"Madame Edwarda"
Tłumaczenie: Wojciech Gilewski i Tadeusz Komendant
Oficyna Literacka, Kraków 1991
Jeśli boisz się wszystkiego, czytaj tę książkę, lecz wpierw mnie wysłuchaj: jeśli się śmiejesz, to znaczy, że się boisz. Książka, wydaje ci się, jest rzeczą martwą. Być może. A jeśli jednak, co się przecież zdarza, nie potrafisz czytać? Czy powinieneś się obawiać? Czy jesteś sam? Zimno ci? Czy wiesz, do jakiego stopnia człowiek to "ty właśnie"? Imbecyl?
I nagi?
MÓJ LĘK JEST WRESZCIE ABSOLUTNYM WŁADCĄ. MOJA UMARŁA SUWERENNOŚĆ JEST NA ULICY. NIEUCHWYTNA - WOKÓŁ NIEJ GROBOWA CISZA - SKULIŁA SIĘ W OCZEKIWANIU NA COŚ STRASZNEGO - A PRZECIEŻ JEJ SMUTEK NAIGRAWA SIĘ ZE WSZYSTKIEGO.
Na rogu uliczki sparaliżował mnie lęk, lęk plugawy i upajający (może dlatego, że zobaczyłem w przelocie dwie dziewczyny na schodach toalety). W takich chwilach mam ochotę się wyrzygać. Musiałbym rozebrać się do naga, albo rozebrać dziewczyny, których pożądam - ulżyłaby mi obojętność mdłych ciał. Uciekłem się jednak do tańszego środka: zamówiłem przy kontuarze pernod i wypiłem duszkiem. Chodziłem tak od baru do baru, aż... Noc zapadła na dobre.
Zacząłem błąkać się po tych łaskawych uliczkach, które wiodą od skrzyżowania Poissoniere do ulicy Saint-Denis. Samotność i ciemności upoiły mnie do reszty. Noc stała naga w opustoszałych uliczkach, ja też zapragnąłem obnażyć się jak ona - zdjąłem spodnie i przewiesiłem je przez rękę; chciałem skrępować świeżość nocy swymi nogami, rozpierała mnie oszołamiająca wolność. Czułem, że urosłem. Trzymałem w dłoni wyprostowany seks.
(Ciężko mi się zaczyna. A mogłem tego uniknąć i pozostać "wiarygodnym". W moim interesie leżało pisać zawile. Ale, tak to już bywa, początek jest bez ogródek. Piszę dalej... jeszcze ciężej...)
Zaniepokojony jakimś hałasem, włożyłem spodnie i ruszyłem ku Glaces. Znowu znalazłem się w świetle. Otoczona rojem dziewczyn Mme Edwarda - naga - pokazywała język. Jak na mój gust była czarująca. Wybrałem ją - usiadła koło mnie. Ledwie miałem czas zamówić coś u kelnera; objąłem Edwardę, która się poddała i dwoje naszych ust złączyło się w chorobliwym pocałunku. W sali pełno było mężczyzn i kobiet, i na takim to odludziu gra potoczyła się dalej. W pewnej chwili jej ręka ześlizgnęła się, pękłem raptownie jak szyba i zatrząsłem się w spodniach; poczułem równocześnie, że Mme Edwardę, której pośladki obejmowałem dłońmi, przeszywa rozdzierający dreszcz. W Jej powiększonych, wywróconych oczach było przerażenie, w krtani przeciągły skowyt.
