął jej, pragnął jej, a kiedy wszystko to się skończy, padnie na kolana przy konfesjonale: -Zabiłem go, nie miałem wyboru, nie... -Odwrócił się i usiłował wyraźniej dojrzeć Federica. -Co mówiłeś?
- Na statku nie było nikogo, signore. Ani żadnej wiadomości... ściszył głos tak, że nie był to już nawet szept- ...żadnej wiadomości z Rzymu.
- To będzie później. -Wyprostował się. A więc oczekiwanie przedłuża się, a wraz z nim poczucie winy. Nie, to nie wina, a po prostu niepokój, napięcie, wrażenie, że nie można oddychać.
Poza tym właściwie obawiał się tej wiadomości. Powiedzieli: - Przywieziemy panu dowód- po pierwszym wybuchu wściekłości, kiedy stawiał pod znakiem zapytania ich uczciwość. -Doprawdy, a cóż to będzie?- spytał. -Jego głowa w zakrwawionym worze?
Zaśmiał się i nawet oni, ci płatni mordercy, byli przerażeni i usiłowali ukryć wyraz tego na twarzach, które wyglądały, jakby wy-rzeźbiono je niedbale z drzewa i zapomniano wypolerować. -Nie musicie przywozić mi dowodu. Po prostu to zróbcie. Wiadomość dotrze do mnie wystarczająco szybko.
Tonio Treschi- śpiewak. Tak mówili o nim teraz ludzie, nawet przy Carlu, przy jego bracie odważali się go tak nazywać: Tonio Treschi- śpiewak!
Wiele lat temu tamci powiedzieli, że dostarczą mu dowodów, a on to zlekceważył. Kiedy położyli przed nim skrwawione trzewia w zaschniętym, łamliwym płótnie, przewrócił krzesło, by uciec od tego widoku, krzycząc: -Weźcie to ode mnie, weźcie to!
- Wasza Ekscelencjo... -Federico coś do niego mówił.
- Nie pójdę do domu.
- Ekscelencjo, wciąż nie ma wiadomości, co oznacza, że-istnieje możliwość...
- Jaka możliwość?
- ...że im się nie udało.
Cień irytacji w głosie Federica, cień niepokoju, oczy przebiegające po piazzy, omijające,tę ciemno odzianą kobietę, która nagle znów się pojawiła. Nie widzisz jej? A ja ją widzę. Carlo uśmiechnął się.
- Nie udało?- Uśmiechnął się pogardliwie. -Jest przecież tylko cholernym eunuchem, na miłość boską! Mogliby go zadusić gołymi rękami!
Podniósł butelkę, odpychając Federica niemalże zażyłym gestem, by odsłonił tę doskonałą wizję. Tak, znów tam była. -No dobrze, moja śliczna, chodź do mnie- powiedział szeptem i znów pociągnął szybko wódki.
Tym razem był to duży łyk, przemywający mu usta i oczy. Deszcz był bezgłośny i lekki, jak srebrny wir.
Rozkosznie paliło go w piersiach; nie odrywał butelki od ust.
Przez ostatnie dni życia Marianna biegała otwierając gwałtownie szuflady i komody. -Oddaj mi to, nie masz prawa tego zatrzymywać. Włożę to tutaj, nie zatrzymasz mnie w domu.
I ostrzeżenie starego lekarza: "zabije się", a wreszcie Nina biegnąca korytarzem. -Nie odzywa się, nie rusza... -Zawodzenie, zawodzenie.
Cztery godziny przed śmiercią wiedziała, że umrze. Otworzyła oczy i powiedziała: -Umieram, Carlo.
- Nie pozwolę ci umrzeć! Marianno!- mówił, a później obudził się, kiedy nieznacznie się poruszyła, zobaczył jej otwarte oczy, usłyszał, jak mówi: -Tonio!- Nic już więcej nie rzekła.
Tonio, Tonio i Tonio.
- Do domu, signore... jeśli nie zostało to wykonane, jak trzeba, istnieje niebezpieczeństwo, że...
- Że co? Pojechali ukręcić szyję kapłonowi. Jeśli jeszcze tego nie zrobili, to zrobią wkrótce. Nie chcę o tym rozmawiać, odejdź ode mnie...
- Tonio Treschi- śpiewak!- szydził.
- Statek powinien przywieźć jakąś wiadomość.
- Tak, i jeszcze dowód!- rzekł. -Dowód. -Jego głowę w zakrwawionym worku. Weźcie to ode mnie, weźcie tooo...!
Nigdy nie przestała go pytać: -Nie zrobiłeś tego, nie zrobiłeś?- Tysiące razy zaprzeczał szeptem, tysiące razy w czasie pierwszych dni po tym wydarzeniu, kiedy wszyscy napadli na niego jak drapieżne ptaki gotowe szarpać ciało. Przywierała do niego za zamkniętymi drzwiami, chwytała dłońmi jak szponami. -Mój syn, mój jedyny syn, nasz syn, nie zrobiłeś tego!
- Powiedz mi to. -Śmiał się, śmiał. -Nie, kochana, po tysiąckroć nie, nie mógłbym doprowadzić do czegoś takiego. On zrobił to w swej popędliwości. -Wtedy jej twarz stawała się łagodniejsza i, przynajmniej na chwilę, w jego ramionach, wierzyła.
- ...nic dobrego nie wyniknie z takiej żałoby...
- Któż to powiedział?
Odwrócił się zbyt szybko i dojrzał dwie oddalające się postacie w fałdzistych, czarnych vesti patricie i białych perukach. Jego bezlitośni, zawsze czujni koledzy senatorowie.
Federico obserwował go wraz z innymi z bardzo, bardzo daleka, spod arkady. Cztery dobre sztylety i tyle mięśni mogły uchronić go od wszystkiego prócz szaleństwa, goryczy, jej śmierci; prócz niekończących się, okropnych lat bez niej, lat, lat...
Oplotła go wilgotna samotność. Pragnął jej, swej Marianny. Jakże można to opisać? Nawet kiedy płakała w jego ramionach, kiedy krzykiem domagała się wina i oskarżała go pijanymi oczami, ze ściągniętymi ustami ukazującymi najbielsze zęby. -Nie widzisz, że jestem teraz z tobą- mówił do niej. -Jesteśmy razem, inni odeszli, nigdy już nas nie rozdzielą, a ty jesteś tak piękna jak zawsze. Nie, nie odwracaj wzroku, patrz na mnie, Marianno!
| ||||