Przypomniałem sobie, że kiedyś pragnąłem zostać pohańbiony, a może raczej, że wreszcie należało mi się, by tak się stało. W tumulcie głosów, świateł i dymu odgadywałem chichoty. Ale nie liczyło się już nic. Przygarnąłem Edwardę do siebie, odpowiedziała mi uśmiechem; odrętwiały, natychmiast poczułem w sobie nowy wstrząs, jak gdyby cisza spadła na mnie z wysokości i zmroziła mnie. Unieśli mnie aniołowie bez głów i ciał, szybujący z rozpostartymi skrzydłami, ale było to oczywiste: stałem się nędznikiem i poczułem się tak opuszczony, jak to się zdarza w obliczu BOGA. Gorsze to było i bardziej szalone uczucie niż upojenie. I w pierwszej chwili poczułem smutek na myśl, że ta wielkość, która waliła się na mnie, pozbawia mnie rozkoszy, jakich spodziewałem się zaznać z Edwardą.
Wydawałem się sobie absurdalny: Edwarda i ja nie zamieniliśmy nawet paru słów. W pewnej chwili poczułem się bardzo niewyraźnie. Nie mógłbym niczego powiedzieć o swoim stanie - mimo całego gwaru i świateł spowijał mnie mrok! Chciałem odsunąć stół, wywrócić wszystko, ale stół był wbetonowany, przytwierdzony do podłogi. Mężczyzna nie może znieść czegoś tak komicznego. Wszystko zniknęło, sala i Mme Edwarda. Tylko noc...
Z otępienia wyrwał mnie jakiś - arcyludzki - głos. Głos Mme Edwardy był tak obsceniczny, jak jej ciało delikatne:
- Chcesz zobaczyć moje fartuszki? - zapytała.
Uczepiony oburącz stołu, odwróciłem się ku niej. Siedziała z rozwartymi udami, jedną z nóg trzymając w górze: aby bardziej rozewrzeć szparę, rozciągała na boki skórę palcami obu rąk. W ten sposób "fartuszki" Edwardy spoglądały na mnie, włochate i różowe, pełne życia jak odrażająca ośmiornica. Wybełkotałem z trudem:
- Po co to robisz?
- Widzisz - odparła - jestem BOGIEM...
- Ja zwariowałem...
- Ależ skąd, masz patrzeć: patrz!
Jej ochrypły głos złagodniał, stał się prawie dziecinny, gdy mówiła mi ze zmęczeniem, z bezkresnym uśmiechem oddania: "Jak mi było dobrze!".
Zachowała jednak prowokacyjną pozę.
- Całuj! - rozkazała.
- Ale... - zaprotestowałem - tak przy ludziach?
- No pewnie!
Drżałem. Patrzyłem na nią, bez ruchu; uśmiechała się do mnie tak słodko, że drżałem. Wreszcie uklęknąłem, zachwiałem się i złożyłem wargi na tej żywej ranie. Jej nagie udo pieściło mi ucho: zdawało mi się, że słyszę szum morskich fal, taki dźwięk słyszy się przykładając ucho do wielkich muszli. W absurdalnym świecie bur-delu i rejwachu, jaki mnie otaczał (chyba dusiłem się, byłem czerwony, oblewał mnie pot), trwałem w dziwacznym zawieszeniu, jakbyśmy - Edwarda i ja - zagubili się w wietrzną noc nad brzegiem morza.
Dobiegł mnie inny głos, postawnej i pięknej kobiety, przyzwoicie ubranej:
- No, moje dzieci - zadudniła męskim basem - czas iść na górę.
Pomocnica burdel-mamy zainkasowała pieniądze, podniosłem się i ruszyłem za Mme Edwardą, której spokojna nagość przemierzała salę. Ale to zwykłe przejście wśród stołów oblepionych przez dziewczyny i klientów, ten grubiański rytuał "damy idącej na górę" z mężczyzną, który będzie się z nią kochał, był dla mnie w tej chwili jedynie niezwykłą uroczystością: tupot pięt Mme Edwardy po posadzce, kołysanie się tego smukłego, bezwstydnego ciała, ostry zapach szczytującej kobiety, który chłonąłem z tego białego ciała... Mme Edwarda szła przede mną... w obłokach. Gwarna obojętność upojonej swym szczęściem sali była dla statecznego dostojeństwa jej kroków królewską konsekracją i kwietną fetą; nawet śmierć brała w niej udział, jako że nagość burdelu domaga się rzeźniczego noża
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . lustra,
którymi wyłożono ściany, a nawet zrobiono z nich sufit, zwielokrotniały zwierzęcy obraz kopulacji; przy najlżejszym ruchu nasze zmordowane serca otwierały się na pustkę, gdzie zatracaliśmy się w nieskończoności swych odbić.
Wreszcie zwaliła nas rozkosz. Podnieśliśmy się i spojrzeliśmy na siebie z powagą. Mme Edwarda fascynowała mnie, nigdy dotąd nie widziałem piękniejszej dziewczyny - ani bardziej nagiej. Nie spuszczając ze mnie oczu wyjęła z szuflady białe jedwabne pończochy, siadła na łóżku i wciągnęła je. Owładnął nią szał bycia nagą, raz jeszcze rozwarła uda i otworzyła się; na widok cierpkiej nagości obu ciał znów zamierały nam serca. Narzuciła białe bolero, nagość schowała pod dominem; kaptur domina przesłaniał jej głowę maska z ząbkowaną brodą skryła twarz. Wystroiwszy się tak, wymknęła mi się i rzekła:
- Chodźmy stąd!
- Ale... Czy możesz stąd wyjść? - zapytałem.
- Rusz się, chłopaczku - odparła wesoło - nie wyjdziesz przecież goły!
Podała mi ubranie, pomagając się ubrać, ale przy okazji kaprys przedłużał niekiedy skryte pieszczoty między jej ciałem a moim. Zeszliśmy wąskimi schodami, gdzie napotkaliśmy subretkę. W nagłych ciemnościach ulicy oniemiałem - Edwarda, obleczona czernią, ginęła w mroku, śpieszyła się, by uciec przede mną - kryjąca ją maska czyniła z niej zwierzę. Nie było chłodno, a wszak przeszył mnie dreszcz. Obcość Edwardy, gwiaździste niebo, puste i szalone, nad naszymi głowami - choć gięły mi się kolana, szedłem dalej.
Nocą o tej porze ulica była pusta. Nagle, jakby ją co ugryzło, Edwarda bez słowa pobiegła sama. Brama Saint-Denis była przed nią, zatrzymała się. Ja nie ruszałem się z miejsca - nieruchoma jak ja, Edwarda czekała w bramie, pośrodku arkady. Była całkowicie czarna, prosta, zatrważająca jak jama; zrozumiałem, że się nie śmieje, a nawet - dokładnie tak - że pod strojem, który ją spowijał, Jest teraz nieobecna. Pojąłem wówczas - oprzytomniawszy do reszty - że Ona mnie nie okłamała. Ona jest BOGIEM. Jej obecność miała niepojętą prostotę opoki; w centrum miasta miałem wrażenie, że znajduję się nocą w górach śród samotności bez życia.
Poczułem się uwolniony od Niej - byłem sam wobec tej czarnej opoki. Drżałem, domyślając się przed sobą tego, co dla świata jest największą pustką. Komiczna okropność mego położenia nie wymykała mi się żadną miarą; ta, której widok teraz paraliżował mnie, chwilę przedtem... Zmiana dokonała się bardzo płynnie. Żałoba na Mme Edwardzie - żałoba bez boleści i bez łez - przeistoczyła się w pustą ciszę. A jednak chciałem wiedzieć: ta kobieta, dopiero co tak naga, która wesoło nazywała mnie "chłopaczkiem"... Ruszyłem z miejsca, lęk nakazywał mi stanąć, ale szedłem dalej.
Przesunęła się milcząco, cofając ku lewemu filarowi. Byłem o dwa kroki od tej monumentalnej bramy; kiedy wszedłem pod kamienną arkadę, domino zniknęło bezszelestnie. Nasłuchiwałem, wstrzymując oddech. Dziwiło mnie, że tak dobrze wszystko pojmuję; kiedy pobiegła, zrozumiałem, że za wszelką cenę musiała pobiec, rzucić się do bramy; kiedy się zatrzymała - że jest zawieszona w czymś w rodzaju nieobecności, daleko poza możliwością śmiechu. Nie widziałem jej już, grobowe ciemności spowijały wszystko od fundamentów po zworniki. Nie pomyślawszy o tym nawet przez chwilę, "wiedziałem", że zaczyna się czas agonii. Nie buntowałem się, pragnąłem cierpieć, iść dalej, dojść, nawet gdyby mi przyszło zginąć, aż do samej "pustki". Poznawałem, chciałem poznać, złakniony jej tajemnicy, nie wątpiąc ani przez moment, że śmierć nią włada.
Gdy jęczałem pod arkadą, ogarniało mnie przerażenie i zaśmiewałem się:
- Jestem jedynym człowiekiem, co przeszedł nicość tej Arkadii! Drżałem na myśl, że może uciec, na zawsze zniknąć.
Drżałem, godząc się na to, lecz gdy wyobrażałem to sobie, ogarnął mnie szał, rzuciłem się do przodu, okrążając filar. Obiegłem równie szybko filar prawy; choć zniknęła, nie mogłem w to uwierzyć. Stałem przybity przed bramą i już ogarniała mnie rozpacz, kiedy po drugiej stronie bulwaru dostrzegłem nieruchome domino, które ginęło w mroku; Edwarda stała, ciągle wyraźnie nieobecna, przed wysprzątanym tarasem kawiarni. Ruszyłem ku niej; sprawiała wrażenie szalonej, widomie przybyłej z innego świata i, na tle ulicy - nawet nie ducha a spóźnionej mgły. Cofała się z wolna przede mną, aż uderzyła o stolik na pustym tarasie.
Jak bym ją wyrwał ze snu, zapytała martwym głosem:
- Gdzie ja jestem?
Zrozpaczony, wskazałem jej puste niebo nad nami. Spojrzała; chwilę pozostała taka, nie zdejmując maski, z zamglonym spojrzeniem ginącym na gwiezdnych polach. Podtrzymywałem ją; jej ręce chorobliwie przyciskały poły domina do ciała. Zaczęła wić się kon-wulsyjnie. Cierpiała, zdawało mi się, że płacze, ale to raczej świat i trwoga dusiły się w niej, nie mogąc zanieść się łkaniem. Zdjęta niejasnym obrzydzeniem odsunęła się, odpychając mnie; nagle jakby wstąpił w nią demon, rzuciła się do przodu, stanęła jak wryta, odrzuciła poły domina, wypięła pośladki, jednym ruchem tyłka przybrała odpowiednią pozę, po czym zawróciła i rzuciła się na mnie. Obudziła się w niej dzika bestia: uderzyła mnie z wściekłością, uderzyła pięścią w twarz, Jak w bezrozumnym porywie bójki. Zachwiałem się i upadłem, a ona uciekła biegiem.
Nie zdążyłem się jeszcze całkiem podnieść, klęczałem, kiedy się odwróciła. Wrzeszczała ochrypłym, niemożliwym głosem, wykrzykiwała ku niebu i machała z obrzydzeniem rękoma:
- Duszę się - zawyła - a co do ciebie, klecho, to MAM CIĘ W DUPIE...
Głos jej się załamał, przechodząc w rzężenie, rozcapierzyła ręce i zwaliła się.
Wiła się na ziemi jak kawałek dżdżownicy, spazmatycznie oddychając. Pochyliłem się nad nią i musiałem wyrywać koronkowe ząbki maski, które żarła i szarpała zębami. Rozpasane ruchy obnażyły ją aż po runo: w jej nagości - teraz - była zarazem nieobecność sensu, jak i zbytek sensu ubierania zmarłej. Najosobliwsze - i najbardziej zatrważające - było milczenie, gdzie Mme Edwarda została zamknięta: to, że je cierpiała, czyniło niemożliwą wszelką komunikację, toteż zapamiętałem się w tym braku wyjścia - w owej nocy serca, która nie była ani mniej odludna, ani mniej wroga niż puste niebo. Rybi trzepot jej ciała, nikczemna wściekłość malująca się na złej twarzy wypalały we mnie życie i obrzydliwie je rujnowały.
(Dla jasności: próżno by się doszukiwać ironii, kiedy mówię o Mme Edwardzie, że jest BOGIEM. Wszelako, żeby BOGIEM była prostytutka z domu publicznego i wariatka, na rozum jest bez sensu. W najgorszym razie będę się cieszył, że smutek mój przyprawia o śmiech; ten tylko mnie pojmie, którego serce zranione nieuleczalną raną, taką, że nigdy nikt nie zapragnie się z niej wyleczyć...; a któryż to człowiek, zranionym będąc, zgodziłby się "umrzeć" od rany innej niż owa?)
Świadomość tego, co nieodwracalne - kiedy owej nocy klęczałem przy Edwardzie - nie była ani mniej jasna, ani mniej mrożąca niż w chwili, gdy to piszę. Jej cierpienie tkwiło we mnie niby prawda strzały - wiadomo, że sięga ona istoty, ale niesie śmierć; to, co opiera się oczekiwaniu nicości, nie więcej znaczy niż żużle, których na próżno czepia się me życie. Pogrążony w rozpaczy, wzdrygnąłem się nagle przed tak czarną ciszą: konwulsje Edwardy wydzierały mnie sobie samemu i rzucały w mroczne zaświaty, tak bezlitośnie, jak się wydaje katu skazańca.
Ten, którego skazano na męczarnie - kiedy po nie kończącym się oczekiwaniu przybywa w biały dzień na miejsce, gdzie dopełni się zgroza - obserwuje przygotowania; jak oszalałe wali mu serce; w jego zawężonym horyzoncie każdy przedmiot, każda twarz nabiera przytłaczającego znaczenia i przyczynia się do zaciśnięcia kleszczy, z których nie czas, by się wyrywać. Kiedy zobaczyłem Mme Edwardę miotającą się na ziemi, popadłem w porównywalny stan chłonności, tyle że zmiana zaszła ze mną nie więziła mnie; horyzont, wobec którego stawiało mnie nieszczęście Edwardy, wymykał mi się niczym przedmiot lęku; rozdarty i rozdygotany odczuwałem przepływ mocy, pod warunkiem, że stając się złym zaczynam nienawidzić sam siebie. Zawrotne zapadanie się, w którym się zatracałem, otwarło przede mną obszar indyferencji; nie było już mowy o trosce, o pożądaniu - wysuszająca ekstaza gorączki w tej chwili rodziła się z całkowitej niemożności spoczynku.
(Jest rzeczą zwodniczą, jeśli mam już tutaj się obnażyć, bawić się w igraszki słowne, zdawać się na ociężałość zdań. Jeśli nikt nie obnaży do końca tego, co mówię, zdzierając ubiór i formę, piszę na próżno. /Tak więc, wiem to już teraz, mój wysiłek Jest rozpaczliwy; błyskawica, która mnie oślepia - i która mnie poraża - niechybnie odebrała światło tylko moim oczom./ Jednakże Mme Edwarda nie jest zjawą senną, jej pot przemoczył mi chusteczkę; doszedłszy do punktu, gdzie, wiedziony przez nią, już się znalazłem, ja z kolei chciałbym poprowadzić. Książka ta ma swój sekret, ale nie mogę go zdradzić - znajduje się on poza słowami.)
Kryzys w końcu minął. Konwulsje trwały jeszcze Jakiś czas, ale nie miały Już takiej gwałtowności; wrócił jej oddech, rysy złagodniały, przestały być szkaradne. Sam będąc u kresu sił, na krótką chwilę wyciągnąłem się u jej boku na jezdni. Nakryłem ją swoim ubraniem. Nie była ciężka i postanowiłem ją ponieść; niedaleko, na bulwarze znajdował się postój taksówek. Spoczywała jak martwa w mych ramionach. Droga zajęła mi trochę czasu, -musiałem się zatrzymać trzy razy; tymczasem wróciło jej życie i, kiedy doszliśmy na miejsce, chciała stanąć o własnych siłach, postąpiła o krok i zachwiała się. Podtrzymałem ją, weszła do samochodu, wspierając się na mnie.
Powiedziała słabym głosem:
- ...jeszcze nie... niech zaczeka...
Poprosiłem kierowcę, by nie ruszał z miejsca; padając ze zmęczenia, ja też wsiadłem do środka i zwaliłem się obok Edwardy.
Trwaliśmy długo w milczeniu, Mme Edwarda, kierowca i ja, nieruchomo siedząc na swych miejscach, jakby wóz Jechał. Edwarda rzekła do mnie w końcu:
- Niech jedzie do Hal!
Zagadałem do szofera i ten ruszył.
Powiózł nas mrocznymi uliczkami. Spokojnie i powoli Edwarda rozwiązała tasiemki domina, które osunęło się, nie miała już maski na twarzy, zdjęła bolero i powiedziała do siebie po cichu:
- Naga jak zwierzę.
Zatrzymała samochód, pukając w szybę i wysiadła. Podeszła do kierowcy niemal ocierając się o niego i powiedziała:
- Zobacz... jestem goła... chodź.
Siedzący nieruchomo kierowca spojrzał na to zwierzę; rozkraczona, wysoko unosiła nogę, chcąc, by widział szparę. Bez słowa i bez pośpiechu mężczyzna zszedł z siedzenia. Był potężny i kanciasty. Edwarda objęła go, przywarła mu do ust i gmerała ręką w spodniach. Spuściła mu je z nóg i powiedziała:
- Chodź do samochodu.
Mężczyzna siadł obok mnie. Następnie ona, lubieżna, wpełzła na niego, ręką wetknęła szofera w siebie. Siedziałem nieruchomo, przyglądając się; jej ruchy były powolne i ledwo dostrzegalne, co sprawiało jej widocznie wzmożoną rozkosz. Tamten jej odpowiadał, brutalnie podając się całym ciałem; zrodzony z intymności, odarty do naga, uścisk tych dwu istot powoli osiągał punkt zbytku, gdzie serca nie staje. Odchylony do tyłu kierowca ciężko dyszał. Zapaliłem wewnętrzną lampkę w samochodzie. Edwarda, wyprostowana, siedziała okrakiem na swym drwalu, z głową odrzuconą do tyłu, luźno zwisały jej włosy. Podtrzymując jej plecy, zobaczyłem wywrócone białka oczu. Wyprężyła się na pomocnej ręce i napięcie spotęgowało rzężenie. Jej oczy znów zaczęły widzieć, przez chwilę zdawała się nawet uspokajać. Dostrzegła mnie, w tym momencie wyczytałem w jej spojrzeniu, że wraca ze świata niemożliwości i dojrzałem - w głębi niej - przyprawiającą o zawrót głowy stałość. Zalewająca ją od korzenia fala znalazła ujście we łzach; łzy polały się z oczu. Miłość w tych oczach była martwa, emanował z nich chłód jutrzenki, przejrzystość, w której czytałem śmierć. I wszystko się ze sobą wiązało w tym spojrzeniu ze snu: nagie ciała, palce, którymi się rozwierała, mój lęk i wspomnienie śliny na wargach, nie było niczego, co by nie przyczyniało się do tego ślepego zapadania w śmierć.
Rozkosz Edwardy - żywe źródło, wytryskiem rozdzierające w niej serce - trwała niebywale długo; przypływ rozkoszy bezustannie gloryfikował jej byt, czynił jej nagość bardziej nagą, jej bezwstyd bardziej wstydliwym. Z ciałem, twarzą oddanymi ekstazie, zapamiętana w bezsłownym gruchaniu, w swojej dobroci uśmiechała się ze skruchą - dojrzała mnie na podwalinach mojej jałowości; poczułem na podwalinach swego smutku, że wyswobodził się strumień jej radości. Mój lęk przeciwstawiał się rozkoszy, której powinienem był pragnąć; bolesna rozkosz Edwardy przyprawiała mnie o męczące poczucie cudu. Rozpacz i gorączka wydawały mi się niczym prawie, choć były wszystkim, co posiadałem, jedynymi władzami we mnie, godnymi ekstazy tej, którą, w zimnej otchłani ciszy, nazywałem "moim sercem".
Przeszedł ją ostatni, przeciągły dreszcz, po czym jej ciało, spienione jeszcze, rozprężyło się: w głębi taksówki szofer leżał po zbliżeniu jak kłoda. Ciągle podtrzymywałem jej plecy; członek wysunął się, pomogłem Edwardzie się położyć, otarłem z niej pot. Wzrok miała martwy, nie stawiała oporu. Zgasiłem światło; zapadała w półsen jak dziecko. Musiała nas zmorzyć ta sama senność, Edwardę, szofera i mnie.
(Kontynuować? Chciałem, ale nie dbam o to. Nie w tym rzecz. Powiedziałem, co mi ciąży w chwili pisania: czyżby wszystko było absurdem? czy też byłżeby w tym jakiś sens? Chory jestem, jak o tym pomyślę. Budzę się rano - jak miliony innych, dziewcząt, chłopców, niemowląt, starców - sny na zawsze rozwiane... Ja sam i te miliony, czy nasze rozbudzenie może mieć jakiś sens? Jakiś sens ukryty? oczywiście ukryty! Lecz jeśli nic nie ma sensu, próżno się wysilać: będę się cofał, wspierając oszustwami. Będę musiał dać sobą powodować i zaprzedać się nonsensowi: dla mnie - on stoi nade mną jak kat, męczy i dobija - nie ma ani cienia nadziei. Lecz jeśli jest jakiś sens? Nie znam go dzisiaj. Jutro? Kto wie? Nie potrafię wyobrazić sobie sensu, który by nie był "moją" męczarnią, tyle wiem dobrze. A na razie: nonsens! Pan Nonsens pisze, pojmuje, że zwariował - to okropne. Lecz jego szaleństwo, ten nonsens - jakiż on nagle stał się "poważny" - czyżby w istocie był owym "sensem"? /Nie, Hegel nie ma nic wspólnego z "apoteozą" wariatki.../ Moje życie posiada sens tylko pod warunkiem, że mnie go brak; że ja jestem wariat; niech zrozumie, kto może, niech zrozumie, kto mrze...; i tak byt jest tu-oto, nie wiedzieć czemu, z zimna cały drżący...; bezmiar, noc, otaczają go, a on najzwyczajniej jest tu-oto, przytomny, aby... "nie wiedzieć". Ale BÓG? Cóż o nim powiedzieć, panowie Pięknosłowy, panowie Wierzący? -Czy Bóg by przynajmniej wiedział? BÓG, gdyby "wiedział", byłby wieprzem.* Panie /wołam w trwodze do "mego serca"/ uwolnij mnie, oślep ich! Czy będę dalej snuł opowieść?)
Skończyłem.
Ze snu, w którym trwaliśmy, niedługo, w głębi taksówki, obudziłem się chory, ja pierwszy... Reszta jest ironią, długim oczekiwaniem na śmierć...
* Powiedziałem: "Bóg, gdyby >wiedział<, byłby wieprzem." Tym, który (przypuszczam, że w tej chwili byłby nie domyty, "nie uczesany") zrozumiałby tę myśl do końca, lecz cóżże by on miał w sobie z człowieka? Poza i od wszystkiego... dalej i dalej... ON SAM w ekstazie ponad pustką... Ale teraz? JA DRŻĘ.